środa, 11 czerwca 2014

Czarownica Diabolina



Gdybym miała wybierać ulubione disney’owskie księżniczki, Aurora nie znalazłaby się pewnie nawet w pierwszej trzydziestce. Nie przepadam ani za nią, ani za Śnieżką, ani za pozostałymi mimozami, które zapadały w letarg i pozwalały się ratować księciu, który przybywał na białym koniu. Gdy tak teraz o tym myślę, to „stary” Disney w ogóle mało mnie do siebie przekonuje. Kiedy więc usłyszałam o próbie opowiedzenia „Śpiącej Królewny” z punktu widzenia Diaboliny, pomyślałam, że to dość ciekawy pomysł. Jak się to udało? Postanowiłam wybrać się na „Czarownicę” i sprawdzić.
            Diabolina jest piękną i silną młodą wróżką, strażniczką pradawnego boru, królestwa nazywanego Knieją. Pewnego dnia poznaje mieszkańca sąsiedniego państwa, człowieka imieniem Stefan. Lata mijają, a Diabolina i Stefan zaprzyjaźniają się ze sobą. Wkrótce jednak stary król, który zawsze pragnął podporządkować sobie Knieję, oznajmia swym poddanym, że przekaże królestwo i rękę córki temu, kto  zabije Diabolinę. Stefan podstępem odcina jej skrzydła, zostaje królem i wkrótce rodzi mu się córka, imieniem Aurora. Dalszą część już znacie. Zaślepiona chęcią zemsty Diabolina rzuca na księżniczkę klątwę.
            W zasadzie mamy tu wszystkie motywy, które powinny znaleźć się w „Śpiącej Królewnie”. Klątwa – jest. Kołowrotki –są. Cierniowy lat – jest. Znalazło się miejsce nawet dla smoka i księcia oraz zawsze towarzyszącego czarownicy czarnego kruka. Tyle, że wszystko zostało w cudowny sposób przemieszane. Książę okazuje się jedynie marginalnym dodatkiem do historii, a co więcej nie udaje mu się pocałunkiem obudzić królewny. Podoba mi się, że od jakiegoś czasu Disney puszcza oko do starszych widzów, naśmiewając się z tak charakterystycznych dla niego rozwiązań i schematów (wystarczy chociażby wspomnieć scenę z „Krainy lodu”, w której Hans podśmiechuje się z Anny, iż zakochała się w swoim narzeczonym w jedną noc). Takich smaczków jest w „Czarownicy” znacznie więcej. Choćby scena, kiedy Diabolina budzi się i odkrywa, iż Stefan odciął jej skrzydła. Następnie, okaleczona, podpierając się laską, która stanowić będzie nieodłączną odtąd różdżkę, wraca do Kniei. Stefan nie tylko oszukał i zdradził Diabolinę. Mamy tu ewidentnie do czynienia z opowieścią o ingerencji w kobiece ciało, brew wiedzy i woli zainteresowanej. Utrata skrzydeł naznaczy całe dalsze życie bohaterki, stając się motorem dalszego działania.

            Podobało mi się pokazanie samej postaci Diaboliny oraz jej relacji z Aurorą. Angelina Jolie w zasadzie nią gra Diaboliny, ona nią po prostu jest. Ogromnie podobało mi się jej przedstawienie, jako ironicznej,  ale jednocześnie niepozbawionej uczuć. Diabolina nie jest (jak chciałaby klasyczna „Śpiąca królewna”) czystym złem. Jest po prostu surowa i głęboko zraniona, ale jak się okazuje, potrafi też wybaczyć i pokochać. Aurora jest natomiast taka, jaka moim zdaniem być powinna – naiwna, trochę głupiutka, oczywiście śliczna, zawsze roześmiana. Jest, ale jakby jej nie było. Typowa heroina romansu, dama w opałach, kompletnie bez charakteru, czekająca jedynie, by ją uratować.  Na uwagę zasługują zwłaszcza sceny, kiedy Diabolina obserwuje małą Aurorę. Gdy nie pozwala jej spaść z urwiska, widz może jeszcze zastanawiać się, czy uratowała ją tylko dlatego, iż pragnie, by jej klątwa się wypełniła, czy też po prostu lubi dziewczynkę. Bardzo zabawnie wypada też scena między Diaboliną a Aurorą, kiedy mała podbiega do czarownicy i wymusza, by wzięła ją na ręce. Diabolina stwierdza wtedy, że ma sobie iść, bo nie znosi dzieci. Scena jest tym zabawniejsza, jeśli wiemy, że małą Aurorę gra córka Angeliny Jolie. 

Daleko mi jednak do interpretowania relacji miedzy Diaboliną a Aurorą w kontekście queer. Moim zdaniem jest to już nadinterpteracja. Chodziło moim zdaniem o miłość macierzyńską. Diabolina pokochała Aurorę jak własną córkę. (Rozwiązanie to nie jest też wcale niczym nadzwyczajnym ani nowatorskim, wystarczy tu choćby wspomnieć finał pierwszego sezonu serialu „Once upon a time”, w którym wykorzystano to samo rozwiązanie. Z dziwnego snu-klątwy budzi wtedy dwunastoletniego Henry’ego pocałunek jego matki, która jest zresztą córką Królewny Śnieżki).
            Bardzo dobrze wypada też scenografia. Knieja z jej wróżkami, stworami i prastarymi drzewami jest niezwykle przyjemna dla oka. Efekty specjalne są, choć nie w przesadnej ilości. Ja akurat miałam możliwość uczestniczyć w seansie 3D. Tego jednak nie polecam. 2D zupełnie wystarcza, zwłaszcza, ze różnica jest naprawdę niewielka. Co do rozwiązań konstrukcyjnych, to nie podobało mi się wprowadzenie osoby narratorki, która co jakiś czas rzucała z offu swoje komentarze, które nie dość, że niepotrzebne, to na dodatek trąciły strasznym banałem.  

            Podsumowując „Czarownica” podobała mi się bardzo. Wiem oczywiście, że jest efektem trwającej od kilku lat w słonecznym Hollywood mody na baśnie, ale wcale mi to nie przeszkadza. Jasne, że nieco trąci banałem, że jest trochę przekombinowana, ale i tak oceniam ją niezwykle pozytywnie. Jednak, jeśli jesteście tradycjonalistami i lubicie, kiedy to przystojny książę gra w opowieści pierwsze skrzypce, na dźwięk słowa „feminizm” dostajecie wysypki, to omijajcie wszystkie seanse „Czarownicy”  szerokim łukiem. 

A na koniec piosenka "Once upon a dream" w wykonaniu Lany del Rey. Moim zdaniem jest znacznie lepsze, niż klasyczne, które usłyszeć można podczas oglądania "Śpiącej królewny". 



2 komentarze:

  1. Film nie był zły. Baśniowy klimat zrobił swoje. Tylko dlaczego każdy przedstawiony w obrazie mężczyzna był albo chory na władzę, albo zazdrosny, albo durnowaty, albo to wszystko w jednym? Kobiety za to okazywały się zazwyczaj mądre, opiekuńcze, wyrozumiałe i nawet, jeżeli postępowały źle, potrafiły się przyznać do winy i wszystko przebaczać? Z tego punktu widzenia film był dość tendencyjny, a wina "człowieka rodzaju męskiego" zbyt oczywista. Źle jednak nie było. Dlatego "Czarownicę" mogę ocenić jako "dobrą", choć z dużym minusem.

    OdpowiedzUsuń
  2. Jestem pod wielkim wrażeniem filmu.
    Nigdy nie podobało mi się to, że w bajkach i baśniach zło często jest przerysowane, odrealnione, a świat pokazany w naiwnych, fałszywych barwach. W tym filmie jest zło jest o wiele bardziej realnie – nic nie jest czarno-białe, jak nic nie dzieje się bez przyczyny. Wszystko ma swój powód, a zło nie zawsze jest niezasłużone.

    Podoba mi się również, że postać czarownicy – kobiety która ma moc, nie przedstawiono jako do szpiku kości – i w sumie do końca nie wiadomo dlaczego – złą. Teraz stara bajka ubiera niezwykle realne piórka. Człowiek jest tym, który pragnie władzy, atakuje, pragnie posiąść dobra świata którego mocy i zasad nie rozumie. A gdy mu się to nie udaje – pragnie go zniszczyć. Pierwotne i prastare stworzenia walczą w obronie swojego domu, przeciwko zaślepionemu żądzą człowiekowi. One nie są złe – i nie atakują. Bronią się przed człowiekiem, który zapragnął siłą uczynić je sobie poddanymi. Piękna alegoria między prastarym, pogańskim światem, jego zasadami i mocą, a patriarchalnym systemem, opartym na władzy, żądzy, sile i agresji. :)

    Pozdrawiam,
    Gabriel aka AnimaAnimus :)

    OdpowiedzUsuń