poniedziałek, 28 kwietnia 2014

Noe. Wybrany przez Boga, ale przez widzów już chyba nie...



Niedawno zachwycałam się na łamach Biblioteki Edgara oraz portalu magazynu „Qfant” pierwszym i drugim tomem komiksu „Noe”. Niebawem przeczytać można będzie także recenzję tomu trzeciego – „I wody spadły na ziemię”. Tymczasem udało mi się obejrzeć film na podstawie komiksu.
            Historia znana na pewno wszystkim – Noe otrzymuje od Boga wizję. Pan nakazuje mu zbudować arkę, na której zmieści się po jednej parze stworzeń z każdego gatunku. Cała reszta świata ma niebawem przestać istnieć. Darren Aronofsky przedstawia nam swoją wizję tego wydarzenia.
            Film jest z całą pewnością bardzo komiksowy. Zdarza się, że kadry filmowe są wręcz odwzorowaniem tych, które znaleźć możemy w komiksie. Ale nic w tym przecież dziwnego, skoro zarówno komiks, jak i film, są dziełem Aronofsky’ego. To przełożenie obrazu na film bardzo przypadło mi do gustu. Podobał mi się też sposób, w jaki przedstawiono przybycie zwierząt na arkę oraz ich transport. I na tym właściwie niemal kończą się zalety „Noego”.
Reżyser bez zbędnych szczegółów ukazał nam brutalność i zwierzęcość człowieka, gotowego na wszystko, by przetrwać. Sama postać Noego nie jest tu też żadnym wyjątkiem. Aronofsky pokazuje go jako fanatyka, który nie cofnie się przez zamordowaniem własnych wnuczek, byle wypełnić (jak mu się wydaje) wolę Pana. Pozostaje nieczuły na płacz żony i cierpienie własnej rodziny. Liczy się tylko to, czego zażądał od niego Pan. Z wyborem Noego wiąże się najbardziej przejmująca, moim zdaniem, scena w filmie. Bohaterowie są już zgromadzeni wewnątrz arki. Wiedzą, że ocaleją, jednakże przez wiele godzin zmuszeni są wysłuchiwać krzyków umierających. Straszne. Najgorsze, ze tak musiałoby to pewnie wyglądać.
„Noe” jest w zasadzie dość kiczowaty. Nie ustrzegł się, tak typowego dla amerykańskich filmów, patosu. Dobre aktorstwo (Russell Crowe, Jennifer Connelly, Emma Watson) i efekty specjalne nie wystarczą, by ktokolwiek chciał zobaczyć ten film drugi raz. Ponadto przeszkadzało mi pomieszanie czasów biblijnych z jakimś dziwnym postapokaliptycznym światem. Gdy czytałam pierwszy tom „Noego”, napisałam w recenzji, że opowieść przeniesiono w czasy po upadku cywilizacji. Z czasem okazało się jednak, iż od powołania do życia Adama i Ewy minęło zaledwie osiem pokoleń. Żadna tam postapokalipsa. Szkoda, że reżyser sam nie potrafił się zdecydować, w jakim czasie chce umieścić swoją opowieść.
Liczyłam, że będę miała do czynienia z dobrym komiksem i dobrym filmem na jego podstawie. Dobry komiks rzeczywiście otrzymałam (niecierpliwie czekam na tom czwarty). Dobrego filmu niestety się nie doczekałam.

wtorek, 22 kwietnia 2014

Przygoda, nomen omen, goni przygodę



Wydaje mi się, że debiutancką powieść Marty Kisiel recenzowałam zaledwie wczoraj, a minęły prawie cztery lata. Pamiętam doskonale, jak zakończyłam tekst o „Dożywociu” – gorąca prośbą, by autorka pośpieszyła się z następną książka, bo „my mierni i bierni, ale wierni czytelnicy czekamy”. Dziś pewnie nie byłabym już tak entuzjastyczna w zachwytach nad „Dożywociem”, jak kilka lat temu, bo choć zapamiętałam książkę jako pełną humoru, to również jako pozycję, w której brak było wyraźnej osi fabularnej. Odetchnęłam z ulgą. „Nomen omen” ten problem nie dotyczy.
            Salomea Przygoda. Już samo to imię i nazwisko predestynuje ją do zostanie heroiną jakiejś zabawnej i pokręconej historii. I tak się też dzieje. Salka ucieka z rodzinnego domu. Ucieka od brata kretyna, któremu wiecznie musiała matkować, matki opowiadającej wszystkim wokół o rozbuchanym erotyzmie córki i równie zwariowanego ojca. I jak to w takich przypadkach, wpada z deszczu pod rynnę. Wynajmuje bowiem pokój od starszej pani o podejrzanie żółtych oczach, która okazuje się mieć siostrę bliźniaczkę z zamiłowaniem do gier komputerowych. A to dopiero wierzchołek góry lodowej kłopotów Salki Przygody.
            W najnowszej powieści Marty Kisiel przygoda nomen omen goni przygodę. Akcja dzieje się we Wrocławiu, którego topografię autorka zręcznie nam odmalowuje i wzbogaca o pobrzmiewające w tle echa niemieckiego Breslau. Wszystko to sowicie przyprawione tak charakterystycznym dla Kisiel humorem. Na dodatek powieść napisana jest z dbałością o język, co trudno powiedzieć o książkach innych autorów ze stajni Fabryki. Może jedynie z nagromadzeniem pseudo-młodzieżowo-slangowego języka Kisiel lekko przegięła, choćby wkładając je w usta starszej pani, na dodatek profesor medycyny, ale jestem jej to w stanie wybaczyć. Jednak najbardziej kocham pisarstwo Kisiel za wszystkie polonistyczno-filologiczne odniesienia. Roi się tu od romantyków i „beenek”, czuć kurz bibliotek. Poczuje bluesa każdy, komu nieobce te klimaty. Ach, ta nuta nostalgii.
            W całej tej beczce miodu jest łyżka dziegciu. Pani Jaga, wzmiankowana profesor medycyny, była światkiem strasznych rzeczy. Widziała krew, śmierć i rozczłonkowane ciała. Choć odporna, jej siostra wspomina, że pewnej nocy wróciła do domu i po prostu się rozpłakała. Czy sześćdziesiąt lat później taka kobieta mogłaby po prostu zapomnieć o swych doświadczeniach i na ekranie monitora biegać za aliansami, żeby ich perfidnie i ostatecznie eksterminować? Czy bez zastanowienia krzyczałaby raz po raz „Killnij gada”? Nie wydaje mi się, ale może się czepiam.
            Marta Kisiel jest chyba jedną z moich ulubionych przedstawicielek współczesnej fantastyki polskiej, dość niestety jałowej. Być może nawet ulubioną. Z czystym sumieniem polecam wam tę opowieść o rudej dziewoi, nieporadnym filologu w okularach, dziarskich staruszkach i fantastycznej papudze, która nie lata. Amen, jak powiedziałoby Licho. Zaraz… to nie ta książka.     

czwartek, 17 kwietnia 2014

O dziewczynce, która kradła książki



Minęło sześć lat, odkąd po raz pierwszy usłyszałam imię i nazwisko Marcusa Zusaka. Historia małej niemieckiej dziewczynki, złodziejki książek, zachwyciła mnie wtedy i poruszyła. Spodobały mi się też, czynione jakby na marginesie, drobne uwagi narratora powieści – Śmierci. Kiedy na początku tego roku spostrzegłam, że do kin wchodzi film na podstawie tej, moim zdaniem nieprzekładalnej na język filmowy, książki, odniosłam się do pomysłu dość sceptycznie. Miałam rację?  I tak, i nie.
                „Złodziejka książek” jest opowieścią o dziewczynce, która nade wszystko na świecie kochała historie zawarte w powieściach. I o akordeoniście, który by spłacić zaciągnięty dług, przygarnia pod swój dach i ukrywa w piwnicy Żyda. Jest tam też  miejsce dla chłopca, który marzył, by szybko biegać. Dziewczynka, imieniem Liesel, zaprzyjaźnia się z Żydem, a znajomość ta w pewien sposób zaważyła na życiu obojga. Bałam się, że w filmie pominięty zostanie, tak ważny dla całej opowieści, narrator. Na szczęście tak się nie stało, w filmie znalazło się miejsce również dla Śmierci. I dla unoszącego się gdzieś w tle ducha nazistowskich Niemiec.   
 Minęło sześć lat, a mnie po lekturze „Złodziejki książek” zostało wrażenie obcowania ze wspaniałą książką i mglisty zarys fabuły. Cieszyłam się jednak, że to, co zdołałam zapamiętać, jak choćby niezwykły związek dziewczynki z żoną burmistrza, zostało zachowane. Zabrakło mi wątku powieści o Świstaku („Śmierć świstaka”? Taki tytuł miał ten kryminał? Możliwe, ale nie jestem pewna, jeśli ktoś wie, niech mnie poprawi). Brakowało także, tak ważnego przecież, ostatecznego spotkania Liesel ze Śmiercią. Reżyser nie zdecydował się pokazać jej nam jako staruszki. Nie mogę nie wspomnieć o muzyce. Cicha, spokojna, głównie fortepianowa. Czapki z głów dla Johna Williamsa, który otrzymał przecież za ścieżkę dźwiękową nominację do Oscara. 

 Jest też jednak coś, co mi się straszliwie nie podobało. Niech mi ktoś wytłumaczy, po co było to wtrącanie pojedynczych niemieckich słów. O ile dummpkopf jeszcze miało jakieś uzasadnienie, to nieznośne powtarzanie przez bohaterów na początku zdań niemieckich „ja” i „nein” było już kompletnie bez sensu. Pewnie miało oddawać klimat, ale raczej irytowało. Nieznośnie irytowało.

              Po skończonym seansie T. zapytał: „Ten film naprawdę ci się podobał?” A tak, podobał mi się. Mimo, że zdaniem T., był o niczym i zawierał błędy historyczne (taka drobna uwaga na marginesie, nie ma nic zabawnego w oglądaniu filmów historycznych z historykami – zatrzymują projekcję tylko po to, by sprawdzić dokładnie, czy aby na pewno mają rację i zakomunikować wam, że użyto złej monety, bo ta, którą właśnie rzucił na stół bohater weszła do obiegu dopiero dwa lata później – serio?).  I nade wszystko, według T., był o niczym. Taaaak. Polecam serdecznie „Złodziejkę książek”, zarówno tym, którzy książkę czytali, jak i tym, którzy nie czytali. A T. nie poleca. Zdecydujcie sami. 
           

wtorek, 15 kwietnia 2014

"Krzyczę w bibliotekach innych, to mnie odstresowuje"



Leyman mówi tylko, kiedy ma coś do powiedzenia. Fiona gada bez przerwy. Leyman pracuje w nocy. Fiona w dzień. Leyman zbiera trofea sportowe, Fiona nałogowo ratuje książki i „uwalnia” je przy pomocy akcji bookcrossingu. Tych dwoje dzieli wszystko. Czy coś ich łączy? Owszem, papuga. I pewna zagadka.
            Po raz pierwszy o filmie „Ptactwo powietrzne” przeczytałam na blogu Młodej Bibliotekarki. W swojej notatce Eva Scriba zachwycała się postacią Fiony. Pomyślałam: „A co tam, obejrzę”. Chyba jeszcze nigdy nie widziałam filmu, którego bohaterem byłby bibliotekarz. Z filmów kręcących się w tematyce książek przychodzą mi do głowy tylko „Dziewiąte wrota” i „Atramentowe serce”. Obejrzałam i wiecie co? Eva Scriba ma całkowitą rację. Fiona jest fenomenalna. To bardzo fajna, niestereotypowa bibliotekarka. Nie nosi okularów, nie spina włosów w koczek. I jest ładna. Twórcom udało się też zgrabnie połączyć powyciągane bibliotekarskie swetry z glanami, długimi szalikami i kolorowymi rajstopami. 

Na uwagę Leymana: „Dziwna z ciebie bibliotekarka”, Fiona reaguje żywiołowym i radosnym: „Dziękuję”. No i to stwierdzenie: „Laymanie, pod tą spódnicą moje nogi przeistaczają się w tyłek. Inni to rozumieją.” Fiona nie szepcze, bo wydaje jej się, że nikt jej wtedy nie słucha. Na dodatek, jak sama mówi, „wyżywa się, krzycząc w bibliotekach innych”. Tak, to chyba zdecydowanie moja ulubiona scena

            „Ptactwo powietrzne” jest trochę cukierkowe. Trochę nieprawdopodobne i może nieco naciągane (mowa tu zwłaszcza o zakończeniu). Ale cała historia jest sympatyczna i ogląda się ją przyjemnie.  No a poza tym Fiona. Fiona Jankins sprawia, ze serce w człowieku rośnie.  Z całego serca polecam „Ptactwo powietrzne”.  


 

środa, 9 kwietnia 2014

"Ależ drogi panie, ja nie czytam, ja piszę!"



Nie przeczę, kiedyś lubiłam sobie obejrzeć komedię romantyczną. Podobały mi się. Dziś także lubię rzucić okiem na niektóre z tych filmów. Tyle, że odkąd jestem w związku, widzę, jakie te filmy są nieprawdziwe i nieznośnie uproszczone. Nie pokazują rzeczywistości, tylko bajkę dla dużych dziewczynek, które kochają się łudzić. Podobnie jest z książkowymi romansami. Są proste, oszukańcze, często ocierają się o absurd, tak bardzo nie trzymają się rzeczywistości, a do tego, niestety, są w przeważającej większości koszmarnie źle napisane. Takie też, jak przypuszczam, były książki Angel. 
            „Angel” to pierwszy film Ozona, jaki miałam możliwość obejrzeć. Jest to opowieść o młodej, nieco naiwnej, ale za to bardzo zadufanej w sobie dziewczynie, która pragnie zostać pisarką. W zaledwie kilka tygodni tworzy w natchnieniu płytką i bardzo egzaltowaną powieść o lady Irainie. Po kilku odmownych odpowiedziach, Angel znajduje w końcu wydawcę i w krótkim czasie jej książki stają się bestsellerami.
            Minęło już kilka dni od seansu, a ja wciąż zastanawiam się, o czym był ten film. Ewidentnie nierówny, pęknięty na dwie części. Pierwsza jest niewątpliwą satyrą na literaturę popularną. Co tam popularną, bulwarową po prostu. Nazwać pisarstwo Angel szmirą, to duże niedomówienie (na niekorzyść szmiry, żeby nie było wątpliwości). A jednak dziewczyna robi oszałamiającą karierę. Ozon wręcz bombarduje widza tandetą – papierowym obrazem wiktoriańskiego Londynu, tęczą i padającym deszczem, przepychem rezydencji o wdzięcznej nazwie „Raj” oraz perskimi kotami. Zdaje się naśmiewać ze swojej bohaterki i otaczającej ją auty zachwytu. Tezę reżysera podczas jednego ze spotkań z Angel wypowiada na głos jej późniejszy mąż Esme, artysta-malarz: „Dzieła tej pani to śmieci, które nie przetrwają próby czasu”. 

            Pierwsza część filmu zdaje się nie licować w ogóle z drugą. Angel wychodzi za mąż za zdawałoby się „prawdziwego” artystę. Nie rozumie jego obrazów, nie wie, dlaczego „brak w nich koloru” oraz z jakiego powodu Esme nie chce malować pawi, kwiatów i perskich kotów, co jednak nie przeszkadza jej go szaleńczo kochać. Jednak mąż jedzie na wojnę i wraca odmieniony. Wizja raju w „Raju” pryska. Życie Angel okazuje się taką samą farsą, jak jej książki. Scena, z której dowiadujemy się, że po śmierci obojga „Raj” zostaje zamieniony na muzeum Esme zdaje się sugerować, że jego prace zyskały sławę, podczas, gdy jej odeszły w zapomnienie. 

            O czym jest ten film? O tym, że ludzkie uwielbienie niewiele znaczy, bo równie łatwo je zyskać, co stracić? O tym, że książki, które nie powinny w ogóle powstać i zyskać tego miana, często wygrywają z prawdziwą twórczością? Może o tym, że weryfikacji dokonuje tak naprawdę dopiero czas? A może jednak o tym, że człowiek wymyśla sobie własne życie, zamiast funkcjonować w tym, które ma? Zakochana w Angel siostra Esme mówi przecież, gdy wydawca proponuje jej napisanie biografii Angel: „O którym życiu mam pisać, o tym, które miała, czy o tym, o którym opowiadała?”
            Przyznam, że spodziewałam się nico innego filmu, mimo to nie czuję się rozczarowana. Chciałabym, żeby obejrzały go miłośniczki romansów żyjące nieprawdziwymi obrazami zawartymi w tych książkach. A recenzję swoją dedykuję wszystkim polskim odpowiednikom Angel, które nie troszcząc się choćby o odrobinę realizmu w swoich powieściach, robią tym biednym kobietom wodę z mózgu.