piątek, 30 sierpnia 2013

Pomysł na życie dobry, jak każdy inny

Jeśli jeszcze przez jakiś czas nie będzie mi się udawało w branży pisarskiej, to zostanę morderczynią. Będę zabijać na wzór książkowy. Wtedy na pewno zyskam sławę. Tak, jak bohater debiutanckiej powieści Agnieszki Pruskiej. Recenzja tutaj.

środa, 28 sierpnia 2013

Humanista bez zawodu



Od kilku dni media informacyjne trąbią, że od nowego roku szkolnego pracę straci około siedem tysięcy nauczycieli. Dzięki funduszom europejskim nauczyciele będą się mogli przekwalifikować lub założyć własną działalność gospodarczą. Na działalność gospodarczą trzeba mieć pieniądze, to oczywiste. Ale trzeba mieć też pomysł, a o dobry pomysł równie trudno, jak o pieniądze. Poza tym nie wiem, czy zakładanie firmy w kryzysie to dobre rozwiązanie. Pozostaje więc wyjście numer dwa. Delikwent może się przekwalifikować. Minister edukacji mówi, że matematyk może pracować jako ekonomista, informatyk lub bankowiec. O polonistach natomiast wspomina, że mogą pracować w branży związanej z humanistyką. To tak, jakby powiedzieć, że białe nie jest czarne, bo jest białe. Oczywista oczywistość. Minister sama nie ma pomysłu, co mogłaby robić rzesza bezrobotnych humanistów. Polonista może przecież zostać bibliotekarzem (tyle, że w tym zawodzie o pracę równie trudno, co o deszcz na Saharze). Może też zostać dziennikarzem. Właśnie mija rok, odkąd skończyłam uniwersytet i wśród moich znajomych ze studiów, ludzi wykształconych polonistycznie, nie ma ani jednego dziennikarza. Choć może się mylę i wśród absolwentów specjalizacji dziennikarskiej z mojego rocznika jest nowy Olivier Janiak albo nowa Justyna Pochanke. Podobnie jest z krytykami literackimi, a przecież niemal trzydziestu nas skończyło tę specjalizację. Tyle, że gazety nas nie potrzebują (patrz: przypadek dziennikarza), bo kto dziś czyta książki? Niewątpliwie więcej osób je pisze, niż czyta, o czym świadczą przypadki pań Rusin, Młynarskiej, Korwin-Piotrowskiej, Cichopek, Chodakowskiej. Piszą celebrytki, dziennikarki, trenerki fitness, piszą nawet dzieciobójczynie. W gazetach coraz trudniej o recenzje krytyczne. To raczej notki, nie dłuższe niż  500 znaków. Dziś nikt już nie potrzebuje krytyków, skoro mamy blogerów książkowych. Nic w tym złego. A wychodzi taniej. Dajesz takiemu książkę, cieszy się jak głupi, napisze pochwalnie, zrobi laurkę, nawet jeśli wciśniesz mu największy bulshit. A jeśli nie napisze pochwalnie, to przyciśniesz, zagrozisz, że odetniesz dostęp do książek i poprawi albo wykasuje. Inwestycja idealna. Znacznie taniej, niż zapłacić komuś za jego wiedzę i czas. I łatwiej, bo ilu z niekrytych krytyków zajmie się literaturą popularną bez skrzywienia ust i podejścia „jestem za nie”, zanim w ogóle książkę zobaczy na oczy? Można także pracować w reklamie, bo poloniści nie miewają raczej problemów z układaniem rymów częstochowskich. Czemu nie. I tu chyba sprawdzamy się najlepiej. Pięćset słów o oponach, trzysta o pile tarczowej, sto o szamponie do włosów. Trzysta tekstów, trzy tysiące słów, trzydzieści dni. Umowa zlecenie i kiepska płaca. Przekwalifikowany nauczyciel może być: bibliotekarzem, krytykiem literackim, dziennikarzem, copywriterem. Może też być sprzątaczką, śmieciarzem lub sprzedawcą w sklepie z odzieżą. A w konsekwencji możne zostać… wariatem. Może być (prawie) każdym, pozostając nikim. A przecież będzie nas więcej. Uniwersytety rok po roku produkują kolejnych, nikomu niepotrzebnych polonistów. Roczniku 2013, drogi Absolwencie, czas na Ciebie, by poznać PUP. Czy nadal twierdzicie, że między nami nie ma niepotrzebnych? Ależ są i to jest ich całkiem sporo.

Panią Minister Edukacji Narodowej pozdrawiamy serdecznie,

Bezrobotni Poloniści oraz Niepracujący W Zawodzie

poniedziałek, 26 sierpnia 2013

Cytat tygodnia


„Tam, dokąd zmierzasz, nie ma dróg, nie ma szlaków, możesz kierować się tylko swoim instynktem. Uważałeś na znaki i nareszcie dotarłeś na miejsce. Teraz musisz poważyć się na wielki skok w nieznane i dowiedzieć się na własną rękę, kto się myli, kto ma rację, kim jesteś.”

Sergio Bambaren, Delfin. Opowieść o marzycielu

 
Dojść do celu. To byłoby niesamowite. Zatrzymać się i pomyśleć: „Tu mogę zostać, jestem u siebie, tego chciałam”. Teraz tylko świadomość, że wciąż jest się w drodze. Wszystko jest przejściowe. Mieszkanie, praca, nawet życie wydaje się przejściowe. Świadomość, że powinno się pójść dalej, że tak już dłużej nie można. Tylko, co nas powstrzymuje? Nie tylko mnie, przecież jest nas więcej. Strach, przede wszystkim. Paraliżujący strach. Brak perspektyw. Na pewno. I brak siły, by zmienić cokolwiek. Niemożność, nieumiejętność, niemożliwość. Definiowanie siebie przez „nie”. Prowizorka, która ma to do siebie, że będąc na chwilę, ma tendencję, by zostawać na lata.  Stoję i nie wiem, którędy do siebie.

środa, 21 sierpnia 2013

Kolejne fazy życia po końcu świata



Michael Grant zapewnił sobie serią „Gone” miejsce w historii literatury młodzieżowej przynajmniej na dekadę, jeśli nie na dłużej. Przygody Astrid i Sama, Lany i Alberta, Queena i Edilio pokochały miliony czytelników na całym świecie. Wszyscy z zapałem wyczekiwali kolejnych części serii, by dowiedzieć się, co też spotka bohaterów w kolejnych odsłonach i jakie niespodzianki szykuje nam, nieskrępowana logiką, wyobraźnia Granta.
            Bohaterowie „Gone” przechodzą przez kolejne fazy życia w ETAPIE, miejscu, z którego pewnego dnia zniknęli wszyscy powyżej piętnastego roku życia. Miejscu, które od reszty świata oddziela dziwna, przezroczysta, a mimo to niemożliwa do przekroczenia bariera. Po pokonaniu gayaphage, Sam i jego przyjaciele stają przed kolejnymi wyzwaniami. W tomie trzecim tematem przewodnim są kłamstwa. Bohaterowie przekonują się, że nie mogą być wobec siebie zupełnie otwarci i szczerzy. Astrid tworzy radę miejską, stara się przywrócić w ETAPIE ład, porządek, prawo i demokrację. Kiedy ona spiera się z pozostałymi członkami rady o każdy najdrobniejszy szczegół, Sam wciąż walczy o zachowanie realnego porządku na ulicach. A kłopotów ma niemało - Orsay, nazywana przez pozostałe dzieci Prorokinią, zaczyna twierdzić, że widzi sny ludzi zgromadzonych po drugiej stronie bariery. Zil i jego banda postulują w brutalny sposób za wydzieleniem strefy tylko dla „normalnych”, pragną przegnania odmieńców. Wciąż brakuje jedzenia, problemem staje się także woda. W części czwartej, określonej jako faza plagi, bohaterowie zaczynają zmagać się z tajemniczą chorobą, na którą zapada coraz więcej mieszkańców Perdido Beach. Nawarstwia się także konflikt między Samem i Asrtid.
             Zarówno trzecia, jak i czwarta cześć serii, trzymają poziom swych poprzedniczek. Micheal Grant nie boi się tematów trudnych. Bez ogródek poddaje swoich bohaterów najróżniejszym próbom. Konfrontuje ich z problemem kanibalizmu i wyboru między zbezczeszczeniem zwłok przyjaciela, a własnym przetrwaniem. Zadaje pytania o Boga i o to, czym jest grzech i czy życie w skrajnie trudnych dla człowieka warunkach pozwala na stworzenie „nowej” moralności. Pojawia się problem seksu. Dowiadujemy się także, co może kryć się za barierą. Pada pytanie, co stanie się, gdy bariera zniknie. Czy to lepsze, czy gorsze rozwiązanie dla tych, którzy są uwięzieni w jej granicach. Jedno jest pewne. Grant nie boi się tematów tabu i mocnych odpowiedzi na niełatwe pytania. A przy tym konstruuje swoją książkę tak, jakby się czytało najlepszy dreszczowiec.
           
Jego pisarstwo ma jeszcze jedną zaskakującą cechę, którą można porównać do sposobu skonstruowania "Pieśni lodu i ognia" Martina. W jego książkach sytuacja przedstawia się tak, iż bohater bierze udział w walce, z której wiesz, że nie ma prawa wyjść. To po prostu niemożliwe, niewykonalne, bowiem sam jeden musiałby położyć dwudziestu przeciwników. A mimo to, oczekujesz, że wyjdzie z opresji. No, może nie bez szwanku. Może z jakąś drobną raną, która potem przemieni się w brzydką bliznę, ale mimo wszystko, ujdzie z życiem. A tu guzik, zostajesz zawiedziony. Bohater nie miał prawa wyjść z opresji i... kurde, nie wyszedł z niej. Zabili go. Bez zabili go i uciekł. Zabili go na śmierć. A ty się, biedaku, przywiązałeś. I teraz co? Nic, nie ma już bohatera, którego tak lubiłeś, któremu kibicowałeś. U Michaela Granta jest dokładnie tak samo. Tyle, że w to miejsce dostaniesz nowego bohatera. Równie ciekawego. A kto wie, może nawet twój ulubieniec powstanie z martwych? Tego nigdy nie wiadomo na pewno.
            Jest dla mnie zupełnie jasne, dlaczego seria zbiera tak dobre recenzje i trafiła niejednokrotnie na listę bestsellerów „Times'a”. To po prostu świetne książki. Mocne, niebanalne, intrygujące. Moim zdaniem Michael Grant jest na chwilę obecną jednym z najlepszych pisarzy dla młodzieży na świecie. Seria „Gone” to natomiast pozycje obowiązkowe nie tylko dla nastolatków, ale i dla dorosłych (zwłaszcza tych rozkochanych w prozie Stephena Kinga).

poniedziałek, 19 sierpnia 2013

Cytat tygodnia, czyli dżdżownica assassin



"Otwierając książki, zdecydowałam się na najgorsze, co kobieta z mojego środowiska, mogła zrobić. Zanurzyłam się w świecie dla mnie niedostępnym. Miałam całkowitą świadomość, że nie jest mój. Długo go kontemplowałam. Potem zamknęłam drzwi, ale odtąd nie mogłam zapomnieć, czego doświadczyłam – ogromnej przestrzeni, bez której nie mogłam się już obejść. Dlaczego spędziłam życie, podróżując tam i z powrotem, między ziemią, na której się urodziłam, a tą której pożądałam, i nigdy nie uważałam za swoją. Starannie zamykałam za sobą drzwi, żeby nigdy nie mieszać moich dwóch egzystencji – życia góralki z życiem czytelniczki powieści." 
 Babunia, Frederque Deghel

źródło
Istnieje powiedzenie "ze wsi jesteś, do wsi wrócisz, co się smucisz". Ze mną tak właśnie się stało. Czasami się zastanawiam, czy powinnam była w ogóle studiować. Naczytałam się zbyt dużo książek, by to, co mam, mi wystarczało. Napisałam zbyt wiele i teraz nieustannie podróżuję między światem, w którym żyję, a tym, który sobie tworzę. A jednak gdzieś z tyłu głowy kołacze mi się niczym echo "co się smucisz, ze wsi jesteś, do wsi wrócisz". To miejsce po prostu utwierdza człowieka w przekonaniu, że idylla to maleńka taka, gdy ptaszek zjada robaka. "Jestem dżdżownicą" powiedziałam do T. "Dżdżownicą assassinem", odpowiedział. Będąc dżdżownicą assassinem, walczę dalej. Idylla to maleńka taka, gdy robaczek pokona ptaka.   


wtorek, 13 sierpnia 2013

Gone - ciąg dalszy

Moja przygoda z "Gone" nie skończyła się wraz z pierwszym tomem (czy to nie oczywiste?). Przedstawiam recenzję tomu drugiego. Jeśli miałabym obstawiać w konkursie, w którym zapytano by, o książkę dla nastolatków, która przetrwa próbę czasu, seria "Gone" byłaby jednym z moich typów.  

sobota, 10 sierpnia 2013

Cytat tygodnia



„Jakiś mężczyzna powiedział mi w gniewie: uważaj, umiesz tylko nienawidzić. Nienawidzić? To nie było to słowo. Ja umiałam tylko odchodzić. Już tyle razy odchodziłam i zawsze żegnały mnie rozżalone oczy.”
Maria Nurowska, „Hiszpańskie oczy”

Nienawidzić. To mocne słowo. Nie wiem, czy kogokolwiek w życiu nienawidziłam. Byli, są i będą ludzie, których nie lubię. Sama do nich należę. Nie miałabym przyjemności w byciu członkinią klubu, który chciałby mieć za członka kogoś takiego, jak ja. Coraz częściej zdarza mi się nie lubić ludzi. Lepszy, więcej, bardziej we wszystkich odmianach. 

Odchodzić? To takie łatwe. Tylko potem się okazuje, że gdy rozgościsz się w „nowym” wcale nie jest lepiej.  

czwartek, 8 sierpnia 2013

Gone


Michael Grant. Mówią o nim: „King dla nastolatków”. Nie lubię takich porównań. A jednak, w tym akurat coś jest. Coś bardzo trafnego. A seria „Gone” to zdecydowanie jedna z najlepszych, jakie czytałam w ciągu ostatniego roku. Recenzja pierwszego tomu – „Gone. Zniknęli” do przeczytania tutaj.

wtorek, 6 sierpnia 2013

Drobne szaleństwa dnia codziennego


źródło

„- Mogłabym spędzić w Maine resztę życia.
- Twoje miejsce jest w Bostonie.
- Boston nigdy mnie nie rozpieszczał.
- Miasta tego nie robią, tylko ludzie.
- I to ludzie sprawiają zawód. – Maura zamrugała, patrząc w ogień.”
Tess Gerritsen, Ostatni, który umrze

Rozpieszczacie się? Robicie sobie niewielkie przyjemności? Uprawiacie drobne szaleństwa dnia codziennego, wcielając w życie hasło reklamowe pewnej karty płatniczej, które głosi, iż rzeczy mają wartość, ale radość po ich zakupie jest bezcenna? Czy jakaś rzecz zawołała kiedyś do Was z wystawy sklepowej: „Kup mnie, kup, chcę być twoja”? Ulegacie? Opieracie się? A może łatwiej przychodzi Wam sprawianie radości innym, niż samym sobie? Nie jestem najlepsza w drobnych szaleństwach dnia codziennego. Z zakupem czegokolwiek dla siebie najpierw się prześpię, potem trzy razy jeszcze się zastanowię, a na koniec zwykle sobie odpuszczam. Jestem sama dla siebie złym policjantem, który na dodatek ma węża w kieszeni. Konkretnie anakondę. A gdy już sobie pozwolę, pofolguję… okazuje się, że kupiłam bluzkę dwa numery za dużą, a patrząc na umieszczoną na niej sowę, T stwierdza: „Jaka ładna pisanka z uszami”. Ja na to: „Nóżki też ma!” Życie.

czwartek, 1 sierpnia 2013

Dwóch panów i pani bibliotekarka, nie licząc książeczki-zabawki




Pewnego dnia przyszedł do biblioteki młody czytelnik. Postanowił się zapisać. Wziął coś Prusa i „Pana Tadeusza” Mickiewicza. Pomyślałam, że jak nic, poprawia niebawem maturę i na nowo pisze prezentację maturalną. Wykazał się jednak poczuciem humoru i zaproponował koledze, który mu towarzyszył, by i on się zapisał (w myśl, że w kupie raźniej?). Kolega jednak okazał się oporny.
- Nie, ja to nie…
- Pani coś dla niego znajdzie… - poprosił. – Z dużą ilością obrazków. Może jakiś komiks.
- Komiksy potrafią mieć ponad 100 stron – odparłam, podejmując grę.
- To za dużo, faktycznie… Mogłoby go przerosnąć.
- Ale mogę zaproponować książeczkę-zabawkę, tak na początek. Nawet wydaje dźwięki. A gdy kolega nabierze wprawy, mógłby poznać wyższy poziom wtajemniczenia.
Nieco ponad tydzień później chłopak wrócił. Oddał Mickiewicza i Prusa i poprosił o inną lekturę. Niestety nie było tego, na co miał ochotę, gdyż zostało wypożyczone. Zaproponowałam mu w zamian „Buszującego w zbożu”, ale nie był zainteresowany. Wziął inną książkę tego pisarza, o którego pytał.

Od tamtej pory przychodzi co pewien czas. Cóż, nie sądzicie, a nie będziecie sądzeni. Zwłaszcza po pozorach. Nawet bibliotekarze myślą stereotypami. Dobrze, żeby dali sobie za to czasami po łapach. A z młodym Panem bardzo się lubimy. Jest w wieku, w którym powinien czytać właśnie tego pisarza, po którego przyszedł. Powinien go czytać, by potem z niego wyrosnąć.