wtorek, 22 marca 2016

Takie tam sobie joung adoult




Choć, po namyśle, na tle innych, nasza, polska okładka nie wypada oszałamiająco
„Serafina” Rachel Hartman wpisuje się w nurt powieści „joung adoults”. Przyznam się bez bicia, że sięgnęłam po nią ze względu na przepiękną, klimatyczną, gotycką okładkę. Poza tym lubię od czasu do czasu przeczytać sobie jakąś powieść młodzieżową, od tak, żeby wiedzieć, jak (albo raczej czy) się zmieniła, od momentu, gdy ja byłam joung adoult.
Serafina jest pomocnikiem nadwornego kompozytora w Gorredzie. Jest to funkcja niezwykle ważna, zważywszy, że niebawem do królestwa ma przybyć Andmagar Comonot, smok, z którym władczyni zawarła przed czterdziestu laty pakt o nieagresji. W związku z tą decyzją, Serafina żyje w świecie, gdzie smoki, potrafiące przyjmować ludzką postać, współistnieją z ludźmi. One ich nie atakują, a w zamian mają możliwość uczyć się o sztuce, muzyce, literaturze. Bowiem smoki, jako istoty bez dusz, nie są zdolne tworzyć piękna ani też przeżywać emocji. Jak się jednak okazuje, nie jest to do końca prawda - w ludzkiej postaci niektóre z nich zaczynają odczuwać emocje. Takim smokiem była matka Serafiny. Dziewczyna jest zmuszona ukrywać fakt  bycia półsmokiem, bo związki między ludźmi i gadami są karane śmiercią.
Powieść Rachel Hartman ma kilka mocnych punktów. Po pierwsze primo – sama koncepcja przemiany smoków i związanych z tym konsekwencji. Ciekawy pomysł, nie powiem, dobrze wykorzystany. Dzięki przemianie smoków w formy humanoidalne, mogła się też pojawić krzyżówka w postaci półsmoka-półczłowieka, co także jest mocnym punktem fabularnym. Idźmy dalej. Bardzo podobały mi się opisy muzyki (w notce biograficznej o autorce można przeczytać, że tworzyła swą książkę, słuchając różnych przedziwnych gatunków muzycznych i to się wyczuwa). Dalej, mamy całkiem sprawnie poprowadzoną intrygę, dzięki której możemy poznać świat przedstawiony i zależności między poszczególnymi krajami i rasami. 
Są też minusy. Po pierwsze, pojęcia, których w trakcie powieści nikt nie wyjaśnia – „ard”, „Andmarag” (dopiero gdzieś w połowie książki zorientowałam się, że to nie imię, a funkcja). Najzabawniejsze było to, że gdy dotarłam na koniec książki, okazało się, że jest tam słowniczek z wyjaśnieniami pojęć. Brawo ja! O ile łatwiej byłoby jednak czytelnikowi, gdyby autorka objaśniła je w treści. Są też typowe kalki dla powieści z nurtu „jung audult” – Serafina musiała się oczywiście zakochać w księciu, który już był zaręczony, ect. (chyba jestem na to za adoult, za mało joung). A poza tym, niestety, mimo swych niezaprzeczalnych plusów, „Serafina” bywa momentami po prostu nudna. Makabrycznie nudna.
Nie można też w tym momencie nie wspomnieć o wydaniu. Po wydawnictwie Mag spodziewałabym się porządnie wydanej książki, a tymczasem w „Serafinie” pełno jest literówek. I to odstręczająco pełno.
Koniec końców, książka Rachel Hartman jest poprawna – dobrze napisana, ale bez fajerwerków. Przeczytać można, jednak na długo w pamięci nie zostanie.

wtorek, 15 marca 2016

Nie po drodze mi z "Drogą"



Wiele się naczytałam zachwytów nad pisarstwem Cormaca McCarthy’ego. Obejrzałam też film z Mattem Deimonem i Penelope Cruz, będący ekranizacją jego książki „Rącze konie” (pamiętam, że zrobił na mnie wielkie wrażenie, na tyle duże, by książkę kupić, do dziś czeka na to, bym ją przeczytała). Jednak aż dotąd po żadną z powieści pisarza, jednego z czterech najlepszych współczesnych amerykańskich twórców, do tej pory nie sięgnęłam.
            „Droga” jest historią mężczyzny i jego syna, którzy wędrują z północy na południe Stanów Zjednoczonych , uciekając przez zimą postapokaliptycznego świata. Powieść staje się zapisem ich walki o przetrwanie.
            Ta rzekomo najlepsza powieść McCarthy’ego ma zarówno mocne, jak i słabe strony. Do mocnych należy niewątpliwie niebanalny język, nierzadko ocierający się o metafizykę i poezję. Nie jest to normą w tego typu tekstach i niewątpliwie wyróżnia McCarthy’ego na tle wszystkich powieści zakwalifikowanych do „postapo”. 
Słabych stron natomiast jest dużo więcej. W „Drodze” padają te same pytania, które w tego typu utworach wracają jak mantra: „Czy warto żyć mimo wszystko?”, „Co znaczy być dobrym człowiekiem?”, „Co to w ogóle znaczy być człowiekiem?”, „Czy w nowym świecie granice tego, co moralne i niemoralne się przesuwają?” Postawa ojca zostaje tu skontrastowana z postępowaniem syna. Jeden jest pragmatykiem, drugi natomiast idealistą. Tyle, żadnej głębi, nad którą można by się dłużej pochylić. 
Świat przedstawiony został słabo nakreślony. Wiemy jedynie, że ziemia została zasypana popiołem. Co się tak naprawdę stało, ile czasu minęło od tamtego czasu? Tego się, niestety, nie dowiemy. Wszystko jest niedookreślone. Tak świat, jak i bohaterowie. Mężczyzna i chłopiec nie mają nawet imion. Nie dowiemy się, ile mają lat. Jedynie, co będziemy mogli wywnioskować z nielicznych wspomnień mężczyzny, to, że miał żonę, która wolała popełnić samobójstwo, niż żyć w „świecie po”.
Ostatnim gwoździem do trumny „Drogi” jest, moim zdaniem, bardzo słabe i nierzeczywiste zakończenie.
            „Droga,” ze względu na język, jest powieścią dobrą. Ale jedynie dobrą. Nie świetną, nie rewelacyjną.  Poprawnie napisaną, z przeciętną fabułą. Zbyt słabą, by mogła aspirować do bycia czymś więcej, niż przedstawicielką literatury popularnej, zbyt poetycką z kolei, aby wpasować się w nurt „postapo” i nie wyróżniać na tym tle.

środa, 2 marca 2016

W małych domkach mali ludzie o wąskich horyzontach



Gdy zaczęłam poznawać powieści Rowling dla dorosłych, rozkręciłam się na całego. Najpierw „Wołanie kukułki”, potem „Jedwabnik”, wreszcie przyszedł czas na „Trafny wybór”, chronologicznie pierwszą powieść autorki adresowaną do dorosłego czytelnika.
„Trafny wybór” to opowieść o Pagford, małym miasteczku na angielskiej prowincji. Piękny krajobraz, malutkie domki, w których mieszkają mili, zawsze uśmiechnięci ludzie. Stop, tu należy się zatrzymać. Bowiem Barry umarł. A był nie byle kim, bo jednym z radnych gminy Pagford. Teraz, gdy odszedł, wszyscy zainteresowani rzucają się, by zdobyć stołek po zmarłym, a z ludzi wychodzi to, co najgorsze.
„Trafny wybór” to powieść bardzo złożona. Rowling proponuje nam cały wachlarz bohaterów, przekrój przez wszystkie warstwy społeczne Pagford. Mamy więc mieszkającą w szemranej dzielnicy rodzinę Weedonów – nastoletnią Cristal, która czasami chodzi do szkoły, czasami nie, opiekującą się kilkuletnim braciszkiem i ich matkę, narkomankę, Teri, skoncentrowaną jedynie na zdobyciu działki. Jest ich opiekunka społeczna, Kay, która sprowadziła się do Pagford w pogoni za facetem, wbrew woli swojej nastoletniej córki. Jest znęcający się nad rodziną Simon, jego żona Ruth, pielęgniarka dająca się bić z uśmiechem na twarzy i ich dwaj synowie. Pagford zamieszkuje także doktor Parminder Jawanda, pochodząca z Indii lekarka, która nie wszystkie swoje dzieci kocha po równo. Poznany wicedyrektora szkoły i jogo małżonkę Tessę. Wszyscy ci ludzie dla świata mają zupełnie inną twarz, niż ta, którą prezentują prywatnie, w domu. Wszyscy ci ludzie są brudni – zewnętrznie lub co gorsza wewnętrznie. 

W „Trafnym wyborze” Rowling robi sobie wycieczkę po ludzkich ułomnościach – chorobach, pociągu do narkotyków czy alkoholu, przemocy domowej, dyskryminacji. Jest drobiazgowym obserwatorem zgniłego małomiasteczkowego życia i jego zakłamania. Pokazuje, że wesoła, jowialna gospodyni domowa w różowym sweterku bardzo szybko może się przeistoczyć w zimną zołzę, planującą zamordowanie męża. Czytamy jej powieść i myślimy sobie: „Rany, jakie to prawdziwe”. W książce nie zdarzy się ani jeden moment, kiedy pomyślicie, że którakolwiek ze sportretowanych sytuacji jest nieprawdziwa.
Powieść w całej krasie pokazuje kunszt pisarski Rowling, jej świetny warsztat. Mamy nie tylko mnogość bohaterów, wydarzeń i problemów, z którymi sobie poradziła, ale także zróżnicowany język postaci. 

„Trafny wybór” to powieść społecznie zaangażowana, dająca do myślenia, być może nawet próbująca coś zmienić. Nie jest to jednak książka przyjemna. Wręcz przeciwnie, to powieść, którą w każdym momencie lektury będziecie chcieli odrzucić, bo aż ocieka brudem. Ale trzeba ją poznać. Dobrze od czasu do czasu przypomnieć sobie, że w małych miasteczkach, w małych domkach mieszkają mali ludzie, o bardzo ciasnych horyzontach.