Filmowy Kalendarz Adwentowy. Okienko pierwsze: "Dash i Lily"

 


Od kilku lat robię co roku wpisy, które nazywam Filmowym Kalendarzem Adwentowym. Przez cały grudzień staram się codziennie oglądać jeden film świąteczny, a potem zbiorowo piszę o nich na blogu. Ten rok jest jednak wyjątkowy. Uznałam, że potrzebuję ich znacznie wcześniej niż od pierwszego grudnia. Jest więc dwudziesty listopada, a ja mam za sobą znacznie więcej filmów świątecznych niż przewiduje jakakolwiek norma. Tyle, że spokojnie mogłabym już uznać, że pożegnałam się z rozumem.

            Umówmy się, filmy dzielą się zasadniczo na trzy kategorie. Dobre filmy. Złe filmy. I… filmy świąteczne. Bo filmy świąteczne istnieją tylko i wyłącznie w ramach swojej własnej banieczki. Okręcone światełkami, osłodzone lukrem z pierniczków, ustrojone taką ilością jemioły, bombek i ostrokrzewu, że właściwie już nie wiadomo, co jest pod spodem. D. mówi, że Filmowy Kalendarz Adwentowy to jedne z jej ulubionych wpisów na moim blogu. Zapytała mnie kiedyś, po co właściwie to robię, każąc samej sobie obcować z taką ilością tandety. Widzicie… ja naprawdę lubię filmy świąteczne. Tę wiarę, że wszystko jest możliwe, że w każdym momencie życia coś może odmienić się na lepsze. To przeświadczenie, że gdzieś tam naprawdę jest Mikołaj, który tylko czeka, by specjalnie dla nas sprawdzić jakiś świąteczny cud. To, że niewyjaśnionym splotem dobrych okoliczności znajdujemy miłość albo to, czego pragnęliśmy, a nawet o tym nie wiedzieliśmy (Prawo Niespodzianki!).


Zatem ruszajmy w tegoroczną podróż. Już teraz mogę Was zapewnić, że jeżeli tylko starczy mi czasu, by tworzyć wpisy, to będzie to podróż długa. I mam nadzieję dość dla nas wszystkich zabawna. Zatem zaczynajmy. Filmowy Kalendarz Adwentowy. Okienko pierwsze „Dash i Lily”.

„Dash i Lily” to jeden z tych przypadków, kiedy nie wiemy, że czegoś chcieliśmy, póki tego nie otrzymaliśmy. A było to nieco zaskakujące, przyznaję. Owszem, lubię seriale nastolatkowe (jedna z wielu rzeczy, z których nie wyrosłam i być może nie wyrosnę nigdy). Trailer całkiem mi się spodobał. Sądziłam jednak, że będziemy pływać po spokojnych wodach produkcji, którą da się obejrzeć bez bólu i zgrzytania zębów, ale też bez porywów serca.

A tymczasem? Szczerze powiem, że dobrze, iż był wolny dzień, bo zaczęłam pierwszy odcinek i wstałam od komputera dopiero po zakończeniu ostatniego. Wciągnęło mnie niesamowicie. „Dash i Lily” to oczywiście nie jest kino na miarę Oscara, żebyśmy się źle nie zrozumieli, ale to przyjemna, ciepła i całkiem mądra opowieść na podstawie książki Rachel Cohn i Davida Levithana. Akcja rozgrywa się w Nowym Jorku na kilka dni prze świętami. Dash, który nie znosi świąt, snuje się bez celu po antykwariacie. Między książkami znajduje notes ze wskazówkami. Postanawia je rozszyfrować. Tak nawiązuje się jego relacja z właścicielką notesu – Lily. Nie znają swoich imion, ale mimo to (a może właśnie dlatego) zaczynają do siebie pisać. O swojej codzienności, o świętach, o obawach i marzeniach. Zaczynają też nawzajem stawiać sobie wyzwania. Za sprawą Dasha nieśmiała zawsze Lily zaczyna wychodzić z domu, a pod wpływem dziewczyny z notesu Dash na nowo zaczyna odkrywać magię Bożego Narodzenia.


„Dash i Lily” to opowieść o pokonywaniu własnych ograniczeń, o poznawaniu nowych rzeczy i otwartości na to, co może nam zaproponować drugi człowiek, o opuszczaniu swojej strefy komfortu. Jest to też historia o tym, że związek to rzecz trudna, zmuszająca, by akceptować, że nasze wyobrażenie kogoś i to, jakim chcielibyśmy go widzieć (bo przecież idealnych ludzi nie ma), nie pokrywa się z tym, jaki ten człowiek jest naprawdę. I o fakcie, że potrafi to rodzić konflikty między ludźmi. Jest to też opowieść o rodzinie. O tym, że nadopiekuńcze rodziny są równie złe, co te, które nie ingerują i wcale nie interesują się losem poszczególnych członków. A także o tym, jak bardzo wpływ na naszą pewność siebie potrafi mieć grupa rówieśnicza, zwłaszcza w przypadku nastolatków.

Boże Narodzenie gdzieś tam jest w tle tego wszystkiego. Jest trochę lampek, trochę śpiewania kolęd. Jest jeden upiorny i bardzo kiczowaty sweter świąteczny. Jest Nowy Jork bardzo ładnie sfotografowany.

Miły bonus stanowi dwoje nastolatków, którzy czytają książki, rozmawiają o książkach, chodzą do księgarń (cudowny jest nieużywany kominek w pokoju Lily po brzegi wypełniony książkami!). A przy tym są sympatyczni, oboje trochę zagubieni. Dash jest może nieco zbyt przemądrzały, ale nie antypatyczny. 


„Dash i Lily” otrzymują ode mnie zielone światło. Nie jest to film z kategorii „tyle nastroju świąt, że umrzecie z przesytu”, co to, to nie. Spokojnie można się zapoznać, jeśli toleruje się filmy, w których wiek bohaterów trzeba pomnożyć razy dwa i dodać jeszcze trochę, by otrzymać swoją własną ilość przeżytych lat. Raczej jak świąteczny obiad z babcią, którą bardzo lubicie, niż wigilijna kolacja z ciotką, której nie widzieliście od roku, a mimo to wie na pewno, że Wam się przytyło.

Komentarze

Popularne posty

Etykiety

Pokaż więcej