niedziela, 29 kwietnia 2012

30 dni z książkami

Postanowiłam przyłączyć się do wyzwania zaproponowanego przez Prowincjonalną Nauczycielkę, gdyż przyjrzałam mu się, przemyślałam sprawę i uznałam, że jest absolutnie cudowne! Zatem, do dzieła!

Dzień 1 - Twoja ulubiona książka

Jedna? Jedna?! Naprawdę tylko jedna?! W takim razie musiałabym odpowiedzieć, że nie mam ulubionej książki. Mam ulubione książki, ale nie książkę. Jeszcze kilka lat temu byłoby ich pewnie znacznie więcej niż dziś, ale czas płynie, a ja staję się wobec czytanych powieści coraz bardziej krytyczna. Już nie jestem taka skora do padania na kolana. Ale pomyślny… Zatem ulubione książki. Z całą pewnością „Zaklinacz koni” Nicolasa Evansa, „Atramentowe serce” Corneli Funke, „Księga Diny” Herbiorg Wassmo. To te najważniejsze. Ale na liście ulubionych nie powinno zabraknąć także: „Tam gdzie spadają Anioły” Doroty Tyrakowskiej, „Dziewczyny z pomarańczami” Josteina Gaardera i „Dumy i uprzedzenia” Jane Austen.  

piątek, 27 kwietnia 2012

Ursula le Guin jakiej nie znamy

...a przynajmniej jakiej ja nie znałam. "Morski trakt" to le Giun w odsłonie obyczajowej. Krótkie opowiadania o mieszkańcach nadmorskiej miejscowości. Oto recenzja - KLIK

niedziela, 22 kwietnia 2012

Fragment "Klubu Czarownic"


fot. M. Szeląg
W kwietniu obchodzą urodziny dwie bardzo ważne dla mnie wspaniałe Osoby. Jedna z nich, która w przeciwieństwie do większości pozostałych bliskich mi Osób, czyta i zna moje teksty, poradziła mi pewnego dnia podczas rozmowy: „Pokaż im Czarownice!”, jednocześnie wyraźnie zaznaczając: „Ale Malinę, bo jest lepsza, nie Krzysztofa, bo ta wymaga jeszcze dopracowania”. Trzeba Wam wiedzieć, że bliska Osoba ma tendencję do tytułowania moich powieści imionami bohaterów. Co tam właściwe tytuły, bohaterowie się liczą. Na Klub Czarownic składają się zatem zdaniem bliskiej Osoby: Krzysztof, Malina i hmmm, ta nieukończona to może Michał? Co sądzisz, bliska Osobo? Zatem, by dodatkowo uczcić urodziny bliskich Osób, postanowiłam zaprezentować Wam fragment powieści Sztuka latania (częściej nazywanej jednak Maliną). Jest to fragment opisujący pierwszą randkę Maliny i Janka, pary głównych bohaterów. Takich trochę ekscentryków-dziwadeł. Czym ta powieść różni się od poprzednich? Ano choćby tym, że jest w 100 % obyczajowa. Żadnych tam wampirów, wilkołaków i walki dobra za złem. Nic w tym guście. Obok widzicie moją wizję okładki do Krzysztofa, jakby to powiedziała bliska Osoba. Zainteresowanym życzę miłej lektury.


 Sądzą, że skoro nie / znali się wcześniej, /nic miedzy nimi nigdy się nie działo. /A co na to/ ulice, schody, korytarze,/na których mogli się od dawna mijać?(…) Bardzo by ich zdziwiło,/ że od dłuższego już czasu/ bawił się nimi przypadek./ Jeszcze nie całkiem gotów/ zamienić się dla nich w los,(…) Każdy przecież początek/ to tylko ciąg dalszy,/ a księga zdarzeń/ zawsze otwarta w połowie.
Wisława Szymborska, Miłość od pierwszego wejrzenia


     
Malina szła wolnym krokiem. Pizzeria, w której byli umówieni znajdowała się pięć minut szybkiego marszu od miejsca jej zamieszkania. Stawiała krok za krokiem i nie wierzyła, że to robi. Weszła do pizzerii i zajęła stolik. Podobno miał ją rozpoznać, więc jeśli już jest, zapewne podejdzie. Zdjęła płaszcz i powiesiła go na wieszaku. Usiadła. Kelner przyniósł kartę, ale na razie zamówiła tylko sok pomarańczowy. Czekała.
- Witaj.
Drgnęła i podniosła wzrok. Po drugiej stronie stołu stał wysoki, szczupły chłopak w powyciąganym jasnym swetrze i dżinsach. Wzrok przykuwały przede wszystkim jego włosy – czarne kędziorki, trochę jak u baranka. Przyszło jej do głowy, że Sissi z całą pewnością zaliczyłaby go do grona kawaii, słodziutki. Chłopak zajął miejsce po drugiej stronie stołu.
- Miło się w końcu spotkać – stwierdził.
Nie odpowiedziała. Zaległa między nimi ciężka i niezręczna cisza. Malina ukradkiem spojrzała na drzwi. Spokojnie, tylko spokojnie. Nie zabije jej przecież w pizzerii pełnej ludzi. Będzie w większym niebezpieczeństwie, jeśli wyjdzie. Ukradkiem sięgnęła do torebki i wyciągnęła z niej telefon, który położyła na kolanach. Ale potem pomyślała, że jednak jest idiotką. Sama się z nim umówiła. Nikt jej przecież nie zmuszał. Wtedy jakoś nie myślała o tym, że mógłby jej coś zrobić. I dobrze, teraz też nie będzie o tym myśleć. Przyszedł kelner.
- Wybieraj, proszę.
Przełknęła ślinę i dokonała wyboru. Grunt to dobra mina, nawet do najgorszej gry. Gdy kelner odszedł, chłopak spojrzał na nią i stwierdził:
- Linia siedemdziesiąt jeden, przystanek koło zamku. Dwa razy w tygodniu, w środę i piątek, wsiadasz w ten autobus o piętnastej cztery. Zawsze siadasz tyłem do kierunku jazdy. Wyciągasz książkę lub patrzysz w okno. Książki, które wozisz oraz przystanek sugerują, że studiujesz polonistykę. Siadanie tyłem do kierunku jazdy pozwala wyciągnąć wnioski, że nie cierpisz na chorobę lokomocyjną.
Malina czuła, że ręce złożone na kolanach drgają. Czego chciał od niej ten dziwny chłopak? Śledził ją? Czy mógł chcieć ją skrzywdzić? Zdawał się jednak nie zauważać, że ukradkiem spogląda na telefon.
- Siedemnastego października wsiadłaś do autobusu i niemal całą drogę płakałaś.
Nie. Koniec. Dość. Po plecach przebieg jej dreszcz.
- Śledzisz mnie? – zapytała, czując, że jej głos zmienił barwę pod wpływem stresu.
Chłopak zaśmiał się.
- Nie, tylko obserwuję. Mam pamięć do twarzy. A nie co dzień jakaś studentka polonistyki wsiada do autobusu, dźwigając przed sobą siedemnaście książek i płacząc jak bóbr. Co się stało tamtego dnia?
Malina jeszcze raz zerknęła na telefon. Czuła, że się dusi. Musi stamtąd wyjść. Zmienić godziny powrotów i najlepiej autobus.
- Słuchaj… - powiedziała – bardzo cię przepraszam, ale wchodzisz tu, zaczynasz mi opowiadać niestworzone rzeczy na mój własny temat, które sprawiają, że dostaję gęsiej skórki…
Kelner właśnie przyniósł pizzę. Widząc jednak, że sytuacja przy stole jest więcej niż nieciekawa, natychmiast się zmył, nie licząc już nawet w duchu na napiwek.
- Chcesz wyjść – zauważył. Po raz pierwszy przeniósł wzrok z niej na coś innego. Spojrzał ponad jej ramieniem na ścianę.
Pokręciła głową. Oszalała, naprawdę oszalała. Jeszcze sekundę temu, była pewna, że chce wyjść. A teraz dałaby głowę, że jest mu przykro.
- Nie chciałem cię przestraszyć. Nie wiedziałem, nie byłem pewien, jak mam się z tobą dogadać.
Zrobiła wielkie oczy.
- Czyżbym miała czułki?
Znów przeniósł wzrok ze ściany ponad jej ramieniem na jej twarz. Miał duże, niebieskie oczy.
- Nie, nie – powiedział, machając rekami. – Po prostu wydawało mi się, że patrzysz na świat inaczej…
Wolała nie drążyć tego tematu. Nie odważyła się jednak sięgnąć po kawałek pizzy. To by znaczyło, że utknie tu na tak długo, ile wymaga zjedzenie go. Póki nic sobie nie nałoży, może wyjść.
- A ty jesteś…
Klepnął się dłonią w czoło, co sprawiło, że podskoczyła ze strachu. Spojrzała na zegarek. Dwadzieścia pięć minut. Da mu jeszcze pięć.
- Nie przedstawiłem się . Janek, mieszkam na Wichrowym, tu niedaleko.
- Ja chyba nie muszę…
Zmarszczył brwi.
- Nie? Dlaczego?
Teraz ona zrobiła wielkie oczy. Zaśmiał się.
- Nie jestem wszystkowiedzący. Wiem o tobie tyle, ile udało mi się wywnioskować na podstawie obserwacji.
Wyciągnęła do niego rękę ponad stołem.
- Malina.
- Janek – uścisnął jej drobną dłoń. – Rozumiem, jeśli chcesz wyjść…
Zastanowiła się przez chwilę. Zaciekawił ją. Wciąż się bała, to prawda, ale mimo to odczuwała ciekawość. Mówią, że ciekawość to pierwszy stopień do piekła, ale jak mawiał jej ukochany doktor House wszyscy umrzemy. Wszyscy umrzemy i wszyscy kłamiemy.
- W zasadzie nie – odpowiedziała nie do końca zgodnie z prawdą.
Uśmiechnął się.
- Zasada nieoznaczoności Heisenberga.
Odchyliła się nieco do tytuł.
- Proszę?
- Wiedziałem, że trudno nam się będzie dogadać. Kurcze. Przepraszam, ja tak mam. Human z matematykiem nigdy się nie do końca nie porozumie.
Teraz to ona się zaśmiała. To prawda. Ona też była tego zdania. Human z matematykiem nigdy się nie dogada. Jeszcze jeden powód żeby wyjść.
- Poczekaj – stwierdził nagle. – Spróbuję wytłumaczyć.
Acha, zacznie mi rysować cyferki, wzorki, z których nic nie zrozumiem, pomyślała i westchnęła w duchu. Sięgnęła po szpatułkę i nałożyła sobie kawałek pizzy, przygotowując się do starcia z liczbami, które na pewno przygwożdżą ja i pokonają.
- Więc? – zachęciła, udając, że ją to interesuje.
Spojrzał na nią przelotnie i też nałożył sobie kawałek.
- Zasada nieoznaczoności Heisenberga mówi, że fakt obserwacji wpływa na obiekt obserwowany.
Widelec zadźwięczał. Chłopak zmarszczył brwi, zdziwiony.
- Coś nie tak?
- Nie, nie – odpowiedziała. – Ale ja to znam. Na pedagogice uczyli nas o tym, że kiedy coś robimy, a jesteśmy obserwowani, wpływa to dodatnie lub ujemnie na jakość naszej pracy. W zależności od jednostki. Tak zwana koncepcja życia jako teatru. Studiujesz matematykę? – zaciekawiła się.
Kiwnął głową. Właśnie skończyła swój pierwszy kawałek, więc przerwał jedzenie i nałożył jej kolejny. Na początku myślała, że chce w ten sposób dopilnować, by nie uciekła, ale przyszło jej też do głowy, że próbuje po prostu być grzeczny i miły, tylko za bardzo się denerwuje, by okazać to we właściwy sposób.
- Tak – odparł. – Na czwartym roku.
Co by znaczyło, że jest dwa lata starszy.
- Tamtego dnia płakałam, ponieważ nie przyjęli mnie na kurs ze scenopisarstwa. Wykładowca miał rację, że mnie nie przyjął.
- Dlaczego tak uważasz?
- Mieliśmy napisać streszczenie dowolnie wybranej komedii romantycznej, a ja swoją nieco zmodyfikowałam i bohater zamiast w objęciach swojej lubej wylądował pod autobusem.
- Faktycznie nie miał farta – zauważył i zaśmiali się oboje.
- Zazdroszczę ci – przyznała. – Zawsze uważałam, że matematyka jest lepsza od przedmiotów humanistycznych. Na moim wydziale wszystko wydaje mi napuszone i takie odrealnione. Roztrząsa się problemy wyssane z palca, sztuczne, stworzone tylko po to, by było się nad czym zastanawiać. A w matematyce jest inaczej, po nitce do kłębka.
- To nie do końca tak. Słowa i liczby to zupełnie różne języki. Liczby to język, za pomocą którego natura komunikuje się z człowiekiem. Na przykład ten kwiatek – chłopak sięgnął do wazonu i wyjął z niego margerytkę. – Suma płatków z ostatniego rzędu jest równa sumie płatków dwóch następnych rzędów – pacnął ją kwiatkiem w nos i odłożył go do wazonu. – Ale język, nad którym zastanawiają się humaniści jest językiem, którego ludzie używają do komunikacji. Czasami wydaje mi się, że język słów jest trudniejszy od języka liczb. A czasem myślę sobie, że to tylko ludzie go tak komplikują.
Nagle zmienił temat.
- Powiedz mi, masz jakąś pasję? Czekaj – powstrzymał ją, gdy już chciała zacząć mówić- Tylko nie mów, że książki…
Aha, nie czyta, wiedziałam, pomyślała sobie.
- … książki na chwilę odstawiamy na bok. Chcę żebyś mnie dobrze zrozumiała. Ja pytam o coś, bez czego nie wyobrażasz sobie życia.
Odpowiedź padła od razu.
- Konie.                                                              
- Konie?
- Tak, konie – chciała sięgnąć po następny kawałek pizzy, zdziwiła się, gdyż blaszka była już pusta. Wszystko zjedli, nawet nie wiedziała kiedy. Oparła więc podbródek na dłoniach i zapytała zaciekawiona:
- A ty, bez czego nie wyobrażałbyś sobie życia?
Odpowiedź była bardziej zaskakująca niż jej się wydawało. Była bardziej zaskakująca, niż wydawało jej się, że może być zaskakującą. Bardziej zaskakująca niż wszystkie zaskakujące odpowiedzi, jakie tylko przychodziły jej do głowy. Jemu również nie potrzeba było dużo czasu na odpowiedź.
- Bez architektury Franka Gehry’ego.
- Ten od tańczącego domu w Pradze?
- Znasz go! – ucieszył się wyraźnie.
- „Znasz” to za dużo powiedziane. Słyszałam – przyznała.
Strasznie padało, gdy skończyli jeść pizzę i zebrali się do wyjścia. Chłopak miał parasol, Malina niestety nie. Zaoferował się, że ją odprowadzi. Wyszedł na deszcz i otworzył ogromny żółty parasol. Czekał aż stanie koło niego. Chwilę trwało zanim się dopasowali. Potem szli już noga w nogę. Malina ukradkiem spoglądała na swojego towarzysza. Podprowadził ją pod drzwi wejściowe. Zamknął parasol, obsypując ich gradem kropelek wody. Zapadła niezręczna cisza.
- Dziękuję, bardzo dobrze się bawiłam.
Chłopak wzruszył ramionami.
- Mam nadzieję, że nie kłamiesz.
Malina wybałuszyła oczy.
- Słucham?
- Próbujesz być miła. Ja natomiast naprawdę bardzo dobrze się bawiłem…
- Nie jestem miła, tylko szczera.
- Więc gdybym zaproponował ci następne spotkanie…
- Tak?
- To?
- Co? Czekaj, pogubiłam się. O czym teraz mówimy?
Chłopak roześmiał się. Miał rację. W pewnych kwestiach human i ścisłowiec na pewno się nie porozumieją. Ale tylko wtedy, kiedy nie chcą.
- Bo jeśli próbujesz mi w ten dziwny sposób zaproponować następne spotkanie, to z chęcią dam ci mój numer żebyś mógł zadzwonić. Wtedy się umówimy.
Uśmiechnął się, wyraźnie uradowany.
- Dyktuj.
Zmarszczyła brwi.
- Nie zapiszesz?
Zaśmiał się, jakby właśnie opowiedziała mu dobry dowcip.
- Dziewięć cyfr, bez przesady. Zapamiętam.
Kiwnęła głową. A podobno chciał się spotkać po raz drugi. Dziewięć cyfr. Zapamięta, akurat. To dopiero był dobry żart. On wyraźnie czekał, aż poda mu numer. Niezbyt szybko wymieniła następujących po sobie dziewięć cyfr. Nie powtórzył na głos, nie poprosił, by przedyktowała jeszcze raz. Po prostu kiwnął głową. Cóż, nie będzie następnego spotkania. Szkoda.
            Oparta o drzwi wejściowe, patrzyła jak odchodzi w strugach deszczu. Żółty parasol jeszcze długo odcinał się od mroku wieczoru. Może już wtedy wiedziała, może przeczuwała, choć sama nie wierzyła przecież w kobiecą intuicję. A może po prostu bardzo chciała, by to była prawda. Uśmiechnęła się.
- To powinieneś być ty – stwierdziła, wchodząc do domu.

piątek, 20 kwietnia 2012

Witajcie w Downton Abbey


        Uwielbiam filmy kostiumowe. Czasy, kiedy kobiety nosiły suknie oraz kapelusze i jeździły konno w damskich siodłach. Czasy, kiedy niemal wszyscy umieli tańczyć walca. Oczywiście, wiem, że jest też druga strona medalu. Panny musiały wyjść za mąż, krępowały je konwenanse i uciskały gorsety. Wiem to, a jednak lubię popatrzeć sobie na wielkie angielskie posiadłości, wnętrza i meble zapierające dech w piersi. Pewnie dlatego, jak spora część świata, zakochałam się w miniserialu „Downton Abbey”.
Downton Abbey

           











        Serial opowiada o losach hrabiego i hrabiny Crawley, którzy mają trzy córki. Ponieważ żadna z nich nie może dziedziczyć po ojcu, a dotychczasowy spadkobierca ginie w katastrofie Titanica, Crawley’owie zmuszeni są odnaleźć nowego dziedzica. Niestety, młody Matthiew Crawley okazuje się być przedstawicielem klasy pracującej i trudno jest mu dostosować się do zwyczajów panujących w Downton Abbey. Młody spadkobierca ma też świadomość, iż byłoby dobrze, gdyby poślubił Mary, najstarszą z córek hrabiostwa, co początkowo niezbyt mu się uśmiecha. Drugi sezon to już czasy I wojny światowej. Tym razem Crawley’owie mają kłopot z najmłodszą córką, która uparła się, że zostanie pielęgniarką. W Downton otwarty zostaje także szpital dla odesłanych z frontu żołnierzy. Rodzina musi zmierzyć się z nadchodzącymi nowymi czasami.
lady Mary Crawley

            Piękne plenery i wnętrza (samo tytułowe Downton imponujące!), ciekawie skonstruowani bohaterowie. Nie są jednowymiarowi. Raz ich kochamy, by za chwilę znienawidzić. Zwłaszcza dwie starsze córki hrabiostwa – Mary i Edith – potrafią budzić skrajne emocje. Współczujemy im, by za moment poczuć antypatię. Świetnie skonstruowana jest także postać matki hrabiego, którą gra rewelacyjna Meggie Smith. Stateczna matrona jest skostniała w swoich poglądach i staroświecka, a jednocześnie postępowa. Ironiczna i dowcipna. Słowem: rewelacyjna! Nikt z bohaterów nie pozwoli się łatwo zaszufladkować. Dla lubiących, podobnie jak ja, powiew nostalgii nie zabraknie kapeluszy z dużymi rondami, woalek, sukni z gorsetami, spódnic do kostek i fikuśnych trzewików. 
siostry Crawley

            Ale Downton to nie tylko Crawley’owie. To także niemała armia służących, kucharek, pokojówek, kamerdynerów. Pomagają oni domownikom w tak prozaicznych czynnościach jak ubieranie i czesanie. Ponadto dbają, by ogień w kominku nigdy nie wygasł, sztućce leżały w odpowiedniej odległości od talerza, obiad podano zawsze na czas, a gazeta zanim zostanie przeczytana była wyprasowana.
Mary i Matthiew

             










   
      „Dawnton Abbey” proponuje widzowi mnogość poruszanych kwestii. Pojawia się wątek emancypacji kobiet oraz chęci podejmowania przez nie pracy zawodowej, wspomniana zostaje walka klas oraz socjalizm, trafi się i mezalians. Dla każdego coś miłego.
   
            Każda seria ma po 7-8 odcinków. Nie jest to więc żaden tasiemiec. Jestem świeżo po obejrzeniu dodatkowego odcinka 2 sezonu („Christmas Special”), w którym zdarzyło się coś, na co już jakiś czas temu straciłam nadzieję. A tu proszę, taki psikus.
            Jednym z utworów promujących serial jest cover piosenki Stinga. Moim zdaniem bardzo udany, ale posłuchajcie i osądźcie sami. 

            Serdecznie polecam, nie tylko miłośnikom seriali i filmów kostiumowych.    

środa, 18 kwietnia 2012

Domysły na temat dzieciństwa najsławniejszego detektywa na świecie

Ciekawa propozycja dla młodych czytelników. Autor pokusił się o spisanie przygód Sherlocka Holmesa w wieku lat kilkunastu. Interesująca powieść detektywistyczno-przygodowa, osadzona w uniwersum Artura Conan Doyle'a. Recenzja tutaj - KLIK.

poniedziałek, 16 kwietnia 2012

Furie

Kolejna recenzja książki dla czasopisma "Qfant". Tym razem "Furie, pozycja adresowana do nastolatek. Dla zainteresowanych, tradycyjnie już, link do recenzji - KLIK. Książkę będę sprzedawać, więc gdyby ktoś miał ochotę stać się jej nowym właścicielem, proszę o kontakt mailowy.

piątek, 13 kwietnia 2012

"Jest tylko Beatrycze i właśnie jej nie ma"

Świetna książka. Jedna z lepszych, jakie czytałam w tym roku. Jedna z tych, na które mogłabym wskazać palcem i powiedzieć, że sama chciałabym taką napisać. Dla zainteresowanych recenzja - KLIK. Serdecznie polecam lekturę.

środa, 11 kwietnia 2012

Stosik ze Złotym Zajączkiem


Plan czytelniczy na najbliższy czas:


Na zdjęciach także Złoty Zajączek z dzwoneczkiem na szczęście (tak usłyszałam od ofiarodawcy). Cóż, mnie chyba nawet dzwoneczek Złotego Zajączka nie jest w stanie pomóc. Zdjęcie z powodu świątecznego akcentu może nieco przeterminowane, ale zapomniałam zabrać ze sobą do domu kartę od aparatu, nie miałam możliwości wstawić. Na fotografiach:  
 
1. Katarzyna Berenika Miszczuk, „Ja, anielica” (wydawnictwo WAB) – recenzja,
2.Alessandro D’Avenia „Biała jak mleko, czerwona jak krew” (wydawnictwo Znak literanova) – przeczytana, recenzja wkrótce,
3. Andrew Lane, „Sherlock Holmes. Zabójcza chmura” (wydawnictwo WAB),
4. John Steinbeck, „Myszy i ludzie” (wydawnictwo Prószyński),
5. Jana Oliver, „Córka Łowcy Demonów” (wydawnictwo Replika),
6. Ursula le Guin, „Morski trakt” (wydawnictwo Książnica),
7. Agnieszka Grzelak, „Szkoła LaOry” (wydawnictwo Prószyński).

 
A tutaj jeszcze prezent od samej siebie. Uważam, że trzeba się doceniać, więc kupiłam sobie trylogię „Igrzyska śmierci” Suzanne Collins. Film zrobił na mnie wielkie wrażenie. Ciekawe, jak będzie z książkami.


  

poniedziałek, 9 kwietnia 2012

Anielica z Piekła rodem

Ostatnio trafiam na książki, po których dużo się spodziewam, a dostaję to, co dostaję. Miałam w planach zamieścić stosik ze świątecznym akcentem, ale pakując walizkę, zapomniałam dołożyć kartę pamięci i chwilowo nie mam do niej dostępu. Ja jestem w domu, a karta w Poznaniu. Świąteczne zdjęcia będą zatem po świętach. Trudno. Na chwilę obecną recenzja powieści "Ja, anielica" Katarzyny Bereniki Miszczuk - KLIK

sobota, 7 kwietnia 2012

Wesołych Świąt,

 jeśli je obchodzicie. Nie chciałabym składać Wam sztampowych życzeń. Ograniczę się do słów Heraklita - "Gdybym nie miał nadziei, nie osiągnąłbym tego, co wydaje się nieosiągalne". Miejcie siłę, by walczyć o to, co pozornie niemożliwe.  Nie traćcie wiary we własne marzenia.
Intueri 

środa, 4 kwietnia 2012

Swąd spalonych kwiatów

Bardzo wiele spodziewałam się to tej książce. Czy dostałam to, czego oczekiwałam? Tych, którzy chcieliby poznać odpowiedź na to pytanie, zachęcam do przeczytania recenzji - KLIK. W najbliższym czasie planuję też kolejny stosik. Mam nadzieję, że zostaniecie ze mną :).

poniedziałek, 2 kwietnia 2012

Chleba i Igrzysk?

Co chwilę widzę na jakimś blogu recenzję „Igrzysk śmierci” – czy to książki, czy filmu. Zwykle staram się nie ulegać takim wpływom, ale tym razem ciekawość zwyciężyła. Chciałam się przekonać, co takiego mają w sobie „Igrzyska śmierci”, że świat oszalał na ich punkcie. Zamówiłam książki, kupiłam też bilet i poszłam na film.
            Mniej więcej wiedziałam, czego się spodziewać. Dwanaście dystryktów typuje co roku dwoje młodych ludzi w wieku od 13 do 18 lat, mających wziąć udział w „Głodowych Igrzyskach” – turnieju, w którym może być tylko jeden zwycięzca, pozostali muszą zginąć.  Właściwie to mogłoby wystarczyć za opis całej fabuły. Główna bohaterka jest jedną z tych dwadzieściorga czworga nieszczęśników. Musi zabijać albo zginąć. Jakże łatwo my, widzowie, akceptujemy pakt, iż oto grupa nastolatków zacznie się za chwilę zabijać. Bez litości, bez jakichkolwiek ludzkich odruchów. W ruch poszły noże, miecze, maczety (!). Należy zrobić wszystko, żeby przetrwać. Czy naprawdę wszystko nam tu pasuje? Dlaczego nikt z patrzących nie powie, że tak nie powinno być, że to wszystko jakieś chore, że tak nie można. Ach nie, nie przeszkadzaj, to tylko film. Ucisz się, spektakl twa, emisja w trakcie, show must go on! Jakże podobni byliśmy do zasiadających przed telewizorami mieszkańców poszczególnych Dystryktów! Czy naprawdę potrzebny byłby Panem, by taka sytuacja mogła mieć miejsce? Z tym pytaniem Was zastawiam.
W recenzjach od czasu do czasu przebąkuje się, że „Igrzyska” opowiadają o mechanizmie działania systemu totalitarnego. Stwierdzić tak, podobnie, jak opisać fabułę podając główne wydarzenia, to ślizgać się po wierzchu problemu. Owszem, mamy prezydenta, który sprawuje władzę absolutną. Owszem, mamy jednostkę, która nie może o sobie decydować. Jest sterowana przez wszechobecną władzę. I tyle? Wydaje mi się, że nie. Otóż mamy tu coś jakby Foucaultowski panoptikon. Foucault mówiąc o panoptikonie, miał na myśli budowlę w kształcie koła, pośrodku której stałaby wieża z ukrytym strażnikiem. Więźniowie pozamykani w celach nie wiedzieliby, kiedy ktoś na nich patrzy, kiedy nie. Ta niepewność, sprawiłaby, że zaczęliby sami siebie kontrolować. Tutaj mamy podobną sytuację. Katniss i pozostali nieszczęśnicy trafiają do lasu, który jest zaprojektowany. Niby prawdziwy, a jednak sztuczny. Każdy ich krok jest obserwowany. Wszędzie są kamery. Zawsze ktoś patrzy. ( Kojarzy Wam się z czymś? Ano, Wielki Brat, „Truman Show”.) Te wszystkie kamery, panele kontrolne, ekrany, telewizory (świetnie oddaje to plakat promujący film) nie pozwalają zapomnieć, że trwa realistyczny spektakl bólu, cierpienia i śmierci.. Realistyczny i wyreżyserowany jednocześnie.
I tak dochodzimy do kolejnego problemu. Okazuje się, że nie wystarczy wyzbyć się ludzkich odruchów i wyrżnąć pozostałych, by wygrać. To Władza projektuje zwycięzcę. To Władza produkuje wiedzę (zasady gry). To Władza decyduje, co wolno a co nie ( zmiana reguł w trakcie gry). Jeśli Władza ci nie sprzyja, napuszcza na ciebie dzikie bestie, kule ognia, innych uczestników, podsuwa ci trujące owoce. Walka o życie nie polega tylko na pokonaniu innych. Chodzi także o to, by polubili cię ci, którzy siedzą przed telewizorami. Chodzi o to, by sponsorzy chcieli w ciebie zainwestować, bo może wtedy… Zatem uśmiechasz się i kłamiesz. Pozwalasz się wykreować. Ubrać i umalować, uczynić z siebie kogoś, kto wcale nie przypomina ciebie. „Igrzyska śmierci” pokazują, jak działają media i mechanizmy reklamy. Jak w jednej chwili można uczynić z kogoś celebrytę i ulubieńca tłumów. W filmie jest to posunięte aż do granic absurdu – otóż sympatia tych, którzy oglądają, decyduje o twoim życiu lub śmierci. Bowiem nieważne jak się starasz, to reżyserka, w której siedzi sobie bezpiecznie epika tworzących show, zadecyduje czy przeżyjesz, czy umrzesz. „Igrzyska” pokazują, jak na potrzeby sytuacji stwarzamy samych siebie. W recenzjach czytałam o uczuciu Katniss i Peety. Wcale nie jestem go taka pewna. Oboje mieli świadomość, że cały czas ktoś patrzy. Każdy gest został zarejestrowany, każde słowo usłyszane. Co zatem było prawdą a co grą na potrzeby show? Nie wiem. Nie byłam w stanie określić. Jedną z najbardziej wstrząsających scen był, moim zdaniem, moment, gdy w trakcie trwania Igrzysk widzimy rodzinę należącą do elity Kapitolu. Ojciec, matka, dwoje dzieci – może cztero-, pięciolatków. Chłopiec bawi się podświetlanym mieczem. Udaje, że zabija nim siostrę. Wszyscy się śmieją. Dla nich Igrzyska to rozrywka, zabawa, program na ekranach telewizorów. Trybuni to jedynie uczestnicy gry, o których zwycięstwo można się założyć. Kłopot w tym, że „uczestnicy”, zaledwie dzieciaki, walczą ze sobą, zabijają się i giną… ku uciesze mas.       
W recenzjach czytałam, że film świetnie oddaje „klimat” książki, że trzyma w napięciu od początku do końca. Pisaliście, że śledząc losy Katniss, odczuwaliście dyskomfort, poczucie osaczenia, strach. Wszystko to prawda. Ale w tych samych recenzjach pisaliście o tym, jak „fajna” jest ta historia. Otóż, moim zdaniem „fajny” to jeden z ostatnich przymiotników, którego należałoby użyć. Siedziałam w fotelu na sali kinowej przez dwie i pół godziny i czułam, jak mi krew w żyłach zamarza. (Wcale nie z powodu akcji, która toczyła się na ekranie.) Bo jeśli widzicie w tym tylko historyjkę o „grze”, w której bezlitośnie wyrzyna się dwadzieścioro czworo nastolatków, to nie jest dobrze. Jeśli „Igrzyska śmierci” są dla Was „fajne” i „wciągające” , jeśli to Wam się podoba(!) zamiast dogłębnie przerażać, to… ciemność widzę, oj, widzę ciemność.

niedziela, 1 kwietnia 2012

Marcowe Kopytko


Marzec okazał się dobrym miesiącem. Przeczytałam i zrecenzowałam osiem książek. Dwie na tydzień, nieźle jak na mnie. O nagrodę Edgara Kopytko ubiegają się niniejszym:

  • Ju Honish, „Obsydianowe serce”,
  • Leopold Tyrmand, „ZŁY”,
  • Nick Rennison, „Sherlock Holmes. Biografia nieautoryzowana”,
  • Eric Emmanuel Schmitt, „Kiki van Beethoven”,
  • Brandon Mull, “Baśniobór. Gwiazda Wieczorna wschodzi”,
  • Andrzej Pilipiuk, „Norweski dziennik. Ucieczka”,
  • S. C. Ransom, „Błękitna magia”,
  • Andrzej Horubała, „Żeby Polska była sexy”.

Gdy tak patrzę na te moje lektury, widzę pomieszanie z poplątaniem. Jakbym w ogóle nie miała sprecyzowanego gustu. Trochę krytyki literackiej, trochę zmyślonej biografii, trochę kryminału i szczypta fantastyki. A, no i dramat sceniczny. Aż tak źle ze mną? Gdy zadałam to pytanie podczas obrad jury nagrody, Edgar na pocieszenie poklepał mnie po ramieniu (czytaj: przedzwonił mi w nie kopytkiem „obutym” w podkowę). W efekcie mam na ramieniu siniaka wielkości pomarańczy. Przyjaciele… zawsze możesz na nich liczyć. Podadzą ci pomocną dłoń, pardom, kopytko. Postawią cię na nogi przez pobicie. A tak… zapomniałabym. Laureatem marcowego Kopytka zostaje:

Nick Rennison za „Sherlocka Holmesa”.


Pozwolę sobie jeszcze na dwa słowa po przeanalizowaniu Waszych ankiet z ostatnich dwóch miesięcy. Choć akurat w lutowej wzięły udział 3 osoby, w styczniowej chyba 6. W każdym razie analizując nawet tę ilość, doszłam do wniosku, że za najlepsze spośród moich recenzji uważacie te, których sama bym nie wytypowała. Choć może oceniacie najlepsze książki, a nie teksty o nich? Tak też może być. Ale z drugiej strony z tekstami jest tak, że jednym się podoba, innym nie. Czy jeśli ktoś powie, że tekst jest, delikatnie mówiąc niedobry, boli to pisarza? Boli, jak cholera. O takim czytelniku wolno mi pomyśleć, co dusza zapragnie, bo nie jestem aniołem. Czy wolno mi to o nim powiedzieć? Nie! Już takie prawo czytelnika, by mu się nie podobało. Innemu się natomiast spodoba i pisarzowi pewni będzie miło. Czytelnicy-recenzenci są różni. Jedni powiedzą „Nie podoba mi się, bo nie”, oni „Nie podoba mi się, bo… (i tu padną rzeczowe argumenty, niektóre nie do odrzucenia, inne wynikające z charakteru recenzenta). A jednak nie można nikomu odebrać prawa do tego, by mu się nie podobało, prawda? Gdy się pisze i wydaje książki to albo trzeba być odpornym na to, co się o nich przeczyta (od krytyki rzeczowej po kompletne bzdury), albo trzeba unikać czytania po prostu. Należy przełknąć i powiedzieć „dziękuję”, a pomyśleć sobie można, co się komu podoba. Myśli jeszcze nikt nie słyszy. Myśli przelewane na papier już i owszem. Krytykować za to, że czytelnik wypowiedział się źle o naszej książce? Nie wypada. Inna sprawa, że recenzentowi nie wolno, moim zdaniem, dwóch rzeczy: krytykować pisarza jako osoby i uprawiać krytykanctwa, pisać źle dla samego pisania, stosować retorykę ataku przy jednoczesnym uważaniu, że się wszystkie rozumy pozjadało. Pisarze radzą czytelnikom, by nie czytali, jeśli im się nie podoba. Jasne, wszystko fajnie, ale hola, hola… Gdzie by byli bez tych, którzy ich czytają? Cóż, nic tylko stosować złote słowa Tadeusza Różewicza: „będę mówił do wszystkich/ którzy mnie nie czytają/ nie słuchają nie znają/ nie potrzebują/ Oni mnie nie potrzebują/ ale ja ich potrzebuję”.

PS A jeśli ktoś uważa, że powyższy tekst jest przejawem straszliwej zazdrości wobec pisarzy czytanych, lubianych i kupowanych i zechce mnie w komentarzu uświadomić: „Bo Ty TAKA SIAKA OWAKA z zazdrości to nie możesz za siebie, plujesz jadem, aż się nadymasz, bo ciebie nikt nie chce czytać i kupować, bo jakieś bzdury piszesz”, to bardzo proszę, niech raczy sobie darować i odejdzie w pokoju. To oczywiste, że ma rację. I w tym przeświadczeniu się rozejdźmy.