czwartek, 29 grudnia 2011

„Cóż, śmierć to cholernie traumatyczne przeżycie, nie sądzisz?”

Witajcie, przepraszam za przedłużająca się nieobecność. Recenzji do publikowania mi nie brakuje, ale po świętach dopadło mnie straszne przeziębienie i na nic nie miałam siły. Mam nadzieję, że Wy „bez szwanku” przetrwaliście święta. Dziś postanowiłam podzielić się z Wami ostatnią w tym roku recenzją – „Pomiędzy światami”- KLIK. W Sylwestra, jeśli znajdziecie czas między przygotowaniami do imprez, zapraszam na wręczenie grudniowego Kopytka oraz Kopytka dla najlepszej książki roku.

Przypominam też o wciąż trwającym konkursie na książkę z autografem. Szczegóły tutaj.  

Jest też pewien poważny powód do radości. W sieci od jakiegoś czasu krąży trailer "Hobbita". Galadriela to, jak mawiał Pumba od Timona, jedna z moich najulubieńszych postaci literackich (w końcu Królowa Elfów). Kate Blanchet w roli Pani Złotego Lasu była fenomenalna. Cieszę się, że będę miała możliwość ponownie ujrzeć ją w tej roli. Minęło dziesięć lat(!), a ona nic się nie zmieniła. A Wy, widzieliście już, zwiastun "Hobbita"? Co sądzicie?  


piątek, 23 grudnia 2011

„Nie powiem źle o nikim, a będę mówił wszystko dobre, co wiem o każdym.”

Święta, święta. To magiczny czas, gdy nagle zaczyna nam się podobać to, co kiczowate (i czego przez pozostałą część roku byśmy nie zaakceptowali). Wzięcie ma wszystko, co: świecące, srebrne, złote, fioletowe, zielone, czerwone. Kupujemy prezenty. Często niezwykle… nietrafione. Ubieramy choinkę, przygotowujemy wigilię. Nierzadko mamy problem, z którą rodziną ją spędzimy. Problem urasta do rozmiaru małej tragedii (względnie kontrolowanego chaosu), a mimo iż w rozwiązanie angażujemy logikę, strategię, matematykę, odkrywamy, zgrzytając zębami, że właściwie nie ma dobrego. Innym razem zastanawiamy się, czy ciocia/wujek/babcia nie zapyta, jak co roku: „Kiedy… (w miejsce kropek wstawiamy odpowiedni rzeczownik, np. chłopak, dziewczyna, dziecko, ślub) lub też powie nam, że dobrze wyglądamy, co w jego/jej przypadku oznacza: „Ale przytyłaś”. Często zastanawiamy się z kim w tym roku pokłócimy się podczas przygotowań. Niektórzy z nas nie są przecież Borejkami i z Rodziną wychodzą dobrze tylko na zdjęciach lub też swoich Krewnych naprawdę bardzo kochają, ale niekoniecznie lubią. Części z nas podczas przygotowań w ogóle nie przyjdzie do głowy, dlaczego myjemy okna, sprzątamy, pieczemy karpia i na potęgę wycinamy w grudniu choinki. Zapewne są tacy, którzy z radością czekają na Wigilię, przekonani, że ponad dwa tysiące lat temu naprawdę urodził się Bóg. Inni nie wierzą, a mimo to dostosowują się do pozostałych, bo tradycja wymaga żeby praktykować pewne zachowania. Jeszcze inni nie myślą, po prostu to robią. Kolorowe, kiczowate światełka i anielskie włosie mają przecież w sobie coś słodkiego.
Trochę nawet lubię ten świąteczny kicz. Trochę. Mimo, że za samymi Świętami nie przepadam. I nie wierzę w Świętego Mikołaja. Dawno już (och, jak dawno!) przestał przynosić to, o co proszę. Nie mam złudzeń. Wiem, ze kolacja wigilijna może być katastrofą, że ktoś ją musi przygotować, a po pozmywać. Wiem, że w czasie Świąt jesteśmy dla siebie mili, by gdy atmosfera ostygnie, znów wrócić do rzeczywistości i naszych normalnych zachowań. Bo tylko kilka dni w roku skłonni jesteśmy tolerować „Last Christmas”.  Święta to… tylko święta. Jeszcze nie znalazłam w sobie tyle odwagi, by nie ubierać choinki. Owszem, jest w nich magia. Ale to taka magia, jak w przypadku zdmuchiwania świeczek na torcie urodzinowym. Wszyscy to robią, ale kto naprawdę wierzy, że… stanie się już? W każdym razie byłam dobra w tym roku. Słyszysz, Święty Mikołaju? Nawet jeśli Cię nie ma, jeśli nie istniejesz, nie zwalnia Cię to z umowy, Ty Czerwony Wytworze Firmy Coca Cola. Słyszysz? Byłam dobra. I jest tylko jedna rzecz, której chcę w tym roku. Jak co roku.

A Wam, moi Drodzy, bez względu na to, co myślicie o Świętach i jak je spędzacie, bez względu na to, kim jesteście, życzę, by spełniły się wszystkie Wasze życzenia i marzenia. Życzę wszystkiego, co najlepsze, najmilsze, najpiękniejsze, najwartościowsze i najprawdziwsze. Oby od następnego roku wszyscy zachowywali wobec Was cudowną zasadę Beniamina Franklina: „Nie powiem źle o nikim, a będę mówił wszystko dobre, co wiem o każdym.” Bo, czy w to wierzycie, czy nie, naprawdę dobrze Wam życzę. A ja? Też mam swoje życzenie dla siebie samej. Takie, które pewnie się nie spełni. Takie, które zachowam w tajemnicy, bo inaczej się nie spełni. A w przyszłym roku? Będę robiła to, co robiłam do tej pory – będę mówiła „do wszystkich/ którzy mnie nie czytają/ nie słuchają nie znają/ nie potrzebują/ Oni mnie nie potrzebują/ ale ja ich potrzebuję.”    

środa, 21 grudnia 2011

Nie wszstko złoto, co się świeci

Biorąc się za lekturę "Magii krwi", spodziewałam się czegoś innego. Skusiła mnie okładka. Okazało się, że treść już taka czarowna nie jest. Dla zainteresowanych link do recenzji - KLIK.

poniedziałek, 19 grudnia 2011

I co z tym kotem?


„Klucze do nowej tajemnicy. Tak zatytułuję swoją powieść, jeśli kiedyś zdecyduję się ją napisać. Może nawet nie byłby to taki zły pomysł. Mógłbym sobie na przykład zaplanować, że wszystko zawsze dobrze się skończy i wpuszczać swoich bohaterów w sytuacje bez wyjścia, uzbrajając ich w nieprzeciętną inteligencję, a gdyby zaszła potrzeba, w nadludzkie umiejętności. Zarobiłbym tysiące funtów i nie musiałbym się martwić o jutro, o kolejne zlecenia, o przyszłość Chucka.”[1] Gdyby ktoś zaproponował teraz zupełnie kontrastujący cytat, trafiłby w sedno. „Kot Syjonu” Jerzego A. Wlazło to kryminał opowiadający o zwyczajnych ludziach, trochę dobrych, trochę złych, a wydarzenia są tak dziwne, że aż warte uwagi.
            Bohaterem „Kota Syjonu” jest detektyw Konrad Bialas. Bialas nie jest najlepszym prywatnym detektywem - zleceń ma mało, długów dużo, ostro popija, pali jak smok, mieszka w parszywej dzielnicy, a na dodatek ciągnie się za nim brzydka przeszłość. Mimo to (a może właśnie dlatego) kontaktuje się z nim tajemnicza hrabina Chattearstone i zleca mu znalezienie jej kota. Nie zaginionego ulubionego futrzaka, lecz kota, którego jeszcze nie było. Kota wyjątkowego, właśnie dla niej, pasującego do jej osobowości.
            Początkowo zlecenie śmieszy Bialasa. Co tu kryć, śmieszy też czytelnika. Ale z każdą stroną historia zaczyna zataczać coraz szersze kręgi. Detektyw przyjmuje kolejne, zdawałoby się niepowiązane ze sobą, sprawy. Na prośbę chińskiego małżeństwa próbuje odnaleźć pewnego ogrodnika, innym razem zahacza o ciekawy wątek architekta powiązanego z Zakonem Syjonu i legendą o templariuszach, jeszcze innym ładuje się w aferę dotyczącą domu starców lub próbuje pomóc ośmioletniemu chłopcu, którego ojciec jest kryminalistą. I wydawałoby się, że to wszystko nie ma nic wspólnego z kotem pani hrabiny. A jednak, wszystko wciąż kręci się wokół kota.
            Wielki plus „Kota Syjonu” polega na tym, że nie wiemy, czy jesteśmy „wkręcani”, a autor ponad tekstem dyskretnie puszcza do nas oko, czy też bawi się, nie z nami, lecz nami, traktując całą historię zupełnie na serio. Powieść Jerzego A. Wlazło igra schematem kina gangsterskiego lat czterdziestych i pięćdziesiątych. Bawi się gatunkiem noir. Nasz detektyw jest postacią niejednoznaczną, hrabina, typowa femme farale, to pojawia się to znika, a gdy już się pojawia to w sytuacjach tak groteskowych, iż trudno w nie uwierzyć. Jest i dziewczyna, którą wyraźnie coś łączy z głównym bohaterem. Jest walka z przeznaczeniem, z którym jak się ostatecznie okaże, wygrać nigdy nie można.
            Powieść pacha do przodu także świetny język – sarkastyczny, dowcipny, ironiczny. Spostrzeżenia czynione przez Bialasa w toku śledztwa (śledztw?) oraz niezwykła metaforyka, którą stosuje, bywają tak zabawne, że momentami należy uważać, na czym się siedzi, by podczas spadania nie było zbyt daleko do ziemi. Przykładowo: „-Idziesz? A co niby miałem robić. Stać tam i świecić, jak zapomniana latarnia morska na środku pustyni? Pewnie, że idę.” (str. 28) lub „Miałem kilka spraw do załatwienia, zanim zostanę na przykład zabity. Bardzo zły przykład. (…) i pojechałem do domu, zobaczyć, co słychać u bardzo samotnej butelki. Było nas już troje: butelka, pies i ja. I tylko pies gdzieś zaginął”(str. 30) albo  „moja dniówka leżała spokojnie na dnie morza i czekała na kolejny sztorm.” (str. 70).  
            Mam nadzieję, że prywatnemu detektywowi, Konradowi Bialasowi przyjdzie prowadzić jeszcze niejedną nietypową sprawę. Przyznam szczerze, że bardzo na to liczę.  A lekturę „Kota Syjonu” serdecznie polecam miłośnikom kryminałów i dobrego humoru. 

 
Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu



[1] Jerzy A. Wlazło, „Kot Syjonu”, Wydawnictwo Bullet Books, Warszawa 2011, s. 242.

piątek, 16 grudnia 2011

Inrueri dostaje i rozdaje prezenty(konkurs)


Moje kwiatowe Dwie Wieże. Tylko zdjęcia w kiepskiej jakości, bo bateria w aparacie była na wyczerpaniu :/. Na jednym z kwiatków widać rybkę w kapeluszu. Jest to rybka na czas wolny, rybka relaksacyjna, przypominająca o wakacjach, w myśl zasady – „rybka lubi pływać, dopóki jest żywa” (Dori jest genialna!). Dostałam ją kiedyś, dawno, dawno temu i tak sobie jest, czasem nawet spojrzenie na nią poprawia mi humor. W tle za storczykami fragment mojego ukochanego plakatu filmowego (ach, ten Redford!). Po 10 latach od premiery filmu, wyszperała go dla mnie w konińskim kinie dawna Przyjaciółka. Dzisiaj dwa stosiki. Pierwszy to stos recenzyjny. Od dołu:
 


1. William R. Forstchen, „Sekundę za późno” – od wydawnictwa Bullet Books,
2. Jerzy A. Wlazło, „Kot Syjonu” – j.w. (właśnie czytam),
3. Maggie Steifvater, „Niepokój” – od „Qfantu” (recenzja TUTAJ),
4. Jessica Warman, „Pomiędzy światami” – od „Qfantu” (recenzja napisana, jeszcze nie opublikowana)
5. Anthony Husso, „Magia krwi” – od „Qfantu” (recenzja napisana, jeszcze niepublikowana, przykład na to jak w pięknej okładce mieści się… treść)

Drugi stos, mniej okazały, ale bliższy sercu jest stosem „prywatnym”. Wraz z końcem listopada zaczęły przychodzić prezenty. Pierwszy, zupełnie niespodziewany, nadszedł od Sarabi. Byłam pewna, że zapomniała mnie już dawno, a tymczasem ona przysłała mi przemiły list i pozycję numer 1 w stosiku – S. King „Jak pisać. Poradnik rzemieślnika”. Cudowna, przemiła niespodzianka. Dziękuję serdecznie. Druga przesyłka nadeszła kilka dni temu, od mojej kochanej Margerytki. Przysłała mi „Bezduszną”, która jej się nie spodobała i postanowiła mi ją dobrowolnie oddać (czyli „Protektorat Parasola” może się nie podobać, no zobaczymy, zobaczymy) i prezent gwiazdkowy w postaci powieści „Jeden dzień”. Ach, mam już teraz swoją i nikomu nie oddam! (oglądałam ostatnio krótki program o kręceniu filmu „Jeden dzień”, rozmawiano z odtwórcami głównych ról i… nikt z nich nie czytał książki. Ładnie to tak?)


I na koniec ostatnie zdjęcie. O stos moich prezentów jest oparty prezent dla kogoś z Was. Porcelanowy Aniołek wdzięcznie się wygina, by zaprezentować moją debiutancką powieść. Mam ochotę rozstać się z jednym z egzemplarzy autorskich na rzecz kogoś z Was. Na życzenie dedykacja lub autograf (ostrzegam, brzydko piszę!). Zgłoszenia przyjmuję do północy 31 grudnia. 1 stycznia wyłonię zwycięzcę, a nagrodę wyślę natychmiast, gdy otrzymam egzemplarze autorskie. 

środa, 14 grudnia 2011

Kocham pana, panie Dresden, czyli Intueri zupełnie poważnie o miłości niepoważnej


Jakiś czas temu przyjaciółka poleciła mi, bym obejrzała serial „Akta Dresdena”. Wzięłam poprawkę na to, że raczej mamy dość odmienne gusta (i sposoby na życie) podzieliłam jej zachwyt przez dwa i dałam sobie spokój. Nie spokój permanentny, jak na „świętego Nigdy”, ale spokój przejściowy, przynajmniej na jakiś czas. Potem przez zupełny przypadek („Aż się zdziwiłam, że nikt sobie tego nie zażyczył, mówiłaś, że nie masz co czytać, chcesz?” „A o czym?” – kota w worku brać? „ Już ci czytam… Harry Dresden…” „Czekaj, ten od akt Dresdena?” „A bo ja wiem?” „Tak, chcę”) dano mi książkę do zrecenzowania. I tak zaczęła się moja przygoda z panem Dresdenem.
            Książka mi się podobała. Nie jest wybitna, ale reprezentuje dokładnie ten typ humoru (ach, ta ironia, ten cięty dowcip), który kocham i który jest mi najbliższy. Powieść zachwiała moim postanowieniem „nie oglądać Dresdena” na tyle mocno, że zdecydowałam się zapoznać z serialem. I wpadłam. Po same uszy. Jest w Harry’m Dresdenie coś, co sprawia, że gdybym dziś spotkała takiego mężczyznę, jutro mogłabym wychodzić za mąż. Przyznam szczerze, mnie samą to dziwi, wolę raczej typ „miły chłopak z sąsiedztwa”. Taki Janek, Mikołaj, Jimmy Olsen. A tu nagle Harry Dresden. Jest jednak w nim coś… te podawane kobietom chusteczki, przepuszczanie w drzwiach, staroświecka szarmanckość, bezinteresownie, a czasami nawet samobójczo niesiona  pomoc („-Dlaczego pan to robi? -Bo tylko ja mogę”).[1] Bezinteresownie, a więc w większości przypadków, za darmo, co sprawia, że Dresden cały czas boryka się z kłopotami finansowymi, czy raczej, nazywając rzeczy po imieniu, wiecznie jest pod kreską. Dobry człowiek, po prostu. No i ten dowcip: „Czyli wiedźmy, wilkołaki, trole, wampiry istnieją? – Po kolei. Tak, tak, głupie, ale tak, niestety tak.”[2] I jak tu się nie zakochać?
A sam serial? Bardzo w stylu Harry’ego Dresdena. Z wygłaszanymi z offu komentarzami maga, perfekcyjnie (moim zdaniem) dobranym głównym bohaterem, dziwnymi „popaprańcami” przychodzącymi do niego po pomoc (pełen serwis, dla każdego coś miłego – wampiry, wilkołaki, złodzieje skór, plemię kruków, handlarze narkotyków z domieszką czarów, demony, w tym zakochane(!) demony). I wreszcie magia, bardzo Butcherowska, mająca swoje zasady, prawa, konsekwencje, nie biorąca się z niczego i przepysznie oryginalna. Epizod z wilkołaczycą (istnieje określenie na żeńską wersję wilkołaka?), nieco może kiczowaty, ale mój ulubiony, mistrzowski. Kapelusze z głów. Jedyne, czego nie jestem w stanie rozgryźć, to relacje Harry’ego z Murphy. Początkowo wydawało mi się, że Murphy ma Dresdena za maga-naciągacza, niby prosiła go o konsultacje w sprawach morderstw, ale nie wierzyła w nadnaturalne rozwiązania. Potem pani policjant przytrafia się bliskie spotkanie z duchem, zaczyna odczuwać, że wokół Dresdena dzieją się rzeczy co najmniej dziwne. Ale czy Murphy przedefiniowała znaczenie słowa „niemożliwe” w swoim umyśle? Tego nie wiem, a przyznam, że wielce mnie tak kwestia interesuje. Bo właśnie to jedno słowo – „niemożliwe” – jest głównym problemem większości moich bohaterów – Zuzanna, Elizjon, Niezwykli, Allison, Anita, długo mogłabym wymieniać. Wiem, że ludzie są różni. Ich reakcje bywają skrajnie odmienne. Jednym redefinicja przychodzi zadziwiająco łatwo, inni widzą, ale nie wierzą. A przecież są na niebie i ziemi rzeczy, o których nie śniło się filozofom. A Marphy? Nie umiem jej rozgryźć. Nie wiem, jak się określa wobec „niemożliwego”.  

Opowiedziałam o wszystkim przyjaciółce, myśląc, że ucieszy się z faktu, że od czasu do czasu jednak podobają nam się te same rzeczy. Popatrzyła na mnie, pokiwała z niedowierzaniem głową i stwierdziła: „Naprawdę? Ale on jest takim trochę menelem i niechlujem, nie uważasz? Ja wolę nieco inny typ…”. Ba, coś mi się na ten temat kołacze po głowie. W myślach dołożyła sobie jeszcze coś w stylu: „A ty pedantką, wszystko wkurzająco pod linijkę, nie do wytrzymania”. Tak sobie pewnie właśnie pomyślała, jestem tego niemal pewna. Wiem, nie, błąd, nie mogę wiedzieć, ale przypuszczam, że za taką mnie uważają. Cóż, uwaga o menelstwie Harry’ego Dresdena zakończyła naszą nawet nierozpoczętą dyskusję.       
              Wniosek końcowy, może nie wart już pisania: nieoczekiwanie, a nieodwracalnie zakochałam się w Harry’m Dresdenie. Choć równie daleko mu do Jimmy’ego Olsena, co do Henry’ego Gota. A może właśnie dlatego? 


[1] Akta Dresdena, 1x05.
[2] Akta Dresdena, 1x01

poniedziałek, 12 grudnia 2011

Czas niepokoju


Po wampirach (tradycyjnie?) przyszedł czas na wilkołaki. Po kliknięciu na link przeniesiecie się na stronę „Qfantu”, gdzie ostatnio ukazała się recenzja „Niepokoju” mojego autorstwa – KLIK. Powiem tylko, że trylogia o wilkołakach z Mercy Falls wyjątkowo mi się spodobała i niecierpliwie czekam na ostatnią część, by dowiedzieć się, jak będzie zakończenie tej historii.

czwartek, 8 grudnia 2011

Kiedy zmierzcha tuż przed świtem

Postanowiłam trochę zmienić szatę graficzną. A co ma być nudno i monotonnie. Generalnie nie jestem zwolenniczką wieszania lampek i bombek pierwszego listopada. Uważam, że wtedy zbyt łatwo opatrzyć się ze wszystkim i zapomnieć o tym, o co naprawdę chodzi… tym, którzy wierzą i tym, którzy nie. Bo wbrew pozorom jednym i drugim jednak powinno o coś chodzić. Ale gdybym zaserwowała Wam i sobie szablon około świąteczny 23 grudnia byłoby to tak jakoś krótko, powierzchownie… sama nie wiem. Może blogosfera rządzi się innymi prawami? Pomyślałam, że może po mikołajkach będzie już dobry czas na taką zmianę. Zatem nowy szablon. Tego typu latarnie zawsze kojarzyły mi się z Narnią. A ja kocham Narnię.   


Mamy z D. pewną tradycję. Zawsze w okolicach jej i moich urodzin chodzimy do kina. W zasadzie spotykamy się tylko dwa razy w roku. Urodziny D. przypadają w listopadzie. Uzgodniłyśmy, że idziemy na „Przed świtem”. Przeczekałyśmy, aż w pierwszym tygodniu wyświetlania filmu „przewali się” przez kino cały tabun nastolatek (mniej lub bardziej… hmm… no właśnie dopowiedzcie sobie co) i zamówiłyśmy bilety. Nie ma to jak się pośmiać wieczorną porą. I wiecie co? Pełne zaskoczenie…
Mam wrażenie, że tworząc „Przed świtem” epika przypomniała sobie, że pani Mayer miała na celu napisać horror. Oglądałam, oglądałam i zrozumiałam, dlaczego początkowo planowano dać filmowi kategorię „od 18 lat”. Fabuły nie ma co opisywać, wszyscy znają, nawet, ci którzy nie czytali (to swoją drogą zadziwiające!). W skrócie - Bella wychodzi za Edzia za mąż, miesiąc miodowy spędzają na wyspie Esme, noc poślubna ze sceną łamania łóżka, ciąża, poród, wpojenie Jacoba i przemiana Belli. Tyle w części pierwszej, nie ostatniej. Z tym, że w wydaniu twórców „Przed świtem” wyglądało to nieco inaczej – otóż (odtąd, lojalnie ostrzegam, zaczynają się same spojlery) ślub państwa Cullen tonie we krwi, dosłownie, Bella i Edward stoją na stosie trupów, ręce, nogi, ciała dookoła, a biała sukienka ciężka od krwi. Noc poślubna była – jeden raz, drugi i tak przez dwadzieścia minut z przerwami na grę w szachy (nawiązanie do okładki powieści tak subtelne, że widownia zamiast „zajarzyć” pękała ze śmiechu, a może pękała, mimo iż „zajarzyła”, tego już nie jestem w stanie stwierdzić). Łamanie łóżka i pierze dookoła owszem było, a jakże. Idźmy dalej – Bella zachodzi w ciążę. ( Gdzieś w połowie filmu doskonale słyszalny komentarz z sali: „Bosh, nieeeech się zacznie w końcu coś dziać”. Ja już też powoli osuwam się na foteliku, „Nic dodać, nic ująć”, myślę sobie, słysząc to stwierdzenie.) 

Bella ma w brzuchu to „coś”. I tu sobie twórcy konwencji brzydoty i horroru nie poskąpili, pokazują Bellę brzydką, wyniszczoną, chudą, jakby ją właśnie wypuścili z jakiegoś obozu pracy przymusowej. Poród… tak, dużo krwi i Edward wgryzający się w macicę Belli. Znów krew i oto mamy na świecie Renesme. Edward z trupem Belli w ramionach. Edward z zawołaniem na ustach „Nic się nie martw, wyjdziesz z tego!” Oj tak, bez komentarza. Ugryzienie i tu, i tam. Dochodzimy do końca. A właściwie nie dochodzimy, a już się turlamy, czołgamy, już dosłownie wszyscy nie możemy… również sami za siebie, frustracja zbiorowa. Ciało Belli zaczyna się odnawiać. Otwiera czerwone oczy. Napisy, a potem jeszcze scena z Volturi. Tak, tak, nie wychodźcie, po napisach jeszcze coś jest!
Zatem w „Przed świtem” konwencja się nieco zmienia. Jest mroczniej, „straszniej”,  bardziej obrzydliwie, jest krew i „prawdziwy” wampiryzm. Ale jest też to, co nigdy się nie zmienia –  Bella „ Mina Cierpiętnica” i Edward „Jestem drewno”, z tą różnicą, że w tej części oboje już nazywają się Cullen.
Gdyby mnie ktoś pytał – „Saga Zmierzch: Przed świtem” to połączenie „Obcego 3” z „Love story” tylko, że tym razem naprawdę z przewagą pierwszego z wymienionych elementów. Ale pośmiać można się nadal. I to zwłaszcza w tych momentach, które w zamierzeniach twórców miały być wzruszające lub poruszające (czytaj: wzbudzające napięcie). Generalnie, obejrzeć można, na własne ryzyko.          

poniedziałek, 5 grudnia 2011

Narzędzie zbrodni: śmiech, wyrok: dożywocie

Od jakiegoś czasu wszyscy zachwalają książkę Marty Kisiel, "Dożywocie". Cóż, skoro wszyscy się zachwycają, pragnę zachwycać się i ja, pomyślałam i poprosiłam Redakcję o egzemplarz powieści. Wszyscy mają... mam i ja. A oto, jaki był efekt lektury - KLIK

piątek, 2 grudnia 2011

Listopadowe Kopytko


Listopad, zdominowany przez Henryka Gota i moje użeranie się z tym niewdzięcznikiem, dobiegł końca. Przeczytałam pięć powieści, wszystkie zrecenzowałam, ale tylko cztery z pięciu tekstów udało mi się opublikować (wszystko to Twoja wina, Got!). Zatem w listopadzie do Nagrody imienia Edgara Kopytko nominowani zostali:

·        Jim Butcher, „Akta Harry’egp Dresdena: Front burzowy”,
·        Michael J. Sullivan, “Królewska krew. Wieża elfów”,
·        Josh Mc Dowell, “Świadek”,
·        Carolyn Jess-Cooke, “Zawsze przy mnie stój”.

I choć cała moja natura buntuje się przeciwko wyborowi, którego muszę dokonać, bo szczerze i nieodwracalnie pokochałam Harry’ego Dresdena, ogłaszam, iż zdobywcą listopadowego Kopytka jest:

Carollyn Jess-Cooke za powieść „Zawsze przy mnie stój”.