wtorek, 25 października 2016

W zwierciadle niejasno



Nigdy do tej pory nie miałam do czynienia z pisarstwem Gavina Extence. Jakoś ominęło mnie szaleństwo wokół jego debiutu – „Alex Woods kontra wszechświat”. Kiedy okazało się, że następna książka pisarza, „Lustrzany świat Melody Black”, będzie tematem dyskusji naszego klubu książki, podchodziłam do niej bez żadnych oczekiwań.
Abigail jest niezależną dziennikarką. Pisze o czym chce i kiedy chce. Wiedzie spokojne życie u boku chłopaka. Od czasu do czasu kłóci się z siostrą, niezbyt dobrze skrywa też żal do ojca. Raz w tygodniu odwiedza swoją terapeutkę, leczy się z depresji. Pewnego dnia Abby wchodzi do mieszkania sąsiada, by pożyczyć pomidory. Okazuje się jednak, że Simon nie żyje.
Mam pewien problem z tą powieścią. Z jednej strony świetnie się ją czyta. Akcja poprowadzona jest wartko i wciąga, tak, że lektura „Lustrzanego świata” zajęła mi dwa dni. Poza tym jest zaskakująca. Okazała się nie tym, czego początkowo oczekiwałam, co też jestem skłonna zaliczyć na plus tekstu.
Z drugiej strony nie wiem do końca, czym miał być „Lustrzany świat Melody Black”. Zaczyna się niczym rasowy kryminał - od trupa. Czytelnik oczekuje, że powieść dalej podąży w tym kierunku. Nic bardziej mylnego, nieoczekiwanie książka skręca w stronę „Seksu w wielkim mieście”. Dostajemy opowieść o codziennym życiu bohaterki. Abby spotyka się z pewną ekscentryczną poetką, by odbyć z nią wywiad. Zbiera materiały do dziwacznych artykułów. Aż tu nagle, wydawałoby się pogodna i lekka powieść obyczajowa, staje się zapisem głębokiej depresji bohaterki. Abby pogrąża się coraz bardziej, a czytelnik nie może uwierzyć, w którą stronę podążyła ta historia. To wprowadza do powieści Extence’a chaos. Ostatecznie nie jestem pewna, co planował napisać – obyczajówkę z wątkiem kryminalnym, możliwie realistyczną historię popadania w depresję? Ta bezcelowa wielogatunkowość jest najsłabszym ogniwem „Lustrzanego świata Melody Black”. Wielogatunkowość i brak tytułowej bohaterki. Melody Black ostatecznie pojawia się pod koniec powieści i choć ważna dla fabuły, umieszczenie jej w tytule wydaje się być grubą przesadą.
Jeśli chcemy „Lustrzany świat Melody Black” potraktować jako powieść o ludziach zmagających się z własną psychiką, spokojnie można wybrać lepsze („Lot nad kukułczym gniazdem”, „K-Pax”). Jeśli chcemy go potraktować jako opowieść obyczajową o dziennikarce w wielkim mieście, też znajdziemy wiele ciekawszych pozycji. „Lustrzany świat Melody Black” przeczytać można, ale raczej nie pozostanie na długo w pamięci.

piątek, 14 października 2016

Żyj odważnie. Żyj dobrze. Po prostu żyj...



Niedawno pisałam na łamach Biblioteki Edgara o „Zanim się pojawiłeś” Jojo Moyes. Było tylko kwestią czasu, kiedy sięgnę po kontynuację. I stało się, jestem po lekturze. Czy powieść trzyma poziom poprzedniczki, czy może podzieliła los wielu kontynuacji i nie sprostała zadaniu?
                Za pieniądze otrzymane od Willa, Lou kupuje mieszkanie w Londynie. Kompletnie nie wie, co zrobić ze swoim życiem. Przez jakiś czas mieszka w Paryżu, jednak nie zakochuje się w nim tak, jak Will. Wraca do Anglii, gdzie podejmuje pracę w barze na lotnisku. Ciągle rozmawia ze zmarłym ukochanym, nie potrafiąc pogodzić się z jego odejściem. Podczas jednej z takich rozmów, toczonej na dachu budynku, gdzie mieszka, zostaje wystraszona przez nieznaną dziewczynę i spada. W bardzo poważnym stanie trafia do szpitala. Udaje jej się jednak przeżyć. Rodzina, przekonana, że Lou chciała popełnić samobójstwo, wysyła ją na spotkania grupy wsparcia. W życiu Louisy Clark pojawia się także tajemnicza nastolatka, która twierdzi, że jest córką Willa.
„Kiedy odszedłeś” to poruszająca opowieść o przeżywaniu straty. Lou dwa lata zajmuje pozbieranie się po śmierci Willa. Możemy wraz z nią doświadczyć ostracyzmu społecznego (również ze strony własnej rodziny), któremu zostaje poddana z powodu uczestnictwa w „zamordowaniu” młodego prawnika. Podczas sesji grupy wsparcia dowiadujemy się o różnych stadiach żałoby i sposobach radzenia sobie z nią. Ktoś, kto sam tego jeszcze nie przeżył, zapewne nie zdaje sobie sprawy, jak żmudny proces może go czekać.
                Właściwie najnowsza powieść Jojo Moyes jest zlepkiem ogranych do nieprzyzwoitości motywów – mamy dziecko, o którym nikt nie wiedział, romans z przystojnym ratownikiem medycznym, motyw fatalnej pomyłki, a na ostatnich czterdziestu stronach autorka serwuje nam akcję rodem z powieści sensacyjnej. Z drugiej jednak strony czyta się to dobrze. Jojo Moyes ma umiejętność zgrabnego układania ogranych motywów. Niby banał, a jednak pokazany w wyjątkowy sposób. Ponadto pojawienie się Lilly, pozwala Luisie ponownie spotkać się z rodzicami Willa, a czytelnikowi dowiedzieć się, jak potoczyło się ich dalsze życie po śmierci ukochanego syna. Do tego dorzucić można konflikty w jej własnej rodzinie, które choć pokazane w zabawny sposób, dotyczą bardzo fundamentalnych spraw. Oto mama nie chce być już tylko kurą domową. Pragnie się rozwijać, wrócić na studia. Tata natomiast, nie potrafi zrozumieć, dlaczego rola żony i matki jej nie wystarcza. Przecież obiad na wyznaczoną godzinę musi być podany i to nie on go będzie robił!
                Druga odsłona przygód Lou Clark, choć nadal wydaje mi się niepotrzebna, bo niektórych historii nie powinno się przeciągać, jest równie przyjemna podczas lektury, co pierwsza. Choć nadal dobrze napisana, moim zdaniem pozostaje tylko marnym powidokiem oryginału. Pierwotna historia nic by nie straciła na braku kontynuacji.

piątek, 7 października 2016

Ciszej nad tym komiksem?



Komiksy czytam często i chętnie, ale w sumie rzadko zdarza mi się napisać recenzję któregoś z nich. Postanowiłam, że start Wielkiej Kolekcji Komiksów DC będzie powodem do dobrej zmiany. Czas zacząć recenzować komiksy. WKKDC otwiera „Batman. Hush”. We wstępniaku czytamy, że jest to komiks przełomowy dla serii o Batmanie. Ale czy Wielka Kolekcja Komiksów Marvela (seria bliźniacza tyle, że o marvelowskich superbohaterach) nie przyzwyczaiła nas, że używa słów „przełomowy”, „kultowy” dla określania nieraz naprawdę miernych historii? Czy bliźniacza kolekcja podzieli tę metodę?
Porwane zostaje dziecko pewnego bogacza z Gotham. Kidnaperem okazuje Killer Crock. Batman dopada złoczyńcę, ale pieniądze znikają. Podążając ich tropem, Mroczny Rycerz natyka się na znacznie poważniejszy spisek, wymierzony wprost w jego osobę.
Jeśli coś mi się w tym komiksie podoba, to… rysunki. Na niektórych naprawdę przyjemnie oko zawiesić. Przedstawiony tu Batman jest właśnie taki, jaki powinien być – mroczny, z kwadratową szczęką i skrzywioną miną. Kwintesencja Gotham City, miasta głupców. Podoba mi się też mnogość postaci. Lubię, kiedy jedne wpływają na drugie, wchodzą ze sobą w interakcje. Wtedy widać, że to jedno uniwersum, jeden świat, w którym Superman może spotkać Batmana, a Zielona Latarnia przeleci nam miastem, walcząc ze swoim przeciwnikiem. Jest to równie miłe, jak w filmach, kiedy Jane Foster krzycząc w dwójce „Thora”: „Widziałam cię! W telewizji byłeś, w Nowym Jorku byłeś!” odwołuje się do fabuły „Avengersów”, Falcon po walce z Ant Manem stwierdza: „Tylko nie mówcie Kapitanowi”, a w serialach DC Flash, Arrow, a nawet Supergirl z alternatywnej Ziemi razem szykują się, by za chwilę walczyć ze śpiewającym przeciwnikiem. No, łapiecie o co chodzi. Lubię to przenikanie się historii. Jest fajne.
Tylko kadry z pojedynkami uważam za przesadzone. Biją się w „Hashu” często i gęsto, w wielu kadrach, na wielu stronach (choćby walka z Crockiem otwierająca zeszyt). Długo i nużąco. Flaki z olejem, gdyby mnie ktoś pytał.
Nie podoba mi się, jak straszliwie płytka jest to historia. Wielkim złoczyńcą okazuje się ktoś, kto pojawia się trochę na zasadzie Deus ex machina, a jego pretensje wobec Bruce’a, z powodu których się mści, wciągając w swój spisek połowę Gotham i część Metropolis są… szalone, nawet jak na łotrów z mrocznego miasta. Poza tym ktoś ciągle umiera, wraca do życia, przechodzi operacje plastyczne, wszczepia innemu stalowe płytki w mózg, nie wiadomo na co i po co. Ja wiem, to wszystko jest w komiksie normalne, należy do konwencji. Wszak komiks to rodzaj mitologii, historii o walce dobra ze złem, opowiadanej wciąż na nowo. Naprawdę nie oczekuję od niej realizmu. Jednakże chciałabym, aby to była opowieść, w którą, przynajmniej minimalnie, będę mogła uwierzyć. W „Husha” jakoś nie potrafiłam.
Poza tym przeszkadzała mi też kiczowatość. Wiem, że to nieodłączna część historii o trykociarzach. Ale w „Hushu” wszystko jest czytelnikowi podawane wprost łopatologicznie. Skoro widzę na rysunku, że bohater coś robi, to czy muszę mieć to jeszcze skomentowane za pomocą słów w ramce, mających odzwierciedlać jego myśli? Poza tym ilość ramek, czcionek, kolorów jest zatrważająca. Misz masz. Myśli postaci w ramkach innego kształtu i koloru, wypowiedzi Batmana w innych dymkach, niż słowa Oracle. Dymki przerywane, a do tego wszystkiego jeszcze pogrubienia w tekście. I to pogrubienia słów, które tak naprawdę nic nie znaczą, bo dla całej wypowiedzi nie są kluczowe, czy istotne. To trochę tak, jakby ktoś pogrubił na chybił-trafił zupełnie nieistotne słowa. Okropność!
Podsumowując, spędziłam na lekturze „Husha” przyjemny wieczór. Jednakże, gdybym nie znała tej historii, moje życie by nie zubożało. Nadawanie jej znamion „kultowej” czy „przełomowej” to gruba przesada. Zupełnie, jak te przypadkowe pogrubione słowa w dymkach dialogowych.