czwartek, 23 lutego 2012

Pełnia księżyca

Po głębokim zastanowieniu dochodzę do wniosku, że istnieje jedynie dwóch bohaterów literacko-filmowych, którym hic et nunc mogłabym oświadczyć, że nie potrzebuję w ogóle się namyślać i gotowa jestem zmienić stan cywilny. Nie, nie... wcale nie mam na myśli Henryka Gota. Od osobników jego pokroju wolę się trzymać jak najdalej, a potem odejść jeszcze dalej. Pierwszym z tych panów byłby Sherlock Holmes, zwłaszcza w najnowszym, zupełnie współczesnym wydaniu zaproponowanym przez angielski serial produkcji BBC (żadne tam Roberty Downey Juniory, o nie!). Zapewne Sherlock wzgardziłby moim uczuciem, uznając, że jestem dla niego zbyt mało inteligentna. No i nie jestem Ireną Adler, choć obie wykazujemy pewne związki z krajem nad Wisłą, to jednak mogłoby nie wystarczyć. Drugim jest staroświecki, szarmancki Harry Dresden. Nic tylko się zakochać. Może nieco niebezpiecznie (te wszystkie potwory), ale nikt nie jest idealny. A ponieważ obaj panowie są wytworami papieru i taśmy filmowej moja miłość musi pozostać platoniczna. Co za tym idzie nie potrafiłam sobie odmówić lektury II tomu przygód rzeczonego pana Dresdena. Efektem jest qfantowa recenzja "Pełni księżyca" - KLIK.    

poniedziałek, 20 lutego 2012

Teraz na emerytów zagłada?

Dziś recenzja kolejnej książki ze styczniowego stosu - "Gdzie mól i rdza" Pawła Pollaka. Świetna książka, bardzo mocny kandydat do styczniowego Kopytka. Recenzja na stronie kwartalnika - KLIK

piątek, 17 lutego 2012

Marionetki i morderstwa

Obiecana recenzja retrokryminału Pawła Jaszczuka, "Marionetki" - KLIK. Kiedy już straciłam nadzieję, tekst pojawił się na stronie. Teraz zacieram rączki na lekturę "Frontu burzowego", drugiego tomu cyklu Jima Butchera "Akta Dresdena".   

środa, 15 lutego 2012

Dzieci demonów

W zasadzie to pierwsza recenzja w lutym. Straszne, zwłaszcza, że mamy już połowę miesiąca. Najkrótszy, a tak bardzo zdominowany przez inne wydarzenia. Ale, do rzeczy. Przedstawiam recenzję "Dzieci demonów" J.M. McDermotta, kolejnej propozycji z serii "Nowa Fantastyka". Nieco się zdziwiłam, że pojawiła się na stronie pierwsza, skoro tekst o "Marionetkach" oddałam do poprawy wcześniej. Ale cóż, nie jest moim zadaniem, dociekać przyczyny. Oto link do qfantowej recenzji - KLIK.   

poniedziałek, 13 lutego 2012

Może Kogoś masz, a może właśnie Kogoś ci brak


Walentynki dopiero jutro, ale ja dość lubię robić na przekór. I w przeciwieństwie do większości społeczeństwa lubię też liczbę trzynaście. Dlatego tekst jest dla tych, który podobnie jak ja mają do walentynek stosunek ambiwalentny. Może ich nie lubią, nie uznają, a może po prostu o nich zapominają. Tekst mój jest dla tych, którzy nie świętują. Dla tych, który są sami (bez różnicy czy dlatego, że „tak wyszło”, czy też z wyboru). Myślałam nawet o anulowaniu dedykacji, ale z drugiej strony, jeśli raz już się coś powiedziało, niech zostanie jak jest. Fragment pewnie kiedyś wejdzie do „Garderoby duszy”, drugiego tomu opowieści o Henrym Gocie. Kiedyś, gdy znajdę czas, by go poprawić. A w ramach bonusu ulubiona piosenka Elizjon – „You and me” zespołu Lifehouse, która zawsze kojarzyła mi się z tą dziwaczną parą.
 


P., bez którego wolałabym nie…
a który pewnie nigdy nie przeczyta tego tekstu


Gdy znów znalazła się w laboratorium, poczuła coś na kształt ulgi. Usiadła na krześle, oparła łokcie na blacie stołu. Podbródek położyła na dłoniach. Zamknęła oczy i oddychała powoli, próbując się uspokoić. Było jej przykro. Liczyła na to, że dostanie choć jednego podopiecznego. Po chwili z trudem zmusiła się, by otworzyć oczy. Z lodówki wyjęła fiolki krwi pobranej przez Różę i zaczęła wpisywać je do indeksu. Wiedziała, że koleżanka nie przepada za papierologią, dlatego często ją wyręczała. Lubiła papierkową robotę. Dawała zajęcie rękom, co nie pozwalało obwiniać cię, że nic nie robisz, a myśl tymczasem mogła krążyć swobodnie.
            Elizjon otworzyła odpowiedni plik. Włączyła sobie też „Jezioro łabędzie” Czajkowskiego. Może coś zagłuszy ten nieznośny wiatr, który potrafił wedrzeć się nawet do jej myśli. Po kolei czytała etykietki na fiolkach z krwią. Zapisywała je w pliku pod odpowiednią datą. Za chwilę przebada kilka z nich. Źle się czuła w mdłym świetle jarzeniówek. Uniosła wysoko głowę, by spojrzeć w okno. Trudno było ocenić, ale chyba zapadał już zmierzch. A może zbierało się na deszcz? Cały dzień niemiłosiernie wiało z południowego-zachodu. Gdy wieje taki wiatr, chłód przenika człowieka do kości. Wicher mąci ludziom w głowach, koniom plącze grzywy, ptaki desperacko szukają schronienia, a topielice wychodzą z mętnego cienia zatęchłych sadzawek. W starych zamczyskach zawodzą pokutujące dusze. W taki dzień nawet wampiry muszą wpadać w depresję. Ciekawe, czy nieumarli mogą być meteoropatami, zastanowiła się. Ot i zagadka. Na taką pogodę nawet puszczenie sobie Czajkowskiego nie pomoże. Elizjon pokręciła głową, odkładając kolejną fiolkę. Poprawiła okulary.
- Wieje, jakby ktoś się powiesił.
- Tutaj to możliwe – usłyszała za plecami. - Ale z drugiej strony, ty i czarne myśli? Elizjon, która narzeka? Teraz już rozumiem, dlaczego jest tu dziś tak ciemno. Gdy się nie uśmiechasz, robi się strasznie szaro w tej piwnicy, wiesz?
Okręciła się na krześle. Niedbale oparty o framugę, tak jak zawsze miał w zwyczaju, stał Amon. Elizjon poprawiła okulary i wróciła do pracy.
- W czym ci mogę pomóc?
- Oj, oj, ktoś tu nie ma humoru – zawyrokował, cmokając.
Zapisała w rejestrze kolejną fiolkę i odłożyła ją na stojaczek. Szkło zachrzęściło nieprzyjemnie.
- Nie odpowiadam za twoje humory – stwierdziła. – Jeśli masz okres, przyjdź innego dnia. Albo nie przychodź w ogóle.
- Aż tak źle? Widać jeszcze nam się cykle nie skorelowały.
Elizjon zakrztusiła się śmiechem. Udawała, że kaszle. Dziś za nic nie przyznałaby, że udało mu się ją rozbawić. Amon podszedł do biurka i przysiadł na blacie nieopodal jej krzesła. Zapobiegawczo przełożyła stojak z fiolkami na drugą stronę biurka. Szkoda, by zmarnował jej pracę, tłukąc wszystko. Wiadomo, jak to łowcy, nie myślą.
- Nie odzywasz się do mnie od dwóch tygodni.
- Mam do ciebie tak samo daleko, jak ty do mnie.
Chwycił ją za ramiona i okręcił wraz z krzesłem ku sobie.
- Tak, ale jesteśmy w piwnicy. Stąd opcje podróży są naprawdę ograniczone. Można tylko w górę.
- W dół też można – zaprzeczyła żywo. – Do trumny i wąchać kwiatki od spodu.
Amon zrobił wielkie oczy.
- Czy to naprawdę ty?
- Niewiele o mnie wiesz.
Wzruszyła ramionami. Dotknął dłonią jej podbródka, pochylił się i zmusił, by spojrzała mu w oczy. Zmienił temat:
 - Co chcesz żebym powiedział? Jestem kretynem… a ty najlepszą rzeczą, jaka mnie w życiu spotkała.
- Nie wiedziałam, że jestem rzeczą. Ale z całą resztą nie sposób się nie zgodzić.
Elizjon wstała, chwyciła stojaczek, ominęła łowcę i wstawiła fiolki z powrotem do przeszklonej lodówki. Miała już dość tych podchodów. To był ciężki dzień. Odwróciła się. Nie wiedziała, kiedy znalazł się tuż przy niej.
- Och, nie bocz się już na mnie, Światełko.
Spojrzała na niego zaskoczona. Na jej twarzy malowało się zdziwienie pomieszane z rozbawieniem. Wiedział, że nie potrafiła się długo gniewać. Chwała Bogu za tę cechę jej charakteru, choć kilka innych Stwórca mógł sobie darować.
- Jak mnie nazwałeś?
- Światełko.
Elizjon westchnęła teatralnie i kpiarskim tonem stwierdziła:
- Rany, ale z ciebie bajerant. Myślisz, że na to pójdę?
Amon uśmiechnął się i pokiwał głową.
- Gdyby ktoś płacił mi choć kilka złotych za każdym razem, gdy prawisz mi komplement, byłabym już naprawdę bogatą kobietą.
- To, że są częste nie oznacza, że nieszczere! – obruszył się łowca.
- Światełko – rozważała, znów wyswobadzając się z jego objęć. - Zawsze to lepiej niż być „żabcią” albo „kwiatuszkiem”. Gdybyś wpadł na taki pomysł, chyba bym cię zabiła.
Uśmiechnęła się. Uśmiechnęła. A kiedy się uśmiechała, niczym były jakieś tam jarzeniówki. Wskazał na rozpierającego się na sąsiednim biurku stwora.
- A to co za maszkaron?
- Żaden maszkaron – zaśmiała się Elizjon. – Róża dostała go dziś od swojego chłopaka. Nazwała go „Miluś”, czy jakoś tak. Chyba miała dziś urodziny – Elizjon zmarszczyła brwi. – Powinnam jej była złożyć życzenia…
- Myślisz? – zaśmiał się Amon.
- Z czego się śmiejesz?
- Zaraz wracam.
Wybiegł na korytarz, by po chwili wrócić z jakąś nieforemną rzeczą, zapakowaną w biały papier i mocno powiązaną sznurkiem, do którego przyczepiono także jedną samotną i smętną fioletową kalię. Elizjon splotła ręce na piersiach.
- Amonie, łowco wampirów, co to za cyrk?
Łowca uśmiechnął się zawadiacko.
- Żaden cyrk. Otóż, droga szczurzyco, dziś jest dzień, którego łowcy boją się bardziej, niż samego Henry’ego Gota. Dzień, kiedy wrota do piekieł otwierają się bardzo, bardzo szeroko. Róża nie ma dziś urodzin.
- Nie? – Elizjon odwróciła się, by w kalendarzu stojącym na biurku, sprawdzić datę. Luty. Walentynki!
Kiedyś w tym przeklętym zamczysku ktoś krzyknął: „Czasie, stój!”. I przestraszony czas posłusznie się zatrzymał. Odtąd nic tu nie odbywa się już jak powinno. Cóż za straszne miejsce!
- Chciałem ci coś dać.
- A to niby dlaczego? – uniosła brwi. – Przecież nie jesteśmy parą.
- Nie?
- Nie.
- Nie… no jakby…
- I to, przepraszam, czyni z nas parę?
Widziała, że zupełnie zbiła go z pantałyku i bawiło ją to. Nie nauczył się jeszcze, kiedy żartowała, a kiedy mówiła poważnie. Lubiła robić sobie z niego żarty. Była to jedna z najwspanialszych rzeczy na świecie. Zwłaszcza po tak beznadziejnym dniu jak ten.
- Chciałem ci coś dać – jąkał się dalej.
Szturchnęła go w bok i uśmiechnęła się.
- No już, pokaż, co tam masz.
Niepewnie wyciągnął ku niej nieforemne zawiniątko. Elizjon przyjrzała mu się nieco zdziwiona. Położyła je delikatnie na biurku (a nóż jednak bomba, nigdy nie wiadomo, co może wymyślić pogromca wampirów). Odwiązała sfatygowaną kalię. Ułamała nóżkę niemal przy łebku, a kwiat wsadziła za przepaskę przytrzymującą włosy.
- Przynajmniej raz nie muszę sama kupować sobie kwiatów.
Amon wziął ją za rękę i okręcił dookoła własnej osi. Zaśmiała się i oparła dłońmi o jego pierś. Była taka malutka. W trampkach nie sięgała mu nawet do brody. Jej włosy łaskotały go w szyję.
- To moje pierwsze walentynki, które nie są do bani – przyznał.
Elizjon zarzuciła mu ręce na szyję. Amon delikatnie wyswobodził się z jej objęć. Spojrzała na niego zdezorientowana.  
- Jeszcze nie. Prezent, Światełko, prezent.
- A tak – zmarszczyła brwi. – Naprawdę przypominam ci świecznik z „Pięknej i bestii”?
Amon zaśmiał się.
- On miał chyba na imię Płomyk albo Światełek, nie Światełko. Ale, skoro pytasz… Jakby tak się przyjrzeć… Ta sama smukła woskowa figura. I rzecz jasna, charakterek ten sam.
- Drań – z tego, co Elizjon pamiętała Płomyk był gadatliwym podrywaczem. - Ale wybacz, nie ty będziesz decydował, kogo całuję i kiedy. Na szczęście… - odcięła się z satysfakcją.
- Założymy się? To zobacz, co dostałaś.
Po chwili bezowocnej szarpaniny udało jej się rozwiązać wszystkie sznurki i rozpakować podarunek. Chwilę patrzyła, mrugając z niedowierzaniem. Amon, zdziwił się, gdy zrozumiał, że czeka na jej reakcję z pewnym niepokojem. Bał się. On, łowca wampirów? A jednak, nie potrafił ukryć, że się denerwuje. Gdy udało jej się w końcu odpakować prezent, przestała się uśmiechać, a światło w jej oczach zgasło. Niedobrze.
- Nie podoba ci się…
Jakby się ocknęła.
- Nie, nie. Nie o to chodzi. Ale miecz twojej matki?
- Zrobił na tobie wrażenie.
- Owszem, jest przepiękny. Mówiłeś, że to twoje jedyne pamiątki po rodzicach. Ja chyba nie mogę – teraz ona się jąkała. O ironio, kto mieczem wojuje, od miecza ginie. – Nie powinieneś rozdzielać Bakary i Koronoje. W końcu to siostrzane miecze.
- Elizjon, nie zamierzam ich rozdzielać. Bakara zawsze będzie należała do ciebie, a ty zawsze będziesz przy mnie.
- Słucham?! – nie wierzyła własnym uszom. Na wszelki wypadek odłożyła miecz. Lepiej, by nie miała nic ostrego w ręce, nawet jeśli będzie miała pod ręką. Może nie chwyci. Może mu nic nie zrobi. Może.
- Ojej, znów głupio powiedziałem?
- Żebyś wiedział.
- Kiedy cię poznałem, uznałem, że chcę spędzić z tobą całe życie.
- Widzisz, widzisz, znów to robisz!
- Co robię?
- Komplementujesz mnie bez sensu! Naprawdę nie jesteś normalny! To niepoważne! – jej własny głos dochodził do niej z oddali. Wiedziała, że krzyczy, ale nie potrafiła przestać.- Poznaliśmy się trzy miesiące temu! Nie znałeś nawet mojego imienia!
Wzruszył ramionami.
- To nie przeszkadzało mi się zakochać.
- Natychmiast przestań wygadywać takie bzdury.
Elizjon zamachała rękami, jakby próbując coś odgonić. Czyżby jego?
- Zabieraj się stąd – zawyrokowała już ciszej. – Ale już.
Amon ruszył wolno ku wyjściu. Jeszcze tylko rzucił przez ramię:
- Jakby co, wiesz gdzie mnie szukać.
- Jakby co, niby? – warknęła.
Wzruszył ramionami.
- Z piwnicy jest tylko jeden kierunek, Elizjon. W górę.
- Hej – zawołała za nim.
Natychmiast się odwrócił. Wskazała władczo na stół.
- Klamot też!
Gdy wychodził nie patrzyła na niego. Udawała, że nagle bardzo zainteresowały ją białe myszki w swych sterylnych akwariach. Drzwi zamknęły się za nim z szumem. Boże, co za kretyn! Diabli nadali. Dlaczego, och dlaczego, nie mogła się obejść tamtego dnia bez kawy? Zagryzła wargę i ciężko opadła na obrotowe krzesło. Może przesadziła z tym klamotem. W końcu dobra rodowe to nie jakieś tam klamoty. Podarował jej miecz swojej matki. Piękny gest. Elizjon ukryła twarz w dłoniach. Rozpłakała się, sama do końca nie wiedząc dlaczego i o co jej właściwie chodzi. Jaki parszywy dzień!
- Nienawidzę walentynek – chwyciła hipopotama Milusia i cisnęła nim o ścianę.

 ________________________________________________
* Tytuł posta jest cytatem z piosenki zespołu IRA, "Nadzieja".

czwartek, 9 lutego 2012

Umrzeć - tego nie robi się Kotu

 

















Kto twierdzi, że jest wszechmocna,
sam jest żywym dowodem,
że wszechmocna nie jest.
Nie ma takiego życia,
które by choć przez chwilę
nie było nieśmiertelne.
Śmierć
zawsze o tę chwilę przybywa spóźniona.
Na próżno szarpie klamką
niewidzialnych drzwi.
Kto ile zdążył,
tego mu cofnąć nie może.
Wisława Szymborska, O śmierci bez przesady


Niech sobie ludzie będą, jeśli chcą,
a potem po kolei każde z nich umiera,
im, chmurom nic do tego
wszystkiego
bardzo dziwnego.

Nad całym Twoim życiem
i moim, jeszcze nie całym,
paradują w przepychu jak paradowały.

Nie mają obowiązku razem z nami ginąć.
Nie muszą być widziane, żeby płynąć.
Wisława Szymborska, Chmury
 

wtorek, 7 lutego 2012

Pierwszy stos w nowym roku -qfantowy


Dziś musimy się obejść bez wielkiej inwencji twórczej. Po pięciu dniach wysilania mózgu podczas intensywnej nauki i jednym napoju energetycznym, który zmuszona byłam wypić wczoraj wieczorem, bo miałam dwie godziny, by napisać, poprawić i oddać recenzję książki, która istniała tylko w mojej głowie (recenzja, nie książka), dziś Elf jest… zmęczony? wycieńczony? padnięty? zmaltretowany? osłabiony? mizerny? zabiedzony? Otóż nie,  Królowa Elfów skacze niczym gumiś i ma dziwne pomysły. Więc wolałam Wam (Państwu?) jednego z takich pomysłów oszczędzić. Zatem krótko. W stosiku:



1. Paweł Pollak, „Gdzie mól i rdza” (wyd. Oficynka) – od „Qfantu”; ach, jak też zacieram rączki na tę lekturę! Zobaczymy, zobaczymy.
2. Ju Honisch, „Obsydianowi serce. Część II” (wyd. Fabryka Słów) – również od „Qfantu”, I części mi Fabryka nie przysłała, bo już nie mieli. Może ktoś chce odsprzedać po rozsądnej cenie, chętnie odkupię jedynkę, bo jakoś tak dziwnie recenzować powieść zaczynającą się od 52 rozdziału. Swoją drogą, niemieckie fantasy jest pierwsza klasa (i to nie jest żart!).
3. Lani Taylor, „Córka dymu i kości” (wyd. Amber) – od „Qfantu”, nagroda za dobre sprawowanie (a może prowadzenie się, już sama nie wiem), więc pewnie nieprzeczytana powędruje na półkę w oczekiwaniu na lepsze czasy (ach, kiedy, kiedy?!). Wybrałam ją sobie, bo czytałam na blogach i LC, że dobra.
4. J.M. McDermott „Dzieci demonów” (wyd. Prószyński – przeze mnie nazywane pieszczotliwie Prószkiem) – od… tak, tak, powtarzam się, „Qfantu”. Książki tego wydawnictwa mnie do siebie przyciągają, choć czasem okazują się nie tak dobre, jak bym sobie życzyła. Życie.
5. Paweł Jaszczuk, „Marionetki” (również od Prószka) – trzeci tom kryminału retro o Jakubie Sternie. Już przeczytany i zrecenzowany (ach, ten wczorajszy drink pobudzający, wniosek Elfy nie powinny nadużywać niczego, co zawiera bąbelki), czeka aż go qfantowa korekta poprawi (a może być co poprawiać, biedne Dziewczyny!) i wrzuci na stronę.
  

Czy powyższy tekst był w ogóle po polsku? Jeśli nie, przepraszam!

piątek, 3 lutego 2012

Zeznania gorszycielki

Postmodernistyczne teorie twierdzą, że wszystko już było. Zatem nie można napisać nic nowego, skazani jesteśmy na opowiadanie wciąż tych samych historii w nowych wariantach, możemy jedynie powtarzać i powielać teksty już zaistniałe. Paradoksalnie, właśnie w tych czasach powieść i opowieść, patrząc na ilości wydawanych pozycji, mają się całkiem nieźle. Ale czy na pewno? Pisząc ten tekst pomyślałam, że to jego lekturze niektórzy będą mieli ochotę rzucać we mnie zgniłymi jajami. Ale potem przyszło mi do głowy, że to tylko moje pobożne życzenie (chciałabyś, co?). Zatem do dzieła, oto kilka przemyśleń gorszycielki na temat literatury, wydawania książek, pisarzy, krytyki literackiej (zawodowej i amatorskiej), a nawet czytelników.
Książek jest coraz więcej. Nie sposób orientować się choćby w nowościach wydawniczych, o szerszej perspektywie nie wspominając. Powieść pod pewnymi względami wydać łatwo, pod innymi bardzo trudno. Nowoczesne technologie sprawiły, że książkę można wydrukować i dostarczyć do księgarń w trzy miesiące. Trudniej, bo tekstów do wydawnictw przychodzi multum i naprawdę niełatwo jest się przebić debiutantom (wiem, przechodzę to). Martwi mnie też nasilająca się tendencja, że pisarz nie musi koniecznie umieć pisać po polsku. Od tego, by tekst był „po polsku” jest korekta i redakcja. Tylko, że coraz częściej robi się jedną, dwie korekty, zamiast jak kiedyś, cztery. I tym sposobem mamy w książkach coraz więcej błędów i literówek. Nie mówcie mi, że nie ma w tym nic złego, że wszystko w porządku.
Literatura wysoka ucieka w formę. Niemal odrzuca fabułę, którą z kolei kocha jej pogardzana siostra, literatura „popularna”. Literatura ta zawłaszcza fabułę. Dla niej liczy się niemal jedynie opowiadana historia. Żadne tam udziwnienia formalne. Nic, tylko opisywane wydarzenia (to także wiem z autopsji, próbowałam po swojemu, nieco inaczej, niemal się nie daje). Patrzę na to, co się dzieje i myślę, że fabuła przeżywa kryzys. Może nie przeżywa się, może jeszcze nie dogorywa, ale nie jest już też zdrowa i pełna wigoru. Powieści są coraz grubsze. Coraz grubsze, coraz bardziej rozwlekłe i coraz bardziej… o niczym. Dziś nierzadko pojedyncza książka (ach, te tomiszcza literatury fantasy!) ma 600-700 stron. Nikogo to nie dziwi. Bywa, że pisarz ma pomysł na dobrą, ciekawą fabułę, która mogłaby się zamknąć w 300 stronach. Więc dlaczego się w tylu nie zamknie? Po co sztucznie rozwlekać powieści, rozpychać je do granic możliwości? A kontynuacje? Twórca planował trylogię, ale wyszło mu siedem, osiem, dziewięć części. Myślę, że naprawdę trzeba wiedzieć, kiedy ze sceny zejść, by móc zejść niepokonanym. Bo nie ten się liczy, kto świetnie zaczyna. Zapamiętają tego, który świetnie finiszuje. Trzeba umieć sobie uzmysłowić, że należy skończyć! Gdy pisarz zaczyna powtarzać sam siebie, nie jest dobrze. Potem powstaje tysiąc scen o pieczeniu ciasta. Mea culpa, ja też nie jestem bez winy. Mnie również się to zdarza. Ostatnio, podczas przeglądania starszych tekstów, zauważyłam, że w dwóch powieściach zupełnie ze sobą niezwiązanych odwołuję się do postaci Elizabeth Bennet z „Dumy i uprzedzenia” Jane Austen. Zazgrzytałam zębami, jak ognia staram się unikać powtarzania się. Owszem, trudno się tego wystrzec. Niemożliwe jest zupełnie oddzielić od siebie samego pisany tekst. W każdym z nich jest coś „mojego”, nawet jeśli bohaterki nie są do mnie podobne. Ale z drugiej strony nie będę zaprzeczać. Łatwiej jest napisać, że bohaterka kocha filmy z Redfordem, niż anime. W tym celu musiałabym bowiem usiąść, poczytać o anmie, pooglądać je. To wymaga czasu i wysiłku.
Pisarz powinien szanować czytelnika. To jego święty (a zarazem psi) obowiązek. To nieprawda, że można czytelnikowi wcisnąć każdy kit. Niektórzy pisarze wypuszczają trzy/cztery książki rocznie. Niektórzy z nich wysyłają nieskończony tekst wydawcy, nawet nie czytając i na gwałt dopisując zakończenie (a potem się tym chwalą). Myślę i mówię to z całą stanowczością na jaką mnie stać, że nie można napisać czterech dobrych tekstów rocznie. Pisanie jest zawodem, jak każdy. I poza Wielkimi Wybranymi, raczej zawodem kiepsko płatnym lub nawet takim, do którego się dopłaca. Niewykonalne jest mieć jeden za drugim rewelacyjny pomysł. Jeśli nic mi nie przeszkadza i mogę siedzieć przy komputerze po dziesięć godzin dziennie, jestem w stanie napisać trzystustronicową powieść w trzy tygodnie. Robiłam to już. Ale potem minimum sześć, a czasem i dziewięć miesięcy ją poprawiam. Poprawiam, dopisuję, wykreślam, cyzeluję każde zdanie. I nigdy nie jestem zadowolona. Bo chciałabym oddać czytelnikowi jak najlepszą powieść. A nie po prostu jakąś powieść. Pisarzu, szanuj Czytelnika swego jak siebie samego. Bo to nie on cię potrzebuje, lecz ty jego. On sobie bez ciebie poradzi – kino, kręgle, telewizja, Internet, nawet teatr. Ale ty, kimże jesteś bez swojego Czytelnika?
Więc dlaczego coraz więcej pisarzy obraża się na swoich Czytelników? To, że obraża się na krytyków, z pośród których niektórym wydaje się, iż pozjadali wszystkie rozumy i że jeśli im książka się nie spodobała, to z całą pewnością nikomu się nie spodoba, jeszcze potrafię zrozumieć. Zwłaszcza, jeśli krytyk napisał recenzję powieści, której nie przeczytał. Tak, są i tacy (nawet wśród zawodowych krytyków!), którzy uważają, że nie trzeba przeczytać książki, by móc o niej napisać. Przyznam, że w głowie mi się to nie mieści. Ale odbiegłam od tematu. Obrażanie się rozumiem, obrażania ich już nie. Myślę, że jeśli człowiek decyduje się wydać swój tekst, musi mieć twardy tyłek. I nie tylko dlatego, że zawsze znajdzie się na pęczki tych, którzy nam źle życzą (to też prawda, ale zarazem gówno prawda, jak stwierdziłby Tischner). Zawsze znajdą się tacy, którzy nas nie lubią i ocenią nas, a nie tekst. Nie lubię go, wiec napiszę zjadliwą recenzję, zupełnie abstrahując od tekstu. Po co mi do niego zaglądać, przecież i tak nie mógłbym przyznać, że wyszło mu coś fajnego, bo go nie cierpię!
Ale z drugiej strony, lubimy się tak tłumaczyć! Bywa po prostu, iż pisarze źle reagują na krytykę, wykłócają się z czytelnikami. Czasami dostaję od czytelników maile z linkami do recenzji. Zawsze dziękuję za czas poświęcony powieści, czasami korzystam z rad (jak choćby wtedy, gdy Sujeczka zwróciła mi uwagę na błąd w zastosowanym przeze mnie w powieści hiszpańskim słowie; nie znam hiszpańskiego, zawierzyłam pewnemu amerykańskiemu filmowi i to był błąd, ale dzięki niej miałam czas nieco zmodyfikować tekst, by wilk był syty i owca cała, dziękuję!). Mimo to zawsze zaznaczam, że recenzji nie przeczytam. Dlaczego? Bo każdy czytelnik, nie tylko ten, z myślą o którym piszę, ma prawo myśleć o niej, co mu się tylko podoba (okładka beznadziejna, bohater kretyn, nudne, głupie, ect.). Co czytelnik myśli o mojej książce, to nie moja broszka. Ma prawo mieć własne zdanie. Jeśli jest pochlebne, świetnie, ale niekoniecznie muszę o tym wiedzieć, gdyż groziłoby mi samozachwyt. Jeśli bardzo krytyczne, murowana depresja. Zatem nie czytam, śpię spokojnie, piszę najlepiej jak potrafię, ufając, że może jednak się spodoba. 

Chcę, by pisarze pisali książki, a nie je produkowali. Chcę, by pisali po polsku, a nie w języku, który inni potem pracowicie przekładają na polski. Chcę, by nie uważano literówek w książkach za „normalne” i „nieistotne”. Chcę, by krytycy czytali powieści, zanim wydadzą o nich jakikolwiek sąd. Chcę, by książki znów miały prawo być jednotomowe, a pisarze wiedzieli, kiedy skończyć. By opowieściom nie groził już powolny zgon, a czytelnik nie umierał z nudów. Bo wszystko dobre i tylko to dobre… co się kiedyś kończy! 


_______________________________________________
 * wszystkie fotografie pochodzą z filmu Władca Pierścieni. Powrót Króla, reż P. Jackson, 2003.
Jak widać nawet Elfy czytały książki ;).                 

czwartek, 2 lutego 2012

Chwilami życie bywa znośne
















Wisława Szymborska 1923-2012


Tu leży staroświecka jak przecinek
autorka paru wierszy. 
 Przechodniu, wyjmij z teczki mózg elektronowy
i nad losem Szymborskiej podumaj przez chwilę.
 Wisława Szymborska, Nagrobek

  
Bez Jej twórczości życie byłoby z całą pewnością nieco mniej znośne.   

środa, 1 lutego 2012

Styczniowe Kopytko

Czas przyznać pierwsze w tym roku Kopytko. W styczniu przeczytałam i zrecenzowałam siedem powieści. Były to:
•    Ilona Andrews, „Na krawędzi”,
•    Ilona Andrews, „Magia krwawi”,
•    William R. Forstchen, „Sekundę za późno”
•    Christine Feehan, „Mroczna legenda”,
•    C.S. Ransom „Błękitna miłość”,
•    Robison Wells, „Wariant”,
•    Cat Patrick, „Zapomniane”.

Styczeń był miesiącem dobrych książek i trudno było jury (tradycyjnie już: ja – samozwańcza Królowa Elfów, Edgar Kopytko i właścicielka księgarni Za rogiem Kathleen Kelly) podjąć decyzję. Wśród nominowanych było: pięć powieści fantasy (zarówno dla dorosłych, jak i młodzieży), powieść katastroficzna oraz obyczajowa z nutą magii.  
Ja kocham pisarstwo Ilony Andrews, Edgarowi podobała się wyjątkowo katastroficzna powieść Forstchena, a Kathleen optowała (jak to ona!) za świetną powieścią dla młodzieży autorstwa Robisona Wellsa. Ostatecznie nasz wybór padł na:
   
„Wariant” Robisona Wellsa.


Autorowi szczerze gratulujemy (fanfary, brawa, konfetti).

W lutym zapewne pojawi się recenzja powieści „Marionetki” Pawła Jaszczuka, „Dzieci demonów” (jak ja lubię książki Prószka, choć akurat te z serii „Nowa Fantastyka” pasują mi średnio) oraz nowego utworu Pawła Pollaka, laureata Kopytka we wrześniu 2011 za „Niepełnych”.