poniedziałek, 30 grudnia 2013

Szykujemy się do sylwestra


źródło

Szykujemy się do sylwestra. Idealny? My dwoje w dresach, kilka filmów na DVD i butelka wina. Żadnych tam fryzur, sukienek, makijaży. Pełen luz. A jak wygląda Wasz idealny sylwester? Szykujecie sukienki i pantofelki? Jeśli tak to powodzenia. Być może czeka Was poniższa scena.   

- Jesteś piękna – mówi nagle mężczyzna.
Kobieta myśli sobie: „Kurde, jestem w spranym, wyblakłym dresie, nieumalowana. Naprawdę mu się podobam? Ale fajnie!”. Dwie sekundy. Przychodzi refleksja: „Co on, ślepy? Przecież widzę się w lustrze. Nie wyglądam nawet dobrze. Co go napadło? Pewnie coś przeskrobał. A przecież, gdy się ubiorę, umaluję, wysztafiruję, spędzę trzy godziny w łazience, to mi tego nie mówi. A wtedy wyglądam… No, dobra, może nie dobrze, ale przynajmniej nieźle. Co z nim jest nie tak? Właśnie wtedy chciałabym usłyszeć, że wyglądam ładnie”. Wreszcie po minucie w odpowiedzi na stwierdzenie mężczyzny kobieta pyta:
- Ślepy jesteś, czy co?
A on biedny rozkłada bezradnie ręce i zaczyna się zastanawiać, czy rzeczywiście nie udać się do specjalisty.

Ale z drugiej strony, czy nie cechuje nas trochę myślenie: „jeśli mu się nie podobam taka, jak stoję, to ja go pierniczę, gdy się ustroję”? Mnie na pewno. I kto tu zrozumie kobietę? Chyba tylko druga kobieta. Co wyjaśnia dlaczego kobiety czasem tak bardzo się nawzajem nienawidzą.

poniedziałek, 23 grudnia 2013

O świętach bez czołobitności


źródło

Święta mnie zastanawiają. To naprawdę fenomen. Tysiące przygotowań. Sprzątanie, gotowanie, pieczenie, ubieranie choinki, przygotowywanie prezentów. Wczoraj ubierałam choinkę. Tak, tak, tę, którą Mama stwierdziła, że „sobie ubierze” i której (nareszcie!) miało nie być. Zeszłam do piwnicy po bombki. Spotkałam sąsiadów. Oni też nie lubią przystrajania drzewka. Zaproponowałam sąsiadce, żeby ubrała i moje, skoro się już rozpędzi. Spojrzała na mnie zmęczona: „A upieczesz za mnie makowca?”. Sąsiad dodał: „Już nic nie mów, bo znów mi zacznie płakać”. I pewnie w większości domów jest tak samo. Na kilka dni przed świętami zaharowujemy się na śmierć. Denerwujemy się, warczymy na siebie, krzyczymy. A potem o godzinie „pierwsza gwiazdka” siadamy do stołów wystrojeni, zmęczeni i udajemy, że możemy na siebie patrzeć i że wcale nie jesteśmy skłóceni. Potem któreś z rodzinnych dzieci zwymiotuje, bo stanie mu w gardle ość od ryby (a może atmosfera?). Obdarowujemy się nietrafionymi prezentami. I fajnie jest. Bo przecież na stole stoi dwanaście dań. To nic, że nikt nie jest w stanie tego zjeść, a miejsca w zamrażarce brak, więc pewnie się wyrzuci. Ale było, jak tradycja nakazała, przykazała i zakazała inaczej. Następnie dwa dni rodzinnych spotkań. Bo przecież między nami fajnie jest. Cudowne święta to mit i kit, który co roku sobie wciskamy. Zawsze ma być dobrze, a wychodzi jak zwykle. Alleluja i do przodu! Jak w przypadku naszego skoczka. Luz w dupie i przelecimy przez święta jak petarda. Następny rok przed nami. Najszczersze, najserdeczniejsze życzenia Wesołych Świąt i Szczęśliwego Nowego Roku, Moi Drodzy. I rzecz jasna luzu w... rzyci(u), żeby przez następny rok przemknąć jak petarda.     

niedziela, 22 grudnia 2013

Jak Brad Pitt z zombie walczył



Czasami z własnej nieprzymuszonej woli robimy rzeczy, na które nie do końca mamy ochotę. Przypuszczam,
że sama z siebie nigdy nie zdecydowałabym się na obejrzenie filmu o zombie. Bo co w tym fascynującego? Zawsze to samo – klimat posapokaliptyczny, zaraza albo inny wirus, żywe trupy i enklawy ocalałych. T. jednak miał ochotę obejrzeć „World war Z”, więc myślę sobie: „Czemu nie, najwyżej nie dam rady, a przynajmniej sobie Brada Pitta pooglądam”.
            Fabuła do przewidzenia. Ze światem zaczyna dziać się coś złego. Zwierzęta wykazują agresję, klimat się ociepla, a ludzi dotyka niewytłumaczalna przypadłość, choroba, której pochodzenia nikt nie jest w stanie określić. Jerry, główny bohater filmu, na zlecenie rządu Stanów Zjednoczonych (prezydent też jest zombie tak swoją drogą), rozpoczyna poszukiwania pacjenta zero i antidotum na nieznaną chorobę. W tym celu odwiedza Afrykę, Izrael i Anglię. Najbardziej podobał mi się chyba wątek Izraela, który otoczył się murem i w te sposób uniknął zarażenia.
            Oczywiście „World  war Z” pokazuje obraz zombie, jaki wszyscy doskonale znamy – bezmózgie trupy, nieco połamane, rozkładające się, bezmyślne, ogarnięte chęcią zabijania. O ile wampiry zawsze pokazywały piękną stronę śmierci, są przecież atrakcyjne i pociągające, o tyle zombie uosabiają wszystko, co człowieka w niej przeraża: rozkład, utratę siebie. Zombie to jednostka pozbawiona osobowości, wspomnień,  władzy nad własnym ciałem, bezmyślne, powoli gnijące martwe mięso. Ale mimo posługiwania się stereotypami (oczywiście, że zombie zostaje się poprzez ugryzienie innego osobnika, bo jakżeby inaczej?), muszę przyznać, że paradoksalnie, ten film zadziwiająco trzyma poziom. Fabuła się klei, co jest dość nietypowe dla tego typu produkcji. A tu? Wszystko pod sznurek – fabuła spójna, wszystko znajduje logiczne rozwiązanie i wytłumaczenie. A angielscy jajogłowi (znaczy naukowcy) całkiem sympatyczni, ale to tylko taka moja dygresja.
            Koniec końców dało się to obejrzeć. Film na dodatek (na szczęście dla mnie!) nie epatował krwią, brzydotą ani przemocą. Na zombie dało się patrzeć, nie było scen typu „ręka/noga/mózg na ścianie”. Nie był to też obraz z kategorii tych bardzo strasznych. Jeden tylko raz naaaaaprawdę się wystraszyłam. Mój strach przestraszył z kolei T. Popatrzył na mnie z wyrzutem: „-Przestraszyłaś mnie! – Ale tam… No, bo… No, zombie na niego wyskoczył! – Przecież to było oczywiste, że zombie na niego wyskoczy. To była tego typu scena. Taka, kiedy wiadomo, że bohatera za chwilę coś zaatakuje. I to nie ona mnie przestraszyła, tylko twoja reakcja”. Cóż, ja już tak mam. Litościwie nie przypomniałam T., jak oglądaliśmy „Szeregowca Ryana” (ja po raz pierwszy). Okropnie się bałam i zdarzało mi się to wyrażać. Moje reakcje tak bardzo potrafiły przestraszyć T., że po pewnym czasie zaproponował litościwie: „Może dajmy spokój?”. Ciekawe, kto się bardziej bał – ja filmu, czy T., że zejdę mu na zawał i będzie miał kłopot, gdzie ukryć moje zwłoki. Obejrzeliśmy jednak do końca. Ale łatwo nie było. Są filmy, które należy oglądać w domu.
            Co do „World war Z” obejrzeć można. To oczywiście kino rozrywkowe do jednorazowego rzucenia okiem. Ale jak na swoją kategorię naprawdę zadziwiająco dobre. 

czwartek, 19 grudnia 2013

Święta, Święta... notatka całkiem prywatna



Już od jakiegoś czasu Święta mnie nie ekscytują. Kiedy wyrasta się z dzieciństwa okazuje się, że prezenty jakoś nie cieszą, bo święty Mikołaj raczej przynosi to, co sam chciałby dostać lub to, co wydaje mu się, że chcielibyśmy dostać (trudno ocenić, który wariant gorszy), niż to, na czym nam naprawdę zależy. Na spotkaniach opłatkowych jak zawsze cmokanie powietrza wokół policzków osób, o których wiesz, że na co dzień w łyżce wody by cię utopiły. Próbowałam namówić Rodzicielkę, żebyśmy w tym roku nie kupowały choinki. Po co, skoro jedna na drugą spycha obowiązek jej ubierania? Chciałam pójść w Wigilię do pracy. Przepracowałabym swoje, a potem szybko w odświętny strój i kolacja. Szast, prast i po krzyku. Ale okazało się, że muszę wziąć urlop, bo przecież wszyscy biorą i teraz przez cały dzień, aż do kolacji, będę się zastanawiać, co ze sobą począć. Wreszcie spotkania z Rodziną. Rodzina, ach Rodzina. No, nie jesteśmy w każdym razie Borejkami. Po piętnastu minutach (w porywach do pół godziny) skupiania uwagi i uprzejmego zainteresowania okazuje się, że jakoś skończyły się tematy do rozmowy.

Chciałabym przykryć się kocem aż po same uszy i przespać Święta. Odpocząć od wszystkiego. Pracy, pracy po pracy, korepetycji, prezentacji maturalnych. Obudzić się 27 grudnia, gdy czas już będzie wrócić do rzeczywistości. Ale nic z tego. Plany planami, życie życiem. „Kupiłam choinkę, stoi na balkonie”, oznajmiła dziś moja rodzicielka, jaśniejąc zadowoleniem z siebie. Gdyby mi się tak chciało, jak mi się straszliwie nie chce, to może nawet bym się ucieszyła, bo choinka całkiem zgrabna nawet. Miejsce, w którym nie obchodzi się Świąt pilnie przygarnę.   

wtorek, 17 grudnia 2013

Millenium w komiksowych kadrach

Komiksem interesuję się już jakiś czas. Zdarzyło mi się nawet popełnić pracę magisterską na temat superbohaterów. I choć powieść graficzną znam, czytam, lubię, a nawet cenię, nigdy jakoś jej nie recenzowałam. Kiedy dowiedziałam się, że wydawnictwo Czarna Owca wypuściło komiks na podstawie powieści "Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet", postanowiłam po raz pierwszy w życiu zrecenzować komiks. Efekt można przeczytać tutaj. A przy okazji podzielę się z Wami kadrami z komiksu. Moim zdaniem świetne. 
Mój ulubiony kadr

poniedziałek, 2 grudnia 2013

Heros na miarę czasów, czyli kilka słów o "Man of the Steel"



Superman. Weteran komiksowych trykociarzy. Wyjątkowy. Jedyny nadczłowiek, który usilnie stara się upodobnić do ludzi. Facet z gejowskim loczkiem, w czerwono-niebieskim wdzianku z pelerynką. Od lat przemysł komiksowo-filmowy stara się go z lepszym i gorszym skutkiem odmłodzić, odprasować, odrestaurować, odpicować. Ale wszyscy czujemy, że to jakby nie to. Nadludzie nie są już potrzebni. Od dawna nie walczymy z nazistami  i ideą ubermenscha. A jednak oni pozostali, Superman, Kapitan Ameryka. Dziś nieco już niedostosowani, niedopasowani do współczesnego świat. I choć ten drugi po wielu trudnościach zdał się dostosować (po nienajgorszym „Kapitanie Ameryce” świetni „Avengers”) to Superman wciąż wydaje się mieć trudności. Wszyscy inni trykociarce urodzili się ludźmi, którzy stali się bohaterami. Z Supermanem mamy ten problem, iż urodził się bohaterem, który od 1936 roku próbuje (bez powodzenia?) udawać człowieka.
            Kryptończyk jakoś nigdy nie należał do moich ulubionych bohaterów, dlatego mimo wielkiego uwielbienia dla filmów o trykociarkach, czekałam raczej bez emocji, mając w pamięci jego kiepskich poprzedników „Superman. Powrót”  czy „Tajemnice Smallville” (choć sam serial lubię, kreacja Clarka Kenta woła o pomstę do nieba, to jakieś emo a nie bohater!). Brak postawy „muszę-muszę-bo-inaczej-się-uduszę” spowodował, że dopiero ostatnimi czasy, po wyjściu filmu na DVD, udało mi się go obejrzeć. Tym razem na przeciwnika głównego bohatera wybrany zostaje generał Zodd, który przybywa na Ziemię wraz ze swoją świtą, by mścić się na synu za grzechy ojca, a przy okazji skolonizować nasz świat, zabić wszystkich ludzi i założyć na planecie nowy Krypton. Ot, taka drobnostka, kto by się tym przejmował. 

Spodziewałam się, że… będzie gorzej. I choć film jest, moim zdaniem, zdecydowanie za długi (dwie i pół godziny, a przez półtorej dzieje się tak mało, że widz nudzi się i walczy z chęcią oglądania na szybkim przewijaniu), jest całkiem niezły. Dość obszernie ukazuje (zwykle traktowaną po macoszemu) historię upadku Kryptona. Twórcom „Człowieka ze stali” udało się też połączyć klasyczne fragmenty historii o Supermanie – farmę Kentów, przyjaźń z Pittem Rossem i dzieciństwo spędzone w Smallville, śmierć Johnattana, która w pewien sposób ukształtowała Kal Ela, z tymi nieco nowszymi. Jakąż radość sprawiło mi, gdy nad budynkiem, należącym do mechanika samochodowego, zobaczyłam napis „Sullivan”. Fani wiedzą o co chodzi. Nawet dla Chloe, mojej ukochanej Strażnicy, znalazło się tu miejsce. Wreszcie kultowa przecież redakcja „Daily Planet” i Perry White, w tej wersji bardziej black, niż white, bo gra go Laurence Fishburne. Stażystka Jenny, której poświęcono kilka scen, co pozwala sądzić, że Jenny to… Jimmy Olsen (mam nadzieję, że to nie okaże się prawdą). I wreszcie, last but not least, Lois Lane. Twarda babka, która przechodzi ewolucję od zwalczającej kosmitów po dzielnego pomocnika trykociarza. Amy Adams dobrze sobie poradziła, choć dla mnie za mało w jej Lois było… Lois, córki generała. Nadal numerem jeden pozostaje jednak Erica Durance, smallville’owska Lane. Na koniec przyznam, że baaaaardzo przyjemnie oglądało mi się kataklizm i burzenie, rujnowanie, rozbijanie, rozwalanie kolejnych budynków na Manhattanie. Ach jak miło, ach jak fajnie. Chyba pozostało we mnie coś z dziecka, które lubiło patrzeć, jak misternie ułożona z klocków wieża, upada. A tu upadało sporo. Łącznie z „Daily Planet”. 

Było dobrze. Czuję się miło zaskoczona. Czego życzyłabym sobie w następnym „Człowieku ze Stali”(bo jakoś nie wątpię, że zrobią kontynuację)? To oczywiste, ideałem byłoby, gdyby Superman spotkał Batmana (a gdybym Batmanem był Bale to już ideał). Ale jak przypuszczam, nie można mieć wszystkiego.

wtorek, 26 listopada 2013

Znalazła się w niewłaściwym miejscu, o niewłaściwej porze, została bohaterką - "W pierścieniu ognia" relacja subiektywna



  
     


W piątek do kin weszło „W pierścieniu ognia”, kontynuacja „Igrzysk śmierci”. Film zaliczył jedno z najlepszych otwarć w historii, już w weekend zarabiając dla swoich twórców dużo więcej milionów dolarów, niż ci weń zainwestowali.  I Polska do tego sukcesu dołożyła swoją cegiełkę. A wśród nastolatków, którzy w sobotę oblegali salę kinową, by film obejrzeć, byliśmy także my z T (chyba nie muszę dodawać, że znacznie zawyżając średnią wieku).

Katniss po wygranych igrzyskach, wróciła do domu w Dystrykcie 12. Jednakże teraz przed nią kolejne zadanie, tradycyjne tournee zwycięzców. W przeddzień wyjazdu odwiedza dziewczynę prezydent Snow, stawiając jej ultimatum – ma przekonać wszystkich o swojej miłości do Peety oraz zażegnać rodzące się nastroje rewolucyjne, inaczej jej rodzinie stanie się krzywda. Starania Katniss nie zdają jednak egzaminu. Prezydent podejmuje decyzję o uczczeniu jubileuszowych, 75 igrzysk, w dość szczególny sposób. Mają w nich wystąpić dwie osoby z każdego dystryktu, wyłonione spośród dotychczasowych zwycięzców. W ten sposób Katniss i Peeta znów stają na arenie.


            Idąc na film, nie znałam książki (chyba jako jedna z nielicznych nie czytałam jeszcze trylogii Suzanne Collins). Nie wiedziałam, co się wydarzy. Kiedy więc główna bohaterka i jej przyjaciel/udawany ukochany znów wylądowali na arenie, pomyślałam sobie: „I co, drugi raz to samo?”. Okazało się, że w pewnym sensie owszem. Film znów obnaża ludzką zwierzęcość. W jednej ze scen wszyscy bohaterowie biorą się za ręce na znak solidarności ze sobą nawzajem i protestu wobec bezwzględności państwa, które skazało ich na taki los. W następnej zabijają się w imię przeżycia za wszelką cenę. W „W pierścieniu ognia” próbowano przełamać tezę „Igrzysk śmierci”. Starano się pokazać, że trybuci zdolni są do uczuć wyższych, do walki za ideę wolności i za innych ludzi. Hasłem przewodnim filmu zdaje się być rewolucja, co potwierdza powtarzane co jakiś czas przez kolejnych bohaterów zdanie: „Pamiętaj, kto jest prawdziwym wrogiem”. Teraz już nie jednostka, a zbiorowość stara się wyłamać spod władzy systemu.  

            Bardzo podobało mi się ukazanie głównej bohaterki. Spodziewałam się, że Collins przedstawi ją jako superbohaterkę albo (nie daj Boże…) Mary Sue – „jestem cudowna, jestem wspaniała, jestem niezwyciężona, niczego się nie boję, a śmierci już najmniej”. Tymczasem wykreowała postać dziewczyny, która się nie raz trzęsie się ze strachu, miewa nocne koszmary, nie radzi sobie z sytuacją. Dziewczyny, która nie nadaje się do roli, jaka została jej przypisana. Aż chciałoby się rzec: „znalazła się w niewłaściwym miejscu o niewłaściwej porze, została bohaterką”. 

            Jak już wspomniałam, nie czytałam książek, dlatego nie potrafię porównać tego, co zobaczyłam do treści powieści. Zastanawiało mnie wciąż w trakcie seansu, że mówiło się o rodzeństwie geniuszy, którzy ukryli się, przeczekali aż wszyscy się pozabijali i w ten sposób zwyciężyli. O innej parze natomiast stwierdzono, że stworzyli w trakcie igrzysk braterską relację. Jak to możliwe? To sugerowałoby, że nie tylko w przypadku Katniss i Peety dwoje wygrywało igrzyska, a przecież podobno zwycięzca zawsze miał być tylko jeden. Jeden, nie para. Może mi to ktoś wyjaśnić? Co źle zrozumiałam?

            Podobało mi się, tak, jak podobało mi się i poprzednio. Myślę, że to dobry film dla młodzieży, który pod warstwą zewnętrzną ma jeszcze coś głębszego do przekazania (T. powiedziałby, że nie, ale o gustach się nie dyskutuje). Choć za każdym razem, gdy wychodzę z kina po seansie, odczuwam nieprzyjemny dyskomfort. Towarzyszy mi zawsze to samo przekonanie. Jestem tchórzem, w sytuacji wojny umierałabym na kolanach. 
         Jeśli coś mi się nie podoba, to rozbicie ostatniej części na dwa filmy. Oczywiście, kochane pieniążki pomnażajcie nam widzowie.
Do obejrzenia „W pierścieniu ognia” serdecznie zachęcam.  

czwartek, 21 listopada 2013

Trawy na zielono malować nie będę



źródło

            W lipcu tego roku minęły dwa lata od momentu, gdy założyłam blog. Jestem już trochę starsza, mam nadzieję, również trochę mądrzejsza. Kiedy powołałam do istnienia Bibliotekę Edgara, bardzo się cieszyłam, gdy zaczęły napływać propozycje współpracy od wydawnictw. Myślałam, że mnie doceniają, że moje opinie coś znaczą, że widzą, iż potrafię pisać. Cieszyłam się, bo halo, kto by się nie cieszył z darmowej książki?
            Okazało się, że im dalej w las, tym więcej drzew (jak powiedziałaby MS więcej butelek). Książki dostawałam, ale dostawało je też tylu innych, niekoniecznie piszących dobrze i po polsku, że zrozumiałam, iż to żadna nobilitacja. Poza tym, gdy wydawcy zaczęli ingerować w moje teksty, bo przecież „nie pisze się źle o książce, którą się dostało za DARMO”, pomyślałam sobie, że dość tego. Nie po to studiowałam krytykę literacką, żeby teraz ktoś mi dyktował, co mam myśleć i co mam pisać. Wycofałam się ze współpracy z większością wydawnictw. Nadal czytam książki, o których napisanie recenzji jestem proszona, ale piszę to, co uważam za stosowne. Nie jestem książkową prostytutką. Nie sprzedaję swojego zdania za książki.
            Jakiś czas temu zaprzyjaźniona biblioteka poprosiła mnie o recenzję pewnej powieści. Mniejsza o to czy powieść jest dobra, czy zła. Jestem krytykiem, ale nie krytykantką, nigdy nie odczuwałam potrzeby zniszczenia drugiego człowieka, zwłaszcza, gdy zaraz włącza mi się czerwona lampka: „a jak ty byś się poczuła, gdyby twoją książkę ktoś tak zmasakrował?”. Mniejsza też o tytuły i nazwiska. Jest kilku polskich pisarzy, których uważam za grafomanów, a ich powieści za nieporozumienia. I co z tego? Moje zdanie jest moim zdaniem i nikt się z nim zgadzać nie musi. Pisarzy tych po prostu nie czytam. Bo po cóż czytać i błotem obrzucać? Recenzję napisałam, wysłałam na adres biblioteki. Minęły dwa dni. I… cisza w eterze. Ani dziękuję, ani pocałuj mnie w dupę.
            Dziś dostałam od biblioteki, jak wszyscy jej czytelnicy, którzy podali swój adres mailowy, zaproszenie na spotkanie literackie autorki. Fajnie. Niech biblioteka promuje lokalnych twórców. To miłe i potrzebne. Zresztą to już nie pierwsze takie spotkanie literackie. Tyle, że tak się składa, iż spędziłam w tej bibliotece na stażu pół roku. Znali mnie tam i lubili (przynajmniej niektórzy, Muzealników serdecznie pozdrawiam!), a jednak moja książka nie została zakupiona, mnie nikt spotkania nie zaproponował. Nie to, żeby mnie to bolało, bo nie jestem reprezentacyjna i odmówiłabym. Zastanawia mnie co innego. Mianowicie dlaczego? Bo zdarzyło mi się uświadomić pani dyrektor, że pomyliła Grossa z Grassem? 
           Naprawdę życzę autorce, żeby spotkanie okazało się sukcesem, a w bibliotecznej sali czytelnicy siedzieli poupychani jak sardynki. Ale błagam, niech nikt mi nie wpiera, że teraz wydawnictwa biją się o jej następną książkę i pchają po nią drzwiami i oknami. Jestem młoda, ale nie głupia. Kitu sobie wciskać nie dam. Doskonale wiem, ile autorka za wydanie swej powieści zapłaciła, a jeśli nie zapłaciła, to znaczy, że zrzekła się praw autorskich i powieść już praktycznie nie jest jej. O takich autorów nie biją się wydawcy. No, chyba, że się jest Agnieszką Lingas - Łoniewską, a i w jej przypadku nie można mówić o bitwie o kolejne książki.
            Recenzja mojej książki pewnie się na stronie biblioteki nie ukaże. Nie będzie jej nikt poprawiał i stawiał mi warunków, co może w niej być umieszczone, a co nie. Czy mnie to boli? Nie, bo nie dbam o opinię na mój temat ludzi, którzy nie odróżniają Greya od Goethego. Ale trawy na zielono malować nie będę.       
 

wtorek, 19 listopada 2013

Nie najlepiej, nie najgorzej, nawet nie w sam raz



„Nikt nie pyta dziecka o zdanie, ale ja myślę, że człowiek dorasta w chwili, gdy przestaje liczyć na najlepsze i zaczyna oczekiwać najgorszego. Jak wytłumaczyć dorosłej osobie, że całe zło świata być może płynie z faktu, iż przestała wierzyć w niemożliwe?”

 J. Picoult, S. van Leer, „Z innej bajki”, s. 136.

Nie najlepsze, nie najgorsze. Tak chyba w skrócie mogę określić moje pierwsze spotkanie z prozą Jodi Picoult (w tym przypadku stworzoną na spółkę z córką). Powyższy cytat spodobał mi się bardzo. Jak nic jestem już dorosła… Jeśli macie ochotę zapoznać się z moją recenzją powieści „Z innej bajki”, zapraszam na stronę „Qfantu”.

niedziela, 17 listopada 2013

Zmiany, zmiany


źródło

Przyjaciółka zwróciła mi jakiś czas temu uwagę:
- Gdy zakładałaś blog, pisałaś o książkach, czasem o filmach. A teraz, co wyprawiasz? Bawisz się w felietony i teksty społeczne, cytaty, notki z zapaszkiem prywaty. Co to ma być?
- Przecież nadal czytam – broniłam się. – I piszę o książkach.
- Częściej o bibliotekach – fuknęła.
       Cóż. Piszę o bibliotekach. Bo biblioteki to teraz moja rzeczywistość. I ludzie do bibliotek przychodzący oraz w tychże pracujący. Kupuję książki, owijam książki, wpisuję książki do systemu komputerowego. W miarę możliwości i czasu, oczywiście, czytam książki. Ale myli się ten, kto sądzi, że bibliotekarka ma czas na czytanie. Choć teraz to ja już decyduję, co czytam i kiedy, a nie wydawcy stawiający żądania i dyktujący terminy, a nierzadko ingerujący też w treść samej recenzji.
     Piszę także o codzienności. O nauczycielach, bezrobociu, o zarabianiu za dużo, by umrzeć, za mało by żyć, o kołtuństwie małych miast, o prawach kobiet do…. Piszę, bo mnie to dotyczy. Piszę, bo taką odczuwam potrzebę. Piszę, by to przemyśleć i nie myśleć już tego, co myślałam wcześniej albo wręcz przeciwnie, by utwierdzić się w swoich przekonaniach.
    Biblioteka Edgara się zmieniła, to prawda. Bo ja się zmieniłam. Trochę dorosłam, a trochę moja dusza wciąż pozostała elfem i nastolatką. Nawet zaczęłam pisać powieść dla dorosłych, zobaczymy, co z tego będzie. Choć nie sądzę, bym prędko ją skończyła (jeśli kiedykolwiek). 
     W związku z tym wszystkim, postanowiłam też nieco „odświeżyć” wygląd Edgara. Tamten zapewne wszystkim się nam już opatrzył. 
        Idzie nowe.       

środa, 13 listopada 2013

Geniusze i miernoty


Jakiś czas temu po raz pierwszy w życiu obejrzałam film Milosha Formana „Amadeusz”. Jest to opowieść o życiu i twórczości Wolfganga Amadeusza Mozarta i jego relacji z nadwornym kompozytorem królewskim, Antonim Salierim. Salieri, odkąd tylko poznał Mozarta, był zazdrosny o jego talent, o boską cząstkę, która zdaniem włoskiego kompozytora, wydobywała się z muzyki Mozarta, człowieka niegodnego geniuszu.
            Nie wiem, czy film Formana mi się podobał. Nie podobała mi się na pewno przedstawiona w nim sylwetka Mozarta – lekkoducha o głupawym śmiechu, pijaka i imprezowicza, człowieka raczej pozbawionego kultury, żyjącego ponad stan, noszącego komiczne peruki. Oczywiście postawę, jaką prezentuje Salieri, uznać należy za naganną. Zrobił wszystko, aby uprzykrzyć życie autorowi „Requiem” i jego rodzinie. Czym Mozart sobie na to zasłużył? Niczym, oczywiście. Czym zasłużył sobie na talent? Oczywiście… niczym. Dlatego nie potrafię chyba odbierać tego filmu tak, jak powinnam go odbierać. Widzę tu dwóch ludzi. Dobrego rzemieślnika, który do wszystkiego doszedł swoją ciężką pracą i dzięki temu został nadwornym kompozytorem królewskim. A naprzeciw niego geniusza. Geniusza nie wkładającego żadnego wysiłku  w tworzenie swojej muzyki i jednocześnie niewiele sobą reprezentującego.
            Oglądałam ten film i z każdą minutą coraz bardziej rozumiałam negatywnego bohatera. Rozumiałam jego bunt. Dlaczego geniusz, który nie wkłada absolutnie żadnego wysiłku w bycie geniuszem jest więcej wart, od tego, który do wszystkiego doszedł drogą pełną wyrzeczeń, krwi i łez? Nie wiem, jakoś moje serce zawsze będzie po stronie tego drugiego.
            Mozart był geniuszem. Jego muzykę gra się, rozpoznaje i wielbi. Salieri jest pamiętany nie ze względu na swoje utwory, a z powodu nienawiści do Mozarta (która najprawdopodobniej jest przekłamaniem historycznym, utrwalonym przez dramat pt.„Amadeusz” i oparty na nim film Formana). Kiedy myślę o „Amadeuszu”, trudno mi nie łączyć swojej refleksji z popularnymi w ostatnich latach „talent show”. Nie oglądam ich. Zresztą na własne nieszczęście, choć uwielbiam muzykę, jestem głucha jak pień. Rytm w muzyce dla mnie nie istnieje. A jednak myślę o tych wszystkich utalentowanych uczestnikach „talentowych” programów i zastanawiam się, czy nie czują się sfrustrowani, że ich miejsce na polskiej scenie muzycznej zajmują czasem beztalencia. Beztalencia ze znajomościami, beztalencia z nazwiskami, w czepku urodzone beztalencia lub beztalencia z dużymi pieniędzmi. Ludzie, którzy na nic nie musieli zapracować. A potem porównuję ich sytuację ze swoją. Możecie powiedzieć, że jestem zwyczajnie zazdrosna, zawistna i nie potrafię być obiektywna. Ale czasami biorę do ręki książkę X i Y i zastanawiam się, jakim cudem została wydana. Bo czy w istocie naprawdę jest lepsza od mojej?
            Film Formana niewątpliwie trzeba obejrzeć. Dla historii w nim opowiedzianej, dla muzyki, dla scenografii i kostiumów. Choćby też dlatego, że już na stałe wywalczył sobie miejsce w kanonie kina światowego. A jednak w ostatniej scenie filmu, gdy Salieri mówi o sobie, że jest miernotą i stwierdza: „miernoty świata błogosławię wam”, wiem, że mówi też do mnie. Głęboko to czuję. 

       

czwartek, 7 listopada 2013

Madame Intueri o pięknie, perfumach i... sobowtórach



Intueri i Mama oglądają telewizję. Trafiają akurat na reklamę perfum Chanel.
Mama: Jaka ładna.
Intueri (mimo, że nie jest pewna, czy chodzi o reklamę, czy o kobietę): Spójrz prawdzie w oczy. Normalne kobiety tak nie wyglądają.
Mama: Uważasz, że nie jesteś ładna?
(To jakby pytać, czy na pustyni jest piasek i to istotę najlepiej poinformowaną - wielbłąda.)
Intueri: Ile takich Keir Knightley, Audrey Tautou, Dian Kruger chodzi po ulicach? Większość kobiet jest raczej przeciętna.
Mama (po głębokim zastanowieniu): Przypuszczam, że po jednej.
Pozamiatane. Intueri milczy. Czuje się powalona przez dobitność i logiczność wniosku swojej rodzicielki. Oczywiście, że po jednej. Bo jakżeby inaczej?

Więc dlaczego większość z nas chce być jak one, choć to niemożliwe? Pocieszający jest fakt, że sama Mademoiselle Coco Chanel nie wyglądała, jak kobiety, które firmują jej perfumy swoimi nazwiskami.  

 

wtorek, 5 listopada 2013

Ulubione sceny filmowe - część 1


Jedna z moich ulubionych scen filmowo-serialowych. Serial "Numb3rs" Ridleya i nieodżałowanego Tony'ego Scotta (2009). I to pytanie Amity...



„Do you see that?”. Czasami mi się zdaje, że widzę magię w normalnym codziennym życiu. Małe prywatne cuda. Padający śnieg, zachwyt nad zaledwie jednym zdaniem z książki, kwiaty bez okazji, potrawa, którą próbuję po raz pierwszy (i którą mimo wszelkich znaków na niebie i ziemi oraz przewidywań mojej Rodzicielki udaje mi się wykonać), moment, kiedy przejeżdżam dłonią po kocim futrze, krople deszczu spadające na rękę, muzyka, zachwycająca tak bardzo, że żadne słowa by tego nie oddały. Ciepły koc jesienną porą, gdy za oknem wiatr, a ja nigdzie nie muszę iść. Maskotka na wystawie sklepu z zabawkami, przecież wystarczy na nią popatrzeć. Tajemnica spojrzenia Dziewczyny z perłą. Bursztynowa sowa. Świeży kasztan, lśniący i połyskliwie brązowy. Koń w galopie, nawet, jeśli tylko na obrazku.  A potem na chwilę zamykam oczy. Gdy je otwieram, jakby ktoś podmienił cały świat. Jedno mgnienie oka, a zmienia się wszystko. I już na pytanie „Do you see that?” odpowiedź jest całkiem inna. Śnieg zamienia się w brązową nieestetyczną maź, film oglądany po raz drugi, sprawia, że zastanawiam się, jak w ogóle mógł mi się podobać. Przecież, "jak zachwyca, skoro nie zachwyca"? Miłość jest tylko chemią. Na obiad znów pomidorowa, bo najprościej i tanio. Koc nie ma znaczenia, skoro muszę wyjść z domu. Kot zjada mysz na moich oczach i budzi odrazę. A muzyka ani spojrzenie Dziewczyny z perłą nie interesują mnie w obliczu tego, że świat jest podły i zły. I już nie ma magii. Tylko iluzja.      

niedziela, 3 listopada 2013

Dziady w małych miasteczkach, czyli o szkodliwości społecznej czynu


źródło

        Czasami przekleństwem jest mieszkać w małym miasteczku. Niestety, w małych miasteczkach w niewielkich domkach mieszkają zwykle mali ludzie o wąskich umysłach. Ludzie, którzy lubią narzekać, że w małych miasteczkach nic nie ma i nic się nie dzieje, ale gdy dziać się zaczyna, nie chce im się ruszyć tyłków sprzed wielkich telewizorów zainstalowanych w niewielkich domkach.
Ciasnym umysłom łatwo jest wmówić pewne rzeczy. Powiesz im to jest dobre, tamto złe, a one uwierzą, jakby wyrobienie sobie własnego zdania za bardzo bolało. Przykładowo: wystawa różańców jest dobra, przebieranie się i bieganie po domach z okrzykiem „cukierek albo psikus” jest złe. Pewnie dlatego, gdy poprosiłam o powieszenie w szkołach plakatów reklamujących obchody Halloween w bibliotece, usłyszałam, że to „szerzenie pogaństwa”. Plakaty powieszono, ale nie w szkołach. Tutaj pierwszy po Bogu nie jest dyrektor, a siostra zakonna. A jak wiemy: "Halloween w szkołach? Takie zabawy skłaniają do sadyzmu, potęgują egoizm, agresję i zmysłowość"*. Przerażająca jest zwłaszcza zmysłowość (pal licho egoizm i agresję)! Zabrońmy ludziom się przytulać. Wmówmy dzieciom, że rodzice się nie całują, a już najlepiej niech naprawdę się nie całują. Przecież to karygodne, by mama kochała tatę, tata wodził za mamą spojrzeniem (a już Boże broń zachwyconym, toż niemoralne, wstydliwe i potępienia godne!). Nawet nie rozmawiajmy o uczuciach, najlepiej o nich nie myślmy. Może wtedy księżom przestanie być przykro, że ich nie powinno to dotyczyć. Plakaty umieszczono bardzo wstydliwie, po cichu – to w gablocie w rynku, to w sklepowej witrynie. Jeszcze trochę i najchętniej zepchnięto by imprezę do podziemia.  Liczyłam się, że impreza nie wypali, bo jedyne, co jest pewne w małych miastach, to wyryte nad bramą słowo „basta”. Skoro ksiądz w kościele powie, że nie wolno, zakonnica w szkole skwapliwie powtórzy, to nie wolno i już. A jednak w dzień zero o godzinie zero raczej z rezygnacją, niż nadzieją na powodzenie, czekałam z trzydziestoma dyniami na śmiałków. Bo przecież nie wolno się poddawać, czyż nie? I zjawili się. Trzeba przyznać, że jak na realia małego miasta to było ich dość sporo. Podobnie, jak na wieczornym maratonie horrorów. Widocznie są jeszcze tacy, którzy nie przejmują się, że "nie wolno i już".
Może jest jeszcze nadzieja dla małego miasta? Ale tym sposobem zostałam najpewniej pełnoetatową małomiasteczkową czarownicą. W każdym razie z dwojga złego wolę szerzyć pogaństwo niż ciemnotę. Nie zauważyłam wśród dzieci, z którymi wycinałam dynię, skłonności do sadyzmu czy agresji (jak miałby przejawiać się ich egoizm? jedno drugiemu dyni nie wyrywało, krzycząc: "To moje!"). Przeciwnie, bez problemu dzieliły się ze sobą łyżkami (bo na dwunastu uczestników przypadały tylko dwie). To normalne miłe i uśmiechnięte dzieci. Nie sądzę, by miały zostać satanistami z powodu wycinania dyniowych lampionów. 
Być może nie mam racji. Ale póki ktoś mi nie wykaże, jasno i dobitnie, jaka jest szkodliwość społeczna wycinania dyni, nie mam zamiaru od niego odstąpić. 

___________________________
Wypowiedź biskupa Jerzego Mazura. Cytuję za: http://wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/1,114871,14884032,Bp_Jerzy_Mazur___Halloween_w_szkolach__Takie_zabawy.html

poniedziałek, 28 października 2013

Druga podróż Henry'ego Gota



Jeśli wybierasz się w podróż niech będzie to podróż długa
wędrowanie pozornie bez celu błądzenie po omacku
żebyś nie tylko oczami ale także dotykiem poznał szorstkość ziemi
i abyś całą skórą zmierzył się ze światem
Zbigniew Herbert, Podróż

Winda zjeżdża na parter. Drzwi otwierają się z cichym szumem. Mężczyzna zaszczyca portiera krótkim spojrzeniem i lekkim skinięciem głową. Przemierza hol szybkim, sprężystym krokiem. Jego buty stukają po marmurowej posadzce, którą wyłożono podłogę. Przez drzwi obrotowe wychodzi na zewnątrz. Owiewa go, wciąż jeszcze zimne, ranne powietrze. Zatrzymuje się i wdycha je przez chwilę. Smakuje zapachy miasta, zapachy ludzi.
- Dzień dobry, panie Henryku.
Odwraca głowę i uśmiecha się. Starsza kobieta odpowiada uśmiechem.
- Dzień dobry, pani Wando.
Uwydatniają się zmarszczki wokół jej, wyblakłych już, szarych oczu. Mężczyzna wie, że wywiera na niej wrażenie. Od kilku lat mieszka sama w mieszkaniu obok. Lubią się. Nie przeszkadzają sobie nawzajem. On, mimo że młody, nie jest hałaśliwy. Nie sprowadza na noc kobiet, choć przecież mógłby. Co z tego, że trochę ekscentryczny, że w nocy pisze, bezustannie stuka w klawiaturę, a w dzień śpi. Ona często zaprasza przyjaciółki. Razem oglądają telewizję albo omawiają ostatnio przeczytany romans. Mężczyzna wie, słyszy każde słowo. A jednak, nigdy nie zdradziłby tajemnic statecznych starszych pań.
            Pies, którego kobieta trzyma na smyczy, warczy. Ma zjeżoną sierść i obnaża kły. Pani Wanda pociąga za smycz. Jest zmieszana. Nie potrafi nic poradzić na to, że pies reaguje tak za każdym razem, gdy spotykają pana Gota. Horacy wyraźnie go nie lubi. Mężczyzna rozumie dlaczego. Wie, że pies ma rację. Instynkt, szósty zmysł, którego tak bardzo brak ludziom. Sąsiadka wskazuje na walizkę, by przerwać niezręczne milczenie, wywołane zachowaniem jej pupila.
- Pan wyjeżdża, Henryku?
- A i owszem – odpowiada. – Dziś rano zdecydowałem, że pewne miejsca czekały na mnie już zbyt długo.
- Zatem planuje pan dłuższą nieobecność?
- A większą mi rozkoszą podróż niż przybycie![1] – śmieje się mężczyzna.
Kobieta macha ręką.
- Wy, młodzi… Na starość to człowiek już nie lubi się ruszać. Zatem przyjemności, panie Got. Przyjemności. Oby świat dobrze przyjął Mefistofelesa.
Pani Wanda wchodzi o budynku, ciągnąc za sobą psa. Mężczyzna patrzy mu w oczy. Zwierzę warczy i kładzie uszy po sobie. Ucieka z podkulonym ogonem.
            Czarne porsche właśnie wyjechało z garażu. Wysiada z niego pracownik apartamentu i podaje mu kluczyki. Młody mężczyzna zaszczyca go jedynie lekkim skinieniem głowy. Niewielką torbę wrzuca na tylne siedzenie. Zajmuje miejsce za kierownicą. Rusza z piskiem opon. Henryk Got wyrusza w podróż.


Dokumentacja poprzedniej edycji
Listopad, będący miesiącem Henry’ego Gota, zbliża się wielkimi krokami. Trzy lata temu, właśnie w listopadzie, ukazało się pierwsze wydanie „Milczących słów”. Rok później, również w listopadzie, wydawca poinformował mnie o zakończeniu prac redakcyjnych i przekazaniu powieści do druku. Z tej okazji postanowiłam powtórzyć akcję „Henry Got podróżuje”. Każdy, kto ma ochotę książkę przeczytać, może do niej przystąpić. Co należy zrobić:

1. Napisać do mnie maila na adres muzkar@op.pl, w których wyraża się chęć przystąpienia do akcji.
2. Podać w mailu następujące informacje:
Imię i nazwisko, adres zamieszkania oraz maila.
3. Przeczytać książkę w ciągu dwóch tygodni (mile widziane pozostawienie na kartach książki jakiegoś śladu po sobie – podpisu lub rysunku).
4. Po lekturze przesłać powieść (koniecznie listem poleconym!) następnej osobie, której adres przekażę Czytelnikowi mailem.  
  
Ja i bohaterowie „Milczących słów”, skądinąd bardzo sympatyczni, serdecznie zapraszamy do wzięcia udziału w drugiej podróży Henry’ego Gota.


1] Leopold Staff, Przybycie.

poniedziałek, 21 października 2013

Innego końca świata nie będzie


Film rozpoczyna ciąg obrazów – kobieta w sukni ślubnej, siedzący koń, chłopiec strużący patyk. Wreszcie: niebieska planeta uderzająca w Ziemię. Wszystko to pokazane w nieznośnie powolnym tempie i okraszone muzyką Wagnera, piękną, ale wzbudzającą strach i podenerwowanie. Wszystkie obrazy, pozornie niezwiązane, ułożą się niebawem w historię. Po kilku minutach filmu widz nie musi się już zastanawiać, znany jest finał opowieści. Dzięki temu nasza uwaga całkowicie koncentruje się na bohaterach i tym, co przeżywają. 
            Tytułowa Melancholia to planeta, która zbliża się do Ziemi. Obserwujemy, jak wpływa na zachowanie dwóch sióstr – Justine i Claire. Pierwszy rozdział - „Justine” - ukazuje nam świat z perspektywy młodszej z kobiet. Akcja zaczyna się w dniu jej ślubu. Dziewczyna ledwo trzyma się na nogach. Cierpi na depresję. Chorobę tę w dawnych czasach nazywano melancholią (co w nierozerwalny sposób łączy bohaterkę z planetą). Choć Justine stara się uśmiechać, bo tego wszyscy od niej oczekują, tak naprawdę jest przeraźliwie smutna. W tym momencie nie można nie wspomnieć, o rewelacyjnej grze Kirsten Dunst. Jej mimika jest niesamowita. Uśmiecha się, choć jednocześnie widz doskonale zdaje sobie sprawę, że to tylko pozór, maska nałożona na prawdziwe samopoczucie bohaterki. Mistrzowsko zagrane, być może nie bez znaczenia jest tu fakt, że Dunst sama chorowała na depresję.
Claire natomiast jest poukładana. Niemal obsesyjnie pilnuje, by całe wesele odbyło się zgodnie z planem. Dba o zachowanie pozorów, aby spod obrazka „szczęśliwej rodziny” nie przebiła się prawda. W części dotyczącej Justine, Melancholia jest tylko kropką na niebie. Ciekawą, ale niezbyt istotną. Istotniejsze jest natomiast to, co dzieje się między ludźmi. Lars von Trier skupia się na pokazaniu ludzkiej obłudy. Różnicy między prawdą i rzeczywistością, a grą pozorów i walką o to, by za wszelką cenę je utrzymać. Depresyjna Justine, choć próbuje wpasować się we wręcz obsesyjny ład zbudowany przez Claire, ponosi klęskę. Jej małżeństwo kończy się wraz z weselem. 
 Druga część, zatytułowana „Claire”, poświęcona zostaje starszej z sióstr i ukazuje wydarzenia z jej perspektywy. Melancholia nie jest już teraz nic nieznaczącą gwiazdą. Staje się realnym zagrożeniem. Choć akcja dzieje się wciąż w tym samym miejscu, zamku należącym do bohaterki i jej męża, tło znacznie się zmienia. Obserwujemy już nie zbiorowość weselników, a jedynie cztery osoby. Osoby, zamknięte w przestrzeni, której opuszczenie jest niemożliwe. Mostu nie da się przekroczyć, czego dowodzi zachowanie konia Justine, który za każdym razem staje dęba i cofa się ze strachem. Ucieczka przed Melancholią jest niemożliwa. Wraz z jej zbliżaniem się, widzimy także przemianę naszych bohaterek. Dotąd poukładana i spokojna Claire zaczyna odczuwać niepokój, czy wręcz irracjonalny strach. Justine natomiast, której depresja pogłębiła się na tyle, że nie jest już w stanie sama się wykąpać czy najeść, odżywa. Koniec świata przyjmuje jakby z ulgą. Koniec świata jest końcem jej szarpaniny z życiem. W obliczu śmierci, Justine odzyskuje równowagę. Jej zdaniem to życia trzeba się bać, nie śmierci. To właśnie ona, a nie Claire czy jej racjonalny i mocno osadzony w rzeczywistości mąż, staje się w tych ostatnich chwilach pocieszycielką i opoką dla synka siostry.

           Najbardziej zapadła mi jednak w pamięć scena, w której Claire i Justine zastanawiają się, w jaki sposób spędzić ostatni dzień swojego życia. Claire stwierdza, że chciałaby go spędzić „właściwie”, na tarasie, z siostrą i synem, popijając wino i słuchając muzyki. Justine wyśmiewa ją, zauważając, że to wszystko jedno, co zrobią. Koniec i tak nastąpi i będzie dla wszystkich jednakowy, obdarty z godności i wzniosłości. Justine, którą von Trier wyposaża w pewną wiedzę absolutną, wygłasza kluczowe dla „Melancholii” słowa: „Świat jest zły. Nie ma innego życia poza tym na Ziemi, jednak nie na długo. Nikt nie będzie po nas tęsknił". 
     O czym jest „Melancholia”? To film o zderzeniu z ostatecznością i nieistotności ludzkiego 
  życia. Von Trier neguje w nim wszystko – miłość, relacje rodzinne, międzyludzkie, przywiązanie do pieniędzy, wiarę w naukę czy rzeczywistość ukazywaną w telewizji. To wreszcie studium depresji, życia wbrew samemu sobie. Jakąkolwiek by jednak przyjąć postawę, ostatecznie wszyscy bohaterowie poniosą klęskę.
   Melancholia” to z całą pewnością nie jest film dla wszystkich. Jest nieznośnie powolny i niemal nic w nim się nie dzieje. A jednocześnie pozostaje niepokojący, niesamowicie dołujący i w pewien sposób drażniący. Zdecydowanie dla zdeterminowanych i wytrwałych. Ale warto.