wtorek, 22 września 2015

Nieco historycznoliterackich rozważań na temat wiedźmina Geralta



Pierwszy raz zetknęłam się z wiedźminem Geraltem, będąc jeszcze nastolatką. Pamiętam, że zrobił na mnie duże wrażenie, ale pamiętam też, że nie przeczytałam wszystkich tomów sagi, a dziś, po dekadzie, gdybym miała podać cokolwiek poza ogólnymi szczegółami, niewiele potrafiłabym powiedzieć. Gdy więc, razem z pojawieniem się gry, zapanował boom na „Wiedźmina”, postanowiłam, że to dobry moment, by przypomnieć sobie książki Andrzeja Sapkowskiego. Dziś jestem po lekturze pierwszego tomu opowiadań – „Ostatnie życzenie”. Co wiem na pewno?
                Jest rok 1986. Na łamach „Fantastyki” ukazuje się opowiadanie pod tytułem „Wiedźmin”. Sapkowski tworzy kolejne opowiadania, których będzie w sumie piętnaście. Ostatecznie złożą się one na tzw. „Cykl wiedźmiński”. Następnie dołączą do nich również powieści, z których ostatnia, „Sezon burz” (uznana za bardzo słabą i niepotrzebną nie tylko przez krytyków, ale i przez fanów) wydana została w 2014 roku. Tak pokrótce streścić można dzieje wiedźmińskiej sagi. Sagi, która trafia na rynek w szczególnym dla polskiej literatury czasie. Za chwilę skończy się komunizm. Rynek wydawniczy zaleje nowa, niepublikowana dotąd literatura. Książki drukowane będą szybko, licznie, z kiepskimi okładkami. Ale będą też tanie i ogólnie dostępne. Pierwsze lata po transformacji staną się też rajem dla fantastyki, tak światowej, jak i polskiej, której poprzedni system nie szanował. Pojawią się nowi twórcy. Wydawać się będzie dużo. Bowiem istnieje popyt, będzie i podaż. W tym momencie pojawia się Sapkowski ze swoimi opowiadaniami o wiedźminie Geralcie, którego blisko trzydzieści lat później rozsławi na cały świat gra komputerowa. Będzie się wtedy mówiło zarówno o grze, jak i o „Wiedźminie”, że jest na wskroś słowiański. Wrażenie to spotęguje jeszcze świetna muzyka stworzona przez zespół folklorystyczny Persival.
                Ale czy rzeczywiście opowiadania zawarte w „Ostatnim życzeniu” są na wskroś słowiańskie? Gdy byłam nastolatką, zupełnie się nad tym nie zastanawiałam. Wystarczało mi, że były wciągające, dobrze doprawione humorem i wcale nieźle napisane. Co widzę, jako dorosła? Przede wszystkim, że Sapkowski postmodernistycznie zabawił się baśniami. Znajdziemy tam na nowo opowiedzianą historię z „Pięknej i bestii” czy „Królewny Śnieżki”, echa „Kopciuszka”. Wszystko to zabawnie „przerobione”, a jednak wciąż jeszcze do rozpoznania. Słowiańskie są tu może jedynie wsie, po których podróżuje główny bohater. Ale one też są najsłabszym punktem w „Ostatnim życzeniu”. Dziś, prawie trzy dekady później, musi dziwić król, który przechadza się sam bez eskorty czy nieścisłość w budowaniu języka postaci. Sapkowski niby to stylizuje, by za chwilę użyć zwrotu na wskroś współczesnego. I jakoś tak dziwnie, gdy koło „rzyci” sąsiaduje „palant”.
Obecnie właściwie takie „zabawy”, jakie spotkać można w „Wiedźminie” nikogo nie dziwią, nikogo nie szokują. Stały się powszechne. Wystarczy wspomnieć choćby zabawę baśniami w serialach „Grimm”, czy „Dawno, dawno temu”, filmy „Jaś i Małgosia łowcy czarownic”, „Nieustraszeni braci Grimm” czy „Królewna Śnieżka i łowca”. Pojęciem „postmodernizm” też szafujemy już na prawo i lewo. Nic nowego pod słońcem. Dziś pewnie „Wiedźmin” już by nie poszedł… A może? Sapkowskiemu nie można jednak odmówić ogromnej wiedzy na temat legend, mitów, baśni oraz klasyki literatury fantasy, co udowodnił, chociażby wydając takie książki jak „Rękopis znaleziony w smoczej jaskini” czy esej dotyczący „Króla Artura”. To erudyta z ogromnym (ale i oryginalnym) poczuciem humoru.
„Wiedźmak”, mimo że już trochę brody się dorobił, nadal ma klasę, nie można mu tego odmówić. Może to wystarczy, by dzięki grze, otrzymał szansę na swój renesans na krańcu świata, hen daleko, za oceanem? 

wtorek, 15 września 2015

Bóg wojny a komiks japoński



Mangi. Właściwie wiem o nich niewiele ponad to, że to japoński komiks, są w większości wielotomowe oraz czym różni się manga od anime. Nie potrafię określić, co mnie naszło, że postanowiłam: „A poczytam mangi”. Problem polega jednak na tym, że mangi są zwykle wielotomowe, a ja nie bardzo mam ochotę inwestować w 10, 15, 20 czy-nawet-więcej częściowe serie. Ucieszyłam się więc, kiedy okazało się, że w zaprzyjaźnionej bibliotece mają całą serię pewnej mangi. Rzuciłam się na nią z zapałem godnym laika-nowicjusza.
            „Mars” to piętnastotomowa opowieść o miłości między dwojgiem licealistów – Kirą i Reim. Jak to w takich historiach bywa, on jest typowym niegrzecznym chłopcem, jeżdżącym na motorze i z tym wiążącym swoją przyszłość, ona natomiast, to zamknięta w sobie pasjonatka malarstwa. Los zetknął ich ze sobą, ale nie zapomniał postawić im na drodze nieco przeszkód.
            Właściwie każdy tom to inna, osobna historia. Mam już za sobą opowieść o tym, jak szkoła zareagowała na uczucie między Kirą i Reim, historię o powstawaniu portretu zatytułowanego „Mars” (wątek malarskiej pasji głównej bohaterki uważam za jeden z najciekawszych), wprowadzenie motwu brata bliźniaka Reiego, problemów z ojcem, wątek dawnej dziewczyny motocyklisty, czy wybijającą się na tym tle historię o rajdzie Suzuka, w którym bierze udział główny bohater.
            Wszystko to trochę pachnie tandetą, jak choćby wprowadzenie postaci brata bliźniaka czy byłej dziewczyny Reiego. Ale przy tym jest też bardzo zabawne (rozmowy między bohaterami bywają mistrzowskie) i dotyka głębszych problemów – znęcania się rówieśników nad słabszym, kradzieży własności intelektualnej, problemu samobójstw wśród nastolatków, czy molestowania seksualnego. Właściwie to, co w „Marsie” słabe, da się usprawiedliwić faktem, że jest kierowany do takiego, a nie innego target, młodych czytelników, czy też raczej czytelniczek, którym wymienione przeze mnie minusy przeszkadzać nie będą. W obronie „Marsa” działa również fakt, iż to manga sprzed dekady, jedna z pierwszych, z którymi mógł się zetknąć polski czytelnik. Pewnie dlatego oszczędzono nam rzeczy dziś powszechnej – czytania do góry nogami, od tyłu. Wiem, powiecie, tak ma być, trzeba zachować klimat japońskich oryginałów, ale mnie akurat nie przeszkadzałoby czytanie mangi na europejski sposób.
            Bardzo dobrze narysowane, z dbałością o detale. Fakt, że manga jest czarno-biała zupełnie (a jestem przecież miłośniczką komiksów superbohaterskich, gdzie kolory są zwykle dość krzykliwe) nie przeszkadza. Niektóre rysunki potrafią nawet zachwycić. Tłumaczenie też niezłe, nie stwierdziłam większych wpadek, kilka drobnych potknięć, ale da się przeżyć (okazuje się, że tendencja do używania dłuższej formy zaimków istniała już przed dekadą; jak ja tego nie lubię!). Papier raczej kiepski, gazetowy, miękki, szarawy i mało estetyczny. Daleko mandze sprzed dziesięciu lat do jej dzisiejszych, pięknie wydawanych koleżanek.
            „Mars” to pozycja zdecydowanie dla nastoletnich czytelników. Zawierająca wszystkie plusy i minusy tego typu literatury. Raczej tylko dla miłośników gatunku i nastoletnich czytelniczek.     

środa, 9 września 2015

To opowieść o...



Właściwie nie wiem, co skłoniło mnie do wypożyczenia książki Hannah Kent. Notka sugerowała powieść historyczną, w najlepszym razie powieść obyczajową na tle historycznym. Nie mam pojęcia, co mnie zainteresowało – ciemna, ponura okładka z kobietą i szubienicą w tle? A może informacja, że to opowieść o ostatniej skazanej na śmierć osobie na Islandii? Tak czy inaczej, przystąpiłam do lektury „Skazanej”.
            Urzędnik John dowiaduje się, że w jego domu zamieszka niebawem Agnes Magnusdotir. Kobieta, w raz z dwójką swych towarzyszy, została aresztowana za zamordowanie dwóch mężczyzn. Teraz, w domu urzędnika i jego rodziny, oczekiwać ma na wyznaczenie dnia egzekucji. Początkowo wszyscy traktują ją z pogardą, z czasem jednak patrzą na nią już nie tylko jak na morderczynię.
            Hannah Kent buduje bardzo szczegółowy i przekonujący portret Agnes Magnusdotir. Powoli poznajemy kolejne szczegóły, które doprowadziły kobietę do feralnej nocy. Autorka prowadzi narrację z punktu widzenia kilku postaci uczestniczących w opowieści – żony urzędnika i jego córek, które na co dzień muszą pracować z Agnes, młodego wielebnego, przegotowującego ją do ostatniej drogi, wreszcie samej więźniarki. O ile jednak narracja z punktu widzenia pozostałych bohaterów prowadzona jest w trzeciej osobie, to narracja Agnes jest pierwszoosobowa. Autorka oddaje głos swojej postaci. Dzięki temu Agnes konfrontuje i zestawia to, jak sama siebie postrzega, z tym, jak postrzegana jest przez otoczenie. Gdzie leży prawda, chciałoby się zapytać?  Poprzez ukazanie tak wielu relacji i reakcji na postać Agnes, Hannah Kent buduje kompletny, wielowymiarowy, a przez to jakże ciekawy, obraz Agnes Magnusdotir – morderczyni, zbrodniarki, zagubionej duszy, kobiety.
            Dodatkowym plusem powieści jest ukazanie codziennego życia Islandii końca XIX wieku. Autorka wyjątkowo barwnie odmalowuje trudy życia wśród surowego krajobrazu i srogich, długich, ciemnych islandzkich zim. Ze znawstwem opisuje obyczaje, codzienne obowiązki, wierzenia i prace typowe dla kolejnych pór roku. Przy tym wszystkim fakt, że akcja została osadzona w czasach historycznych, zupełnie nie przeszkadza. Nawet mnie, która książek tego typu wyjątkowo nie lubię.
            „Skazana” to prawdziwa perełka. Zarówno pod względem warsztatowym, jak i opowiedzianej historii. To książka, na którą należy zwrócić uwagę. Jedna z tych na długo zapadających w pamięć. Zdecydowanie ze znakiem jakości „Edgar poleca”.