środa, 30 maja 2012

Romans z romansem paranormalnym.

Recenzje "Drapieżnej ciemności" Alexandry Ivy (KLIK) oraz "Mrocznego obrońcy" Christine Feehan (KLIK). Obie książki ruszyły już w świat i niechaj służą zacnie, a przyjemnie nowej właścicielce. Bo ja na pewno bym do nich nie wróciła. Moja powieść nie jest romansem paranormalnym, moja powieść nie jest romansem paranormalnym...

poniedziałek, 28 maja 2012

9 z 30 dni z książkami


Dzień 9 - Książka wielokrotnie przez Ciebie czytana

Kiedyś częściej zdarzało mi się czytać kilkakrotnie tę samą książkę. Ale to było kiedyś. Dziś jest  tyle książek, które czekają na przeczytanie i tak mało czasu, by do nich zajrzeć. Obecnie już praktycznie nie wracam po raz drugi do raz przeczytanej powieści. Z dawnych czasów pamiętam jednak, że kilkakrotnie czytałam „Tam, gdzie spadają Anioły” Doroty Tyrakowskiej oraz „Dziewczynę z pomarańczami” Josteina Gaardera. Obie uwielbiam.

sobota, 26 maja 2012

Wilq Superbohater obraża blogerów, a autorka "Milczących słów" składa oświadczenie


Oświadczam, co następuje: moja książka nie jest romansem paranormalnym. Jeszcze do niedawna skłonna byłam, choć z niezbyt wielkim zachwytem, tak ją kwalifikować gatunkowo. Jednakże ostatnio przeczytałam dwa „klasyczne” romanse paranormalne („Mrocznego obrońcę” Christine Fehaan i „Drapieżną ciemność” Alexandry Ivy). Obie pisarki są podobno w Stanach niesamowicie popularne. Ich książki to bestsellery. Moja powieść nie jest do nich podobna (nie tylko dlatego, że nie jest bestsellerem i pewnie nie będzie, skoro nie wykazuje podobieństwa). Dlaczego? Moja bohaterka nie przespałaby się z facetem, którego ledwo zna (choć mam świadomość, że miłość nie jest warunkiem koniecznym, by rodziły się dzieci). Moja bohaterka nie jest chyba aż taką kretynką, by zakochać się w facecie tylko dlatego, że wcześniej go nie znosiła. Ponadto w mojej powieści nie ma momentów (a jeśli są, to nie między głównymi bohaterami). Bohater mojej powieści jest wkurzający, irytujący, denerwujący i arogancki dlatego, że taki właśnie miał być. W powieściach wyżej wymienionych pań jest on identyczny, aczkolwiek bohaterkom wydaje się, że to cudowni, wspaniali, zakochani w nich do nieprzytomności mężczyźni. No, chodzące ideały. Nic tylko do nich wzdychać (więc dlaczego zamiast wzdychać byłam poirytowana?). Mój bohater miał źle traktować bohaterkę. Takie było założenie. Tam mężczyźni źle traktują kobiety, a jednocześnie jest napisane, że na rękach je noszą, i że rzeczone panie są dla nich najważniejsze na świecie. Taaa, jasne. I wreszcie. Moja książka nie jest romansem paranormalnym, bo mój bohater wolałby popełnić harakiri a zaraz po nim seppuku, niż nazwać bohaterkę „aniołem”. Zatem ja, autorka „Milczących słów, oświadczam: moja książka jest powieścią fantasy z wątkiem miłosnym, ale nie romansem paranormalnym.

Drugie ogłoszenie parafialne. Czytałam ostatnio komiksy o „Wilq Superbohaterze”. Wilq ma w zwyczaju obrażać wszystkich – religie, studentów, starsze panie, kibiców, miłośników komiksu. Teraz wziął się za blogerów. Konkretnie: pojechał do Warszawy, by spełnić swój superbohaterski obowiązek i rozpędzać demonstrację tychże, odbywającą się pod Pałacem Kultury. Blogerzy bowiem demonstrowali, domagając się wydania antologii swoich grafomańskich tekstów. Gdyby ich grzeczne wymuszenie miało się spotkać z odmową, grozili ujawnieniem zakończeń wszystkich nowych filmów i seriali, które wykradli z Federalnego Banku Zakończeń z Pensylwanii.

Drogi Wilq Superbohaterze, cóż mogę rzec. Sama prawda! O niczym innym nie marzę, jedynie o tym, by wydawano kolejno moje grafomańskie powieści i by teksty owe stawały się bestsellerami, zapewniając mi utrzymanie na co dzień i dobrze byłoby, gdyby także emeryturę. A co do zakończeń filmów i seriali… och, jakże chciałabym je znać! Nie musiałabym wraz z innymi czekać calusieńkich dwudziestu dwóch tygodni, by dowiedzieć się, jaki jest finał sezonu. Ale niestety, niestety, podejrzenie jakobyśmy my, blogerzy, je znali, jest chyba li i jedynie kaczką dziennikarką. A jeśli nie, to ja bardzo proszę, o przesłanie mi ich (tychże zakończeń) na maila. Wystarczająco grafomańsko?

czwartek, 24 maja 2012

Ósmy dzień z książkami


Mało znana książka, która nie jest bestsellerem, a powinna nim być

Kolejne z serii prostych pytań. Oczywiście „Milczące słowa” Jagody Wochlik. No może nie takim na miarę „Harry’ego Pottera” czy „Zmierzchu”, wystarczyłoby choć tyle, bym nie miała problemu ze znalezieniem wydawcy dla następnych książek. Nie znam bowiem pisarza, który pisałby dla siebie. Piszemy, by powiedzieć coś światu, by coś zmienić, by się podzielić czymś ważnym. Wszyscy chcemy, by to, co stworzyliśmy, zostało dostrzeżone. By postaci pokochano lub znienawidzono, by o nich dyskutowano, bo tylko wtedy żyją, nie są papierowe. Oczywiście odrobina uznania i sympatii ze strony czytelników też jest bardzo miła. W konsekwencji ma się kupę kasy, kupuje czerwone ferrari i apartament na Manhattanie albo trochę taniej, własną wyspę gdzieś na oceanie. No dobrze, koniec żartów. Książka, która powinna być bestsellerem? Przychodzi mi do głowy powieść, która nie tylko nie jest bestsellerem a bezsprzecznie zasługuje na to miano, ale na dodatek prawie nikt o niej nie słyszał. Książka, która zrobiła na mnie wielkie wrażenie – „Zwierzenia klowna” Heinricha Brolla. Cudowna. I druga moja kandydatka – Herbiorg Wassmo „Księga Diny”. Ta wspaniała norweska pisarka dawno już powinna dostać Nobla!

wtorek, 22 maja 2012

Dzień 7 z 30 dni z książkami


Dzień 7 - Książka, przez którą trudno przebrnąć

Żył kiedyś, bardzo dawno temu, pewien podróżnik, którego historię przybliżył światu niewidomy Homer. A potem imię tego samego bohatera wykorzystał pewien Irlandczyk. I odtąd miano Ulisses już zawsze będzie mi się kojarzyło z strumieniem świadomości Molly Bloom na temat tapet i remontu mieszkania. Tak, zdecydowanie „Ulisses” Jamesa Joyce’a to mój numer jeden na liście książek, przez które trudno przebrnąć. Do granic możliwości zmęczyła mnie też „Placówka” Prusa, nawet nie do końca wiem dlaczego. „Biesy” Dostojewskiego, kolejna cegła, która mnie pokonała.

niedziela, 20 maja 2012

Dzień 6 z 30 dni z książkami


Dzień 6 - Książka, przy której płaczesz

Cóż, prawda jest taka, że jestem dość oporna na wzruszenia. Nie płaczę na filmach, nie płaczę, czytając książki. Zdarzało mi się przeżywać dość silne emocje, pisząc własne powieści. Ale to też tylko kilkakrotnie i właściwie podczas pisania fragmentów, których w ogóle bym o to nie podejrzewała. Czasami emocjonuję się przy finałach sezonów ulubionych seriali (uwielbiam seriale, taka mała słabość), ale też raczej w niewielkim stopniu. O płaczu czy ekscytacji nie ma mowy (damy, a Królowe Elfów w szczególności, się nie ekscytują :D). Przypominam sobie tylko jedną lekturę, przy której zaszkliły mi się oczy (nie będą oryginalna)… „Chłopcy z Placu Broni”.

czwartek, 17 maja 2012

Dzień 5 z 30 dni z książkami


Dzień 5- Książka non-ficiton, której czytanie sprawiło Ci niekłamaną przyjemność

A to akurat proste pytanie i nie musiałam się nawet zastanawiać. Niesamowitą lekturą były pamiętniki Lucy Maud Montgomery. Bardzo żałuję, że po polsku wydano tylko dwa z czterech zeszytów. To niesamowite, jak inna osobowość wyziera z tych notatek. Na podstawie opowieści o Ani, Pat, Emilce tworzymy sobie obraz pogodnej, szczęśliwej osoby. A tymczasem tylko powieści takie były, sama natomiast Maud Montgomery borykała się z niemal permanentną depresją. Wydaje mi się, że to wielka sztuka pisać tak pogodne książki, będąc do głębi nieszczęśliwym. A może po prostu tworzyła sobie światy, w których chciałaby żyć? Zwykle właśnie tak bywa, że cudze opowieści są znacznie bardziej interesujące, niż nasza własna.

poniedziałek, 14 maja 2012

Elfy i kolejny dzień z ksiażkami

O Elfach przeczytałabym absolutnie każdą książkę. Niestety mam dość specyficzne, nie to chyba nie jest dobre słowo, wyjątkowe, lepiej brzmi, wyobrażenie tych istot, dlatego trudno mnie zadowolić. Elfy to moje ulubione fantastyczne istoty, a pisarze zdają się nie doceniać potencjału, jaki w nich kwi. Bardzo nad tym ubolewam i wciąż nie przestają szukać. "Żelazny król" i "Żelazna córka" są na bardzo dobrej drodze do zadowolenia miłośniczki Elfów, a to już coś. Oto recenzja - KLIK.




Dzień 4 - Książka, która przypomina Ci o domu
                                                                                      
Tym razem również musiałoby chyba paść nazwisko Małgorzaty Musierowicz. W „Czarnej polewce” bohaterowie przejeżdżają przez moją rodzinną miejscowość. Autorka była tak miła, że wpisała ją w fabułę specjalnie dla mnie i przysłała mi egzemplarz autorski. Poza tym o domu przypominają mi wszystkie wersje historii o Robin Hoodzie, Piotrusiu Panu i Czarnoksiężniku z krainy Oz. Mama podarowała mi te książki na Dzień Dziecka. Podobno znałam je na pamięć i gdy opuszczała jakiś fragment, byle tylko szybciej dotrzeć do końca, ja potrafiłam stwierdzić: „Ale o koszyczku nie czytałaś!” i recytowałam z pamięci. Ta akurat dziwaczna umiejętność została mi do dziś. Jeśli spodoba mi się jakiś cytat z książki, filmu lub serialu, potrafię go dość dokładnie przywołać z pamięci w dowolnym momencie. Gorzej, że nie potrafię zapamiętywać wykładów, czy treści podręczników potrzebnych do egzaminu po jednokrotnym przeczytaniu. Taka złośliwość losu. Wracając do głównego tematu. Nawet dziś, gdy patrzę na okładkę książki Tomasza Kraszewskiego, uśmiecham się i widzę bibliotekę gimnazjum w moim rodzinnym mieście. Ciekawe, czy jeszcze mają tę książkę.

czwartek, 10 maja 2012

Każdy pisarz potrzebuje inspiracji...


Dwa rodzaje ludzi zastanawiają się, jak zabić człowieka. Psychopaci i pisarze. Ja jestem tym, któremu lepiej płacą. Kim jestem? Jestem Rick Castle. Każdy pisarz potrzebuje inspiracji. Ja moją odnalazłem. Detektyw Kate Beckett. A dzięki przyjaźni z burmistrzem, mogę z nią pracować.
- Wyglądam na zabójcę?
- Zabijasz moją cierpliwość.
Wspólnie łapiemy przestępców.
- Nienawidzę tej sprawy.
- Bajer, co?

 
Istnieją trzy rodzaje historii. Takie, które sami sobie dopowiadamy – udoskonalamy, rozszerzamy, wydłużamy o rzeczy jakie, naszym zdaniem, powinny się tam znaleźć - i nie mamy z tym absolutnie żadnego kłopotu. Drugi rodzaj to historie, które rozbudowujemy, ale nigdy nie jesteśmy zadowoleni, bo okazuje się, że ostatecznie autor i tak zrobił to lepiej, tak, jak nam w ogóle do głowy by nie przyszło. I wreszcie trzecie. Historie, które chętnie byśmy zmienili na własną melodię, ale jednocześnie czujemy, że w tę opowieść nie jesteśmy w stanie wcisnąć absolutnie nic, bo jest do głębi przemyślana, dopięta na ostatni guzik i należy tylko do tego, kto ją wymyślił.
Dlaczego o tym mówię? Pamiętacie, jak wspominałam, że kocham Sherlocka Holmesa i Harry’ego Dresdena? Teraz dołączył i trzeci pan – Richard Castle, pisarz kryminałów, bohater serialu „Castle”. Kocham może nie samego bohatera, ale serial. Uważam, ze jest fenomenalnie opowiedzianą fabułą. To niemal majstersztyk. Moim zdaniem to właśnie historia typu trzeciego. Dopięta na ostatki guzik, przemyślana od fundamentów aż po strych. Tak dobra, że samemu nic nie wciśniesz. Dopowiedzieć nic nie można, ale postanowiłam się zabawić, interpretując ją. Mój tekst właściwie nie będzie recenzją. Będzie czymś pomiędzy interpretacją i felietonem, bo w „Castle’u” interesuje mnie nie tylko „co”, ale może nawet bardziej „jak”. Zresztą sami zobaczcie:
 

Richard Castle jest autorem kilkudziesięciu bestsellerowych powieści. Niestety po zamordowaniu swojego bohatera, przeżywa kryzys twórczy. Uśmiercił kurę znoszącą złote jaja i w zasadzie nie bardzo wie, co dalej, a wydawca domaga się kolejnej powieści. Wtedy okazuje się, że jakiś psychopata zabija ludzi, naśladując morderstwa opisane w jego książkach. Tak Castle poznaje detektyw Kate Beckett. Beckett od samego początku go intryguje. Postanawia uczynić z niej swoją muzę. Dzięki znajomości z burmistrzem załatwia sobie możliwość obserwowania jej przy pracy.
To było trochę o tym, „co”. Teraz „jak”. Inne osobowości, inne charaktery. Richard Castle to taki trochę dorosły chłopiec „o umiejętności skupienia uwagi na poziomie spaniela” (zdanie zapożyczone od Beckett). Jest dobrze sytuowany. Kocha podpisywać się fankom na biustach Miał dwie żony. Jego szesnastoletnia córka jest bardziej odpowiedzialna od niego. Beckett. Pani detektyw z misją. W zasadzie nie ma życia prywatnego, bo jej życie to praca. Marna płaca, kiepski samochód, przeciętne mieszkanie. I nagle w wykonywaniu ukochanej roboty zaczyna jej przeszkadzać jakiś pisarczyk. Traf chciał, że to akurat facet, którego książki Beckett naprawdę lubi. Z drugiej strony wie, że nie może mu tego powiedzieć, bo jego ego rozsadziłoby posterunek. Atmosfera panująca wokół Castle’a trochę ją onieśmiela, trochę drażni. Widać to choćby w scenie, kiedy po raz pierwszy odwiedza wielki apartament zamieszkiwany przez pisarza. Stwierdza wtedy, że czuje się jak Alfred w jaskini Batmana.
Ona to chodzące poczucie odpowiedzialności i obowiązku. Zawsze wyprzedza go o krok, pierwsza wchodzi do pomieszczenia. Dba o to, by nie zginął, tylko dlatego, że zachciało mu się przez pewien czas poudawać glinę. On odbiera jej troskę jako wyraz autorytaryzmu. Castle to taki dowcipniś, lekkoduch, Piotruś Pan. Beckett przeciwnie, do tego jest bardzo zamknięta w sobie. Castle przy którymś z pierwszych spotkań całuje ją (niemal zupełnie obcą kobietę) w policzek. Ona po dwóch lata znajomości nie jest w stanie zrobić nic więcej, jak tylko podać mu rękę. Od czasu do  czasu przyzna też, acz niechętnie, że bywa bardzo pomocny przy rozwiązywaniu spraw. Jak choćby w tym wypadku:

- Wszystko gra, Castle?
- Moja pierwsza strzelanina.
- I ostatnia zarazem.
- Nie bądź pesymistką. Chyba nieźle mi poszło.
- Tak, pewnie ocaliłeś mi życie.
- Pewnie? Z całą pewnością je ocaliłem. A wiesz, co to oznacza? Znaczy, że jesteś mi coś winna.
- Co?
- Co tylko zechcę. I wiesz dokładnie, czego chcę. Wiesz, czego chcę? Nigdy więcej... Nie nazywaj mnie "kotkiem".

To oczywiste, że między tymi dwoma osobowościami musi iskrzyć. To jeden z niewielu seriali, w których nie podaje się kawy na ławę. Niektóre rzeczy przekazuje się nie wprost, a za pomocą aluzji. Tu wszystko się liczy. Ważne są gesty, spojrzenia. To, co robi się dla drugiej osoby albo to, czego się nie robi. W tym serialu nawet puste krzesło niesie dodatkowe znaczenia. Scenarzyści „Castle'a” udowadniają, że postaci nie muszą wypowiadać słów, by mówić.     
 I wreszcie postać Nikki Heat. Bohaterki najnowszej powieści Castle’a, wzorowanej na Beckett. Postać, która jest i nie jest nią. Postać, która sprawia, że policjantką zaczynają się interesować reporterzy, filmowcy. Z jednej strony Beckett to pochlebia. Z drugiej nieco ją irytuje. Bo Nikki Heat, czy właściwie gorąca Nikki, gdyby przetłumaczyć nazwisko na język polski, jest w zasadzie kompilacją Beckett i Castle’a. 
Mnie w serialu interesuje nade wszystko jeszcze jedna kwestia. Sposób pracowania nad powieścią. Castle pisze, ma spotkania autorskie, bardzo często przeprowadza również „badania”. Jak się dowiedzieć, w jaki sposób postać mogłaby się uwolnić z więzów? Kazać się przywiązać do krzesła i samemu spróbować się uwolnić. W jaki sposób autentycznie opisać scenę obrabiania sejfów? Nająć złodzieja, by nas nauczył je otwierać. Brzmi zabawnie, ale wcale nie jest tak wesoło, gdy próbujesz wykombinować, czy możliwe jest, aby dwie osoby spięte ze sobą kajdankami, jedna za prawą, druga za lewą rękę, wdrapały się po ściance wspinaczkowej. Pisanie książki to często po prostu ciężka praca.
Wszystko tu jest dobre. Sprawy kryminalne (po raz pierwszy od bardzo dawna nie oglądam serialu na szybkim przewijaniu!), postaci pierwszoplanowe (ich charaktery konsekwentnie utrzymywane, co coraz rzadziej się zdarza), drugoplanowe (fenomenalne kreacje córki Castle’a, która jest dużo dojrzalsza niż jej ojciec oraz jego matki, mieszkającej z synem i wnuczką, bo nie może zdobyć żadnej roli, a były narzeczony uciekł ze wszystkimi jej oszczędnościami). Wreszcie humor, dowcipne docinki w rozmowach Castle’a i Beckett (moją absolutną faworytką jest scena z kamizelką kuloodporną, kiedy Beckett wkłada swoją, a Castle demonstruje własną, jak tłumaczy, wykonaną na zamówienie. Beckett odczytuje napis. Tam, gdzie powinien być wyraz „policja” jest… „- Pisarz? – Fajne, co? – Nie, niefajne!").

 
- Uważaj na te cele. Są cholernie przebiegłe.
- Mógłbyś? Próbuję się skoncentrować.
- Rany, kiedy ja się wkurzam, gniotę taką kuleczkę odstresowującą. Rozumiem, dobra? Obiecałaś dziewczynie, że odnajdziesz zabójcę jej matki. Nie trzeba być geniuszem, żeby się domyślić. Ale wpadniesz w kilka ślepych uliczek, nim wyjdziesz z labiryntu.
- Mimo, że doceniam twój ludowy aforyzm Dr. Phila, chcę tylko...
- Większym wyzwaniem by było trafić, jakby się poruszały.
- Dobra, Castle. Pokaż, jak to się robi. Działaj.To nie pojedynek, Lucky Lucku. Patrz. Przyjmij pozycję. Rozsuń nogi. Złap prawą ręką lewą dłoń.
- Za wcześnie strzeliłem.
- Zawsze możesz się do niego przytulić, Castle.
- Żarcik i uśmiech. Nieźle.
- Już lepiej.
- Przyszedłem zapytać, czy mogę wziąć zdjęcia z tej okradzionej posiadłości.
- Zdjęcia biżuterii? Po co?
- Nie wiem. To może coś znaczyć. To musiało boleć.
- Powiem ci coś. Trafisz raz w dziesiątkę i dostaniesz akta.
- Serio?
- Tak.
- Jesteś świetną mentorką.

Dwa minusy. Nie podoba mi się to, że czasami dowody wskazujące na mordercę pojawiają się w ostatniej chwili, jakby niemal przypadkiem, trochę tak, jak królik z kapelusza. I druga sprawa. Nie podoba mi się, że bohaterowie amerykańskich seriali muszą być zawsze nadzwyczajni. Niechby sobie Castle wybrał Beckett na muzę. Nie mam nic przeciwko, wybór świetny – piękna kobieta, inteligentna, dowcipna, niezależna. Ale… studia prawnicze, semestr na zagranicznej uczelni (Czechy? Słowacja? Słowenia? – nie zapamiętałam), semestr ekonomii i (oczywiście!) rekordzistka – najmłodsza kobieta, która zdała egzamin na detektywa. No proszę was, czy ona musiała być aż tak świetna, wybitna, nieprzeciętna, doskonała? Nie wystarczyło, że piękna, inteligentna, dowcipna? Widocznie nie. Cóż, może po prostu jestem zazdrosna. Ja jestem na wskroś przeciętna.
     Bardzo ostrożnie podchodzę do wszystkiego, co po bardzo krótkim czasie otrzymuje status „kultowego”. Ale wiem, że tym razem jest to tytuł zupełnie zasłużony. Bo tutaj wszystko jest na swoim miejscu. Majstersztyk i tyle. Nie ma mowy, bym nie poleciła.

  


niedziela, 6 maja 2012

Powrót do Sherlocka

Niedługo padnie 10 000 wejść. Chciałam je uczcić jeszcze jednym fragmentem "Klubu Czarownic", ale chyba sobie odpuścimy. Po wynikach statystyk widzę, że Was interesują, ale jednocześnie nie ma odzewu. Paradoks. Cóż, vox populi, vox Dei. Dziś recenzja "Domu jedwabnego" Anthony'ego Horowitza, książki, która została uznana za oficjalną kontynuację przygód detektywa - doradcy. Dla chętnych recenzja - KLIK.      

czwartek, 3 maja 2012

Demony i feminizm/ 3 z 30 dni z książkami

Dlaczego demony i feminizm? Jestem po lekturze książki Jany Oliver "Córka łowcy demonów". Nie powiem, całkiem miła powieść. Recenzja - KLIK


Dzień 3 - Książka, która cię kompletnie zaskoczyła  

Zdecydowanie najtrudniejszy z 30 jak do tej pory :). Pomyślałam: "Ale co to znaczy zaskoczyła? Zakończyła się inaczej niż sądziłam? Miała inną treść niż się spodziewałam?" Przyszedł mi z pomocą internetowy "Słownik Języka Polskiego PWN". Oto jak wyjaśnia słowo "zaskoczyć":
2. «o sytuacjach, zjawiskach: zdarzyć się lub wystąpić nieoczekiwanie dla kogoś»
3. «wprawić kogoś w zdumienie lub zakłopotanie czymś niespodziewanym»*
 
Mam odpowiedź na swoje pytanie. Zatem może to być książka z niespodziewaną treścią, kiedy tytuł sugeruje zupełnie co innego, niż w efekcie czytamy, z czymś nieoczekiwanym w środku, z nieprzewidywalnym zakończeniem. Powyższe badania pozwoliły mi wytypować dwa tytuły. Pierwszy to "Nieobecność Blanki" Antonio Munoz Moliny, malutka powieść, którą kupiłam za osiem złotych w taniej księgarni, by przeczytać na zajęcia z literatury hiszpańskiej. Na czym polegało zaskoczenie, które zgotowała mi "Blanka"? Trudno wyjaśnić. Ta książka to jedno wielkie zaskoczenie. Do dziś kombinuję, jak ją zinterpretować. I myślę, że być może wpadłam już nawet na dość dobry trop :). W każdym razie polecam lekturę. Wspaniała książka. Drugą powieścią jest "Kalamburka" Małgorzaty Musierowicz. Inna niż wszystkie wcześniejsze i późniejsze części "Jeżycjady". Powieść tak mnie zaskoczyła, że odłożyłam ją po lekturze pierwszego rozdziału. Wróciłam, po kilku latach. I już wiem, że było warto.


____________________________________
* http://sjp.pwn.pl/szukaj/zaskoczenie

wtorek, 1 maja 2012

Kwietniowe Kopytko i 2 dzień 30 dni z książkami


Czas przyznać nagrodę imienia Edgara Kopytko za kwiecień. Będzie to już drugi raz, kiedy przyznaję kwietniowe Kopytko. Pierwszy raz przyznałam je właśnie w kwietniu 2011, jeszcze na poprzednim blogu. Od tamtego czasu minął rok. A., która stworzyła statuetkę Edgara, trochę ją dla nas odnowiła. Co prawda nie zrobiła tego z okazji rocznicy nagrody, ale przy okazji i bez okazji, więc tym bardziej chwała jej za to :). Ale do rzeczy. W kwietniu przeczytałam 10 książek. Zrecenzowałam siedem z nich. Do nagrody imienia Edgara Kopytko nominowani są:

  • Melisa de la Cruz, „Zapach spalonych kwiatów”,
  • Katarzyna Berenika Miszczuk, „Ja, anielica”,
  • Alessandro D’Avenia, „Biała jak mleko, czerwona jak krew”,
  • Elizabeth Miles, „Furie”,
  • Andrew Lane, „Młody Sherlock Holmes. Zabójcza chmura”,
  • Nina Bell, “Dziedzictwo”,
  • Ursula Le Guin, “Trakt morski”.


Bezapelacyjnie zwycięża i zgarnia jubileuszowe Kopytko…

Alessandro D’Avenia za „Białą jak mleko, czerwoną jak krew”.


Jury zgodziło się, że to najpiękniejsza historia pierwszej miłości, jaką czytaliśmy od lat.


I jeszcze. Kolejny z trzydziestu dni z książkami.

Dzień 2 – Książka, którą lubisz najmniej

Zastanawiałam się nad tym bardzo poważnie. Jest wiele książek z klasyki literatury, które czytałam podczas studiów i umierałam z nudów. Ale… jakoś nie potrafię sobie przypomnieć żadnego tytułu. A to oznacza, że wcale nie były takie ważne, skoro nawet nie umiem ich sobie przypomnieć. Nie lubię „Malowanego ptakaJerzego Kosińskiego, ale nie wytypowałabym chyba tej właśnie powieści. Jeszcze bardziej od Kosińskiego nie lubię „Zbrodni i karyFiodora Dostojewskiego. Nawet jej nie skończyłam, co prawie mi się nie zdarza. Z całą pewnością nie lubię „Trylogii” Sienkiewicza. To byłyby chyba książki, które lubię najmniej. Chyba, nie jestem pewna. Widocznie trudniej mi żywić silne antypatie, niż sympatie.  A jednak, uświadomiłam sobie, że jest książka, którą zdecydowanie lubię najmniej - "Lubiewo" Michała Witkowskiego. Okropna, nie rozumiem, czym tak bardzo zachwycają się krytycy literaccy.