Klub Czarownic

Malina była jedną z pierwszych bohaterek, jakie stworzyłam. Mamy ze sobą wiele wspólnego – studiujemy polonistykę, posiadamy nietypowe poczucie humoru, które kochają tylko nieliczni, a niemal wszyscy nienawidzą, obie jesteśmy chwilami pesymistyczne do granic możliwości i ironiczne. Uwielbiamy Elfy, utwory Beethovena, jazdę konną (choć nie mamy do niej talentu), gorącą czekoladę, tęczę i filmowe adaptacje prozy Jane Austen. Obie jesteśmy też niespełnionymi pisarkami. Bardzo wieku wydaje się więc, że odkryli moją tajemnicę. Malina to ja. Ci jednak zapominają, że różni nas zasadnicza kwestia. Nie, nie kwestia, lecz osoba. Jedno słowo. Jedno imię. Janek. Zatem Malina to Malina. Ja to ja.

Z biegiem lat do Maliny dołączyły kolejne bohaterki. Anna, przesympatyczna i delikatna studentka historii sztuki, zakochana w płótnach Veermera i zaklinaczu koni o imieniu Wacław. Choć może akurat nie w tej kolejności. Nieco zagubiona, śliczna blondyneczka o uśmiechu Mona Lizy, Magda, nazywana przez przyjaciółki Madą. Trzy przyjaciółki powołały do życia Klub Czarownic. Po roku dołączyły do nich także szalona i wesoła rudowłosa Katarzyna, chodząca własnymi drogami, stąd jej przydomek – Kat oraz jej najlepsza przyjaciółka, nieśmiała Natali, która pewnego dnia zaskoczyła wszystkich, zdając do szkoły aktorskiej.

Ale to jeszcze nie wszyscy bohaterowie tej opowieści…

Kiedyś zawładnął mną obraz dwójki ludzi. Przechodzili przez ulice po pustych pasach. Obserwowałam ich z boku. On miał w uszach słuchawki odtwarzacza mp3. Ręce schowane w kieszeniach spranej kurtki, wzrok spuszczony, wpatrzony w ziemię. Ona niosła pod pachą książkę. Przez ramię przerzuconą miała torbę, w dłoni trzymała kubek z herbatą i choć patrzyła przed siebie, miała jakby zamglony, nieobecny wzrok. Za chwilę mieli minąć się na pustej ulicy. Oboje szli bardzo, bardzo powoli. Jakbym oglądała zwolniony film. A jednak, jedno zmrużenie oka i okazało się, że wokół nich jest mnóstwo ludzi. Mijali się i potrącali, śpiesząc do swoich zajęć. A w tłumie… tych dwoje. Przeszli obok siebie, nie zaszczycając się spojrzeniem.

Od tamtej pory im towarzyszę. Lubię się przyglądać, jak co kilka dni mijają się na tym przejściu. Jak czasami jeżdżą tym samym autobusem. Oboje istnieją, choć jeszcze nie dla siebie. Przyglądam się z zaciekawieniem, gdy bawi się nimi przypadek. Jeszcze nie całkiem gotów zamienić się dla nich w los.[1] Czasami wydawało mi się, że to już, już… Odwracając stronę podniesie wzrok i spojrzy na niego. Ale nie. Zaciskałam kciuki, gdy wsiadała do autobusu z naręczem książek, a on wstawał, by zrobić jej miejsce. Wydawało mi się, że już… nic z tego, odchodził zamyślony. Być może to nie ten czas, a może nie nadszedł właściwy monet. Więc skąd ta dziwna pewność, to przeświadczenie, że… Może dlatego, że gdy mijał ją na pasach ze słuchawek odtwarzacza sączyła się ta, tak kiczowata jego zdaniem, piosenka: „ I just haven’t met you yet”? Po prostu jeszcze cię nie spotkałem.

O czym opowiadają te powieści? O miłości, oczywiście. Ale nade wszystko o właściwych monetach i nieumiejętności ich dostrzegania. Bo życie składa się z momentów. Również dla tych dwojga, którzy w mojej głowie mijają się na pustych pasach, choć wokół przecież mnóstwo ludzi. Obserwuję ich. Czekam… na właściwy moment.


W skład cyklu „Klub Czarownic” wchodzą:
  • „Dogonić słońce”
  • „Sztuka latania”
  • „Przebudzenia drozda”















[1] Wisława Szymborska, „Miłość od pierwszego wejrzenia”.