poniedziałek, 8 sierpnia 2016

W pogoni za marzeniem



Moja przygoda z łososiami zaczęła się od filmu z Emily Blunt i Evanem McGregorem. Bardzo mi się spodobał, więc postanowiłam się zapoznać z książkowym pierwowzorem, autorstwa Paula Torday.
Alfred pracuje w ministerstwie rybołówstwa. Jego życie jest ustabilizowane. Ma żonę, pracę, którą lubi, udziela się dla lokalnej społeczności. Nagle w jego codzienność wkracza Harriet Chalbote Talbott z projektem jej klienta, szejka jemeńskiego. Bogacz wymyślił sobie, że będzie łowił łososie. Na wędkę. Na środku pustyni. Zmuszony naciskami ze strony przełożonych, Alfred bierze udział w szalonym przedsięwzięciu.
Podoba mi się konstrukcja tej powieści. Składają się na nią kartki z dziennika Alfreda Jonesa, zeznania jego, Harriet oraz doradcy premiera do spraw mediów, fragmenty książki biograficznej tego ostatniego, listy Harriet do jej narzeczonego, żołnierza i jej późniejsza korespondencja z władzami wojskowymi, maile Jonesa, Harriet do przełożonych oraz korespondencja premiera z doradcą i zapisy ze spotkań polityków. Dzięki temu dostajemy ogląd całości sytuacji. Dowiadujemy się, że początkowo wszyscy pukali się po głowie i uważali pomysł za wariactwo, ale zgadzali się współpracować, w myśl, że „kto bogatemu zabroni”. Niektórzy z nich jednak w miarę rozwoju łososiowego projektu zmieniali swoje podejście. Gorzej jednak, że ta różnorodność formy, nie przekłada się na różnorodność treści. Często zdarza się, że różni bohaterowie opisują coś w dokładnie ten sam sposób. Tymi samymi słowami. To błąd.

Co mi się nie podoba, to podejście samego autora do marzenia swojego bohatera. Oto każe szejkowi, a z nim Alfredowi i Harriet, porwać się z motyką na słońce, by potem brutalnie strącić go na ziemię. Najpierw tworzy opowieść o sile marzeń, o drodze do ich spełniania, by ostatecznie sponiewierać czytelnika, udowadniając mu, że bycie nowatorem, prekursorem innowacyjnych idei, które inni uważają za szalone, to nic dobrego. Ostatecznie przesłanie „Połowu łososia w Jemenie” jest więc bardzo smutne. Dlatego pod tym względem znacznie bardziej podoba mi się film, który pozostawia nadzieję i uśmiech na ustach.
Nie można odmówić Paulowi Torday sprawności stylistycznej. Jego książka jest połączeniem optymizmu i melancholii, jest słodko-gorzka niczym migdały. Trochę do śmiechu, a trochę do płaczu.  To opowieść o podeptanym marzeniu. A szkoda. Nie tak powinno być. Mam pretensje do autora o to, jak zakończył swoją książkę.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz