czwartek, 23 lipca 2015

Biegnij, Barry, biegnij! - pierwszy sezon "Flesha"



Batman to jedna z moich ulubionych komiksowych postaci. Choć w sumie za uniwersum DC nie przepadam. Superman jest mdły i zbyt idealny, To Marvel funduje swoim bohaterom kolejne świetne filmy – „Avengers”, „X-man”. DC ma oczywiście, dla równowagi „Batmana” Nolana, ale „Kobieta Kot” to już nieporozumienie. Ze zdziwieniem więc odkryłam, że to DC zagwarantowało swoim bohaterom lepsze seriale. Rewelacyjne „Gotham”, o którym już pisałam oraz nieco inny w klimacie, bardziej komediowy, ale równie dobry „Flash”.
Barry Allen pracuje jako technik kryminalistyczny. Gdy zaprojektowany przez Harrisona Wellsa akcelerator cząstek wybucha, Barry ulega wypadkowi, wskutek którego staje się szybki. Superszybki. Wraz z Wellsem i jego ekipą ze Star Labss, doktor Caitlin Snow oraz inżynierem Cisco Ramonem zaczyna pomagać mieszkańcom Central City jako Flash. 
Podoba mi się we „Flashu”, że jest w sumie lekki. Duża wagę przywiązuje się tu do akcentu komediowego. Lubię ich żarty, lubię nawiązania Cisco do filmów. Aż żal, że ta sympatyczna Caitlin o sarnich oczach stanie się kiedyś superłotrem – Killer Frost. Mam nadzieję, że później, niż prędzej, choć pewne wydarzenia niestety przeczą moim nadziejom. Bardzo, bardzo podobają mi się cross owery – wszystkie odcinki-połączenia, w których pojawia się Felicyty, przyjaciółka Oliwera Qeena aka Zielona Strzała z serialu „Arrow”. Rewelacyjne są te gościnne wystąpienia.
Trochę szkoda, że „Flesh” jedzie na schemacie – z odcinka na odcinek łapiemy innego meta-człowieka. Przydałoby się nieco więcej urozmaicenia. Zmieniają się tylko moce i nazwiska. Minusem okazało się, jak dla mnie, także zakończenie serialu. Rewelacyjna większość sezonu, dowcipna, lekka, ale też z pewną tajemnicą, głównym wątkiem fabularnym, przeplatającym się przez wszystkie odcinki, a tu nagle finał… pełen ckliwych przemów i nieznośnego amerykańskiego patetyzmu. Za dużo tego było, zdecydowanie za dużo (i nie ratują go w moich oczach nawet wstawki, które widzi Flash, przenosząc się w przyszłość).
            „Flash” to zdecydowanie jedna z najjaśniejszych gwiazd na firmamencie seriali superbohaterskich. Nawet, mimo wątpliwej moim zdaniem, końcówki. Czekam na drugi sezon, trzymając kciuki, że to, co widział Barry podczas swej podróży w czasie, to nie jest jednak najbliższa przyszłość, obejmująca kolejny sezon.    

Notatka na marginesie: czy zauważyliście, że każdy serial musi mieć swoją "Iris West" - postać, która irytuje do granic możliwości? W "Gotham" tę rolę pełni Baśka, w "Arrow" Laurel (przynajmniej w pierwszym sezonie, następnych jeszcze nie widziałam).

sobota, 11 lipca 2015

Dlaczego nie lubię pisarstwa Anety Jadowskiej



Na łamach bloga pisałam już raz o twórczości Anety Jadowskiej. Stwierdziłam wtedy, że mnie nie zachwyca. Jednak nie lubię nie kończyć raz rozpoczętych historii, to po pierwsze, a po drugie spotkanie z Jadą nie było na tyle przykre, bym odczuwała niechęć przed powtórzeniem go.
            Dora Wilk nie byłaby sobą, gdyby nie wikłała się w kłopoty. Tym razem ma je z pewnymi bogami, którzy chcą zabawić się kosztem jej przyjaciół. Dora stara się więc zapobiec wojnie wiszącej w powietrzu i zagładzie wielu istnień nie tylko wśród magicznych, ale i wilkołaków, wampirów, a nawet aniołów i diabłów. Tak w skrócie przedstawia się fabuła powieści „Bogowie muszą być szaleni”.
            W zasadzie, jeśli chodzi o drugą powieść Anety Jadowskiej, muszę powtórzyć wiele z moich poprzednich spostrzeżeń. Zarówno jeśli chodzi o zalety książki, jak i jej wady. Niewątpliwą zaletą jest pomysł systemowości. Tutaj muszę zauważyć, że autorce należą się wielkie brawa. Również magiczny Thorn prezentuje się zachęcająco, choć porównywanie Polki do Ilony Andrews czy Parrici Briggs wydaje mi się bardzo na wyrost. Kłopot w tym, że na wizji świata przedstawionego i sprawnym piórze, wszak to polonistka, plusy pisarstwa Jadowskiej się dla mnie końca. Gorzej, że gdy przyjrzeć się tej fabule dokładniej, zaczyna się sypać. Całą książkę mowa jest o wielkiej wojnie. A co robi Dora? Chodzi od jednych do drugich i tylko gada. A koniec końców bogowie załatwiają i tak sprawy między sobą. Opis tej wielkiej, straszliwej potyczki ma pół strony i właściwie mogłaby się ona odbyć bez naszej wiedźmy, która gdyby się tak zastanowić, to pasuje tam, jak pięść do nosa. Czytałam i miałam wrażenie, że to ten odcinek „Big Bang Theory”, w którym dziewczyna jednego z bohaterów tłumaczy mu, że w filmach o Indianie Jonesie, Indy nie jest w ogóle potrzebny. Tak samo nie jest potrzebna Dora w wojnie bogów. A tak, zapomniałam, przecież bez Dory Wilk nic obejść się nie może!
            Minusów jest znacznie więcej. Dora to typowa Mary Sue. I niestety, muszę przyznać, że z tomu na tom jest coraz gorzej. Jeszcze chwila, a jedyną osobą, której Jadowska będzie w tym względzie ustępować, będzie Katarzyna Michalak ze swoimi heroinami, na czele z Analelą, co nie świadczy dobrze o Jadowskiej. Dora jest wredna, Dora zachowuje się głupio, a mimo to jest cudowna, wspaniała, wszyscy chcą się z nią przespać, wszyscy wznoszą peany na jej cześć, wszyscy chcą ją mieć w swoim systemie. Dora ma wielką moc, Dora wszystko potrafi. Okropność. Na dodatek opisy Jadowskiej pełne są afektacji i megalomanii, tak namacalnej, że się niedobrze robi.
            Samo wydanie też pozostawia wiele do życzenia. Jasne, wiadomo, Fabryka zawsze była nastawiona na robienie pieniędzy, ale ilość literówek, które można znaleźć w tekście, podpada już w zasadzie pod obrazę czytelnika. Wypada jednak oddać do druku tekst, który nie jest niechlujny. O „Bogowie muszą być szaleni” nie można tego powiedzieć – literówki, powtórzenia. Właściwie, moim zdaniem, co przykre, obserwujemy zmierzch Fabryki Słów.
            Muszę po raz kolejny powtórzyć to, co napisałam już poprzednio. W zasadzie łatwo mnie zadowolić. Nie jestem miłośniczką tekstów wyszukanych. Wystarczy mi dobra historia, ciekawie opowiedziana i w miarę sprawnie napisana. Jednak nie znajduję wśród polskich fantastów dobrych pisarzy. Jakub Ćwiek ma niesamowitą wiedzę, za którą go podziwiam, ale jego książki, są w dużej mierze o niczym i zadziwia mnie ich popularność (vide „Chłopcy”, „Dreszcz”). Pisarstwo Anety Jadowskiej wciąż ma dla mnie więcej minusów niż plusów. Fenomenu Katarzyny Bereniki Miszczuk nie rozumiem (cykl o piekielnicy – niby to miało być śmieszne? Nuuuuuuda). Kossakowska? Po doskonałych „Obrońcach królestwa” już nic. Marta Kisiel. Tak. Kisiel się wybija, ale też jest, moim zdaniem przeceniona. Dajcie mi dobrego fantastę, takiego, którego czytając, krzyknę „wow”. Na razie płacz i zgrzytanie zębów.

wtorek, 7 lipca 2015

Wielki powrót



No to wróciłam. Udało mi się nareszcie ogarnąć po tym, jak się przeprowadziłam, a przez moje mieszkanie przedefiladował prawdziwy wianuszek fachowców i fachmanów – podłączenie rur pod wanną i kibelka, kuchenki gazowej, montaż zlewu i szafki pod zlew, powieszenie szafek kuchennych, założenie oświetlenia. Potem ogarniałam sprawy związane z adopcją kota, co też wcale nie było taką prostą sprawą. Gdy się z tego wszystkiego wykaraskałam, to się z wrażenia rozchorowałam. Nie lubię lekarzy, więc do doktora wybrałam się po dwóch tygodniach chorowania. Ale oto jestem, wróciłam. Dobra wiadomość jest taka, że przeczytałam przez ten czas sporo książek, obejrzałam dużo filmów i mam dla Was same świeżutkie recenzje. Jedne pełne zachwytów, inne kąśliwe. Do wyboru do koloru, więc, moi Drodzy Czytelnicy, zaglądajcie często. A każdy kolejny tysiąc może przyniesie jakiś vlog? Co Wy na to? Zobaczymy. Mam nadzieję, że zostaniecie ze mną.