środa, 24 sierpnia 2016

Nimfetka i profesor



„Lolita” to jedna z tych powieści, o których nawet, jeśli się ich nie czytało, słyszało się i ma się zdanie. Są tacy, którzy nie czytali, ale wiedzą, że to arcydzieło. Inni wiedzą na pewno, że nie ma co poświęcać czasu na powieść o zboczeńcu i nastolatce. Pamiętam, jak na koniec pewnych zajęć na polonistyce, dawno, dawno temu w odległej galaktyce, profesor odczytał nam fragment „Lolity” z zachwytem. Musiało minąć kilka lat, zanim od „muszę przeczytać” (czego nie zrobiłam) przeszłam do „naprawdę chcę przeczytać”. I co, jaka jest moja prawda o „Lolicie”?
Humbert Humbert jest profesorem literatury ze skłonnościami do obmacywania małych dziewczynek. Pewnego dnia wprowadza się do wdowy, która ma jedenastoletnią córkę, Lolitę. Rozpoczyna się obsesja Humberta na punkcie dziewczynki i tego, jak się do niej dobrać.
Mam pewien kłopot z „Lolitą”. To oczywiste, że Humbert Humbert jest obrzydliwy i doskonale o tym wiemy. Tak, on, jak czytelnik. To pedofil, który jednocześnie zdaje sobie sprawę, że jest mięczakiem. Naturalną reakcją u każdego, absolutnie każdego człowieka z niewypaczoną moralnością, powinno być – potępiany zboczeńca, żałujemy dziewczynki. W końcu Lou jest przecież dzieckiem. Właśnie straciła matkę. Jest zagubiona, zrozpaczona, samotna i przestraszona. Tymczasem Nabokov konstruuje tę postać tak, że i ona jest obrzydliwa. Człowiek chce jej żałować, a jednocześnie myśli sobie, że Lou trochę sama jest sobie winna. Zanim dochodzi do zbliżenia między nią i ojczulkiem Humem, dziewczyna ma już za sobą inicjację seksualną z kolegą z obozu. Lou doskonale zdaje sobie sprawę ze swojej władzy nad profesorem i ją wykorzystuje. Ze swoim rynsztokowym językiem i wyrachowaniem jest równie ohydna, co Hum. To nie jest grzeczna, miła dziewczynka, która została skrzywdzona. W pewnym sensie są z Humem siebie warci.
Cokolwiek jednak myślę o bohaterach (mówcie, co chcecie, oboje są odpychający, dziewczyna też!), nie można odmówić „Lolicie” artyzmu. Po pierwsze doskonale się czyta. To świetnie napisana, wciągająca historia. Człowiek całkowicie zapomina, że obcuje z „arcydziełem”, z historią literatury, z kanonem. Zapomina i cieszy się lekturą, co rzadko można powiedzieć o dziełach uznanych już za klasyczne. Z drugiej jednak strony, jeśli dysponuje się odpowiednią wiedzą, ilość kontekstów, które można wyczytać z „Lolity” wręcz zapiera dech w piersi. Freud, baśnie, odwołania do innych twórców literackich i powieści, choćby do Sherlocka Holmesa. To jedna z tych powieści, w której przeglądamy się, jak w zwierciadle. Jeśli stanie przed nim osioł, nie należy się spodziewać, że ukaże się apostoł. Jednak w tym względzie z pomocą przyjdzie nam tłumacz. Należy z uznaniem pochylić się nad jego mrówczą pracą i poczynionymi przypisami do powieści. Dociekliwi odnajdą tam powieść w powieści. W „Lolicie” objawia się cały kunszt Nabokova-pisarza-uczestnika kultury.
Nienależnie od tego, czy czytaliście „Lolitę”, czy nie, wiem, że macie na jej temat swoje zdanie (no dobra, nie kłamcie, wiem, że macie!). Kieruję więc swój apel do tych, którzy, jak ja, do tej pory uprawiali w stosunku do „Lolity” rozmawianie o książce, której się nie czytało. Odłóżcie na bok całą tę otoczkę „powieść o zboku i nimfetce, której nikt nie chciał wydać i wreszcie zrobiło to wydawnictwo od erotyków”, przeczytajcie „Lolitę” i wyróbcie sobie zdanie. Prawdziwe zdanie. Czy Wam się spodoba, czy nie, wierzcie mi, to będzie przygoda!

piątek, 19 sierpnia 2016

Przez króliczą norę do Ameryki lat sześćdziesiątych



Nie jestem miłośniczką książek, których bohaterowie są autentycznymi postaciami. Posługiwanie się cudzymi życiorysami wydaje mi się niewłaściwe (z tego względu nie przepadam za pisarstwem Marii Nurowskiej, która ten zabieg stosuje regularnie). Dlatego, biorąc pod uwagę moje opory, podchodziłam do „Dallas ‘63” nieco jak pies do jeża. Zresztą, zanim nie przeczytałam „Carrie”, cały King był dla mnie tylko „tym tamtym od horrorów”. Ale potem nadeszła „Carrie” i efekt wow. I co, czy „Dallas” powtórzyło sukces teoretycznie debiutanckiej powieści Kinga?
Jake Epping jest czterdziestoletnim nauczycielem angielskiego. Jego małżeństwo właśnie się rozpadło. Jest, jak to się mówi, na rozdrożu. Właśnie wtedy jego przyjaciel mówi mu, że przez jego restaurację można przejść do przeszłości. Ponieważ zachorował na raka, proponuje Jake’owi, by przejął jego misję – ma przenieść się do przeszłości i zapobiec zamachowi na Kenedy’ego. Zdaniem Ala nie będzie miała wtedy miejsca wojna w Wietnamie, zamach na Martina Luthera Kinga, Ameryka uniknie jedenastego września. Jake zgadza się i wyrusza w podróż do przeszłości, by powstrzymać Lee Oswalda przed zabiciem prezydenta.
W posłowiu do swojej książki King wspomina, że przeczytał stos książek na temat zamachu. Dogłębne zbadanie tematu wyczuwa się podczas lektury. „Dallas ’63” jest autentyczne. Ludzie są prawdziwi i żywi. W tym i problem, i zaleta. Bo przecież ludzie, o których czytamy – Lee i Marina Oswaldowie, prezydent Kennedy i jego żona, agent FBI odpowiedzialny za śledzenie Oswalda nie są papierowe postaci. Nie tylko. Z jednej strony już nie żyją i powieść ich nie zaboli, z drugiej bawienie się autentycznymi osobami, jak już wspomniałam, wydaje mi się naganne.
„Dallas ‘63” to przede wszystkim historyczna pocztówka z Ameryki lat sześćdziesiątych. King niezwykle przyłożył się do tła obyczajowego – nierówność rasowa, powiedzonka, różnica cen między stanem ówczesnym, a dzisiejszym. Sporo się można dowiedzieć.
Nie można powiedzieć, by ta dokładność stanowiła wadę. Z drugiej strony prawdziwy temat tej powieści – powstrzymanie zamachu i związane z tym poczynania Jake’a Eppinga aka Gorge’a Ambersona - rozmywają się gdzieś w opisach uczenia w szkole, wystawiania przedstawień oraz misjach ratowania Harry’ego Dunninga i Carolin Poulin. To sprawia, że książka Kinga rozrasta się do niemal tysiąca stron. Myślę, że gdyby nieco ją odchudzić, bardzo by się to „Dallas” przysłużyło, zwłaszcza, że kluczowe dla niego ratowanie prezydenta to tak naprawdę jedna czwarta całości.
Tutaj pozwolę sobie poczynić uwagę na marginesie dla kolegów i koleżanek z branży. Przeczytajcie choćby dla postaci dwóch bibliotekarek – pani Mimi (cudowna!) i Sadie Dunhill oraz dla rozmowy Jake’a z panną Mimi na temat kontrowersyjnego wtedy „Buszującego w zbożu”. Bo przecież ta powieść nigdy nie miała znaleźć się w bibliotekach. A dziś? No cóż, wiemy już, że dyrektor się mylił i „Buszujący” nie tylko jest w bibliotekach, ale został wpisany na listę lektur.
Warto wspomnieć również o serialu, który powstał na podstawie powieści. Składa się z ośmiu odcinków. W rolę Jake’a Eppinga wcielił się doskonały James Franco. W zasadzie prawie nic nie można temu serialowi zarzucić. Wyczuwa się w nim klimat lat sześćdziesiątych z ich modą, muzyką, rasizmem i wszechobecnym dymem papierosowym. Jest też typowa dla Kinga nuta tajemnicy. To niesamowite pomieszanie rzeczywistości z niesamowitym, które sprawia, że człowiek nie wie, co myśleć i gdzieś tam, pod skórą, przeszywa go dreszcz, bo czeka na nieuniknioną klęskę albo atak sił nieczystych. Jednak „prawie” jest tu kluczowym słowem. Jak wiemy z reklamy piwa, prawie robi wielką różnicę. Powieść Kinga jest tak dobra, że praktycznie dałaby się przenieść na ekran jeden do jeden (zważywszy na ilość odcinków niemal bez pomijania wątków), a tymczasem twórcy serwują nam jakieś badziewne udziwnienia. Choćby postać pomocnika Jake’a czy spotkanie bohatera z ojcem Harry’ego. Jest to tym bardziej dziwne, że zarówno King jak i Franco byli producentami serialu. Naprawdę, naprawdę szkoda.   
Polecam Waszej uwadze „Dallas ‘63”. King to geniusz literatury popularnej. Tytuł mistrza, w jego wypadku, jest całkowicie zasłużony.

czwartek, 11 sierpnia 2016

Prawie stworzeni dla siebie



Poznają się, zakochują w sobie, zaręczają. Zaczynają myśleć o ślubie, ale zawsze coś staje na przeszkodzie. A to ślub siostry, a to śmierć dziadka. Wreszcie ona dostaje list. Upragniony staż w Barkley. On, choć również na horyzoncie majaczy mu awans, postanawia przenieść się wraz z nią, by mogła się realizować. Powoli wszystko zaczyna się psuć. On nie może znaleźć pracy ani odnaleźć się w nowym miejscu. Ona dostaje grant na badania dotyczące ludzkich zachowań, kontrakt na kolejne dwa lata. Ciężko pracuje, odnosi sukces. Mija pięć lat. I jakoś tak coraz dalej im do siebie.
W założeniu „Jeszcze dłuższe zaręczyny” miały być komedią. I rzeczywiście są w nich sceny śmieszne. Niestety, również tym rynsztokowym humorem, który inteligentnych ludzi zamiast bawić, żenuje. A w efekcie jest to historia dwójki ludzi, którzy dobrze się dogadywali, aż… przestali. Obserwujemy ich powolne oddalanie się od siebie. Widzimy, jak z zakochanych w sobie, stają się coraz bardziej niezadowolonymi ze wzajemnej obecności, pełnymi wyrzutów. Obserwujemy ludzi, którzy będąc ze sobą, są tak naprawdę daleko od siebie. Jest to też film o tym, że na pewne sprawy w życiu nigdy nie będzie dobrej chwili. Zawsze coś stanie na przeszkodzie, by się zdecydować. Zwłaszcza, jeśli człowiek tak naprawdę nie ma ochoty się zdecydować.
Zatem niby komedia, a jednak dramat. Niby śmieszna, ale chwilami wulgarna. A jeśli trafi na osobę, której dany temat dotyczy, to wierzcie mi, staje się zupełnie nieśmieszna. Jest gorzka i boleśnie prawdziwa. Przynajmniej do pewnego momentu. Jednak to film. Komedia. Nikogo więc nie zaskoczę, gdy powiem, że kończy się dobrze. Gdyby chodziło o prawdziwe życie, „Jeszcze dłuższe zaręczyny” zakończyłyby się sceną z leżącym na stole pierścionkiem zaręczynowym i powolnym przejazdem kamery po pustym mieszkaniu. Bo ona była samolubna. On niezdecydowany. Byli, jak mówi Violet w scenie w szpitalu, „prawie stworzeni dla siebie”. No właśnie, prawie.

poniedziałek, 8 sierpnia 2016

W pogoni za marzeniem



Moja przygoda z łososiami zaczęła się od filmu z Emily Blunt i Evanem McGregorem. Bardzo mi się spodobał, więc postanowiłam się zapoznać z książkowym pierwowzorem, autorstwa Paula Torday.
Alfred pracuje w ministerstwie rybołówstwa. Jego życie jest ustabilizowane. Ma żonę, pracę, którą lubi, udziela się dla lokalnej społeczności. Nagle w jego codzienność wkracza Harriet Chalbote Talbott z projektem jej klienta, szejka jemeńskiego. Bogacz wymyślił sobie, że będzie łowił łososie. Na wędkę. Na środku pustyni. Zmuszony naciskami ze strony przełożonych, Alfred bierze udział w szalonym przedsięwzięciu.
Podoba mi się konstrukcja tej powieści. Składają się na nią kartki z dziennika Alfreda Jonesa, zeznania jego, Harriet oraz doradcy premiera do spraw mediów, fragmenty książki biograficznej tego ostatniego, listy Harriet do jej narzeczonego, żołnierza i jej późniejsza korespondencja z władzami wojskowymi, maile Jonesa, Harriet do przełożonych oraz korespondencja premiera z doradcą i zapisy ze spotkań polityków. Dzięki temu dostajemy ogląd całości sytuacji. Dowiadujemy się, że początkowo wszyscy pukali się po głowie i uważali pomysł za wariactwo, ale zgadzali się współpracować, w myśl, że „kto bogatemu zabroni”. Niektórzy z nich jednak w miarę rozwoju łososiowego projektu zmieniali swoje podejście. Gorzej jednak, że ta różnorodność formy, nie przekłada się na różnorodność treści. Często zdarza się, że różni bohaterowie opisują coś w dokładnie ten sam sposób. Tymi samymi słowami. To błąd.

Co mi się nie podoba, to podejście samego autora do marzenia swojego bohatera. Oto każe szejkowi, a z nim Alfredowi i Harriet, porwać się z motyką na słońce, by potem brutalnie strącić go na ziemię. Najpierw tworzy opowieść o sile marzeń, o drodze do ich spełniania, by ostatecznie sponiewierać czytelnika, udowadniając mu, że bycie nowatorem, prekursorem innowacyjnych idei, które inni uważają za szalone, to nic dobrego. Ostatecznie przesłanie „Połowu łososia w Jemenie” jest więc bardzo smutne. Dlatego pod tym względem znacznie bardziej podoba mi się film, który pozostawia nadzieję i uśmiech na ustach.
Nie można odmówić Paulowi Torday sprawności stylistycznej. Jego książka jest połączeniem optymizmu i melancholii, jest słodko-gorzka niczym migdały. Trochę do śmiechu, a trochę do płaczu.  To opowieść o podeptanym marzeniu. A szkoda. Nie tak powinno być. Mam pretensje do autora o to, jak zakończył swoją książkę.