niedziela, 18 września 2016

O dwóch takich, którzy planowali wskrzesić magię



„Jonathan Strange i pan Norrell” to debiutancka powieść Susanny Clarke. Jest to historia dwóch tytułowych magów, którym przyszło działać na początku XIX wieku w Anglii. Na Wyspach nie ma już magii. Jedynie w dawnych księgach zachowały się opowieści o wielkich magach z zamierzchłych czasów oraz o Johnie Uskglassie, chłopcu porwanym przez elfy, który powrócił do kraju i zawładnął jego północną częścią dzięki znajomości elfie magii. Anglicy nazwali go Królem Kruków.
Susanna Clark niewątpliwie stworzyła nie tylko powieść fantasy. Stworzyła książkę ze wszech miar niezwykłą. Przede wszystkim opartą na XIX wiecznym sposobie narracji z narratorem autorialnym, który co jakiś czas wychyla się spośród stronic, by stwierdzić, że żył w czasach dziania się opisywanej przez siebie historii, a relacjonowane wydarzenia zna z pierwszej ręki i od podszewki. Styl Clarke tak dobrze naśladuje XIX wieczny sposób narracji, że autorstwo „Jonathana Strange’a i pana Norrella” śmiało można by przypisać którejś z sióstr Bronte, Jane Austen lub Thackerayowi. Wprost zachwyca dbałość o szczegóły i znajomość realiów ówczesnego życia, prezentowane przez autorkę.
Po drugie opowieść wzbogaca również wplecenie w wydarzenia opisane w książce autentycznych postaci, uczynienie z nich integralnych bohaterów opowieści. Możemy przeczytać, że autorem jedynego wspólnego portretu Norrella i Strange’a jest nikomu jeszcze nieznany malarz, Francisco Goya. We Włoszech Strange spotyka się także z lordem Bayronem, dla którego staje się pierwowzorem maga z pewnego bardzo słynnego poematu. Strange bierze udział w wojnach napoleońskich, spotyka króla Jerzego III. Wyliczankę tę można by jeszcze mnożyć.
Na uwagę zasługuje złożoność świata przedstawionego. Mnogość postaci, które na przestrzeni trzech tomów (czytałam wydanie Wydawnictwa Literackiego, które uważam zresztą za znacznie ładniejsze, niż to zaproponowane kilka lat później przez Maga) spotykają się ze sobą, wpływają nawzajem na swoje losy, jest niesamowita. Co więcej, Clarke uzupełnia świat przedstawiony o magiczną przeszłość, sięgającą niemal dziesięć wieków wstecz. Jest to z jednej strony znana nam doskonale XIX wieczna rzeczywistość, w której magii niby już nie ma, a czasy, gdy elfy służyły magom dawno odeszły w zapomnienie, z drugiej czary odbywają się przecież na oczach narratorki i jej współczesnych. Zatem magia i jest, i jednocześnie jej nie ma. 
        Jedynym nietrafionym zabiegiem w tekście wydają mi się liczne przypisy, które miały go zapewne upodobnić do magicznych ksiąg, czytanych swego czasu przez Strange’a i Norrella. Ich własna historia miała sama stać się taką właśnie księgą magii. Jednak przypisy wydawały mi się jedynie męczące, a do tego znacznie utrudniały czytanie.
                Serdecznie polecam Wam lekturę tej powieści. Choć nie należy do najprostszych, bo to zdecydowanie coś więcej, niż historyjka do poczytania w niedzielne popołudnie, jej poznanie sprawi Wam satysfakcję. A gdy już to zrobicie, sięgnijcie po serialową ekranizację. Gwarantuję, nie poczujecie się zawiedzeni!

wtorek, 13 września 2016

Kiedy miłość się kończy, pozostaje zaśpiewać



Obecnie żyjemy w świecie, w którym trudno jest utrzymać stały związek. Ludzie wolą się rozwieźć, niż pracować nad sobą i nad relacją. Coraz rzadziej wytrzymujemy ze sobą „na dobre i na złe”. Trudno powiedzieć, dlaczego tak się dzieje. Świat się zmienia, my się zmieniamy? Próbą odpowiedzi na te pytania jest musical „Ostatnie pięć lat”.
„Ostatnie pięć lat” to historia Cathy i Jamie’ego. Oboje mają po dwadzieścia trzy lata. Dopiero wkraczają w życie. On odnosi sukces i szybko staje się dobrze zarabiającym pisarzem. Ona tuła się od castingu, do castingu, próbując zostać aktorką. Obserwujemy ich związek na przestrzeni pięciu lat.  
Musical został o tyle ciekawie skonstruowany, że wydarzenia z początku związku głównych bohaterów przeplatają się z tymi z końcówki i środka. Nie jest to opowieść linearna, a raczej patchwork, który każdy widz może poskładać sobie dowolnie. Co przeważyło? Jej zazdrość o sukces? Jego pociąg do innych kobiet? Niezdolność komunikacji? Która ze stron była winna? A może zawiniły okoliczności?
Skoro to musical, nie można nie wspomnieć o piosenkach. Trzeba przyznać, że Anna Kendrick w roli Cathy wypada naprawdę przekonująco. Bywa zabawna (choćby podczas sceny przesłuchania na Broadwayu lub w piosence o teatrze w Ohio), innym razem chwyta za serce, jak choćby w utworze otwierającym musical czy w scenie kłótni. Jeremy Jordan (ostatnio znany z roli „słodkiego hobbita” z „Supergirl”) również tworzy bardzo przekonującą kreację, choć wokalnie nieco blednie przy koleżance.  Jest więc słodko-gorzko. Choć piosenki nie należą do tych, które zapadałyby w pamięć, a następnie żyły własnym życiem w oderwaniu od musicalu, to przyjemnie się ich słucha.
Niewykluczone, że jeszcze wrócę do „Ostatnich pięciu lat”. Wiem jedno: po obejrzeniu filmu, moim celem stało się zapoznanie się z wersją polską, graną obecnie w teatrze Roma. Trzymajcie kciuki, aby się powiodło.