wtorek, 30 lipca 2013

Jeszcze o Elfach


Wspominałam już niejednokrotnie, że są tematy, które sprawiają, iż z tej dziedziny przeczytałabym wszystko – od powieści, przez artykuł w prasie, po ulotkę reklamową. Jedną z takich moich ulubionych treści są Elfy. Dlatego z chęcią sięgnęłam po „Przekleństwo rasy”, by przekonać się, jak też polski pisarz postrzega te piękne i wciąż niedoceniane przez literaturę fantasy istoty.
            „Przekleństwo rasy” opowiada o losach Valinoru, krainy pierwotnie zamieszkanej przez Elfy, w której w skutek sprzężenia mocy pojawiają się ludzie. Po wielu wiekach niżsi rasowo ludzie zaczynają zdobywać coraz większe wpływy w handlu czy polityce. Co więcej rozmnażają się znacznie szybciej i chętniej, niż Elfy, dlatego ich liczba zaczyna dominować. Wszystko to doprowadza do wojny domowej. Tworzą się dwa stronnictwa – zwolenników przemieszania się Elfów z Ludźmi i nadania tym drugim wszelkich praw oraz tych, którzy opowiadają się za czystością rasową i powolną eksterminacją ludzi. W walkę obu stron wplątany zostaje Wybraniec – Ziemianin obdarzony mocą.
            Podobał mi się pomysł Rafała Górniaka na powieść. Mamy tu pomieszanie naukowości (wykorzystanie teorii Darwina do wyjaśnienia powolnego wymierania rasy Elfów) i konwencji baśni z odwieczną walką dobra ze złem. I, o dziwo, to świetnie ze sobą współgra, choć wydawać by się mogło, że to połączenie niemożliwe do zrealizowania. Plusem jest mnogość wątków i stopniowe odkrywanie przed czytelnikiem kolejnych zawiłości fabularnych. Już nam się wydaje, że wiemy, jak opowieść się potoczy, jak to wszystko się skończy, a tu proszę, zostajemy zadziwieni. Bywało, że autorowi udało się mnie całkowicie zaskoczyć. Tu przede wszystkim brawa za zupełnie nieoczekiwane zakończenie.   
            Mam jednak z tą powieścią pewien kłopot. Bo w zasadzie niemal przez całą książkę kibicowałam… „tym złym”. Niby rozumiałam argumenty Septymiusza i jego zwolenników, ale trafiała też do mnie argumentacja Rebrego. No może nie w sprawie wprowadzenia getta dla ludzi i całkowitego ich wyeliminowania, ale nie rozumiałam, dlaczego ludzie i Elfy mają koniecznie się ze sobą mieszać. Dlaczego tak dobrze jest, gdy kultury się przenikają? O ile mnie pamięć nie myli, dla Indian się to dobrze nie skończyło. Tak, jak wspomniałam. Niby rozumiem argumenty roztaczane w powieści przez pozytywnych bohaterów (a więc z założenia tych, z którymi powinnam sympatyzować), ale jakoś one do mnie nie przemawiają.
            Jeśli lubicie szpiczastouchych, to polecam zapoznanie się z „Przekleństwem rasy” Rafała Górniaka. Nie powinniście się rozczarować.

niedziela, 28 lipca 2013

Cytat tygodnia

"Na koniec dnia jesteś o jeden dzień starszy/ i to wszystko, co możesz powiedzieć o życiu w biedzie (...) i nie ma nic oprócz tego, co ktoś da (...) jeden dzień mniej do życia/ na końcu dnia inny dzień świta/ i słońce rano czeka aby wzejść/ jest rachunek, z którym trzeba się liczyć i/ będzie piekło do zapłacenia na końcu dnia!" 

Les Miserables



Jakiś przeprowadzony podobno ostatnio raport mówi, że średnia pensja w Polsce wynosi 3000 tysiące złotych. Ciekawa jestem, kto nabija tę liczbę, bo na pewno nie ludzie tacy, jak ja. Nie w miejscach, gdzie diabeł mówi dobranoc, autobus już niemal nie dojeżdża, a o kinie można zapomnieć. W miejscach, gdzie pracuje się nie po to, żeby żyć, a żyje po to, żeby pracować. Wstawać i kłaść się, a w przerwie tylko pracować. Żadnych spotkań z przyjaciółmi, wypadów do kawiarni, spacerów po centrum handlowym. A na koniec dnia jest się tylko starszym. Jeden dzień bliżej do śmierci.

piątek, 26 lipca 2013

Caskett, czyli nie tak to wszystko powinno wyglądać



            Aj, z żalem to stwierdzam, ale to chyba początek końca. Przez całe zeszłoroczne wakacje czekałam, wraz z rzeszą fanów, co też się wydarzy, co też wymyśli Andrew W. Marlowe. Oto stało się. Nadszedł wyczekiwany wrzesień. Castle i Beckett są razem i… jest źle. Tak bardzo nie chciałabym tego mówić, ale… jest po prostu źle.
            Trudno mi wymienić w tym sezonie choćby jeden odcinek (a było ich tym razem aż 24!), który naprawdę mi się podobał, wart zapamiętania. A w poprzednich sezonach zdarzały się przecież epizody naprawdę zachwycające, istne perełki („Stary, szczeniaki, wrócił po szczeniaki”, kto oglądał, wie, o czym mowa). Jeśli chodzi o śledztwa, w ciągu kilku minut można było odgadnąć, kto zabił. Stosowano udziwnienia z morderstwem przy pomocy dronów, dokonanym przez Wielką Stopę oraz kalkę po raz tysięczny ściągniętą z „Okna na podwórze”. Sprawa matki detektyw, zamknięta, ale otwarta, by zawsze można było do niej wrócić, jeśli się zechce, choć nie wiadomo już kto, kogo, za co, dlaczego, po co zabił, bo twórcy tak nakręcili, że posklejać to wszystko może już chyba tylko postać Jackoba z „Zagubionych”. Wątki obyczajowe? Były. Było ich dużo. Nie powiem, że za dużo, bo zawsze je lubiłam. Tyle, że scenarzyści chyba nie mieli pomysłu na Castle’a i Beckett… razem. 

Ona wciąż się miota między „mieć pisarza, a mieć pracę”. Dobra, no, nie dziwię się dziewczynie (to problem stary jak świat i wcale nie tak rzadki), że chciałaby zjeść ciastko i mieć ciasto, ale nie podobało mi się jej zachowanie, sposób w jaki traktowała człowieka, który tyle razy dał jej dowód na to, że mu na niej cholernie zależy. To nie była Kate Beckett, jaką ceniłam i lubiłam. Ile razy można słyszeć: „to moje życie”? Owszem, wszystko fajnie, ale kiedy decydujemy się na związek z kimś „moje życie” nie polega już na „tak, jak chcę albo wcale”, ale na kompromisach. Bywało, że miałam ochotę nią mocno potrząsnąć i krzyknąć: „Dziewczyno, ogarnij się”. Na miejscu Castle’a kopnęłabym Beckett w tyłek i posłała do wszystkich diabłów raz na zawsze. Umberto Eco napisał kiedyś, że postać literacka też ma swój charakter, sposób bycia, osobowość i należy prowadzić ją tak aby pozostała spójna, wiarygodna. Scenarzyści „Castle’a” chyba nie odrobili lekcji. Położyli postać Kate, która raz chce poważnego związku i pyta dokąd to wszystko zmierza, by w następnym odcinku stwierdzić: „To moje życie, wolę awans zawodowy, więc co z tego, że od roku jesteśmy parą, odczep się”. Kate Beckett przestała być dla mnie autentyczna. Niestety.    
A Castle? W tym sezonie w ogóle za mało było Castle’a-pisarza. Gdzie zniknęła Nikki Heat? Gdzie facet, który kazał przywiązać się taśmą do krzesła, żeby wymyślić, jak postać mogłaby się uwolnić? Gdzie gra w pokera z innymi twórcami kryminałów? No, nooooo, gdzie?
 No i wreszcie finał. Kompletnie nieemocjonujący, przegadany. Pojawiło się „wielkie pytanie” tyle, że odpowiedź zupełnie mnie nie obchodzi (czy kogokolwiek jeszcze obchodzi?), bo w zasadzie gotowa jestem jednak postawić tezę, że tych dwoje nie powinno być razem.
            Nigdy nie sadziłam, że to powiem, bo rok temu zakochałam się w „Castle’u” i obejrzałam jednym tchem cztery sezony, zamiast pisać magisterkę (nieeeee, w przerwach od pisania magisterki, w końcu zdążyłam ją oddać i obronić jeszcze w lipcu). Wołałam: „Pełen zachwyt”. We wrześniu przystąpiłam do piątego sezonu, który z odcinka na odcinek gasił mój entuzjazm. Nie chcę tego mówić, ale może czas „ze sceny zejść niepokonanym”? Bo chyba Castle i Beckett w wersji Casckett okazali się właśnie gwoździem do własnej trumny. Panie Marlowe, napraw to albo kończ waść, wstydu oszczędź.

środa, 24 lipca 2013

Nowy Sherlock. Nowy Watson. Nowy Jork, czyli co sądzę o "Elementary"



Stuknęło nam. Znaczy, to oczywiste, że jesteśmy z Edgarem stuknięci od zawsze. Zdrowo pokręceni. Nienormalni. Nieodwracalnie skrzywieni. Poplątani, jak nić Ariadny w labiryncie Minotaura. A mimo to nam stuknęło (a może właśnie dlatego?). Na liczniku nam stuknęło. Konkretnie wczoraj, w okolicach 21, licznik wskazał 20 000 wejść. Co oznacza, że Edgar przewiózł na swoim grzbiecie przez dwa lata więcej osób, niż w życiu poznam. W mieszkaniu u mojej koleżanki wisiała przy drzwiach tabliczka: „Tym, którzy tu bywają, czego nam życzą, niechaj sami mają”. I działała chyba dobrze, bo koleżanka ma pracę, własny duży dom i męża (może niekoniecznie w tej kolejności). Widocznie ludzie zawsze dobrze jej życzyli. Zatem powtórzę te życzenia: tym, którzy tu bywają, czego nam życzą, niechaj sami mają.  


      

Lubię Sherlocka Holmesa, czego nigdy nie ukrywałam. Znam sporo opowiadań z uniwersum londyńskiego detektywa oraz kilka adaptacji na wielki i mały ekran (kto nie czeka aż Sherlock i Watson przestaną się bawić w czarodziejów i hobbitów i wrócą na plan „Sherlocka” ręka w górę, ano właśnie, nie widzę) . Dlatego z zainteresowaniem przystąpiłam do zapoznawania się z amerykańską odpowiedzią na „Sherlocka”, czyli „Elementary”. Zainteresował mnie zwłaszcza slogan reklamowy – „New Sherlock. New Watson. New York”. Brzmiało dobrze.
            I rzeczywiście. Po okresie odwyku Sherlock Holmes, konsultant Scotland Yordu, przenosi się z Londynu do Nowego Jorku. Postanawia dalej uprawiać doradztwo detektywistyczne. By jednak mógł mieszkać w kamienicy należącej do ojca i korzystać z jego pieniędzy, musi podporządkować się woli rodzica, który życzy sobie, aby Sherlockowi przez cały czas towarzyszył kompan trzeźwości. I tak Sherlock poznaje doktor Watson. Tak, tak właśnie. Doktor Watson, nie doktora Watsona. W tej wersji John zamienia się w Joan (Lucy Liu).
            Przez cały sezon rekonstruujemy wraz z Joan historię Sherlocka – poznajemy przyczynę obsesyjnego poszukiwania Moriarty’ego, kulisy związku z Ireną Adler. Pojawia się także postać pani Hutson. Z tym, że słynna gosposia spod 221B, według amerykańskiej historii jest byłym mężczyzną. W serialu znajdziemy także sporo innych odwołań do oryginału autorstwa Arthura Conan Doyle’a – szkło powiększające, fotele, stojące w salonie domu, w którym mieszkają bohaterowie, czy pszczoły, hodowane przez głównego bohatera. 

            Wiem, że niektórym te amerykańskie „udziwnienia” się nie podobają i uważają „Elementary” za popłuczyny po „Sherlocku”. Fakt, serial wyemitowany przez BBC jest fenomenalny, ale moim zdaniem amerykańska wersja również ma swój urok. I może amerykański angielski detektyw niezbyt dobrze udaje angielski akcent, powściągliwość i flegmę, a także zbyt mało w nim socjopaty, jak na Sherlocka, ale mnie się podoba. Zwłaszcza pomysł, by Watsona uczynić kobietą. Początkowo nie byłam przekonana do Lucy Liu, ale zjednywała mnie sobie z odcinka na odcinek. Jej droga od chirurga poprzez kompana trzeźwości do detektywa z zamiłowania i zawodu nadaje tej postaci świeżości.  W przypadku „Elementary” rzeczywiście otrzymałam to, co mi obiecano – „new Watson”, gdyż zwrot „my dear Watson” nabiera zupełnie nowego znaczenia. Zagadki kryminalne także stoją na przyzwoitym poziomie. 

            Jeśli ktoś jeszcze nie widział, to „Elementary” jest dobrym serialem, by zapełnić sobie wakacyjną przerwę między naszymi faworytami i ulubieńcami. A dla wielbicieli londyńskiego detektywa pozycja obowiązkowa, choćby po to, by ustosunkować się, co sądzimy o udziwnieniach.

poniedziałek, 22 lipca 2013

Cytat tygodnia



„Żyję, dobrze mi z tym”? Mnie jakoś nigdy nie było. Ciągle się z czymś szamoczę, o coś walczę, czegoś mi brakuje, coś odkładam na później. Bo jedni żyją po coś, inni mimo wszystko. Cóż:

„pomiędzy już a jeszcze/ czasem przepaść raz przejście/ 
pomiędzy wiem a nie wiem/ zawsze dystans do siebie/ 
pomiędzy gdy a gdyby/ to nie wszystko na niby/ 
pomiędzy czymś a niczym/ milion zwątpień i przyczyn/ 
pomiędzy złem a dobrem/ coś we mnie coś w tobie”.  
 IRA, Żyję
 
Pomiędzy czymś a niczym milion zwątpień i przyczyn. Jedyna dobra recepta to chyba za dużo się nie zastanawiać, co?  

środa, 17 lipca 2013

I znów to zrobiłam...



źródło

Mam pewną wadę - cudowną umiejętność zapominania ważnych dat. Choćby dat urodzin i imienin bliskich mi osób. A to dość dziwne, bo z drugiej strony posiadam dobrą pamięć. W mniemaniu niektórych zbyt szczegółową. Co więcej, nie tylko zapominam ważne daty w życiu moich bliskich, ale też we własnym. Zwykle, że mam urodziny uświadamia mi pierwszy tego dnia SMS. W ten sposób niezawodna U. przypomina mi, że mam urodziny lub imieniny, a ja wtedy robię wiele oczy, bo nie pamiętałam. Dzielę bowiem z pewnym depresyjnym osiołkiem z bajki przekonanie „czym są urodziny? Dziś są, jutro ich nie ma”. Luz. Dzień, jak co dzień. Dlatego data urodzin Biblioteki Edgara przeszła mi koło nosa zupełnie bezboleśnie. A jednak fakt pozostaje faktem, obchodzimy 2 urodziny. Od tamtej pory zamieściłam 185 wpisów, niezbyt dużo, ale też niemało. Czego możemy życzyć Edgarowi na kolejne lata? Aby się nie starzał. Zawsze tryskał poczuciem humoru, nie zapominał, co to ironia i autoironia. Życzę mu, by zawsze chciało mu się czytać i pisać. Życzę mu Czytelników, bo to przede wszystkim oni sprawiają, że Edgarowi chce się chcieć. I by nigdy nie usłyszał tak słynnego w Internecie sloganu: „nie mogę Ci pomóc, jestem koniem”.  

poniedziałek, 15 lipca 2013

Cytat tygodnia



„Aktualnie chcę być traperem w Kanadzie. Wróżba przeprowadzona w dzieciństwie, o której kiedyś napiszę, głosi, że zostanę pisarką. Odpowiada mi to. Wiem, że pisarz okrada swoje życie osobiste. Każde wrażenie winno mu służyć jako część tematu. Musi dawać swoje życie innym, wymyślonym przez siebie osobom. Tak więc ja, mając ambitne plany, winnam być wszystkim. Nawet złodziejem, jeśli zajdzie potrzeba.”

Halina Snopkiewicz, Słoneczniki  

Sama już nie wiem. Co jest planem, co jest mrzonką. Co jest faktem, a co fikcją, jak śpiewał na swojej debiutanckiej płycie (sprowadzonej ponoć nie ze sklepu płytowego, a z włoskiego marketu) Mads Langer. I wreszcie, co naprawdę jest, a co tylko się wydaje. Bietka. Malina. Zuzanna. I wreszcie Agata, bohaterka mojej pierwszej powieści adresowanej do dorosłego czytelnika. Kto by pomyślał? Ja na pewno nie. Biedna Agata. Dostała życie, którego wcale jej nie zazdroszczę. Nie chciałabym żyć jej życiem - pełnym straty, zawiedzionych nadziei, a nade wszystko wyrzeczeń i upokorzenia. A przecież ulice, którymi się poruszały, istnieją. Autobusy, którymi jeździły, rzeczywiście kursują (pozdrawiamy regularnych pasażerów 71). Stoliki w pizzeriach, przy których spożywały posiłki, wciąż stoją. Tyle życia oddanego komuś innemu. Tyle czasu poświęconego na pisanie. Zmarnowanego? Kłopot w tym, że tego nikt nie wie. Milion zwątpień.       

piątek, 12 lipca 2013

Czy słyszysz, jak śpiewa lud? ("Nędznicy")



Przyznam, że nie czytałam „Nędzników”. Kiedy trafiłam na studia, z wielkim bólem wchodził właśnie system „3+2”. Okrojono listę książek do lektury, a i te, które pozostawiono, ciężko było ogarnąć. I tak minęła mnie znajomość z tą właśnie pozycją Wiktora Hugo. Nigdy też nie widziałam żadnej adaptacji jego prozy. Dlatego do musicalu „Les Miserables. Nędznicy” podchodziłam zupełnie na „świeżo”, jako do zupełnie nieznanej mi historii. I cóż?
             „Nędznicy” to historia byłego więźnia Jeana Valjeana, który po odbyciu kary, stara się ułożyć sobie życie na nowo. Po serii niepowodzeń, udaje mu się wybić, a ponieważ zna ból bycia biednym, stara się wspierać najuboższych (w tej roli Hugh Jackman). Wciąż prześladują go jednak duchy przeszłości w osobie inspektora Javerta (Russel Crowe). Losy tych dwóch i ludzi, którzy się z nimi stykają, obserwujemy na przestrzeni kilkunastu lat.
            Nie wszyscy lubią musicale, to prawda jasna jak słońce. Ja akurat lubię, choć przyznam, że tym razem i dla mnie za mało było dialogu. Crowe śpiewa kiepsko (nawet ja to słyszę mimo, iż słoń nadepnął mi na ucho do tego stopnia, że rytm to dla mnie teoria niemożliwa do wyłapania w praktyce), choć rola Javerta, jako uosobienia prawa, bezdusznika, który strzeże jego litery zupełnie bezmyślnie, zrobiła na mnie wrażenie. Anne Hathaway, jako Fantine, również bardzo dobra, jednak moim zdaniem jeszcze lepsza była młoda aktorka  Samantha Barks, w roli zakochanej bez wzajemności Eponiny. Jej wykonanie „On my own” (dlaczego, gdy bohaterowi pęka serce, zawsze stosuje się zabieg marysuizmu i daje padający deszcz?) to majstersztyk. 

Gdzieś tam w tle plącze się Helena Bonham Carter (wszyscy mówią, ze jest wybitną aktorką, a mnie… irytuje i to niemal w każdym filmie, poza tym za dużo jej ostatnio, za dużo!). Największe wrażenie zrobiła na mnie chyba jednak scenografia. Jejku… te wąskie, ciasne XIX-wieczne paryskie uliczki wyłożone kocimi łbami, te panoramy z domami w tle i wreszcie zapierająca dech katedra Notre Dame, gdy na pierwszym planie po balustradzie mostu spaceruje Javert. Niesamowite.

            Najsłabszym ogniwem filmu są moim zdaniem kochankowie Cosette i Marius. Oboje jacyś mało przekonujący, drewniani, a ich miłość nie wzrusza, przeciwnie, pozostawia widza kompletnie obojętnym. Uwaga, SPOILER. Aż żal bierze, że tylko oni przeżywają, bo powinni zginąć ;). Koniec uwagi. 


            Cóż poradzić. Kiedyś współczułabym Hugowskim nędznikom. Dziś nie tylko im współczuję, ale ze zdziwieniem odkrywam, że ich rozumiem, identyfikuję się z nimi. W sumie to nie tak mi do nich znów daleko. Niedługo zacznę wołać „patrz w dół, patrz w dół”!  Jeśli ktoś nie miał do tej pory do czynienia z „Nędznikami” i nie wie, czego się spodziewać, a jest wrażliwy (nie, Mamo, nie o Tobie mowa, Ty smarkasz w rękaw nawet za tysięcznym razem), niech przygotuje sobie pudełko chusteczek. Bo ten film jest smutny i dołujący. Cholernie, cholernie dołujący. Cytując T.: „To dopiero jest smutne, a nie jakaś tam śmierć Mufasy”. Nic dodać, nic ująć, bo przecież jak niewielu jest, których nie smuci śmieć Mufasy. Obejrzałam, załapałam doła, widzę niesamowitość tego filmu. A jednak, drugi raz chyba już podziękuję.     


Dla porównania także wersja polska tej piosenki oraz tłumaczenie oryginału


I znów jestem całkiem sama
nie mam gdzie się zwrócić, do kogo pójść
bez domu, bez przyjaciół
bez twarzy, do której można powiedzieć "witaj"
ale noc się zbliża, i mogę poudawać
że on tutaj jest

czasami spaceruję sama, nocą
kiedy wszyscy inni śpią
myślę o nim, i cieszę się z jego towarzystwa
miasto kładzie się spać, a ja mogę żyć w mojej głowie

gdy jestem sama, udaję, że jest obok mnie
całkiem sama spaceruję z nim aż do rana
i bez niego czuję jego ramiona oplatające mnie
a kiedy się zgubię zamykam oczy - i już mnie znalazł

w deszczu chodnik mieni się niczym srebro
światła w rzece są zamglone
w ciemności drzewa pełne są światła gwiazd
i widzę tylko jego i mnie na zawsze, na zawsze

i wiem, że to dzieje się tylko w mojej głowie
że mówię sama do siebie, a nie do niego
i mimo, że wiem, że jest zaślepiony
wciąż powtarzam, jest dla nas szansa

kocham go!
ale kiedy noc się skończy
on odchodzi i rzeka jest tylko rzeką
bez niego świat dookoła mnie się zmienia
drzewa są nagie i wszędzie ulice są pełne obcych ludzi

kocham go
ale każdego dnia dowiaduję się
całe moje życie tylko udawałam
beze mnie jego świat kręciłby się dalej
świat pełen szczęścia, jakiego nigdy nie zaznałam

kocham go, kocham go, kocham go
ale tylko, gdy jestem sama. 



         

środa, 10 lipca 2013

On jest w każdym z nas



Chyba nie ma człowieka, który nigdy nie zastanawiał się, skąd bierze się zło na świecie. Czy tkwi w ludziach? Czy może człowiek jest z natury dobry, a złe uczynki są wynikiem ingerencji niegodziwego ducha, próbującego zepchnąć go z właściwej ścieżki i wciąż wodzącego na pokuszenie? Pytania te stawia także Łukasz Henel w swej książce „On”.
            Młody biznesmen, pracujący w branży optycznej, podczas deszczu zabiera z drogi autostopowiczkę, która zostawia w jego samochodzie oryginalny medalion. Mężczyzna, chcąc go zwrócić, krąży po okolicy, z której ją zabrał, z myślą, że na siebie wpadną. Tak trafia na ukryty wśród lasu stary pałac. Zauroczony znaleziskiem, kupuje budynek, przekonany, iż wyremontuje go i stworzy tam hotel. Wkrótce w domu zaczynają dziać się dziwne rzeczy.
            „On” jest powieścią grozy. Autora nie krępuje zatem przymus realistycznego wyjaśnienia zagadki starego domostwa. Z każdą stroną potęguje się wrażenie grozy, skupiającej się wokół głównego bohatera. Ale właśnie grozy, atmosfery. Klimatu, który Henelowi udaje się uzyskać bez rozlewu krwi i rąk, nóg oraz mózgów latających po ścianach pokojów, czy też ściankach mikrofalówek. Muszę przyznać, że podczas lektury czułam się nieswojo. Łukasz Henel stopniuje napięcie aż do zadziwiającego, niespodziewanego finału. Zakończenie jest nieoczekiwane i niejednoznaczne. Ukazane widzowi w taki sposób, iż niełatwo jasno ustosunkować się do przebiegu wydarzeń przedstawionych przez bohatera. Czy był szaleńcem, jak sugerują nam to pozostali bohaterowie powieści, czy też ktoś mu towarzyszył, doprowadzając do tragedii?
            Jedyne, co przeszkadzało mi w książce Łukasza Henela to pierwszoosobowa narracja. Otrzymujemy wydarzenia opisywane wprost przez naszego bohatera, przepuszczone przez filtr jego postrzegania świata i poglądów. To jednak moje indywidualne preferencje. Po prostu nie przepadam za narracją w pierwszej osobie, choć tutaj sprawdza się ona dobrze. Dzięki temu, że to właśnie nasz bohater opisuje wydarzenia, a nie narrator wszechwiedzący, czytelnik aż do końca nie jest przekonany, co tak naprawdę się dzieje i czy opisane wydarzenia rzeczywiście mają miejsce. Ponadto Henel wzbogacił „Onego” o kilka bardzo ciekawych uwag, trafnie oddających współczesną polską rzeczywistość. Jego bohater jest osobą bogatą, przez co często spotyka się z niechęcią społeczeństwa, które patrzy na niego z nienawiścią i zazdrością pomieszaną z pogardą.
            Szczerze polecam książkę Łukasza Henela. Miłośnikom powieści z dreszczykiem i tym, którzy po prostu lubią się bać z całą pewnością przypadnie do gustu. Kawałek naprawdę dobrej literatury grozy.  

poniedziałek, 8 lipca 2013

Cytat tygodnia


źródło

„Czekaliśmy i czekaliśmy. Wszyscy. Czy ten łapiduch nie wie, że od czekania ludziom odbija szajba? Ludzie czekają przez całe życie. Czekają na lepsze czasy, czekają na śmierć. Czekają w kolejce, żeby kupić papier toaletowy. Czekają w kolejce po pieniądze. A jak nie mają szmalu, to czekają w jeszcze dłuższych kolejkach po zasiłek. Człowiek czeka, żeby położyć się spać, i czeka, żeby się obudzić. Czeka, żeby się ożenić, i czeka, żeby się rozwieść. Czeka na deszcz, czeka, aż przestanie padać. Czeka na posiłek, a kiedy go zje, czeka na następny. Czeka w poczekalni u psychiatry razem z bandą pomyleńców i sam nie wie, czy jest jednym z nich”
Charles Bukowski Szmira

Ten cytat dobrze ilustruje moje życie. Bo moje życie, jak życie wielu ludzi, sprowadza się do czekania. Żyję w poczekalni własnego życia. Odkąd skończyłam studia, wciąż się zastanawiam. Staram się zorientować w chaosie rzeczywistości, panicznie poszukując odpowiedzi na pytanie „co ze mną dalej będzie”. Mam pracę, ale wiem, że nie na zawsze. Mam dom, ale wiem, że nie mogę w nim zostać. Nie wiem, co ze sobą zrobić. Nie wiem, dokąd powinnam pójść. Ona mówi: „Jesteś młoda, masz prawo do marzeń”. A jednocześnie wypowiada słowa takim tonem, że wiem, iż marzenia to nie plany, a mrzonki, niemożliwe do zrealizowania. Ona mówi: „Jesteś młoda, jeszcze wszystko przed tobą”. Ale jak długo jeszcze, jak długo jest się młodym? Ile mi zostało? Pięć lat, dziesięć? Czekam. Na lepszą pracę. Na własny dom. Na wydanie kolejnej książki. Na kupno konia. Czekam na swoje miejsce w świecie. Czekam… Kiedy przekracza się granicę? Kiedy przychodzi czas, że odechciewa się walczyć? Gdy należy zaakceptować, że przegrało się własne życie? Gdy marzenia nie są już planami, lecz mrzonkami, które sprawiają, że jakoś się żyje? Z naciskiem na jakoś. Już nie po coś, a mimo wszystko?   

wtorek, 2 lipca 2013

"Nie czytasz? Nie idę z Tobą do łóżka!"


źródło

Kiedy w domu jest jedna łazienka, a do tejże pretendują trzy osoby, z których dwie idą spać mniej więcej w tym samym czasie, oczywistym jest, iż powstanie kolejka ( Pan tu nie stał!). Z racji bycia kobietą, korzystam z niej pierwsza. T. powiedziałby, że skoro jestem feministką, to powinno mi zależeć na przejawach równouprawnienia we wszystkich aspektach. (Kobiety do kopalń… Mężczyźni do garów…) T. bardzo lubi „wyzywać” mnie od feministki. Ja jednak myślę, że każda inteligentna kobieta powinna być w duszy feministką. Przez bycie „feministką” rozumiem tu dbanie o siebie – swoje dobre samopoczucie, interesy. Bo czy mądry człowiek tego nie robi? Ale ja nie o tym. Jeśli chodzi o kolejkę do łazienki, pcham się bezczelnie na chama, jako pierwsza (argumenty siłowe są najlepsze, ale ciiii). T. jest dżentelmenem i puszcza mnie przodem, wykazując w tej kwestii daleko posunięty tumiwisizm. Kiedy natomiast T. się myje, ja zwykle wykorzystuję ten czas na czytanie. Gdy wraca, odkładam książkę. Czasami T. stwierdza, że wyglądam (cytuję ze słyszenia) „bardzo inteligentnie”. Nie wiem. Scenografia jest bowiem dość specyficzna. Łóżko, kobieta w piżamie i okularach i książka. Jak się jednak okazuje, nie jestem w tym odosobniona. Jest wielu takich, którzy czytają w łóżku. Jest nawet wielu takich, którzy posuwają się do stwierdzenia „Nie czytasz? Nie idę z tobą do łóżka!” I to niby ja jestem radykalna w poglądach?  

PS Bardzo serdecznie dziękuję wszystkim Paniom, które zechciały odpowiedzieć na mój rozpaczliwy niedzielny apel.