wtorek, 8 sierpnia 2017

Chemia śmierci czy śmierć z nudów?



Stephenie Meyer kojarzy się wszystkim bardzo jednoznacznie – ze „Zmierzchem”, serią romansów paranormalnych dla nastolatek. Potem był jeszcze „Intruz”, powieść znacznie lepsza, dziwny, choć udany mariaż SF, powieści filozoficznej, obyczajowej i romansu, którą Meyer udowodniła, że nie bez powodu otrzymała dyplom ukończenia literatury angielskiej. Po ośmiu latach przerwy, w trakcie których autorka zajmowała się głównie zmienianiem płci swoich sztandarowych bohaterów, powróciła z nową książką. Tym razem, ku zdziwieniu wszystkich, wydała powieść szpiegowską.
Stephenie Meyer zadedykowała swoją powieść Jasonowi Bourne’owi, bohaterowi książek Roberta Ludluma oraz spadkobiercy jego dziedzictwa, Aaronowi Crossowi. Odwołując się do takich legend historii szpiegowskich, postawiła sobie zatem poprzeczkę bardzo wysoko. Czy słusznie?
Alex od kilku lat ucieka. Ma za sobą spotkanie z trzema płatnymi zabójcami. Kiedy jednak zgłasza się do niej dawny współpracownik, prosząc o pomoc w powstrzymaniu siatki, która chce rozpylić wirusa mającego pochłonąć tysiące istnień, kobieta daje się wciągnąć w nowy spisek.
Trzeba zacząć od tego, że jak na powieść sensacyjną to mało w tej książce sensacji. Zero napięcia. Zwroty akcji? Ale jakie zwroty akcji? Niby się tropią, niby robią podchody, niby planują, niby spisek super-hiper-mega-tajnych organizacji, ale wszystko to jakieś takie nie dość, że pozbawione napięcia, to jeszcze zupełnie wyprane z emocji. Śmiało można postawić tezę, że 95 % tej powieści to opisy tego, jak bohaterowie się ukrywają, pakują, przebierają, przemieszczają. Jak na ludzi, którzy walczą o każdy oddech, o przetrwanie, mało w tym wszystkim owej walki.
Druga kwestia to bohaterowie nakreśleni bardzo grubymi kreskami. Nic o nich nie wiadomo, poza dwoma, trzema podstawowymi faktami. Alex – sierota, była pracownica super-hiper-mega-tajnego departamentu. Daniel – nauczyciel z misją, którego w trąbę puściła była żona (no bo to zła kobieta była, po prostu). Kevin – pracował dla CIA i lubi psy. Tyle. Val – prostytutka. Nic więcej, nic mniej. Nikt z nich nie ma żadnej historii, przeszłości, psychologicznych motywacji. To sprawia, że nie sposób ich polubić, przywiązać się do nich. A fakt, czy ich na następnej stronie zastrzelą, czy jednak się wywiną, wisi czytelnikowi jak kilo kitu na agrafce.
No i ich motywacje psychologiczne. Błagam! Daniel zakochuje się w kobiecie, która go porywa i toruje chemikaliami, sprawiając mu rzekomo przeogromny ból. A gdy go uwalnia, ten zamiast spieprzać jak najdalej… wyznaje jej miłość. Ona też, jak na osobę, której zależy tylko na ocaleniu życia, bardzo szybko się przywiązuje. Zresztą, Amerykańce to jakaś dziwna rasa. Wszyscy wszystkim wyznają miłość po dwóch dniach znajomości, oczywiście zaraz po tym, jak już pójdą ze sobą do łóżka. I zawsze jest to ta pierwsza prawdziwa miłość, ta jedyna, choć przecież kolejna.
Trzeba przyznać Stephenie Meyer, że włożyła w tę książkę wysiłek. Posługuje się bardzo szczegółowymi opisami chemikaliów i broni, gazów i sposobów reakcji organizmu na tortury. Pewnie sporo poczytała na ten temat. Nie można jej powieści zarzucić braku realizmu. Ale z drugiej strony ginie to wszystko pod wątkiem romansowym, którego jak na powieść sensacyjną, jest zdecydowanie za dużo, i opisami codziennych czynności (gotowanie, wszyscy gotują, mają to chyba po Belii), ubrań i pomieszczeń. Tak, jak to tylko Stephenie Meyer potrafi. Ci, którzy ją czytali, doskonale wiedzą, co mam na myśli. Autorka jest mistrzynią pisania o dupie Maryni.
Gdyby oceniać „Chemika” jako powieść sensacyjną, to jest to zła książka. Przegadana, przegadana, przegadana. Czy wspomniałam, że przegadana? Pisarka skupiła się na  wątku romansowym, opisie codzienności. „Chemikowi” brak napięcia. Kreacje bohaterów są niewiarygodne. Jako powieść obyczajowa z wątkiem sensacyjnym też się nie sprawdzi, bo… tak, tak, jest przegadana. Stephenie Meyer to rewelacyjny przykład pierwszorzędnej autorki drugorzędnej. Niby ma pomysł, ma jakiś tam warsztat, ale zawsze coś nie wypali, czegoś zabraknie.

czwartek, 3 sierpnia 2017

Moja ulubiona popbibliotekarka powróciła



Charlaine Harris jest znana przede wszystkim jako autorka serii o Sookie Stackhouse, na podstawie której HBO stworzyło serial „Czysta krew”. Jednakże na swoim koncie ma także serię o Aurorze Teagarden, bibliotekarce z Lawreceton, małego miasteczka w Georgii. Choć ósma część cyklu kończy się tak, jakby czytelnicy mieli pożegnać się z nią na zawsze , Aurora powraca z kolejnymi perypetiami, w dziewiątej już książce – „Małe kłamczuchy”.
Bohaterkę odnajdujemy niemal dokładnie w tym samym punkcie życia, w którym ją opuściliśmy. Od momentu zakończenia akcji poprzedniej książki mija zaledwie parę tygodni. Aurora zostaje żoną Robina Crusoe, autora kryminałów. Okazuje się także, że spodziewa się dziecka. Zaczyna snuć plany na przyszłość, gdy wraz z grupą nastolatków ginie jej brat, Philip. Aurora nie byłaby sobą, gdyby nie rozpoczęła poszukiwań na własną rękę.
W „Małych kłamczuchach” pojawiają się dobrze nam znani z poprzednich części bohaterowie. Przewinie się zatem pastor Scott i jego rodzina, przyjaciółki Aurory: Amina, Lizanne i Angel, kolega z biblioteki Perry i jego matka Sally. Dla wszystkich, którzy są wielbicielami cyklu, będzie to miłe spotkanie z dawnymi przyjaciółmi, w trakcie którego można się będzie dowiedzieć, co tam u nich słychać. Autorka przypomni nam też kilka faktów z życia swojej bohaterki, jak choćby śmierć jej bratowej Poppy czy odziedziczenie spadku po innej emerytowanej bibliotekarce. Jednakże powieść została skonstruowana tak, że nieznajomość poprzednich części zupełnie nie przeszkadza w lekturze.
Dziewiąta książka o Aurorze Teagarden płynie stałym kursem wytyczonym przez jej poprzedniczki. Będzie zatem trochę sensacji, trochę kryminału i mnóstwo wątków obyczajowych o życiu klasy średniej w małym, nieco prowincjonalnym miasteczku na obrzeżach Atlanty. Rozwiązanie, jak zawsze w cyklu, będzie trochę nieprawdopodobne, trochę nierealne i wyciągnięte jak królik z kapelusza. Bo gdy się zaczniemy w nie wgłębiać, dojdziemy do zasadniczego pytania: „Tylko po cholerę on to zrobił?”. Jeśli jednak patrzeć na te powieści z przymrużeniem oka, mogą zapewnić przyjemną rozrywkę na jedno lub dwa popołudnia. Szału nie ma, ale czyta się to bez przykrości.
Powieści z cyklu o bibliotekarce z Lawrenceton nie są wybitną literaturą. To typowe powieści pociągowe. Szybko się je czyta i równie szybko zapomina, ale na pewno stanowią dobrą rozrywkę. Niezaprzeczalnie muszą coś w sobie mieć, skoro powstało już dziewięć tomów, prawda?