czwartek, 28 lutego 2013

Amanda Hocking po raz trzeci



Żegnamy się z panią Hocking recenzją ostatniej części jej trylogii „Trylle”. Jak być może pamiętacie, powieści opowiadały o losach Wendy, nastolatki, która dowiaduje się, że jest… trolem. Jestem przyjemnie zaskoczona twórczością Amandy Hocking. Zainteresowanych odsyłam do mojej recenzji na stronie czasopisma „Qfant” – KLIK.        

poniedziałek, 25 lutego 2013

"Julie i Julia" - pochwała gotowania i blogowania



Oscary, Oscary i po Oscarach. Bez zaskoczeń i bez rewelacji. Pani Lawrence zdobywa złotą statuetkę jako jedna z najmłodszych w historii (trzeba będzie zobaczyć „Poradnik pozytywnego myślenia”), moja ukochana Anne Hathaway wyśpiewała sobie nie tylko nominację, ale i wygraną, a Spielberg tym razem odszedł z niczym. Pomyślałam, że rozdanie Oscarów jest dobrym pretekstem do napisania paru słów o filmie, do którego obejrzenia zachęciła mnie A. Mam na myśli „Julie i Julię”.
            Początkowo nie byłam przekonana, ale jak mawiał Forrest Gump: „każdy miewa dni, gdy zabraknie mu kamieni”. Właśnie w taki dzień zdecydowałam, że potrzeba mi filmu ciepłego, miłego dla oka. Zrobiłam sobie gorącą czekoladę i zasiadłam do oglądania.  W filmie przeplatają się ze sobą dwie historie. Jedna z nich oscyluje wokół losów Julii Child (Meryl Streep), autorki jednej z najsłynniejszych amerykańskich książek kucharskich. Druga natomiast, dziejąca się niemal pięćdziesiąt lat później, to historia Julie (Amy Adams - nominowana w tym roku do Oscara w kategorii najlepsza aktorka), zagubionej młodej kobiety, którą nie bardzo ma pomysł na siebie i zagubiła gdzieś cel. Mąż namawia ją do prowadzenia bloga. Julie postanawia podjąć wyzwanie – w ciągu roku ugotuje wszystkie potrawy z książki kucharskiej Julii Child. A to niemałe wyzwanie, bo przepisów jest w książce ponad pięćset sześćdziesiąt.
            „Julie i Julia” to nie jest wybitne kino. Ale na dni i wieczory, które powinny być zatytułowane „nikt mnie nie kocha, nikt mnie nie lubi, nikt do mnie nie pisze, nikogo nie obchodzę, świat o mnie zapomniał, o matko, umieram!” nadaje się doskonale. Dowcipne, ciepłe, podnoszące na duchu. Z fenomenalną, jak zawsze, Meryl Streep i bardzo przyjemną dla oka Amy Adams. Zmęczonym życiem polecam z czystym sumieniem.
            A na koniec pozostaje mi już tylko pozazdrościć Julie komentarzy na jej blogu i popularności. Doskonale rozumiem, dlaczego ekscytowała się każdym komentarzem (chciałaby dusza do raju, oj chciała). Cóż, niektórym się udaje…

sobota, 23 lutego 2013

19 dzień z książkami, czyli dlaczego Strażnica wciąż rządzi



Dzień 19 - Książka, dzięki której zmieniłaś zdanie na jakiś temat

Chloe "Strażnica" Sullivan*

Hmmm, bo ja wiem, czy mi się to kiedyś zdarzyło? Chyba niespecjalnie. Owszem, bywali autorzy, którzy pisali tak sugestywnie, przykładowo o zamiłowaniu do biegania, że miałam ochotę natychmiast po lekturze wskoczyć w adidasy i zacząć uprawiać jogging. Ale na chęciach się zwykle kończyło (na szczęście?). Jak zatem odpowiedzieć? Może nie zmieniłam zdania, bo superbohaterów kocham od jakiegoś czasu (Watchtower rules, co poradzę, wstydzę się tego strasznie :D; fakt pozostaje jednak faktem, postać stworzona na potrzeby serialu była na tyle popularna, że zdecydowano o przeniesieniu jej także do komiksowego uniwersum, to precedens, który o czymś świadczy), ale książki Jerzego Szyłaka pozwoliły mi zrozumieć, jak złożonym zjawiskiem jest historia superbohaterów. Geneza, przestrzeń… Bardzo lubię, a przede wszystkim także cenię, teksy tego badacza. Dzięki nim wiem, jak złożonym światem jest uniwersum pana biegającego w trykotowym kostiumie z pelerynką. Profesorze Szyłak, dziękuję za wszystkie Pana książki, choć moim faworytem pozostaje "Komiks i okolice kina". 

_________________________________________
źródło obrazka: http://images3.wikia.nocookie.net/__cb20110401193444/marvel_dc/images/a/ac/Chloe_Sullivan_New_Earth_004.png)

środa, 20 lutego 2013

17 i 18 dzień z książkami



Dzień 17 - Książka, którą sfilmowano i zrobiono to źle

W tym wypadku też nie będę się wahać. Z całą pewnością źle sfilmowano „Atramentowe serce” Cornelli Funke i już chyba wolałabym, by ten film nie powstał wcale! Funke (moim zdaniem jedna z obecnie najlepszych i najciekawszych pisarek dla młodego czytelnika) ma jakoś pecha do filmowych wersji swoich opowieści, a przecież jej książki to cuda w okładkach. W każdym razie Meggie i Mo nie zasługiwali na to, co im zrobiono tym filmem.


Dzień 18 -Twoja ukochana książka, której już nie można kupić

Znów się powtórzę, ale „Księga Diny” Herbiorg Wassmo. Jedno wydanie (w 1999 roku?, nie pamiętam dokładnie) i żadnych wznowień. Absolutnie żadnych. Gdzie ja nie szukałam tej powieści, w ilu antykwariatach nie pytałam. A cena proponowana przez allegro (120-220 złotych), nie jest na moją kieszeń. Niestety. Wydać takie pieniądze na książkę? Chyba nigdy mi się to nie zdarzy. Szczyt… bo ja wiem? Rozrzutności. To chyba dobre słowo.  

poniedziałek, 18 lutego 2013

"Może Kogoś masz, a może właśnie Kogoś ci brak"



Tekst ten powinien zostać zamieszczony w walentynki, ale niestety, nie zdążyłam, zbyt pochłonięta nierówną walką z dorosłym, odpowiedzialnym i poważnym życiem. Gdzieś między przejmowaniem się kolejną wizytą w PUP-ie (nikogo, kto tam bywa, chyba nie trzeba przekonywać, że jego ironicznie-satyryczna nazwa jest prawdziwa, bo PUP jest do dupy, o tak, ten skrót potwierdza fakt, że świat tak baaaaardzo kocha ironię!), a kończeniem stażu, znów zaginęła moja motywacja nie tylko twórcza, ale do robienia czegokolwiek. Motywacja poszukiwana. Rysopis: niestety niewielka, ma tendencję do nieplanowanego i nagłego znikania oraz stadium zaniku, często miewa humory, jest kapryśna. Uczciwego znalazcę uprasza się o zwrot natychmiastowy, bo cóż ja pocznę bez motywacji? Chyba tylko założę czarny strój i zacznę nosić żałobę po moim dobrym, a (być może permanentnie utraconym) samopoczuciu. Ale, ale, ale… my nie o tym. A o czym? Dobre pytanie. Gdyby mnie ktoś zapytał, jakie jest najbardziej durnowate, bzdurne, kiczowate i komercyjne święto, wskazałabym w kalendarzu… czternasty lutego. Dlatego, w ramach minionych walentynek, postanowiłam przypomnieć Drogim Czytelnikom (i samej sobie) walentynkowy fragment „Garderoby duszy” (drugiej powieści, która wchodzi w skład trylogii o Henrym Gocie). A na deser moja zdecydowanie ulubiona (przynajmniej ostatnimi czasy) piosenka o miłości. Dla niedziamiących angielskiego (czyli dla samej siebie) dołączam tłumaczenie.

  
P., bez którego wolałabym nie…


Gdy znów znalazła się w laboratorium, poczuła coś na kształt ulgi. Usiadła na krześle, oparła łokcie na blacie stołu. Podbródek położyła na dłoniach. Zamknęła oczy i oddychała powoli, próbując się uspokoić. Było jej przykro. Liczyła na to, że dostanie choć jednego podopiecznego. Po chwili z trudem zmusiła się, by otworzyć oczy. Z lodówki wyjęła fiolki krwi pobranej przez Różę i zaczęła wpisywać je do indeksu. Wiedziała, że koleżanka nie przepada za papierologią, dlatego często ją wyręczała. Lubiła papierkową robotę. Dawała zajęcie rękom, co nie pozwalało obwiniać cię, że nic nie robisz, a myśl tymczasem mogła krążyć swobodnie.
            Elizjon otworzyła odpowiedni plik. Włączyła sobie też „Jezioro łabędzie” Czajkowskiego. Może coś zagłuszy ten nieznośny wiatr, który potrafił wedrzeć się nawet do jej myśli. Po kolei czytała etykietki na fiolkach z krwią. Zapisywała je w pliku pod odpowiednią datą. Za chwilę przebada kilka z nich. Źle się czuła w mdłym świetle jarzeniówek. Uniosła wysoko głowę, by spojrzeć w okno. Trudno było ocenić, ale chyba zapadał już zmierzch. A może zbierało się na deszcz? Cały dzień niemiłosiernie wiało z południowego-zachodu. Gdy wieje taki wiatr, chłód przenika człowieka do kości. Wicher mąci ludziom w głowach, koniom plącze grzywy, ptaki desperacko szukają schronienia, a topielice wychodzą z mętnego cienia zatęchłych sadzawek. W starych zamczyskach zawodzą pokutujące dusze. W taki dzień nawet wampiry muszą wpadać w depresję. Ciekawe, czy nieumarli mogą być meteoropatami, zastanowiła się. Ot i zagadka. Na taką pogodę nawet puszczenie sobie Czajkowskiego nie pomoże. Elizjon pokręciła głową, odkładając kolejną fiolkę. Poprawiła okulary.
- Wieje, jakby ktoś się powiesił.
- Tutaj to możliwe – usłyszała za plecami. - Ale z drugiej strony, ty i czarne myśli? Elizjon, która narzeka? Teraz już rozumiem, dlaczego jest tu dziś tak ciemno. Gdy się nie uśmiechasz, robi się strasznie szaro w tej piwnicy, wiesz?
Okręciła się na krześle. Niedbale oparty o framugę, tak jak zawsze miał w zwyczaju, stał Amon. Elizjon poprawiła okulary i wróciła do pracy.
- W czym ci mogę pomóc?
- Oj, oj, ktoś tu nie ma humoru – zawyrokował, cmokając.
Zapisała w rejestrze kolejną fiolkę i odłożyła ją na stojaczek. Szkło zachrzęściło nieprzyjemnie.
- Nie odpowiadam za twoje humory – stwierdziła. – Jeśli masz okres, przyjdź innego dnia. Albo nie przychodź w ogóle.
- Aż tak źle? Widać jeszcze nam się cykle nie skorelowały.
Elizjon zakrztusiła się śmiechem. Udawała, że kaszle. Dziś za nic nie przyznałaby, że udało mu się ją rozbawić. Amon podszedł do biurka i przysiadł na blacie nieopodal jej krzesła. Zapobiegawczo przełożyła stojak z fiolkami na drugą stronę biurka. Szkoda, by zmarnował jej pracę, tłukąc wszystko. Wiadomo, jak to łowcy, nie myślą.
- Nie odzywasz się do mnie od dwóch tygodni.
- Mam do ciebie tak samo daleko, jak ty do mnie.
Chwycił ją za ramiona i okręcił wraz z krzesłem ku sobie.
- Tak, ale jesteśmy w piwnicy. Stąd opcje podróży są naprawdę ograniczone. Można tylko w górę.
- W dół też można – zaprzeczyła żywo. – Do trumny i wąchać kwiatki od spodu.
Amon zrobił wielkie oczy.
- Czy to naprawdę ty?
- Niewiele o mnie wiesz.
Wzruszyła ramionami. Dotknął dłonią jej podbródka, pochylił się i zmusił, by spojrzała mu w oczy. Zmienił temat:
 - Co chcesz żebym powiedział? Jestem kretynem… a ty najlepszą rzeczą, jaka mnie w życiu spotkała.
- Nie wiedziałam, że jestem rzeczą. Ale z całą resztą nie sposób się nie zgodzić.
Elizjon wstała, chwyciła stojaczek, ominęła łowcę i wstawiła fiolki z powrotem do przeszklonej lodówki. Miała już dość tych podchodów. To był ciężki dzień. Odwróciła się. Nie wiedziała, kiedy znalazł się tuż przy niej.
- Och, nie bocz się już na mnie, Światełko.
Spojrzała na niego zaskoczona. Na jej twarzy malowało się zdziwienie pomieszane z rozbawieniem. Wiedział, że nie potrafiła się długo gniewać. Chwała Bogu za tę cechę jej charakteru, choć kilka innych Stwórca mógł sobie darować.
- Jak mnie nazwałeś?
- Światełko.
Elizjon westchnęła teatralnie i kpiarskim tonem stwierdziła:
- Rany, ale z ciebie bajerant. Myślisz, że na to pójdę?
Amon uśmiechnął się i pokiwał głową.
- Gdyby ktoś płacił mi choć kilka złotych za każdym razem, gdy prawisz mi komplement, byłabym już naprawdę bogatą kobietą.
- To, że są częste nie oznacza, że nieszczere! – obruszył się łowca.
- Światełko – rozważała, znów wyswobadzając się z jego objęć. - Zawsze to lepiej niż być „żabcią” albo „kwiatuszkiem”. Gdybyś wpadł na taki pomysł, chyba bym cię zabiła.
Uśmiechnęła się. Uśmiechnęła. A kiedy się uśmiechała, niczym były jakieś tam jarzeniówki. Wskazał na rozpierającego się na sąsiednim biurku stwora.
- A to co za maszkaron?
- Żaden maszkaron – zaśmiała się Elizjon. – Róża dostała go dziś od swojego chłopaka. Nazwała go „Miluś”, czy jakoś tak. Chyba miała dziś urodziny – Elizjon zmarszczyła brwi. – Powinnam jej była złożyć życzenia…
- Myślisz? – zaśmiał się Amon.
- Z czego się śmiejesz?
- Zaraz wracam.
Wybiegł na korytarz, by po chwili wrócić z jakąś nieforemną rzeczą, zapakowaną w biały papier i mocno powiązaną sznurkiem, do którego przyczepiono także jedną samotną i smętną fioletową kalię. Elizjon splotła ręce na piersiach.
- Amonie, łowco wampirów, co to za cyrk?
Łowca uśmiechnął się zawadiacko.
- Żaden cyrk. Otóż, droga szczurzyco, dziś jest dzień, którego łowcy boją się bardziej, niż samego Henry’ego Gota. Dzień, kiedy wrota do piekieł otwierają się bardzo, bardzo szeroko. Róża nie ma dziś urodzin.
- Nie? – Elizjon odwróciła się, by w kalendarzu stojącym na biurku, sprawdzić datę. Luty. Walentynki!
Kiedyś w tym przeklętym zamczysku ktoś krzyknął: „Czasie, stój!”. I przestraszony czas posłusznie się zatrzymał. Odtąd nic tu nie odbywa się już jak powinno. Cóż za straszne miejsce!
- Chciałem ci coś dać.
- A to niby dlaczego? – uniosła brwi. – Przecież nie jesteśmy parą.
- Nie?
- Nie.
- Nie… no jakby…
- I to, przepraszam, czyni z nas parę?
Widziała, że zupełnie zbiła go z pantałyku i bawiło ją to. Nie nauczył się jeszcze, kiedy żartowała, a kiedy mówiła poważnie. Lubiła stroić sobie z niego żarty. Była to jedna z najwspanialszych rzeczy na świecie. Zwłaszcza po tak beznadziejnym dniu jak ten.
- Chciałem ci coś dać – jąkał się dalej.
Szturchnęła go w bok i uśmiechnęła się.
- No już, pokaż, co tam masz.
Niepewnie wyciągnął ku niej nieforemne zawiniątko. Elizjon przyjrzała mu się nieco zdziwiona. Położyła je delikatnie na biurku (a nóż jednak bomba, nigdy nie wiadomo, co może wymyślić pogromca wampirów). Odwiązała sfatygowaną kalię. Ułamała nóżkę niemal przy łebku, a kwiat wsadziła za przepaskę przytrzymującą włosy.
- Przynajmniej raz nie muszę sama kupować sobie kwiatów.
Amon wziął ją za rękę i okręcił dookoła własnej osi. Zaśmiała się i oparła dłońmi o jego pierś. Była taka malutka. W trampkach nie sięgała mu nawet do brody. Jej włosy łaskotały go w szyję.
- To moje pierwsze walentynki, które nie są do bani – przyznał.
Elizjon zarzuciła mu ręce na szyję. Amon delikatnie wyswobodził się z jej objęć. Spojrzała na niego zdezorientowana.  
- Jeszcze nie. Prezent, Światełko, prezent.
- A tak – zmarszczyła brwi. – Naprawdę przypominam ci świecznik z „Pięknej i bestii”?
Amon zaśmiał się.
- On miał chyba na imię Płomyk albo Światełek, nie Światełko. Ale, skoro pytasz… Jakby tak się przyjrzeć… Ta sama smukła woskowa figura. I rzecz jasna, charakterek ten sam.
- Drań – z tego, co Elizjon pamiętała Płomyk był gadatliwym podrywaczem. - Ale wybacz, nie ty będziesz decydował, kogo całuję i kiedy. Na szczęście… - odcięła się z satysfakcją.
- Założymy się? To zobacz, co dostałaś.
Po chwili bezowocnej szarpaniny udało jej się rozwiązać wszystkie sznurki i rozpakować podarunek. Chwilę patrzyła, mrugając z niedowierzaniem. Amon, zdziwił się, gdy zrozumiał, że czeka na jej reakcję z pewnym niepokojem. Bał się. On, łowca wampirów? A jednak, nie potrafił ukryć, że się denerwuje. Gdy udało jej się w końcu odpakować prezent, przestała się uśmiechać, a światło w jej oczach zgasło. Niedobrze.
- Nie podoba ci się…
Jakby się ocknęła.
- Nie, nie. Nie o to chodzi. Ale miecz twojej matki?
- Zrobił na tobie wrażenie.
- Owszem, jest przepiękny. Mówiłeś, że to twoje jedyne pamiątki po rodzicach. Ja chyba nie mogę – teraz ona się jąkała. O ironio, kto mieczem wojuje, od miecza ginie. – Nie powinieneś rozdzielać Bakary i Koronoje. W końcu to siostrzane miecze.
- Elizjon, nie zamierzam ich rozdzielać. Bakara zawsze będzie należała do ciebie, a ty zawsze będziesz przy mnie.
- Słucham?! – nie wierzyła własnym uszom. Na wszelki wypadek odłożyła miecz. Lepiej, by nie miała nic ostrego w ręce, nawet jeśli będzie miała pod ręką. Może nie chwyci. Może mu nic nie zrobi. Może.
- Ojej, znów głupio powiedziałem?
- Żebyś wiedział.
- Kiedy cię poznałem, uznałem, że chcę spędzić z tobą całe życie.
- Widzisz, widzisz, znów to robisz!
- Co robię?
- Komplementujesz mnie bez sensu! Naprawdę nie jesteś normalny! To niepoważne! – jej własny głos dochodził do niej z oddali. Wiedziała, że krzyczy, ale nie potrafiła przestać.- Poznaliśmy się trzy miesiące temu! Nie znałeś nawet mojego imienia!
Wzruszył ramionami.
- To nie przeszkadzało mi się zakochać.
- Natychmiast przestań wygadywać takie bzdury.
Elizjon zamachała rękami, jakby próbując coś odgonić. Czyżby jego?
- Zabieraj się stąd – zawyrokowała już ciszej. – Ale już.
Amon ruszył wolno ku wyjściu. Jeszcze tylko rzucił przez ramię:
- Jakby co, wiesz gdzie mnie szukać.
- Jakby co, niby? – warknęła.
Wzruszył ramionami.
- Z piwnicy jest tylko jeden kierunek, Elizjon. W górę.
- Hej – zawołała za nim.
Natychmiast się odwrócił. Wskazała władczo na stół.
- Klamot też!
Gdy wychodził nie patrzyła na niego. Udawała, że nagle bardzo zainteresowały ją białe myszki w swych sterylnych akwariach. Drzwi zamknęły się za nim z szumem. Boże, co za kretyn! Diabli nadali. Dlaczego, och dlaczego, nie mogła się obejść tamtego dnia bez kawy? Zagryzła wargę i ciężko opadła na obrotowe krzesło. Może przesadziła z tym klamotem. W końcu dobra rodowe to nie jakieś tam klamoty. Podarował jej miecz swojej matki. Piękny gest. Elizjon ukryła twarz w dłoniach. Rozpłakała się, sama do końca nie wiedząc dlaczego i o co jej właściwie chodzi. Jaki parszywy dzień!
- Nienawidzę walentynek – chwyciła hipopotama Milusia i cisnęła nim o ścianę.

źródło:  http://www.youtube.com/watch?v=gcT0U7A0lks

Wyobraź sobie świat beze mnie - powiedz, że popadasz w depresję
Poudawajmy, że tęskniłabyś za mną choć przez chwilę
Czy nie powiesz, że byłabyś samotna i miłość łamałaby ci serce?
Załóż odświętne ubranie i przywołaj udawany uśmiech

Marzy mi się śnić sny o niej - w półmroku ona wciąż jest rozmytą smugą
Obraz jest wyraźny, ja wciąż jestem rzeczywisty, a ona jest fikcją

Pamiętasz noc kiedy byłaś ze mną - zasnęłaś po mojej stronie łóżka
Nieznajomi razem - twoja dłoń w mojej
Dlaczego nigdy nie zbliżyliśmy się do siebie, kiedy wszystkie gwiazdy były zgodne?
Myślałem, że mieliśmy tę chwilę

Marzy mi się śnić sny o niej - w półmroku ona wciąż jest rozmytą smugą
Obraz jest wyraźny, ja wciąż jestem rzeczywisty, a ona jest fikcją

Wydaję mi się, że tęsknię za brakującą częścią - ona jest nadal moim ulubionym dziełem sztuki
Obraz jest czysty i ja wciąż jestem rzeczywisty, a ona jest fikcją

Nic się nie zmieniło, bo ja wciąż jestem rzeczywisty, a ona jest fikcją
Albo może jestem niedoskonale ułożony w tej sprzeczności

Marzy mi się śnić sny o niej - w półmroku ona wciąż jest rozmytą smugą
Obraz jest wyraźny, ja wciąż jestem rzeczywisty, a ona jest fikcją

Zakochałem się w tęsknocie za nią - powiedzmy, że ona nigdy się nie dowiedziała
Tego, kim byłem, nigdy we mnie nie znalazła

Mads Langer "Fact and fiction"
źródło: http://www.tekstowo.pl/piosenka,mads_langer,fact_fiction.html

  

czwartek, 7 lutego 2013

Co nas podnieca, co nas irytuje



Madame Intueri nie jest madame, która mogłaby tylko cały dzień leżeć i pachnieć. Niestety, Madame jest kobietą pracującą. I choć nie jest tak, że żadnej pracy się nie boi (bo takich na przykład robót na wysokości, by się nie podjęła), pracę jej przydzieloną wykonuje. Czasami przed wyjściem z domu, popijając poranną kawę (tudzież inny napój pobudzający, którego nazwy czytelnikowi nie zdradzimy, bo wstyd i hańba), Madame ogląda telewizję. Zadziwiające, jakich rzeczy można dowiedzieć się między ósmą a dziewiątą rano.
            Pewnego pięknego poranka Madame dowiedziała się z rozmowy prowadzącego program śniadaniowy z seksuologiem, że dwadzieścia pięć procent kobiet w Polsce nie miewa orgazmów. Pan doktor wspomniał też, że na seksualność kobiet składają się cztery czynniki – uczucia do partnera, wychowanie, jakie odebrały w domu, zewnętrzne czynniki społeczne i fakt, jak czują się same ze sobą i własną cielesnością (mniej więcej tak, jeśli Madame coś pokręciła, zrzućmy to na karb tego, iż było wcześnie, a napój pobudzająco-orzeźwiający jeszcze nie do końca został wypity). Madame nie zwróciłaby właściwie na całą tę rozmowę i jakże sensacyjną informację (25 % to wszak 1/4!) specjalnej uwagi, gdyby kilka dni później w pracy nie wpadła jej w ręce książka francuskiej pisarki Marthe Blau „W jego dłoniach”. Madame Intueri rzuciła okiem na tę rzekomo skandaliczną pozycję przez zupełny przypadek. A potem, jak to ona ma w zwyczaju, zaczęła się zastanawiać.
            Słynny już „Grey” przy „W jego dłoniach” to przysłowiowy „pikuś”. Powieść to kolejny erotyk o pokręconym związku, w którym kobieta, wykształcona i niegłupia, uzależnia się od pomiatającego nią mężczyzny i jest tym faktem (oczywiście!) zachwycona. Pełno w niej orgazmów, wagin, łechtaczek, sztucznych penisów, węzłów marynarskich zakładanych na sutki i spinaczy wkładanych do pochwy. Podobnie w trylogii o Panu Szarym pełno kajdanek, kul gejszy, pejczy i innych seks zabawek. A choć książka napisana źle i oprócz momentów nie ma żadnej fabuły, czytelniczki deklarują zgodnie, że „powieść to źle napisany, bełkotliwy gniot, bo bohaterka nic tylko się rumieni i przygryza wargę, ale, ale, ale… już nie mogę się doczekać następnej części!”. Czytelniczki zdają sobie zatem doskonale sprawę z małości i infantylności czytanej powieści, a jednak zupełnie im to nie przeszkadza. Bo dlaczego miałoby(?!)? A niechby sobie nawet czytały. Co to komu szkodzi? Czytanie czegokolwiek jest lepsze niż oglądanie „M jak miłość”. A że to książka kiepska? Trudno. Nie od dziś wiadomo, że zły pieniądz wypiera dobry, a reklama dźwignią handlu. Dziś nawet należy oczekiwać, że „gniotowatość” jest wprost proporcjonalna do liczby sprzedanych egzemplarzy. Bestseller, książka poczytna czy też dobrze się sprzedająca, nie jest wcale synonimem książki dobrej. A może jest? Wszak nie to ładne, co ładne, tylko to, co się komu podoba. Ale my nie o tym…
            Madame zaczęła się zastanawiać. Dlaczego „Grey” chwycił? Dlaczego chwycił w kraju, w którym język erotyczny niemal nie istnieje, a o seksie głośno i bez metafor mówić po prostu nie wypada, bo to nie uchodzi (dla porównania: Hiszpanie potrafią wymieniać dwadzieścia różnych rodzajów pocałunków, imponujące, prawda?). Wniosek, że dupa sprzeda się zawsze i to dobrze, jeśli nie bardzo dobrze, wydał się Madame nawet nie tyle wulgarny, co zwyczajnie zbyt prosty. Kobiety mają się dziś za wyzwolone, wyemancypowane i (niby) bardzo otwarte. Choć wywalczyły sobie prawo do noszenia spodni i kandydowania na urząd prezydenta, wciąż… są kobietami. W większości wychowane na bajkach Disneya, marzą o „długo i szczęśliwie”. Tyle, że jak w bajkach, tak i w życiu, po „długo i szczęśliwe” kończy się bajka. I nie wiadomo, co z tym fantem zrobić, bo Disney nijak o tym nie wspomina. W jego filmach nie ma wariantu „ale zaraz, nie takiego życia chciałam”. Dlaczego „Grey” chwycił? Bo opisuje brak znany bardzo wielu kobietom, nawet, jeśli się do tego nie przyznają. Bo mówi wprost o tym, o czym tylko się szepcze, a i to ze wstydem, bo przecież nie wypada! A tu, proszę, inne kobiety, odważniejsze, piszą o „tym”. Piszą pikantnie, piszą bez zahamowań (no i co z tego, że mało wyszukanym językiem, coś za coś). I nie tylko gospodynie domowe czytają (co ciekawe bohaterki tych książek to zwykle osoby wykształcone, nie jakieś tam pensjonarki), czytają z zachwytem, z wypiekami na twarzy i przyznają „chcemy jeszcze (w domyśle: bo same tego nie przeżywamy)”. Nie mamy odwagi, krępujemy się. Tak zostałyśmy wychowane, tak nas nauczono. Kłopot w tym, że same autorki mają problem z opisywaniem seksu na różne sposoby. Niemiłosiernie się powtarzają. Bo skoro stosunek odbywa się co drugą stronę, ile razy można czytać o „rozkosznym bólu w podbrzuszu”? Wyobraźni zabrakło, czy język nie daje rady? A może jedno i drugie? Widocznie, o seksie, jak o wszystkim innym, pisać trzeba umieć.
            Madame Intueri nie jest supermanem. Ale podobnie, jak supermenka z piosenki Kayah upomina się o kobiety. Bo popularność „Greya” dowodzi jej zdaniem bardzo prostego, a okropnie smutnego faktu. Wiele kobiet jest po prostu nieszczęśliwych, niespełnionych. Cóż poradzić, kiedy ciała mężczyzny i kobiety zostały stworzone tak, by idealnie do siebie pasowały, a ich dusze tak, by na zawsze pozostały sobie obce? Kwadratura koła. Kolistość kwadratu. Co można zrobić? Madame wzrusza ramionami. Nie wie. Nie umie pomóc nawet samej sobie. Człowiek chyba nie jest istotą powołaną do szczęścia, tak jej się wydaje. Odstawia więc na biblioteczną półkę w „Jego dłoniach”, dla kolejnej nieszczęśliwej lub innej zafascynowanej. Trochę zniesmaczona, trochę zmieszana (a może jest po prostu niedzisiejsza?). Odchodzi, przypominając sobie, że bogów i ludzi łączy jedna rzecz. Gdy przestają być kochani, znikają. Madame Rozważająca myśli zatem, że jedyne, co możemy zrobić, to… próbować. 

A na koniec słynne disnejowskie „długo i szczęśliwie”. Tym razem w wykonaniu Eweliny Flinty (oczywiście w różowej sukience, a jakże!).
 źródło: https://www.youtube.com/watch?v=MUTKGWaOBpI

wtorek, 5 lutego 2013

Na nowy początek wiśta wio, czyli dlaczego nie dobija się koni



Ktoś od dawna mi powtarzał, że jeśli nie wrócę, Edgar mnie pogryzie. Czas mijał i Ktoś zaczął mówić, że Edgar zdziczeje. Ale mnie niespecjalnie chciało się wracać. Niespecjalnie chciało mi się cokolwiek. Dopadł mnie syndrom polonisty po studiach, któremu na dodatek „znowu w życiu nie wyszło”. Nie miałam ochoty czytać. Nawet krótkich notatek w gazecie. Zresztą, mój wolny czas diametralnie się skurczył. Dlatego zaczęłam się zastanawiać, czyż nie dobija się koni? A Edgar jest przecież koniem.

Dziś M. pokazała mi w Internecie obrazek. Spotkanie autorskie. Wszędzie porozwieszano reklamówki książki pod tytułem „Moje nędzne życie”. Przy stole dziewczyna podpisująca książkę. Nad nią dwoje ludzi. Mężczyzna i kobieta. I dymek: „Kochanie, gdybyśmy wiedzieli, że zostaniesz pisarką, bylibyśmy lepszymi rodzicami”. Taaaaa… Sama mogłabym napisać książkę pod tytułem „Moje nędzne życie”. (Dla wyjaśnienia. Nie mam mojej mamie nic do zarzucenia. Mamutku, kocham Cię, dobrze, że nie jesteś internetowa i nigdy tego nie przeczytasz). Właśnie tak się teraz czuję. Ciekawe, czy byłby to bestseller?

Postanowiłam jednak na przekór, zwłaszcza sobie samej, wrócić do blogowania. Zatem:

cel: blogować - dowcipnie i z klasą, o książkach cudzych, własnych (podobno trochę zdrowego egoizmu jest w życiu dobre), a także o zjawiskach literackich i około literackich, a przy okazji nie poddawać się depresji

założenia: przynajmniej jeden wpis tygodniowo, czasami może dwa, ale nie bądźmy pazerni; plan do wykonania to 52 wpisy w 52 tygodnie

dodatkowe założenia: może nawet stworzę sobie konto na facebooku, mooooooże, jeśli M. będzie mnie dostatecznie długo i skutecznie namawiać; dokończyć 30 dni z książkami; wznowić Nagrodę im. Edgara Kopytko; zafundować Edgarowi nowy image (? – kwestia do przemyślenia).

Pisać, pisać, pisać. I nie poddawać się. Wiśta wio i do przodu. Jak Bruce Lee. Nawet ten papierowy, wydrukowany na kartce, którą dostałam od B. Jemu też było ciężko. I proszę, dał chłopak radę.      

Taki jest plan.  


  źródło: http://www.youtube.com/watch?v=xnwjfztww5Y

Więc stań na deszczu
Przeciwstaw się
Wstań, kiedy wszystko cię dobija
Stań mimo bólu
Nie utoniesz
I pewnego dnia, to co było zagubione odnajdzie się
Stoisz w deszczu...
Superchic(k) - "Stand in the rain" (w tej akurat wersji z Kate Beckett z "Castle'a")