czwartek, 28 maja 2015

"Jesteś tylko odbiciem w mym lustrze" - recenzja musicalu "Jekyll i Hyde"



W XIX wieku Robert Louis Stevenson napisał historię o dwóch ludziach w jednym ciele – sympatycznym doktorze Henry’m Jekyllu i okrutnym panu Hyde. A może była to opowieść o uczuciach, które drzemią w jednym człowieku (w każdym człowieku)? Lub też wczesna diagnoza czegoś, co dziś nazywamy osobowością dysocjacyjną? Jakby jej nie interpretować, historia stała się na tyle popularna, że dziś w języku angielskim funkcjonuje idiom „Jekyll i Hyde” - mówi się tak o człowieku, który jedno myśli, drugie robi. Na podstawie opowiadania Stevensona powstały filmy, a także musical. Miał swoja premierę w 1990 roku, a w 1997 zadebiutował na Brodwayu. Od października 2014 roku wystawiany jest w Teatrze Muzycznym w Poznaniu.
W poznańskim przedstawieniu udział wzięli aktorzy związani z teatrem muzycznym Roma w Warszawie. Damian Aleksander w roli Jekylla i Hyde’a wypada świetnie. Bardzo dobrze wychodzi mu odgrywanie podwójnej osobowości. Wierzymy mu – zarówno, gdy śpiewa poetycko, jako Jekyll i już chwilę później, gdy rozpuszcza włosy i śpiewa twardo, mocno, jako Hyde. Szczególne brawa należą mu się zwłaszcza za, moim zdaniem najtrudniejszy utwór musicalu, piosenkę pt. „Konfrontacja”. Ze zmianą, jaka zachodzi w bohaterze, współgrają światła padające na scenę. Brawa dla reżysera, Sebastiana Gonciarza, za wzorowanie się w tym względzie na broadwayowskiej wersji „Konfrontacji” (w rolę doktora-zbrodniarza wciela się w niej David Hasselhoff). Gorzej wypada niestety jego koleżanka z Romy, Edyta Krzemień, wcielającą się w rolę Emmy, narzeczonej doktora. Jest mało wyrazista. (Udało mi się obejrzeć „Jekylla i Hyde” dwukrotnie i przyznam, że znacznie bardziej podobała mi się Emma z drugiej obsady). Świetnie brzmią piosenki zbiorowe – „Fasada” oraz „Morderstwo”. W ich przypadku Poznań naprawdę dał czadu. Niedawno Teatr Muzyczny w Poznaniu przeszedł modernizację i w realizacji przedstawienia to widać. Twórcy fundują nam ruchomą scenografię, londyńska mgłę, opary chemicznych eksperymentów. Ostrzegam jednak, pierwszemu rzędowi dyrygent macha przed nosem batutą, bo orkiestra pozostaje odsłonięta przez cały spektakl. Udało się coś wymyślić, by zasłonić ją podczas spektaklu „Skrzypka na dachu” i „Hello Dolly”, to dlaczego nie tym razem? 
Co istotne teatr postanowił wydać płytę z musicalu. Na inicjatywę zbierano na portalu polakpotrafi.pl. Wpłacił reżyser, Edyta Krzemień, twórczyni kostiumów i koledzy z warszawskiej Romy też wpłacili. Ja również. I udało się, zebraliśmy!
Jeśli będziecie przejazdem w Poznaniu, jeśli jesteście z Poznania, mieszkanie daleko lub blisko (w sumie nieważne), zobaczcie „Jekylla i Hyde’a”. Warto.

środa, 13 maja 2015

Quick na bis



Matthew Quick był nauczycielem angielskiego. Rzucił pracę, by zostać pisarzem. Stworzył „Poradnik pozytywnego myślenia” i bach, mamy bestseller. Nawet Hollywood zakochało się w historii Patta i Tiffany. „Niezbędnik obserwatorów gwiazd” to druga wydana na polskim rynku powieść tego autora. Tytułem nawiązująca do pierwszej, ale nie dajcie się zwieść, to tylko zabieg wydawcy, bo ani tytuł oryginału tak nie brzmi („Boy 21”), ani też nie ma nic wspólnego z prezentem, który Tiffany daje Pattowi w ostatniej scenie „Poradnika pozytywnego myślenia”.
 „Niezbędnik ” jest opowieścią o nastolatku żyjącym w  mieście rządzonym przez gangi. Finley nade wszystko kocha dwie rzeczy – koszykówkę oraz swoją dziewczynę, Erin. Trener prosi go o oddanie mu przysługi – chce, żeby zaprzyjaźnił się z synem jego zamordowanych przyjaciół, który ma zamieszkać u swoich dziadków. Jest jednak pewien kłopot. Chłopak wierzy, iż jest przybyszem z gwiazd.
„Poradnikiem pozytywnego myślenia” byłam zachwycona. Była w tej powieści lekkość, był humor. Bohater miał mentalność dziecka, ale to nikomu nie przeszkadzało, bo wszak była to opowieść wariata. W „Niezbędniku” krystalizują się już stałe wyznaczniki pisarstwa Quicka, do których nas przyzwyczaił – dziecinny sposób narracji (tam bohaterem był czubek, tu nastolatek, który wciąż jeszcze w dziecinny sposób widzi świat), zainteresowanie sportem (tam bohater miał fioła na punkcie footballu, tu w centrum jest koszykówka) i wreszcie próba opowiadania o ważniejszych, „cięższych” tematach (tam zdrada, depresja i próba wyjścia z dołka, tutaj śmierć bliskich i przymus życia w miejscu, gdzie rządzi przemoc – gangi). Dlaczego piszę: próba? Bo właśnie za próbę pisania o rzeczach ważnych i to, niestety, nieudaną, uważam „Niezbędnik obserwatora gwiazd”. „Poradnikiem” byłam zachwycona. Była w nim lekkość, ale było i miejsce na rozterki głównego bohatera. W „Niezbędniku” rozterki miały wziąć górę, miała to zdaje się być książka o stracie, próbie radzenia sobie z nią i o wyrwaniu się z zaklętego kręgu przemocy, a stała się zlepkiem opisów oglądania nieba z dziewczyną i kumplem, czytania „Harry’ego Pottera” oraz grania w kosza. A wielkie problemy czają się gdzieś w tle. Kłopot z tym, że zdecydowanie za daleko.
Zastanawiam się, dla kogo to mają być książki. Dla kogo pisać chce Quick? Dla dorosłych? Jeśli tak, „Poradnik” był do zaakceptowania, bo była to opowieść o dorosłym o mentalności dziecka, „Niezbędnik” nie jest już lekturą dla dorosłych. Jeśli natomiast pragnie pisać dla młodzieży „Niezbędnik” będzie się nadawał, „Poradnik” musi zostać odrzucony.
Reasumując, pierwsza książka autora mnie zachwyciła, druga, choć bardzo tego żałuję, nie sprostała moim oczekiwaniom. Czekam na trzecią, by ostatecznie ugruntować swoją opinię o pisarstwie Quicka.

niedziela, 10 maja 2015

Krótka historia o mojej przygodzie z Ferrinem


„Serce Ferrinu” to trzeci tom cyklu „Kroniki Ferrinu” autorstwa Katarzyny Michalak (czy naprawdę jeszcze ktoś nie słyszał?), jednej z najpoczytniejszych w ostatnich latach polskich pisarek. Autorka ma w swoim dorobku powieści obyczajowe, sensacyjne, erotyki, fantastykę, powieści poruszające problematykę społeczną. Żeby być całkowicie szczera, kiedyś, ładnych parę lat temu, gdy miałam dziewiętnaście lat, przeczytałam kilka książek Katarzyny Michalak. Najpierw „Poczekajkę” (podobała mi się, bo która 19-latka nie marzy jeszcze o wielkiej miłości), potem „Zachcianek” („Eeeee, no dobra”), wreszcie „Zmyśloną” („WTF?”). I w końcu „Grę o Ferrin”. Ta ostatnia podobała mi się, choć do dziś nie mogę wzrozumieć, co kobiety ciągnie do Sellinarisa, choć rozumiem, że może to fenomen Greya. Wszystkie chcą być po cichu bite i poniewierane, byle on był księciem i miał dużo kasiory („Eeeee, nie wszystkie, no dobra, nie generalizujmy”). Więc tak, mea cupla, podobały mi się powieści Katarzyny Michalak. Każdy ma prawo do błędów młodości. Po „Serce Ferrinu” sięgnęłam, bo nie lubię nie wiedzieć, co dalej dzieje się z bohaterami, których losy już raz zaczęłam śledzić.
            Gabriela, w zastępstwie za swą matkę, Anaelę, trafia do Ferrinu. Tam zastaje tragiczną sytuację – Ferrinowi grozi wojna domowa. Kolejnym problemem i wielkim zagrożeniem są również panoszące się po świecie smoki. Bohaterka natychmiast zostaje wplatana w wir wydarzeń.
             Kiedyś opowieść o Ferrinie podobała mi się. Dziś, przyznaję ze wstydem, też mnie wciągnęła. Ale czy jest dobra? Nie, zdecydowanie nie. Gabriela jest córką Wielkiej Władczyni, rzekomo całe życie wychowywaną, by przenieść się do tego magicznego świata i spełnić tam swoją misję, a pierwsze, co robi to upija się i ląduje z nosem w talerzu, a potem wywarza drzwi jedynym sojusznikiem, jakiego ma. Druga kwestia. Wszyscy wychwalają Anaelę. Anaela jest dobra, Anaela jest piękna, Anaela chce jedynie dobra Ferrinu. No, święta po prostu. Tego dowiadujemy się od wszystkich po kolei postaci – Gabrieli, Sirdena, Sarisa, Amrego. No po prostu Mary Sue do porzygu. Co tymczasem robi Anaela, co świadczy (rzecz jasna!) o jej świętości? Wypuszcza smoki, funduje Ferrinowi wojnę domową i puszcza się na prawo i lewo, tak, że do pewnego momentu nie wiadomo, kto jest ojcem jej dziecka. I pewnie nie byłoby wiadomo, bo w Ferrinie wszak nie można zrobić badań genetycznych, ale Gabriela ma znamię, takie samo, jak ojciec (no oczywiście, eureka!). Jedyna Karolina, która odważyła się powiedzieć prawdę o Anaeli, że jest narcystyczną egoistką z przerostem ego, która tak naprawdę o nikogo nie dba, zostaje zwyzywana przez Gabrielę (i chyba nawet spoliczkowana, o ile mnie pamięć nie myli).
            Ferrin emanuje bezsensownym okrucieństwem. Nogi, ręce, głowy latają w powietrzu. Ojcowie gwałcą swoje niedoszłe córki. Wszystko dobrze, tylko ja się pytam, po co? Nie chodzi o to, że mi to przeszkadza, że mnie oburza, czy szokuje (przecież oglądam „Grę o tron”, niewiele mnie już szokuje). Chodzi mi o cel i sens. A nie widzę sensu w chociażby okrucieństwie Sellinarisa poza chyba tym, że Katarzyna Michalak po prostu lubi pisać krwawe sceny. Niech dekapitacja rządzi. Po co? A kto by się tym przejmował.
              Apropos przejmowania się. Bohaterowie w „Kronikach Ferrinu” padają jak muchy. Jeszcze chwila, a Katarzyna Michalak będzie sobie mogła podać ręce z Martinem (przynajmniej w tej sprawie, bo w innych zdecydowanie nie). Z tą różnicą, że u Martina, gdy ktoś umiera, to jest kaput na wieki (no, może poza głupawym pomysłem na wskrzeszenie Catelyn Stark, ale każdemu zdarzają się pomyłki), a u pani Michalak? Nie przejmuj się śmiercią bohatera, nie roń łez! Za chwilę ujrzysz go znowu, bo albo zostanie cofnięty czas, albo przeniesie się jego wersję z alternatywnego wymiaru, albo pójdzie się do bogów i wybłaga jego życie albo… albo… Bohaterowie pani Michalak mają na koncie więcej wskrzeszeń i zmartwychwstań, niż ci z komiksów Marvela, a to prawie niewykonalne. (W tym kontekście słowa Gabrieli do Sellinarisa, przy których można zaliczyć facepalm, „Zabiłeś ją na śmierć!”, nabierają jednak sensu!)
           Czy „Serce Ferrinu” to dobra książka? Moim zdaniem nie. Czy powinna zostać wydana przez wydawnictwo z taką renomą jak Literackie? Tym bardziej nie. Czy przeczytam kolejne dwa tomu? Obawiam się., że… i owszem. Czasami bywam słaba.

środa, 6 maja 2015

Kultura czytania



Rzadko uczestniczę w branżowych imprezach. Tym chętniej się zgodziłam, gdy moja pani dyrektor zaproponowała mi wzięcie udziału w konferencji „Kultura czytania”. Za konferencję, organizowaną przez Wojewódzka Bibliotekę Publiczną, odpowiedzialne były koordynatorki wielkopolskich Dyskusyjnych Klubów Książki, pod których kuratelą rozwija się także mój klub.
                Konferencja była niezwykle ciekawa. Poruszane tematy różnorodne. Doktor Michał Tkaczyk opowiedział nam nieco o komiksie (Zapamiętać – kupić „Niebieskie pigułki”!). Tych, dla których jest to obce zjawisko, wykład na pewno usatysfakcjonował. Dla mnie stanowił rodzaj przypomnienia pewnych faktów, a większość komiksów, o których opowiadał prelegent, czytałam. Ciekawie wypadła także rozmowa blogerek książkowych, które opowiadały nie tylko o swoich własnych doświadczeniach, ale o blogosferze w ogóle. Polecały blogi i vlogi książkowe. (mojego wśród nich nie było, nie wiem, czy mam się poczuć urażona ;)). Z jedną z prelegentek, panią Pauliną, autorką bloga „Świat książek”, miałam już do czynienia, kiedy na spotkaniu koordynatorów DKK opowiadała nam o Chinach i literaturze chińskiej. Odbyło się spotkanie poświęcone japońskiemu teatrowi kamishibai oraz meksykańskim opowiadaczom. Miała miejsce prelekcja dotycząca stron internetowych i zasobów Internetu w pracy bibliotekarza. Na większości z nas największe wrażenie zrobiła chyba jednak pani doktor Anna Marchewka, która opowiadała o literaturze współczesnej tak, że poczuliśmy się nie tylko urzeczeni, ale również rozluźnieni i rozbawieni.  
                Przy tego rodzaju wypadach nie wypada nie wspomnieć o towarzystwie J. Konferencja była ogólnopolska, więc udało mi się wymienić doświadczenia i uwagi z paniami z Nowego Sącza, w których towarzystwie zjadłam kolację, a w pokoju mieszkałam z koleżanką z biblioteki w Toruniu. Porozmawiałyśmy o pracy, kotach (jaki bibliotekarz nie lubi kotów?), polskich i zagranicznych kryminałach (dziękuję za polecenie serii „Gorzka czekolada”, Kasiu!).
                Wróciłam naładowana pozytywną energią i pełna pomysłów. Może zostanę opowiadaczem historii, na wzór tych meksykańskich? Może wykorzystam w bibliotece magiczny kamishibai? Zobaczymy.