wtorek, 26 marca 2013

Zaginiony almanach, czyli świąteczne zbuki




Zbliżają się święta. Święta, to ten niezwykły czas, który zmusza do refleksji. Oczywiście tych, którzy do stawiania hipotez i wyciągania wniosków przejawiają zdolności i umiejętności. Myślimy wtedy o tym, komu zrobiliśmy krzywdę, kogo należy przeprosić… Moment, wróć. To nie ta bajka. Przed świętami zastanawiamy się raczej, kiedy znajdziemy czas, żeby umyć okna, bo ciągle pada („pada śnieg, pada śnieg, dzwonią dzwonki sań”, tylko święta nie te, ale co to za różnica), ile kilogramów kiełbasy kupić, by dla wszystkich starczyło, ile jajek zdolny jest zjeść wujek Czesio albo inny Władzio. Przed świętami robimy też porządki. I czasami znajdujemy różne rzeczy. Zaginiony ulubiony wisiorek, pieniądze, dawno już spisane na straty albo książki, które kiedyś tam, dawno, dawno temu wypożyczyliśmy z biblioteki. I co z nimi zrobić? Przecież nie będą nam tu leżały, kurzu zbierały, miejsca zabierały. Po co mam one? Kto je w ogóle wypożyczył? Po tym, jak odbywa się wielkie szukanie winowajcy, zwykle wypychany jest do biblioteki zupełnie ktoś inny. Bo jak tu magiera bibliotekarka ma nakrzyczeć na niewinną duszę, która książki przecież nie wypożyczała? Nie ona zawiniła. Więc idzie matka/ojciec/babka/siostra (niepotrzebne skreślić), by rzeczone zgniłe jaja oddać. Biedak przybywa do biblioteki i spotyka bibliotekarkę (badania wskazują, że czytelnicy najbardziej boją się… bibliotekarza). No i zaczynają się schody. Staje przede mną taki delikwent. O czytniku komputerowym mogę pomarzyć, o skanerze zapomnieć. Przede mną morze kart i osoba, którą pytam:
- Na jakie nazwisko?
- X. Syn/córka/wnuczka/siostrzeniec (niepotrzebne skreślić) wypożyczał(a)…
- W tym roku?
- A gdzie, pani. Kto to może wiedzieć kiedy… My znaliśmy podczas sprzątania.
Patrzę. „Syzyfowe prace”. Lektura, którą omawia się w gimnazjum.
- Syn do której klasy chodzi?
- Do trzeciej.
- Gimnazjum?
- Technikum!
Patrzymy na siebie z babcią/dziadkiem/.wujkiem/matką (niepotrzebne skreślić) z rosnącym niedowierzaniem. Któż jest większym kosmitą? Zatem szukam. Modlę się o to, by morze kartek rozstąpiło się przede mną, niczym przed Mojżeszem i ujawniło winowajcę całego zamieszania. 2012. Nie. 2011. Niestety. 2010. Ależ skąd. Na moje czoło wychodzą kropelki potu. Nawet nie ze zmęczenia, a dlatego, że wyczekująco patrzy na mnie dwoje oczu. Zastanawiam się, o czym myśli osoba stojąca naprzeciw. Przecież wie, że żadnej kary nie będzie. Niebo się nie rozstąpi, ukazując moc boskiego gniewu. Nie padną sakramentalne słowa o opróżnieniu portfela w celu pieniężnego zadośćuczynienia za poniesione krzywdy, straty moralne, ect. Wreszcie znajduję. W roku 2008. Opróżniam konto delikwenta z zaległych pozycji. Cóż pozostaje mi powiedzieć?
- Dziękuję, to wszystko.
Matka/ciotka/wujek/dziadek oddychają z ulgą, zniecierpliwieni zbyt długim czekaniem („Boże, jacy oni tu zacofani! A gdzie komputer?”). Nie bolało, zrzucili z siebie jarzmo winy. Rozstajemy się w pokoju. W końcu idą święta.
_____________________________________
źródło obrazka:  http://www.travelatvietnam.com/Photos/News/Hanoi-host-book-reading.jpg

poniedziałek, 25 marca 2013

Moje dni z książkami



Dzień 22 - Ulubiona seria wydawnicza

Nie, zdecydowanie nie mam ulubionej serii wydawniczej. Nie zwracam uwagi, czy książka należy do jakiejś serii. Właściwie to zwykle muszę się nawet chwilę zastanowić, czym różni się seria od cyklu. Ten punkt niestety odpada.



Dzień 23 - Ulubiony romans

Elizabeth Bennet i pan Darcy – odpowiedź jasna jak słońce. Ona nieładna ironistka, on odpychający gbur. I jak tu nie kochać? Może jeszcze „Perswazje” tej samej autorki. Opowieść o drugich szansach. Miss Austen, uwielbiam panią.

niedziela, 17 marca 2013

Nic nowego




Gdy na rynku wydawniczym zaczęły pojawiać się pozycje pokroju „Heroiny” Tomasza Piątka, „Osiem cztery” Mirosława Nahacza, czy „Lubiewa” Michała Witkowskiego, wzbudzały skrajne emocje. Jednych zachwycały, w innych wywoływały oburzenie, zbulwersowanie czy niesmak. Szokowały, prowokowały do dyskusji. „Wódka, seks i nikotyna” autorstwa Marcina Piędla. wpisuje się tematycznie w ten właśnie nurt.
Jest to  opowieść o losach Oliviera, młodego, zblazowanego mężczyzny, który uważa, że matkę ma po to, aby całe życie na niego pracowała. Bohater nie ma pomysłu ani na siebie, ani na swoje życie. Wypełnia je więc snuciem się po barach, uprawianiem seksu i braniem narkotyków. Poza tymi czynnościami trudno doszukiwać się w powieści jakiegokolwiek ciągu przyczynowo-skutkowego. To bardziej ciąg luźno splatających się ze sobą obrazków. 
Autor nie ukrywa, że opisuje świat, który doskonale zna. Na plus należy zaliczyć, iż powieści nie brak autentyzmu. Próżno tu jednak szukać drugiego dna, przesłania czy moralizatorstwa. Piędel daje nam tylko opisywane wydarzenia, które nie silą się, by być czymś więcej. Mamy więc opisy używek i ich działania na organizm bohatera, a także niezwykle dokładne i obrazowe sceny seksu – oralnego, analnego, lesbijskiego. Od wyboru do koloru, każdemu według potrzeb i upodobań. Nie są to jednak opisy, które mogłyby poruszać. W „Wódce, seksie i nikotynie” seks zostaje sprowadzony do poziomu czynności biologicznej. Nie ma w nim absolutnie żadnej czułości między mężczyzną i kobietą. Nie ma zmysłowości. Seks nie jest w powieści wyrazem uczuć. Bohatera absolutnie nic nie łączy z kobietami, z którymi sypia. Bowiem Oliwer to bohater, który w ogóle nic nie czuje. Nie jest zdolny do odczuwania miłości, zazdrości, czy choćby rozczarowania. Jedyne, co boleśnie go dotyka i co zdaje się być motorem jego działań, to nuda.
Marcin Piędel, jak już wspomniałam, opisuje świat, który zna od podszewki. W efekcie dostaliśmy powieść dość płytką, bez ciekawej fabuły czy wciągającej akcji. Poza tym także styl młodego autora mocno jeszcze kuleje.   
Reasumując, „Wódka, seks i nikotyna” to powieść o tyle ciekawa, iż stanowi dokument będący świadectwem stanu, w jaki popada pewna cześć młodego pokolenia (naszego pokolenia?). Niestety, mężczyźni pokroju Oliwiera naprawdę chodzą po ulicach. Przeczytać można, ale niekoniecznie trzeba.  

piątek, 15 marca 2013

Niektórzy lubią poezję


W. S. MERWIN   
Na rocznicę mojej śmierci

Co roku, nie wiedząc o tym, mijam ten dzień,
Kiedy pożegnają mnie ostatnie ognie,
I cisza odprawi
Niestrudzonego wędrowca
Niby płomień nie świecącej gwiazdy.
Wtedy nie będę już czuł się
W życiu jak w obcym ubraniu,
Zdziwiony ziemią
I miłością jednej kobiety
I bezwstydem mężczyzn.
Tak jak dziś, pisząc po trzech dniach deszczu,
Słysząc, jak śpiewa strzyżyk i ustaje ulewa,
Zmierzając nie wiem ku czemu.
                                              przeł. Czesław Miłosz


W.S. Merwin został laureatem pierwszej edycji Nagrody Literackiej im. Zbigniewa Herberta.

Wiersz "Na rocznicę mojej śmierci" spodobał mi się od razu, od pierwszej lektury. Dlaczego? Chyba dlatego, że każdy czasami czuje się w życiu, jak w obcym ubraniu. Może właśnie wtedy myśli o śmierci, jak... o rozwiązaniu? A może dlatego, że nikt z nas nigdy nie dowie się, kiedy wypadać będzie rocznica jego śmierci. A przecież, jeśli coś w życiu jest pewne to fakt, że umrzemy. Poezja Merwina jest ludzka. Tak, jak ludzka była poezja Herberta i Szymborskiej. Bo czy można nie rozumieć słów "zdziwiony miłością jednej kobiety" lub tych o "bezwstydzie mężczyzn"? Niektóre rzeczy nie potrzebują komentarza. Wyjaśniają się same przez się. 

środa, 13 marca 2013

Dobra powieść o Elfach poszukiwana




Kto mnie zna, ten wie, jak ciężko sprostać moim oczekiwaniom, gdy chodzi o kreację Elfa w literaturze. Elfy to zdecydowanie moje ukochane i najulubieńsze stworzenia fantastyczne. Co stanowi zresztą jeden z ulubionych tematów do żartów dla T. Gdy próbuje wyprowadzić mnie z równowagi, mówi, że Elfy są bucowate, zadzierają nosa, są zarozumiałe, puszą się. Ale ja się nie daję. A przynajmniej bardzo się staram, nie reagować na te bezczelne zaczepki. Zatem nikogo nie powinien dziwić fakt, że z zaciekłością godną poszukiwacza złota i dociekliwością upierdliwego kujona ulubieńca pani od polskiego, śledzę wszelkie wzmianki o tychże stworach w literaturze. Jeśli chcecie się przekonać, czy Julie Kagava, pisząc "Żelazną córkę", sprostała moim wymaganiom, polecam lekturę recenzji, znajdującą się tutaj – KLIK.

A tak na marginesie, Galadriela rules. Koniec i bomba. A jeśli tego nie rozumiesz, toś trąba!   

poniedziałek, 11 marca 2013

Wampiry wyszły z mody



Dzień 21 - Książka, która przyniosła ci wielką przyjemność, ale wstydzisz się przyznać, że ją czytałaś

Hmmm, skoro się wstydzę, to chyba nie powinnam się przyznawać, prawda? Od kilku lat przebywam w środowisku, w którym należy wstydzić się niektórych z przeczytanych książek. Niektórych nie powinno się w ogóle tykać. Taki wstyd, taki straszny wstyd! Może lepiej byłoby zachować ją dla siebie i uniknąć kompromitacji, ale dobrze, niech będzie. Chciało się powiedzieć „a” i wziąć udział w wyzwaniu, to trzeba i powiedzieć „b”, co jest równoznaczne z przyznaniem się. Piszecie, że nie wstydzicie się żadnej z czytanych książek, a ja owszem. Są książki, które przeczytałam, których przeczytania się wstydzę, i do których nigdy nie wrócę, jak „Palomino” Daniel Steel. Co poradzę, przeczytałabym każdą, absolutnie każdą książkę, w której jest dużo na temat koni. Czytałam i kocham bezgraniczną miłością cykl Tanyi Huff o Victorii Nelson (szkoda, że po polsku wyszły tylko 3 tomy ;/), co nie zmienia faktu, że krępuje mnie fakt, iż tak bardzo lubię te książki. No, mumia, która atakuje świat… sama muszę przyznać, że to nie jest literatura najwyższych lotów, a jednak (uwaga!): uwielbiam Vicki Nelson i Henrego Fitzroya. Uff, przyznałam się.  

niedziela, 3 marca 2013

Życie jest, jak pudełko czekoladek. Nigdy nie wiesz, co ci się trafi"



Dzień 20 - Książka, którą byś poleciła osobie o wąskich horyzontach myślowych

Cóż, o dziwo wybrałabym książkę, którą owszem cenię, jako przedstawicielkę klasyki i kanonu, ale której jednocześnie po prostu nie lubię. Mam tu na myśli „Mistrza i Małgorzatę” Bułhakowa. Dlaczego? Ze względu na zawartą w niej opowieść o Poncjuszu Piłacie i filozofie imieniem Joshua. I może jeszcze „Forresta Gumpa” Winstona Grooma. Tak, zdecydowanie „Forresta Gumpa”. Bo warto pamiętać, że nawet głupcy i ignorancji mają swoją opowieść. Kto zna, ten wie. Kto nie zna, zdecydowanie poznać powinien. A na deser nieśmiertelny już temat muzyczny z filmu, w którym w postać Forresta wcielił się Tom Hanks. Zrobił to fenomenalnie (zresztą otrzymał za tę rolę Oscara).