poniedziałek, 29 sierpnia 2011

Daleko od... domu?


Wiele małżeństw, choć pragną mieć dziecko, z różnych przyczyn nie mogą posiadać upragnionego potomstwa. Dla niektórych adopcja staje się sposobem na stworzenie rodziny. Niewielu jednak decyduje się na adopcję dziecka, które urodziło się w innej kulturze. To niezwykle odważna i trudna decyzja. Podjęło ją dwoje holenderskich dziennikarzy: Aule Kok i Dido Michielsen. Ich wybór padł na Chiny. Zdecydowali, że zaadoptują dwie dziewczynki – Lisę Xiu i Lin Shi – oraz, że stworzą wraz z nimi prawdziwy dom.
            „Córki z Chin” są zapisem podróży do kraju narodzin i pochodzenia potomstwa dziennikarskiego duetu. Po kilku latach od momentu adopcji, gdy dziewczynki mają jedenaście i dziewięć lat, Holendrzy decydują się na konfrontację z ich pierwotną kulturą. I choć cały ten czas dbali, by wzrastały świadome chińskich tradycji i zwyczajów, po raz pierwszy od momentu adopcji miały tam powrócić. Podróż została drobiazgowo zaplanowana. Dziennikarze odwiedzili z córkami ważne dla nich miejsca – sierocińce obu dziewczynek, miejsca, gdzie zostały porzucone przez biologiczne matki, hotele w których odbyło się przekazanie dzieci nowym opiekunom.
            Książka Aule Kok i Dido Michielsena jest niezwykle fascynującym reportażem. To arcyciekawy zapis podróży, który musi spodobać się każdemu miłośnikowi chińskiej kultury (czy Wielki Mur, jedyny zabytek, który widać z kosmosu, naprawdę jest w niektórych miejscach tylko piaszczystym pagórkiem?). To jednak tylko wierzchnia warstwa tej książki. Wcale nie najważniejsza, a z całą pewnością nie najciekawsza. „Córki z Chin” to także zapis kłopotów, zarówno natury emocjonalnej, jak i prawno-biurokratycznej, z którymi borykają się adopcyjni rodzice. Jak zaszczepić w dziecku miłość do miejsca skąd pochodzi, jak sprawić, by wśród holenderskich rówieśników o blond włosach i niebieskich oczach nie czuło się obco i źle? Jak sprawić, by nie czuło się porzucone? Co zrobić, aby uwierzyło, że porzucenie może być także aktem miłości, bowiem polityka jednego dziecka sprawiła, że matki musiały porzucać swoje dzieci? Pozycja jest kroniką tego, jak trudną drogę muszą przejść ludzie pragnący mieć dziecko. Kursy, szkolenia, tony wniosków, które ktoś/gdzieś/kiedyś zgubił lub zatrzymał. Czytałam tę książkę i nie miałam wątpliwości, Auke Kok i Dido Michielsen kochają swoje chińskie córki. Kochają dziewczynki i dlatego chcą wychować je na osoby świadome i w pełni akceptujące siebie. Stąd decyzja o powrocie do korzeni. Czy słuszna, skoro dziewczynki mają tylko jedenaście i dziewięć lat?
            Z „Córek z Chin” wyłania się obraz nie tylko odpowiedzialnych, troskliwych, a nade wszystko świadomych rodziców, ale także świadomych turystów. Dziennikarzy cechuje znajomość chińskiej dwoistości, która ich otacza – nowoczesna architektura, hotele o marmurowych korytarzach contra bieda, ścisk, smog, brak wolności słowa. Czy to, co dane jest im obejrzeć w sierocińcach jest autentyczne, czy wyreżyserowane na potrzeby europejskich „turystów”? Dziennikarze rozumieją, że wiele wydarzeń zostało pieczołowicie wyreżyserowanych. Towarzyszy im poczucie bycia turystami, obcymi, choć podróżują przecież z dwoma chińskimi dziewczynkami.
            Pozycję dodatkowo wzbogacają liczne zdjęcia wykonywane podczas pięciotygodniowej podróży przez chińskie terytorium. Wiele z opisywanych miejsc mamy zatem szansę obejrzeć na fotografiach. Tekst wzbogacono o fragmenty z pamiętników Lisy-Xiu i Lin-Shi, będące świadectwem tego, jak odmiennie od rodziców odbierały ode całą podróż.
            Nie pozostaje mi nic innego, jak polecić Wam tę refleksyjną, ciekawą książkę. Na mnie zrobiła wielkie wrażenie. 

Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu Dobra Literatura
Wróciłam z konwentu. Przypuszczam, że jeszcze w tym tygodniu pojawi się na blogu jakaś relacja. Było miło, choć pojawiły się też straty, z powodu których myślę, że nie było warto jechać. Życie, jak powiedziałaby moja koleżanka. W każdym razie teraz nigdzie się już nie ruszam, recenzje będą się ukazywały regularnie - pewnie dwa razy w tygodniu. Uporałam się z wszystkimi książkami z pierwszego stosu. Zatem jutro następny. Serdeczne pozdrowienia dla Wszystkich! 

wtorek, 23 sierpnia 2011

Kilka życiowych porad


 „Dotyk serca, droga do poznania siebie” jest ni to powieścią, ni poradnikiem. Małgorzata Przygońska będąca jednocześnie autorką książki i  bohaterką opisywanych w niej wydarzeń, opowiada nam, jak krok po kroku zmieniała swoje życie. Autorka podzieliła książkę na kilka rozdziałów, o wiele mówiących tytułach – „Bajka o przebudzeniu”, „Bumerang dobra”, „Rozliczenia”, „Patrząc w Światło”.
            W zasadzie utwór, zbudowany głównie na zasadzie rozmów autorki-bohaterki z innymi ludźmi i z samą sobą pod różnymi postaciami, nie proponuje nam nic nowego. Co należy robić, by osiągnąć szczęście? Małgorzata Przygońska proponuje, byśmy lubili siebie i zaakceptowali się takimi, jakimi jesteśmy. Przede wszystkim powinniśmy sobie uświadomić, co w naszym życiu nam nie odpowiada i co chcielibyśmy zmienić. Następnie należy przejść od etapu mówienia o zmianach, do etapu ich realizacji. Trudno się z nią nie zgodzić. Nawet na psychologii dla przyszłych nauczycieli mówiono nam, że etap mówienia o zmianach przynależny jest adolescentom, a etap podejmowania świadomego działania, by zmieniać, cechuje ludzi dojrzałych. Zatem, jeśli tylko mówisz, jak ci źle, a nic z tym nie robisz, tak naprawdę nie chcesz zmian i sam jesteś sobie winien. Kolejny etap to wybaczenie sobie i innym. Zaakceptowanie, że jesteśmy ludźmi i popełniamy błędy. Według autorki „Daru serca” musimy pozwolić innym być takimi, jakimi są. Nie możemy ustawiać im życia i denerwować się, że nie układają go tak, jak my byśmy tego chcieli. Przygońska radzi także, aby „zakotwiczyć” swoje życie tu i teraz. Proponuje nie rozpamiętywać przeszłości, bo i tak nic już w niej nie zmienimy. Nie powinniśmy się także dręczyć tworami wyobraźni, przyszłość dopiero nadejdzie, nie można więc katować się jej wizjami. Następna ważna uwaga dotyczy tego, iż słowo i myśl są potęgą. Jeśli myślę o złych rzeczach i źle o ludziach, będę przyciągać to, co złe. Dobro przyciąga dobro, zło natomiast rodzi zło. A myśl ma w sobie siłę. Jeśli wierzycie, że coś się stanie, macie szansę tego dokonać. Tylko należy uwierzyć, zamiast biadać, że „na pewno nie dam rady”, „Nie uda mi się”. Samospełniające się proroctwo. I wreszcie, moim zdaniem najistotniejsza rada: „Gram najlepszą rolę, jak znam,/ Siebie gram”[1]. Nikogo nie udawać, być sobą.      
            Autorka bardzo dużo mówi w swej książce o Bogu i Aniołach (zachowuję jej pisownię z wielkiej litery) oraz o powierzaniu Stwórcy własnej osoby. Nie przeszkadza jej to jednak regularnie stawiać tarota i chadzać do różnych wróżek. Widzę tu pewną niekonsekwencję. Chrześcijaństwo bowiem jest negatywnie nastawione do wiary w gusła i wróżby, ale być może autorka potrafi pogodzić wiarę w Anioły z wiarą w karty Tarota.
            Jeśli oczekujecie, że ta książka zmieni Wasze życie lub powie Wam, jak żyć, nie liczcie na to. Nie napisano bowiem jeszcze takiej książki. Zgodzę się jednak z Małgorzatą Przygońską, podstawą zmiany jest podejmowanie decyzji i działanie. Bez tego ani rusz. Jak mawia moja koleżanka: „Nie ma wagonika, którego nie da się odczepić”. Samo nic się jednak nie zrobi, to wiem na pewno.  

Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu Illuminatio.



[1] Małgorzata Przygońska, „Dotyk serca. Droga do poznania siebie”, Warszawa 2009, s. 126.

niedziela, 21 sierpnia 2011

Kilka słów o spedzaniu lata na północy Polski


Od kilku lat w  naukach o literaturze funkcjonuje termin „literatura północy”. Autorzy,  wobec których się go używa, podkreślają w swych powieściach, iż ich bohaterowie, zamieszkujący najczęściej Mazury, Warmię lub Pomoże Gdańskie, są ludźmi pozbawionymi perspektyw, niemalże skazanymi na życiową klęskę. By uświadomić to innym, pisarze związani z tym nurtem, jak Daniel Odija czy autorka powieści „Zęby” Joanna Wilengowska, zdecydowali się na portretowanie tamtejszej rzeczywistości oraz budowanie realistycznych obrazków z życia mieszkańców północnej Polski. Nigdy jednak nie spotkałam się z reprezentantem literatury północy w prozie młodzieżowej. Nigdy, aż do momentu, gdy przeczytałam „Lato Joanny”.
            „Lato Joanny” to niepozorna, cieniutka książeczka. Jej bohaterką jest studentka trzeciego roku historii, Joanna. Poznajemy ją w chwili, gdy wraca na wakacje do rodzinnego miasteczka na Mazurach. Poznajemy ją także w momencie, gdy stoi na rozdrożu. Nie bardzo wie, co zrobić ze swoim życiem. W skutek splotu pewnych wydarzeń zostaje wyrzucona z akademika. Podczas wakacji musi zdecydować, co począć dalej ze swoim życiem. Nieoczekiwanie pomoże jej w tym dwadzieścia lat starszy od niej Tomasz.
            Dlaczego uważam „Lato Joanny” za młodzieżowego reprezentanta prozy północy? Joanna jest jedyną mieszkanką wsi, która dostała się na studia. Pozostali albo są na rencie, albo nie pracują, albo spędzają całe dnie pod sklepem, pijąc na umór. Joanna wie, że musi uciec z rodzinnej miejscowości. Wie też, jak trudno jest się wybić, jak trudno wydostać z zaklętego kręgu. Wśród głupich i chamskich mieszkańców dziewczyna nie jest w stanie odnaleźć bratnią duszę. Wszyscy są bowiem ograniczeni i prymitywni. Nie rozumieją, po co Joannie studia. Sądzą, że zadziera nosa, że się wywyższa. Uważają ją za starą pannę i dziwaczkę. Nie cierpią dziewczyny właśnie za tę odmienność, inność, która ich tak drażni i kłuje w oczy.  Nieoczekiwanym partnerem do rozmowy, kimś, kto ją rozumie, kto chce i potrafi się z nią porozumieć okazuje się, przybyły na Mazury z Warszawy, czterdziestoletni Tadeusz. Nić porozumienia, która się między nimi wytwarza i coraz częstsze spotkania, sprawiają, że cała wieś aż huczy od dwuznacznych plotek. Powieść przepełniona jest, typową dla prozy północy, atmosferą beznadziejności. Dziewczyna przeczuwa, że cokolwiek zrobi zawsze będzie gorsza, zawsze będzie tą, która kiedyś mieszkała w zatęchłej dziurze na Mazurach. Joanna walczy o siebie, choć podobnie jak bohaterka powieści „Zęby”, przeczuwa, że cokolwiek uczyni, skazana jest na klęskę.
            Małgorzata Cichalewska niewiele mówi nam o swoich bohaterach. W jej powieści niemal nie znajdziemy opisu postaci. O Joannie wiemy jedynie, że ma dwadzieścia kilka lat i jest blondynką. Przypuszczam, iż zabieg ten miał na celu uświadomić czytelniczkom, że Joanną jest tak naprawdę bardzo wiele młodych dziewczyn. Miał pomóc zidentyfikować się z bohaterką opowieści.
            Autorka podejmuje w swej powieści bardzo trudny temat – miłości między dwudziestoletnią dziewczyną, będącą w zasadzie u progu dorosłości i czterdziestoletnim, dojrzałym mężczyzną. Czy mogą się zrozumieć? Czy potrafią, mimo różnicy wieku, znaleźć wspólny język? I wreszcie, czy taki związek ma w ogóle przyszłość? Sęk w tym, że Małgorzacie Cichalewskiej zabrakło odwagi lub chęci, by jasno odpowiedzieć na te pytania. I jeśli o coś mam do niej żal, to właśnie o brak tego jasnego, jednoznacznego rozstrzygnięcia, które, moim zdaniem, „Lato Joanny” zawierać powinno.
            Przeczytanie powieści, która jest młodzieżowym reprezentantem literatury północy, było bardzo ciekawym doświadczeniem. Polecam je każdemu, bez względu na wiek. Przypuszczam, że jeśli zdecydujecie się na lekturę, skończycie ją, zanim się obejrzycie.  

Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu Telbit.


czwartek, 18 sierpnia 2011

Krawcowa Królowej Elfów i suknia (jak) marzenie


Jeszcze przed rokiem myślałam, że spełnianie marzeń jest usytuowane gdzieś na granicy „niewykonalnego” i „niemożliwego”. Dziś rozumiem już, że jest trudne, ale nie niewykonalne, a tym bardziej nie niemożliwe. Ktoś przekonał mnie, że marzenia można, a nade wszystko NALEŻY spełniać. Co trzeba zrobić? Przede wszystkim podjąć decyzję. Decyzję przejścia od „chciałabym, ale się boję” lub „chciałabym, ale wiem, że nie dam rady” do „chciałabym, więc to zrobię”. Stwierdzicie, że łatwo się mówi. Owszem, łatwo. Wykonać znacznie trudniej. Wykonanie wymaga bowiem wiary, samozaparcia, upartości i cholernie, cholernie dużo pracy. Własnej pracy i wysiłku. Czasami także czasu.
Jak wszyscy mam swoje marzenia. Kiedyś napisałam książkę. Schowałam ją do szuflady i marzyłam, że może kiedyś ją wydam. Potem pomyślałam, że czemu by nie spróbować. Wysyłałam i wysyłałam, z marnym skutkiem, bez odzewu. Zainteresowałam się, jak można samemu wydać powieść. Dowiedziałam się wszystkiego i zwątpiłam. Ktoś Kochający szturchnął mnie i stwierdził: „Próbuj, przekonasz się, że dasz radę”. Pracowałam, zarobiłam potrzebną kwotę. Zebrałam ekipę. Pracowałam z nią trzy miesiące. Było ciężko, poskładanie książki z tekstu w Wordzie to niesamowicie trudne zadanie, chwilami wydawało mi się, że wręcz niewykonalne, ale nie rezygnowałam. Po trzech miesiącach byliśmy gotowi. Wysłałam tekst do drukarni. Po czterech dniach trzymałam w dłoniach własną książkę. Spełniło się moje marzenie. Jeszcze nie całkiem, jeszcze nie do końca, ale wciąż je obracam, wciąż nad nim pracuję.
Potem przyszedł czas na następne. Każda mała dziewczynka chce być księżniczką. U mnie to marzenie rozwinęło się w: „Zostanę Królową Elfów”. Przez siedemnaście lat marzyłam o sukience rodem z filmu kostiumowego. Stworzyłam ją w myślach. Swoją własną, jedną jedyną. Zarobiłam i odłożyłam potrzebną kwotę. Zapytałam pewną Dobrą Istotę, czy ją dla mnie wykona. Po uzyskaniu satysfakcjonującej odpowiedzi, zaprojektowałam wymarzony strój (ku wielkiej rozpaczy A., według której moja koncepcja była wbrew wszystkim historycznym stylom i modom; a niechby nawet była, to moje marzenie :D). Wybrałyśmy kolor i rodzaj materiału (-„ Zielony, koniecznie zielony!” - „Ten włos? – Nie, ten krótszy. Welur, z całą pewnością welur… - Okazuje się, że na welur nas nie stać, będzie aksamit). Kupiłyśmy, dwa metry na suknię („Koniecznie z pełnego koła!”) i dwa na rękawy („- Siedemdziesiąt dwa centymetry szerokości, atlasowe! – Chyba zwariowałaś, absolutnie nie, nie szyjemy koszuli nocnej!” Kompromis: żorżeta). Zrobiłyśmy przymiarkę („- Kurcze, ale ciężka! - Zrobiłam kołnierz z okresu renesansu, ale można go odpruć, wiesz musiałam jakoś zakończyć, jestem perfekcjonistką.  - ??? – Nie podoba ci się? – Nie. – To dobrze, bo mnie w sumie też nie. Rękawy… Tutaj bym zrobiła takie bufki. -??? – Zatem bufki nie. Rękaw do łokcia, tak? – Od łokcia haft i drugi materiał. Dekolt kwadratowy –???? Jeszcze bardziej kwadratowy? Z tyłu tren, z przodu bym ścięła. – Tyle? – Jeszcze opuść, jeszcze. – Protestuję, będę się wciąż potykać, przecież nie chcę być martwym Elfem! – Będzie inaczej, gdy się poruszysz. Przejdź się. O, teraz dobrze. – Nie, za dużo. Troszkę wyżej, dobrze? Tyle? – Niech będzie ”). Wreszcie druga przymiarka. Jest już haft, nie pływam w za dużym czymś, co wcześniej było bardziej ogromnym kawałkiem materiału, niż suknią dla Królowej Elfów. Są rękawy. Długie, bardzo długie. Staję przed lustrem. „A., czy wiesz, że spełniłaś moje marzenie?” Dobra Istota uśmiecha się, żartuje: „ Mogłabym pracować w tej fundacji <<Mam marzenie>>”. Podnosi się z kanapy. „Jadę spełniać kolejne marzenia”, rzuca na odchodnym, prowadząc do windy różowy rower.
Jeszcze raz bardzo Ci dziękuję, A!

 Oto efekt naszej wspólnej pracy. Polkonie, Królowa Elfów nadchodzi!
Zdecydowanie lepiej wygląda na ludziu :)


Przebiorę w nią którąś z koleżanek...
...i wtedy zrobię zdjęcie.

środa, 17 sierpnia 2011

Zaczarowany świat


Jedna z lekcji języka polskiego w gimnazjum, podczas której omawiałam z młodzieżą „Opium w rosole” Małgorzaty Musierowicz, dała mi wiele do myślenia. Przedstawiałam uczniom sylwetkę pisarki, kiedy jeden z nich przerwał mi i wielce zdziwiony zapytał: „To ona jeszcze żyje?”. Pamiętam, iż odpowiedziałam, że żyje i ma się dobrze, choć pytanie wprawiło mnie na resztę dnia w stan konsternacji. Jednakże uznałam, że coś w nim jest. W przeważającej liczbie przypadków dzieci i młodzież, a nawet niektórzy dorośli, myślą o pisarzach, jako o osobnikach od wielu lat nieżyjących. Ponadto nasze pociechy są przekonane, że twórca sam nigdy nie był dzieckiem. Z całą pewnością urodził się stary i pomarszczony. Podczas nauki szkolnej poznawanie życiorysów pisarzy wydaje się uczniom zajęciem niepotrzebnym, a przede wszystkim nieznośnie nudnym. Wiedząc o tym, nie wyobrażamy sobie, by zamiast bajki czytać im na dobranoc biografię kogoś znanego. A jednak Christina Bjork, swoją książką „Przygody Astrid – zanim została Astrid Lindgren”, udowadnia, że o nawet te z pozoru nieciekawe zdarzenia można opowiadać z sposób ciekawy i zajmujący dla dziecka.
            Dzieci kochają książki Astrid Lindgren. Zaczytują się w przygodach Pippi Pończoszarki, z zapartym tchem śledzą przygody Jonatana i Karola, kibicują i być może trochę zazdroszczą psotnemu Emilowi. Książka Christiny Bjork daje im możliwość, by dowiedziały się, jakim dzieckiem była Astrid Ericsson, zanim została wielką pisarką. Jakże ciekawe i barwne było życie małej mieszkanki Nass – psotom nie było końca.
            Z książki dowiemy się, kim byli rodzice i krewni niezwykłej Astrid. Dzięki licznym zdjęciom zapoznamy się z otoczeniem w jakim dorastała. Poznamy jej ulubione zabawy (skoki na sianie, „niedotykanie podłogi”, gra w piłkę nożną). Będziemy mieli możliwość prześledzić listę ulubionych powieści małej dziewczynki, zanim dorosła i sama zaczęła tworzyć książki, które dziś kocha cały świat.
            Niewątpliwym atutem są żółte strony publikacji, dzięki którym znające twórczość pisarki dzieci, będą mogły zaobserwować, jak dzieciństwo Astrid Lindgren miało wpływ na jej twórczość. To właśnie dzięki lekturom tych stron dowiedzą się, jak wiele epizodów ze swego życia przeniosła następnie do pisanych przez siebie historii. Książka oferuje nam też sporo ciekawostek. Czy wiedzieliście, że Astrid Lindgren aktywnie walczyła o prawa zwierząt? W dniu swych osiemdziesiątych urodzin otrzymała od premiera w prezencie ustawę, mającą zagwarantować poprawę ich bytu.
            „Przygody Astrid” liczą sobie dziewięćdziesiąt stron. Jest to dziewięćdziesiąt stron niezwykle zajmującej lektury, uzupełnionej o przepiękne, kolorowe i bardzo liczne ilustracje Evy Ericsson, a także czarno-białe fotografie , które z całą pewnością spodobają się dzieciom i uczynią lekturę jeszcze ciekawszą, a zarazem nie nużącą. Warto zwrócić uwagę także na warstwę językową. Książka napisana jest prostym, ale pięknym językiem. Nic nie stoi na przeszkodzie, by starsze dzieci zapoznawały się z nią samodzielnie, nie będą miały bowiem problemów ze zrozumieniem przekazywanych treści.   
            Nagrodę ALMA (Astrid Lindgren Memorial Award) znają wszyscy, którzy piszą, ilustrują i wydają książki dla dzieci. To niezwykłe odznaczenie o wielkiej randze, nazywane Noblem literatury dziecięcej. Jednakże nawet wielka (nie boję się użyć tego słowa!) Astrid Lindgren, niekwestionowany autorytet w sprawach literatury dla dzieci, sama była kiedyś brzdącem. Psotnicą Astrid Ericsson mieszającą, razem z rodzicami i rodzeństwem, w czerwonym w domu w Nass. Dzięki książce „Przygody Astrid” dzieci mają szansę poznać ją właśnie taką. Na szczęście!

Fotografie wykonane moim aparatem. Niestety nie oddają pełnego uroku książki.


Ch. Bjork, "Przygody Astrid - zanim została Astrid Lindgren", s. 60 ,39 ,43.



Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu Zakamarki

niedziela, 14 sierpnia 2011

Natchniona przez komedię romantyczną, Intueri rozważa siebie


Od jakiegoś czasu odczuwam przesyt czytaniem. Owszem, nadal czytam. Co więcej, nadal czytam z pewną przyjemnością, ale przypuszczam, że nie tak dużą, jaką czerpałam przed przesytem i jaką będę czerpała po jego zakończeniu. Trudno powiedzieć, skąd przesyt się wziął. Może przesytowy potwór zagnieździł się pod łóżkiem, gdy obok „przyjemnościowych” lektur zaczęłam czytać także pozycje do magisterium? Być może właśnie wtedy. A może w momencie, kiedy zaczęłam czuć się winna, że zamiast odciążać się od szybkiego i stresującego czytania potrzebnej bibliografii w roku akademickim, wolę czytać kolejną powieść, niż pozycję do mojej pracy? W zasadzie nie znam odpowiedzi na własne pytanie. Jest to zatem pytanie retoryczne, czyli pytanie, na które nie ma odpowiedzi, bądź też odpowiedź jest niemożliwa. Ale mam również pod ręką kilka faktów. Konkretnie trzy.  Pierwszy: przesytowy potwór z całą pewnością mieszka pod łóżkiem i rośnie w siłę. Drugi: obecność przesytowego potwora objawia się tym, że od czytania książek wolę ostatnio rozrywkę prostszą i mniej wymagającą, jaką jest oglądanie filmów. Wreszcie fakt trzeci, najistotniejszy: obejrzałam „Pożyczonego narzeczonego”. Nie żebym miała coś do komedii romantycznych. Nawet je lubię, choć nie chodzę na ten akurat gatunek do kina, bo uważam, że to strata pieniędzy. Ale do filmów raczej nic nie mam. Nic osobistego w każdym razie. Zanim jednak przejdę do właściwej części recenzji, bo wstęp i tak rozrósł mi się ponad miarę, potrzebna nam będzie jeszcze jedna informacja. Piszę ten recenzję z pozycji osoby, która nie potrafi się zakochać. Absolutnie, totalnie, nieodwracalnie nie potrafię się zakochać. Jestem pozbawiona tego genu, czy czegoś w umyśle, co odpowiada za stan zakochania. Jestem taka jedna jedyna, ewenement na skalę światową, ale ciii, nikomu ani słowa I z pozycji takiej osoby mam zamiar ocenić komedię „Pożyczony narzeczony” (czy w zasadzie „Coś pożyczonego”, bo tak brzmi oryginalny tytuł filmu, który podoba mi się znacznie bardziej).
Od lewej: Ethan, Rachel, Darcy, Dex.
            Fabuła prosta jak konstrukcja cepa. Pięć osób. Rachel. Darcy. Dex. Ethan. I ten piąty, którego imienia nie pamiętam, a który jest przyjacielem Dexa. A nie, czekajcie, jemu było Marcus. Tak, Marcus. Główną bohaterką opowieści jest Rachel. W dniu jej trzydziestych urodzin jej najlepsza przyjaciółka, Darcy, organizuje wielką imprezę, na której głównie lansuje… siebie. Po przyjęciu pijana nieco Rachel i narzeczony jej najlepszej przyjaciółki spędzają ze sobą noc. I kurcze, co teraz z tym fantem zrobić, skoro okazuje się, że oboje coś do siebie czują, a przemilczana w czasach studenckich miłość, wybucha nowym płomieniem?
            Rachel i Darcy zbudowane są na podstawie przeciwieństw. Rachel jest niebrzydka (ach, te oczy skrzywdzonej sarenki!), ale też bez przesady, spokojna, dobra, miła, cicha, delikatna, pracowita i (oczywiście) ma ogromne wyrzuty sumienia z powodu tego, co się stało. Darcy myśli tylko o sobie. To chodzący przykład narcyzmu i manipulowania innymi. Zawsze dostaje to, czego chce. Widzi tylko czubek własnego nosa. I jest głupia, niczym blondynka z polskich kawałów. Powiedziałabym, że osoby tak odmienne, jak Rachel i Darcy nie mogą się przyjaźnić. Jednakże w toku akcji Rachel wypowiada słowa, które uznałabym za najważniejsze w całym filmie: „To nie Darcy mi wszystko odbierała. To ja jej zawsze wszystko oddawałam”. 
Rachel i Darcy.
 Przyjaźń miedzy Darcy i Rachel jest możliwa. Darcy potrzebowała brzydszej przyjaciółki, by się dowartościowywać, by czuć się od niej lepszą i piękniejszą (czego nie krępuje się mówić jej w oczy!). Rachel z kolei akceptowała Darcy, by  mieć kogoś z kim ukrycie rywalizowała, kto ją mobilizował,  a kogo mogła jednocześnie obwiniać za odczuwane poczucie krzywdy. Transakcja obopólna, jak raka z ukwiałem. Powiedziałabym, że niemożliwa, gdyby nie to, że miałam taką przyjaciółkę. Przeżyłam bycie Rachel. Ona była moją Darcy.
Dowód na potwierdzenie tezy alkoholowej (prawa dłoń Ethana).
            Tyle, że ten sposób zaprezentowania postaci od razu ukierunkowuje widza. Nasza sympatia kieruje się w stronę Rachel. Przecież to taka miła prawniczka, którą pomiata bezmózga niby-przyjaciółka. Apropos prawniczek. Jeszcze rozumiem, że w tego typu filmach są to zwykle młode kobiety, prężnie robiące karierę. Ale dlaczego w przeważającej większości prawniczki? No, względnie projektantki mody, dziennikarki, znacznie rzadziej lekarki. No, to ja się pytam: a gdzie nauczycielki? Czy my jesteśmy tymi, którymi się pogardza? Ba, przecież nauczycielka nie może robić zawodowej kariery. Bycie belferką nie jest pracą, to działalność charytatywna. Jednostka taka nie może być heroiną komedii romantycznej. To przecież nudziara, życiowy nieudacznik. Dobrze nawet, jeśli nie jest zbyt ładna. Nauczycielka mogła zagrzać miejsce jedynie w powieści Moniki Szwai o wielce mówiącym tytule „Jestem nudziarą”(sic!). Ale, ale, odbiegłam od tematu. Zatem, taki sposób przedstawienia postaci sprawia, że widz przez cały czas kibicuje Rachel. Przecież to Darcy jest tą złą. A feee! Ale, kurcze, hallo! Rachel zrobiła coś złego. Złego. Niemoralnego, godnego potępienia, niestosownego, nagannego. Więcej synonimów w tej chwili nie pamiętam. To co zrobiła, było złe. Nie zmienia tego wcale fakt, że nasza bohaterka była na więcej niż lekkim rauszu (dygresja: ten film to jedna wielka reklama [niekoniecznie i nie zawsze podprogowa] piwa Heineken, pojawia się ono w kilkunastu scenach, a nazwa pada dwa razy). 
Rozważania egzystencjalne nad kartonikami z frytkami
 Dostrzegam niestosowność postępowania Rachel. A jednak Darcy i Dex nie pasowali do siebie. Dzięki Bogu, moja nieumiejętność przeżywania zauroczenia/ zakochania sprawia, że nigdy nie znajdę się w takiej sytuacji. Ale gdybym się znalazła… Nie wiem, co bym zrobiła. Ethan próbował wmówić Rachel, że „przecież ślubu nie było”. I rzeczywiście, brać ślub z osobą, której się nie kocha? Ale mimo wszystko to była zdrada. Nie umiem potępić Rachel, bo nie wiem, co bym zrobiła na jej miejscu. Kto jest bez winy, niech pierwszy rzuci kamieniem, ja nie czuję się w mocy. Przyznam, że znacznie bardziej podobałaby mi się ta historia, jeśli by ukazano obie bohaterki z ich wadami i zaletami. Gdyby nie próbowano tak nachalnie wymusić na mnie sympatii do jednej, a niechęci do drugiej. Opowieść znacznie zyskałaby na atrakcyjności, jeśli widz sam mógłby zdecydować, po której stronie chce się opowiedzieć. Czyżby HollyWódź próbowała wmówić obywatelom Nowego Kontynentu, iż nie są zdolni do złożonych procesów myślowych?
            Jeszcze kilka słów o samym Deksie. Szczerze powiedziawszy to nie wiem o co tu kruszyć kopie. Nie chodzi nawet o to, że Dex nie był przystojny, czy pociągający (był? kwestia gustu, dla mnie niekoniecznie, wolałabym chyba Ethana). Chodzi o to, że do jasnej cholery, facet grał na dwa fronty! Spotykał się z Rachel, będąc zaręczonym z Darcy. Nie umiał podjąć decyzji. Był typem faceta, który zapytany: „Chcesz być ze mną?” Odpowiedziałby: „Nie wiem”. Po prostu umiejętność decydowania o własnym losie na poziomie pantofelka! Chciałybyście, drogie panie, takiego tłumoka? 
Scena nocnego tańca
            Dogłębnie omówiłam już drugi człon gatunku „komedia romantyczna”, czyli wszystko, co w tym filmie romantyczne, około romantyczne, powinno być romantyczne, ale jakby nie wyszło. Krótko jeszcze o komedii. Żarty były. Czasem śmieszne. Czasem mniej. Głównie zupełnie nietrafione, żenujące. Czułam się tak, jak podczas oglądania „Shreka 2”. Raz z bekania i pierdzenia można się zaśmiać, za drugim razem jest to już po prostu niesmaczne i krępujące, przynajmniej dla mnie (postać Markusa – jest dla mnie niewyobrażalnym, że jakikolwiek człowiek może być tak głupim!). Zabawna i lekka jest scena tańca Rachel i Darcy (widoczna w trailerze), choć przyznam, że umieszczona w toku akcji ni w pięć, ni w dziewięć. Dwie dorosłe, trzydziestoletnie kobiety nagle o trzeciej w nocy zaczynają przypominać sobie układ taneczny, który stworzyły na konkurs, gdy miały naście lat.                  
            Powyższa recenzja była pisana w tonie „emocjonalnym”, czego zwykle nie robię i za co serdecznie przepraszam. Została obliczona raczej na zabawienie czytającego, niż dokładną, rzeczową i dogłębną analizę i interpretację. Jeśli dotarłeś do tej linijki tekstu, Drogi Czytelniku, wiedz, że głęboko Cię podziwiam. Byśmy mieli jasność. Nie zniechęcam Cię do obejrzenia filmu „Pożyczony narzeczony” („Coś pożyczonego”), który to tytuł powinien zostać zamieniony na „Coś niedopracowanego”. W końcu to komedia romantyczna, a ja, niżej podpisana, jestem tylko nudziarą, beznadziejną nauczycielką bez genu odpowiedzialnego za stan „mięta przez rumianek”, a co za tym idzie nie znam się na miłości. Wniosek nasuwa się sam i może nie wart jest już pisania. Ale dla porządku: nauczycielki nudziary bez genu odpowiedzialnego za umiejętność zakochania nie powinny oceniać komedii romantycznych.   


piątek, 12 sierpnia 2011

Napisano o nas


Nie pochwaliłam się jeszcze efektem odwiedzin Henryka Gota u Lady Boleyn. Myślę, że nadszedł czas, by to zrobić. Oto, co Lady Boleyn myśli o naszym drogim pisarzu-dandysie: KLIK. Gdyby ktoś z Was był zainteresowany, przypominam też, że linki do poprzednich recenzji można znaleźć w zakładce "Henry Got podróżuje".

A tutaj jeszcze artykuł na nasz temat, poczyniony przez tę samą autorkę: KLIK. Lady Boleyn, serdecznie dziękujemy! 

Henry Got przemieszcza się dalej. Tym razem jest chyba w Wieluniu, choć nie wiem na pewno, trzeba by zapytać o to Elizjon, jego koordynatorkę podróży.



czwartek, 11 sierpnia 2011

Inauguracja pierwszego stosika i... kilka ciekawostek


Dziś mija miesiąc odkąd rozpoczęłam przygodę z Biblioteką Edgara na blogspocie. Pomyślałam, że to dobry moment, by dokonać pewnych podsumowań, a przy okazji po raz pierwszy zaprezentować stosik. Zatem do dzieła!

Przez pierwszy miesiąc Bibliotekę Edgara odwiedziło 1,119 osób. Co daje około 3 wizyty dziennie. Nie jest to może wynik oszałamiający, ale nas niezmiernie cieszy i poczytujemy go sobie za zaszczyt. Przez ostatnie trzydzieści dni zdobyliśmy 19 stałych obserwatorów. Dziękujemy bardzo! Jest nam ogromnie miło, że zechcieliście docenić Bibliotekę Edgara i na stale się tu zadomowiliście. Do tej pory padło 101 komentarzy od Osób, które zechciały wejść ze mną w dialog o książkach bądź moich tekstach. 
 Dziękujemy, że jesteście z nami!

A teraz coś, co Tygryski lubią najbardziej. Wielka inauguracja pierwszego stosika. Od dołu:

1. Christina Jork, Eva Ericsson, „Przygody Astryd – zanim została Asrtid Lindgren” (od wydawnictwa Zakamarki),
2. Aneta Kołodziejczyk – Rieger, „Jestem tu przy Tobie” (od wydawnictwa Novae Res),
3. Małgorzata Przygońska, „Dotyk serca” (od Wydawnictwa Illuminatio),
4. Auke Kok, Dido Michielsen, „Lisa- Xu i Lin-Shi. Córki z Chin” (od wydawnictwa Dobra Literatura),
5. Małgorzata Cichalewska, „Lato Joanny” (od Wydawnictwa Telbit). 

A obok tegoż pięknego stosu podarunek od Kociego Boga. Miauczało to cztery dni na deszczu, więc dokarmiałam. Spało w piwnicy. Piątego dnia zobaczyłam to skulone w rogu budynku. Miało mokre, najeżone futerko, które kleiło się do ciała. Gdyby nie było kolorowe, powiedziałabym, że to szczur. To spojrzało na mnie miodowymi oczami. Ja spojrzałam na to. Nie miałam wątpliwości, co będzie, jeśli się zawaham. Westchnęłam, uznałam, że Koci Bóg (choroba jaśnista, dlaczego ja?) mnie wybrał. Chwyciłam to pod pachę i zabrałam do domu. Pierwsze, co powiedziała Rodzicielka, gdy nas zobaczyła to: „Ty Sieroto” (pod moim adresem). To okazało się kotką. Pomyślałam, że skoro już muszę być sierotą (według mojej Rodzicielki synonim ofiary losu), to niech już będzie nas dwie. Nazwałam kotkę Sierotka. W końcu nie ma nikogo poza mną (biedaczka, aż sama jej współczuję). Choć mój siostrzeniec zdecydowanie woli wołać na nią Nefrekotka (efekt czytania komiksów o Garfildzie i egipskich kotach). Po tygodniu wiem już o niej, że: jest strasznie miaukliwa, wszędzie musi wejść, mogłaby jeść bez przerwy, jest straszną przylepą.

środa, 10 sierpnia 2011

Starożytny Kanaan, spisek, i demony w jednej historii


Przyznam, że gdyby nie poproszono mnie o jej zrecenzowanie, pewnie sama nigdy nie sięgnęłabym po „Perłę”. Cóż poradzić, jestem estetką, lubię ładne okładki. A okładka powieści Rafała Kosowskiego nie wygląda specjalnie zachęcająco. Mądrość ludowa ostrzega jednak, że nie szata zdobi człowieka. Okładka zdobi powieść, ale przecież nie o nią tu chodzi, lecz o sam utwór. Zatem pochylmy się nad tekstem.
            Akcja „Perły” rozgrywa się w starożytnym Kanaanie. Jej bohaterką jest Aberes, tytułowa Perła, małżonka ambitnego króla Gemre. Władca marzy, by zjednoczyć Kanaan pod swoimi rządami. Aberes niepokoją ogromne ambicje męża. Obserwuje, jak król coraz częściej ulega podszeptom złych doradców. Pewnej nocy, wiedziona przez tajemniczy Głos, schodzi do podziemi, gdzie udaje jej się podsłuchać rozmowę, z której dowiaduje się, iż zostaje zawiązany spisek, mający na celu odsunięcie jej męża od władzy.
            Tło powieści jest bardzo dobre zarysowane. Wiedza autora na temat życia, zwyczajów i obrzędów starożytnego Kannanu wydaje się być wszechstronna. Obfituje w wiele szczegółów i fascynujących faktów. Ogrom zaprezentowanych czytelnikowi na kartach powieści informacji buduje świat, w którego istnienie nie mamy problemu uwierzyć. Nie jest to przykład jednej z tych książek, gdy pisarz postanawia umieścić akcję w czasach lub kulturze, o których nie ma zielonego pojęcia. Wręcz przeciwnie, Rafał Kosowski nie stroni od opisywania krwawych rytuałów, religijnych obrzędów, strojów, elementów życia codziennego, topografii. Dodatkowe, wyczerpujące wyjaśnienia, podane w przypisach do tekstu, objętością mogłyby złożyć się na średniej długości opowiadanie. Pod względem opisów świata przedstawionego nie można autorowi nic zarzucić, gdyż to kawał dobrej literackiej roboty. Roboty, której nie powstydziłby się żaden pisarz powieści historycznych.
Bohaterowie nakreśleni zostali mocną kreską, są pełnokrwiści. Niektórzy z nich są źli do szpiku kości, inni wewnętrznie rozdarci. Jedni kierują się chęcią zemsty, inni pragną swym życiem oddawać cześć bogom, jeszcze inni pożądają władzy. Motywacje postaci i wydarzenia, które je ukształtowały, możemy obserwować w licznych retrospekcjach. Zabieg z jednej strony bardzo interesujący, pokazujący bohaterów z kilku stron, z drugiej jednak wielostronicowe retrospekcje nieco utrudniały czytanie i orientację w tekście.
Nie zabrakło również elementów fantastycznych. W toku akcji nierzadko bywa tak, iż na działania postaci wpływają tajemnicze demony. Natomiast królowa Aberes słyszy Głos, nakazujący jej, jak ma postępować. Te wydawałoby się „fantastyczne” odwołania, mają swoje konotacje biblijne. Konflikt Aberes z kapłanami, niegodnymi zaufania doradcami męża, jest tak naprawdę odwiecznym konfliktem Dobra ze Złem, a za każdą ze stron stoją tak naprawdę znacznie potężniejsze siły. Wątki biblijne to kolejna mocna strona „Perły”. Rafał Kosowski bierze na warsztat doskonale znane nam biblijne opowieści, modyfikuje je, opowiada w zupełnie nowy, niezwykle odmienny sposób. Podczas lektury warto zwrócić uwagę na historię o wyjściu Narodu Wybranego z Egiptu. Wydarzenia nakreślone w powieści pokazano w zupełnie nowej perspektywie. 
Fakt, „Perła” nie powaliła mnie na kolana. Nie do końca mnie do siebie przekonała. Choć przecież widzę jej niewątpliwe zalety, świadczące na korzyść pisarza i napisanej przez niego powieści. Byłabym niesprawiedliwa, gdybym nie stwierdziła, że ma coś w sobie. Coś na tyle silnego, że z chęcią sięgnę po następną część.   
 
Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu Vocatio.

poniedziałek, 8 sierpnia 2011

Skandynawia kryminałem stoi

RECENZJA BIERZE UDZIAŁ W KONKURSIE ZORGANIZOWANYM PRZEZ SERWIS ZBRODNIA W BIBLIOTECE 

            Bardzo żałuję, że literatura kręgów skandynawskich jest w Polsce tak mało znana. Na listach bestsellerów królują u nas głównie Amerykanie. A przecież to ze Skandynawii wywodzą się takie arcydzieła, jak „Krystyna, córka Lawransa” Sigrid Unsed, czy „Księga Diny” Herbiorg Wassmo. Ale nawet my, którzy na co dzień niemal nie stykamy się fińskimi, szwedzkimi, czy norweskimi utworami, daliśmy się porwać skandynawskim twórcom kryminałów i pokochaliśmy   Mikaela Blomkvista i Kurta Wallandera. Niedawno na polskim runku ukazała się powieść „Wirus Ebola w Helsinkach”, a jej autor Taavi Soininvaara  walczy o to, by zaliczono go w poczet kultowych już nazwisk, takich jak Larsson, Mankell, czy Kallentoft.
            Powieść otwarta zostaje mocnym akcentem – pijany generał Raimo Siren powoduje wpadek ze skutkiem śmiertelnym. Ucieka z miejsca przestępstwa. W tym samym czasie wirusolog Arto Ratamo wynajduje szczepionkę na niezwykle niebezpiecznego wirusa. Szczęśliwy z powodu swojego odkrycia naukowiec nie przeczuwa nawet, iż wynaleziona przez niego formuła oraz probówki z zakażoną krwią zostaną uznane za broń biologiczną, a on sam znajdzie się centrum niebezpiecznej rozgrywki między wywiadami Rosji, Finlandii oraz kilkoma grupami terrorystycznymi z całego świata.
            Jaki jest najprostszy wyznacznik, że mamy do czynienia z naprawdę dobrym kryminałem? Odpowiedziałabym, iż niezawodnie rozpoznamy go wtedy, gdy nie możemy się oderwać od książki. W pośpiechu przebiegamy wzrokiem kolejne strony, byle szybciej, byle dalej, żeby się w końcu dowiedzieć, kto zabił. Kryminał jest dobrym kryminałem jeśli mimo nawału pracy, nie możemy się zmusić, by przestać czytać. I wtedy, gdy zakończenia kolejnych rozdziałów są bardziej zaskakujące i zachęcające do na-tych-mia-sto-we-go zapoznania się z kolejnymi niż końcowe sceny telenowel. Czy „Wirus Ebola w Helsinkach” to właśnie taki kryminał? I tak,  i nie. Akcji, owszem, nie brakuje. Sensacja pogania sensację. Jednakże mimo zawrotnego tępa, zgrabnie podsycanego napięcia i niepokoju, który wzbudza w swych czytelnikach Taavi Soininvaara, książkę można w dowolnym momencie odłożyć bez większych problemów i wrócić do niej po jakimś czasie. Z drugiej strony niewątpliwym atutem powieści jest wyczuwana i dogłębna znajomość tematu. Autor dysponuje znajomością zagadnień z zakresu kryminalistyki i wirusologii. Nie stroni od podawania szczegółów, związanych zarówno z działalnością wywiadowczą, rodzajami stosowanej przez szpiegów i wojskowych broni oraz tych, dotyczących samego wirusa. To czyni jego książkę realistyczną i niezwykle intrygującą. Działania fińskich agencji i komórek wojskowych, wywiadowczych i policyjnych zostały nakreślone niezwykle dokładnie i zajmująco. W książce nie zabraknie zatem takich smaczków, jak spory kompetencyjne, podważanie autorytetów, walka o władzę, a wzajemne oskarżenia niemal doprowadzą do tragedii.   
            Twierdzenie, że Taavi Soininvaara mógłby zastąpić Mankella wydaje mi się dziś jeszcze opinią nieco na wyrost. Mimo to chętnie sięgnę po kolejne utwory fińskiego twórcy, by przekonać się, jak rozwiną się jego umiejętności. Wielbicieli skandynawskich kryminałów gorąco zachęcam do zapoznania się z twórczością fińskiego pisarza.  

Za możliwość przeczytania książki dziękuję wydawnictwu Kojro. 

piątek, 5 sierpnia 2011

Ludzie czy zwierzęta?


Nazwisko J.R. Ward gdzieś/kiedyś obiło mi się o uszy. Kiedy nadarzyła się możliwość konfrontacji z książkami tegoż autora, postanowiłam nie zwlekać, a podobnie jak w bajce Krasickiego „zawżdy gotowy, stanął do rozmowy”. I tu, pierwsze zaskoczenie. J.R. Ward nie jest autorem, a autorką. Drugie zaskoczenie, jej powieść wciągnęła mnie po kilkunastu stronach. Wciągnęła tak, że czytałam, aż nie skończyłam (dobrze, że niedziela była deszczowa i że to siódmy dzień, ten, kiedy się odpoczywa, bo inaczej byłoby ze mną krucho).
            „Anioł zemsty”, siódmy tom „Bractwa Czarnego Sztyletu” splata ze sobą losy kilku wampirów. Ehlena niegdyś należała do arystokracji. Dziś próbuje uchronić siebie i chorującego na schizofrenię ojca od ruiny i ubóstwa. Pracuje jako pielęgniarka i marzy o normalnym, spokojnym życiu. Mordha pochłania prowadzenie nocnego klubu, nieczystych interesów oraz utrzymanie w sekrecie, iż jest symphatą. Ghrom, wampirzy przywódca, stara się ukrywać przed innymi członkami Bractwa fakt, że od pewnego czasu walczy samodzielnie i prowadzi działania, o których nic im nie wiadomo. Xhex, szefowa ochrony Zero Sum, należącego do Mordha oraz bezduszna zabójczyni musi rozwiązać zagadkę, kto zabija handlujących w klubie dilerów i być może czyha na życie jej oraz jej pracodawcy. Z losami Xhex nieodłącznie wiążą się koleje życia zakochanego w niej, młodego członka Bractwa, Johna Mathiew. Bohaterów łączy szereg powinowactw i zależności. Widują się ze sobą, kłócą, walczą, kochają. Wyrywkowe informacje o tych spotkaniach, szereg krótkich, przeplatających się epizodów, buduje akcję, która dopasowując się do siebie niby puzzle, powoli odsłania całą historię.
            Wydawałoby się, że o wampirach nie można już powiedzieć nic nowego. Absolutnie nic. Już nawet diamentowe świecenie było. Pani J.R. Ward pomachała mi paluszkiem przed nosem: „Nie, nie masz racji”. Wampiry w jej świecie egzystują gdzieś na granicy między tym, co ludzkie, a tym, co zwierzęce. Kochają i dobierają się w pary, ale jednocześnie są dla siebie „samcami” i „samicami”, którzy poczynają „młode”. Mają zwierzęce instynkty i takież pragnienia. Jednocześnie pozostają bardzo ludzcy. Wśród głównych bohaterów tylko Ehlenę i Johna Mathiew można uznać za postaci jednoznaczne, dobre. Pozostali ulepieni są z różnych odcieni szarości. Mordh ma na sumieniu bardzo brzydkie sprawki, Xhex zabija bez mrugnięcia okiem i wcale nie ukrywa, jak wielką frajdę jej to sprawia. Jednakże J.R. Ward konstruuje swoje zwierzęco-ludzkie wampiry tak, iż nawet bohaterów, którzy postępują niemoralnie i których powinniśmy oceniać negatywnie, nie potrafiłam nie polubić.   
            „Bractwo Czarnego Sztyletu” to seria, której nieobce są seks, krew i przemoc. Uważam, że to powieści skierowane do nieco starszych czytelników. Seksu jest tu dużo, a opisy aktów erotycznych nie należą do wysublimowanych. Osobiście wolę nieco bardziej wysmakowane i rzadsze opisy, ale to już kwestia indywidualnych upodobań. Są tacy, którzy lubią, ja nie lubię. „Anioła zemsty” reklamuje się jako romans. Rzeczywiście, jak wynika również z powyższych zdań,  miłość jest tu jednym z głównych tematów, ale nie odczułam, aby była dominującym. Jest przecież także spisek na życie króla, motyw szantażu, cztery… nie, jednak pięć (może więcej?) zabójstw, jeden zgon naturalny oraz jedna próba samobójcza. Słowem – sensacja goni sensację, na miłość nie pozostaje zbyt wiele miejsca. Tę różnorodność należy uznać na niewątpliwy plus  „Anioła zemsty”.    
            Jest w tej powieści coś, co sprawiało, że nie mogłam się oderwać. I właściwie nie bardzo potrafię określić, czym tak naprawdę jest owo „coś”. W każdym razie dawno nie czytałam książki, która sprawiła, że zanim się obejrzałam, dotarłam do ostatniej strony. A ja, wstyd przyznać, nie czytam szybko. Zajmujące, wciągające, godne polecenia. 

Za możliwość przeczytania książki dziękuję wydawnictwu Videograf II

środa, 3 sierpnia 2011

Odszedł Chłopiec, Który Przeżył


"Harry Potter i Kamień Filozoficzny", 2001.
Kiedy siedziałam na fotelu w sali kinowej i czekałam na seans, wróciło do mnie wspomnienie sprzed jedenastu lat: siedziałam na krześle przy stole w kuchni, mama zapytała mnie, czy nie chciałabym dostać na Boże Narodzenie książek o pewnym młodym czarodzieju, bo podobno są bardzo dobre i dzieci gdzieś tam, daleko, w szerokim świecie za nim szaleją. Odpowiedziałam… że w sumie to wolałabym zegarek. Dostałam i książki, i zegarek.  O dziwo ten drugi prezent nie przydał mi się, gdy z wypiekami na twarzy pochłaniałam kolejne strony opowieści. Tak, było to w tych zamierzchłych czasach, kiedy na kolejne tomy przygód młodego czarodzieja trzeba było czekać! O tym wszystkim myślałam, gdy na sali gaszono światła. Towarzyszyłam Harry’emu Potterowi w jego zmaganiach przez jedenaście lat. Już tylko dwie godziny i dziesięć minut (plus reklamy) dzieliło nas od pożegnania.
            Nie rozczarowałam się. Muszę przyznać, że znacznie bardziej lubię późniejsze filmy o Harry’m. Te nieco mroczniejsze, doroślejsze. Ostatnia część przygód Harry’ego, Hermiony i Rona robi wrażenie. Ostateczne starcie z Valdemortem. Troje śmiałków, już nie dzieci, ale też nie dorosłych mierzy się ze złem i z własnym strachem. Harry musi się też zmierzyć z czymś jeszcze – z cząstką Valdemorta zawartą w nim samym. W tym nie będą mogli mu pomóc oddani przyjaciele. Oglądam, z zaciekawieniem i niedowierzaniem patrzę na nich i myślę o tym, jak bardzo się zmienili. Hermiona z zadzierającej nosa kujonki przemieniła się w 
kard z filmu "Harry Potter i Insygnia Śmierci", część 2, 2011

młodą kobietę, potrafiącą z iście ułańską fantazją znaleźć wyjście z każdej sytuacji („mam pomysł, kompletnie szalony” – scena ze smokiem, fenomenalna!), Ron stał się pewny siebie i wreszcie wydostał się z cienia najlepszego przyjaciela. Neville, choć starszy, wciąż tak samo zdeterminowany. Wtedy, w pierwszym roku nauki, stanął przed trójką naszych przyjaciół, stwierdzając, że nie wypuści ich z pokoju wspólnego, nie pozwoli łamać przepisów. Po dziewięciu latach hardo stanął przez Valdemortem, by stwierdzić, że nawet po śmierci Harry’ego będzie walczył.
            Ostatnią część książki zrealizowano z wielkim rozmachem. Podczas seansu szepnęłam koleżance, iż po dziesięciu latach ekipa stwierdziła: „Nie kręcimy już więcej, trudno, ale przynajmniej nie odmawiajmy sobie przyjemności wysadzenia wszystkiego w powietrze”. Scena z zapadającym się mostem? Cudowna! Scena, gdy profesor McGonagall ożywia kamiennych rycerzy, obrońców szkoły ze słowami: „ Zawsze chciałam użyć tego zaklęcia” – wspaniała. Brakowało mi jej w poprzednich częściach, gdzie pozostawała w cieniu. Tym razem wróciła i to w wielkim stylu.
            Mimo ciężkiej, dusznej atmosfery, którą niewątpliwie przesycona była zarówno pierwsza, jak i druga część „Insygniów śmierci” oraz wszechobecnej ciemności i szarości, bo te właśnie kolory zdominowały ostatnie filmy, nie zabrakło niebanalnego humoru, który jest jednym z wyznaczników serii. Wymienić tu wypada wspomnianą już przeze mnie scenę ze smokiem, moment, gdy Neville stoi naprzeciwko armii śmierciożerców i im wygraża lub też, gdy stwierdza, że nadchodzi koniec, więc musi znaleźć Lunę, by powiedzieć jej, że mu się podoba, scenę, kiedy woźny, w chwilę po bitwie, zamiana gruzowisko przed Wielką Salą, a wokół unosi się kurz, a także sceny między Ronem i Hermioną i padające wciąż miedzy nimi ni to słowo uznania, ni to komplement „genialne”.
            Oczywiście jak wszyscy czekałam na scenę końcową. Harry i Ginny, Ron i Hermiona odprowadzający swoje dzieci na pociąg do Hogwartu. Oczywiście, znów podobnie jak większości, trudno mi się przyznać, że tak, tak, tak, strasznie mi się podobało! Może nie była to scena warta dziesięcioletniego czekania, ale z drugiej też strony, był to moment, którego obejrzenia w kinie nie mogłam sobie odmówić. 
            Spędziłam z Harrym Potterem połowę życia. Wciąż z zaciekawieniem śledzę wiadomości, które raz po raz pojawiają się w Internecie odnośnie dalszego losu bohaterów (Hermiona jako jedyna wróciła do Hogwartu, by dokończyć naukę!). J. K. Rowling stworzyła, wspaniałą, wielowątkową i wielotomową, złożoną opowieść. Niesamowity, wspaniały świat, który zawładnie wyobraźnią jeszcze kilku pokoleń, nie tylko tego, które wzrastało, gdy go tworzyła i do którego wielu z nas należy. Gdy opowieść się toczyła, nigdy nie przyszłoby mi do głowy, że Hermiona i Ron zostaną małżeństwem, że Dumbledore jest gejem, a Fred umrze w Drugiej Bitwie o Hogwart. Czarującą historia, do której (zarówno do książki, jak i filmu) zapewne jeszcze nie raz wrócę. A w przyszłym miesiącu, dziewiętnastego września, w dniu trzydziestych pierwszych urodzin Hermiony Granger, czy raczej Hermiony Weasley, wypiję za jej zdrowie.

poniedziałek, 1 sierpnia 2011

Lipcowe Kopytko


            Kilka słów wyjaśnienia. Jest to tradycja, którą przeniosłam z mojego poprzedniego bloga na onecie. Od kwietnia przyznawaliśmy tam szumną i górnolotną Nagrodę Literacką im. Edgara Kopytko.  Statuetkę przydzielamy wśród książek przeczytanych w danym miesiącu. Nagroda nie ma ograniczeń gatunkowych ani rodzajowych. Nadajemy ją pozycji, którą w danym miesiącu uznajemy za „naj”. Co kryje się za skrótem „naj”? Tłumaczcie to sobie jak chcecie. Najciekawsza, najlepsza, najzabawniejsza, najlepiej napisana, najbardziej kontrowersyjna, najbardziej innowacyjna. Dla nas jest to po prostu książka „naj”. W skład konkursowego jury wchodzą:
* Edgar Kopytko – współwłaściciel Biblioteki Edgara, pluszowy, gniady koń, (pod)kuty na dwie z czterech nóg, fundator nagrody Kopytka;
* Kathleen Kelly – właścicielka księgarni „Za rogiem”, często mylona z Meg Ryan, znawczyni literatury dla dzieci, pisarka;
* Ja – po prostu ja, miłośniczka książek, czarownica z powołania, Elf z wyboru, niby literat-ka, wariatka.

W tym miesiącu przeczytałam i zrecenzowałam pięć książek (o dwie mniej niż zazwyczaj, co spowodowane jest faktem, iż czytam także bibliografię do pracy magisterskiej). Do nagrody Kopytka nominowani zostali:
·        Bernard Cornwell „Zimowy monarcha”
·        Sabina Berman „Dziewczyna, która pływała z delfinami”
·        Nita i Thomas Horn “Wrota Ahrimana”
·        Agnieszka Majchrzak “Dobiechna”
·        Piotr Schmandt “Pruska zagadka”

Do finałowej trójki weszli:
  • Bernard Cornwell “Zimowy monarcha”
  • Sabina Berman “Dziewczyna, która pływała z delfinami”
  • Piotr Schmandt „Pruska zagadka”

Jury odbyło krótką naradę. Kathleen Kelly weszła na podium, niosąc przed sobą statuetkę Kopytka. Rozejrzała się po pustej sali. Zamachała posążkiem, oznajmiając, iż lipcowe Kopytko wędruje do:
Sabiny Berman za „Dziewczynę, która pływała z delfinami”.

Z powodu braku publiczności, brak też oklasków. Rozeszliśmy się do domów
Statuetkę Kopytka wykonała nasza znajoma artystka, o wdzięcznych inicjałach A.A.