czwartek, 31 sierpnia 2017

Czytajcie Agatę!



     Czy wśród moich Czytelników znajdują się miłośnicy kryminałów? A czy są wśród nich lubownicy książek Agaty Christie? Jeśli tak, to wrzesień będzie dla Was dobrym miesiącem. Dla tych, którzy Agatę już znają i kochają, będzie to odpowiedni czas, by przypomnieć sobie jakąś jej powieść. A dla tych, którzy jeszcze nic nie czytali, to dobra okazja, by poznać i pokochać.
     Na blogu  Na tropie Agathy/ rozpoczęto właśnie fantastyczne wyzwanie czytelnicze „Wrzesień z Agathą”. Zachęcam do wzięcia udziału. Ja już to zrobiłam. A dla tych, którzy nie blogują, to wciąż doskonała okazja, by odwiedzić stronę poświęconą twórczości tej świetnej pisarki. Znajdziecie tam recenzje, ciekawostki, spisy filmów na podstawie twórczości Christie. Kopalnia wiedzy. Serdecznie zapraszam. 


poniedziałek, 28 sierpnia 2017

Lalka Barbie i jej wrogowie



Virginia Cleo Andrews jest znaną autorką powieści obyczajowych z gotyckim zabarwieniem. W jej powieściach standardem są stare domostwa z tajemnicami, wielkie fortuny zdobyte niewiadomymi sposobami, tajemnice rodzinne, które wychodzą na światło dzienne w najbardziej nieoczekiwanych momentach oraz związki kazirodcze. Najbardziej znana seria, która wyszła spod pióra autorki, to „Kwiaty na poddaszu”. Choć Andrews zmarła w drugiej połowie lat osiemdziesiątych XX wieku, zachęcone popularnością jej książek wydawnictwo zatrudniło ghostwritera. W ten sposób ukazują się kolejne powieści firmowane jej nazwiskiem.
            „Mroczny las” jest kontynuacją „Willow” i wchodzi w skład nowego cyklu o rodzinie De Beers. W pierwszej części poznaliśmy główną bohaterkę i jej skomplikowaną historię – po śmierci ojca, znanego psychiatry, Willow dowiaduje się, że miał romans ze swoją pacjentką. Młoda kobieta postanawia odnaleźć matkę i w tym celu wyrusza do Palm Beach. Na miejscu poznaje super-hiper-przystojnego prawnika, w którym się (jakżeby inaczej!) zakochuje. „Mroczny las” opowiada o tym, jak  nawiązuje relacje rodzinne ze świeżo odnalezionymi krewnymi. Ważny jest także  rozwój związku Willow ze znanym z pierwszego tomu prawnikiem,Thatcherem.
            „Mroczny las” to plastikowa książka. Plastikowa do granic możliwości. I nie chodzi tu nawet o to, że fabuła jest fatalna, kreacje postaci zupełnie niewiarygodne, ich problemy wydumane i dla zwykłego zjadacza chleba śmieszne lub nawet irytujące, a realizm oscyluje gdzieś w okolicach „kosmici właśnie wylądowali w moim ogródku i wszyscy to łyknęli”. Bo czyż normalnej, przeciętnej, pracującej kobiety, nawet takiej, która czyta książki tylko dla przyjemności, nie zdenerwuje Bunny Eaton, którą nieudane przyjęcie doprowadza do depresji i z tego powodu musi wyjechać do spa? Czy taka kobieta nie zacznie się zastanawiać: „Kto tak, do cholery, żyje, bo na pewno nie ja i ludzie, których znam?”
            Mimo wszystko nie chodzi już nawet o plastikowy, nierealny świat, w którym rozgrywa się akcja tej książki. Ani o to, że na fabułę składają się w większości przygotowania do ślubu bohaterki – bo przecież trzeba wybrać salę, prezenty dla gości, suknie dla druhen i siebie, i teściowej, i matki, i niani, a narrator musi wszystko pieczołowicie powtórzyć spragnionemu szczegółów czytelnikowi (sic!). Najbardziej denerwowało mnie kreowanie Willow na mądrą, dojrzałą emocjonalnie młodą kobietę, kiedy w gruncie rzeczy to naiwna kretynka z tendencją do ignorowania niewygodnych dla niej faktów. Na dodatek narrator informuje nas, jaka jest ambitna i z jaką dociekliwością studiuje dodatkowe przedmioty, gdy tymczasem urządza sobie we własnej głowie sesje terapeutyczne ze zmarłym ojcem, które sprowadzają się do tak straszliwie podwórkowej psychologii, że wątroba wywraca się na drugą stronę, nawet u osób, które z napojów wyskokowych tolerują tylko herbatę lub kawę. Na dodatek większość z tych psychologicznych analiz tchnie nie tylko banałem, ale momentami wydaje się szkodliwa.
            O pomstę do nieba woła także język tej powieści. Pompatyczny, napuszony i do bólu nierealistyczny. Język opisów niczym nie różni się od języka, którym posługują się poszczególne postaci. Tak samo kwieciście wypowiadają się wykształcony prawnik oraz chorujący na depresję młody mężczyzna. Bardzo przepraszam, ale kto normalny w stosunku do drugiej osoby używa na co dzień słów „wielbię cię” lub „miłuję”? 
            „Mroczny las” to w zasadzie literatura pociągowa. Takie czytadło najgorszego sortu, które spokojnie można postawić obok Danielle Steel oraz Nory Roberts. Czyta się to i natychmiast zapomina. Potem z ciekawości można sięgnąć po następny tom (bo fakt, że będzie następny tom jest więcej niż pewny), ale w sumie wiadomo już, że bardziej robi się to siłą rozpędu niż z autentycznego przekonania.    

czwartek, 17 sierpnia 2017

Pięć osób w ciemnym lesie, nie licząc mordercy



Ruth Ware, jak wielu znanych ludzi, przeszła długą drogę, by zostać tym, kim jest obecnie – docenianą autorką powieści kryminalnych. Była nauczycielką, kelnerką, rzeczniczką prasową. „W ciemnym mrocznym lesie” to jej debiut literacki, który zdobył uznanie rzeszy czytelników na całym świecie. Czy słusznie?
Leonora jest autorką kryminałów. Gdy otrzymuje zaproszenie na wieczór panieński od najlepszej przyjaciółki z czasów liceum, której nie widziała od dekady, stwierdza, że to dobry moment, by zakopać topór wojenny i na zawsze odciąć się od problemów z przeszłości. Na miejscu poznaje  pozostałych uczestników imprezy. To, co początkowo miało być dobrą zabawą, po jakimś czasie przerodziło się w koszmar.
Ruth Ware wykorzystuje konwencję realizowaną chociażby przez Gillian Flynn w „Zaginionej dziewczynie” i z powodzeniem kontynuowaną przez Paulę Hawkins w „Dziewczynie z pociągu”. Mamy tu bowiem do czynienia ze zjawiskiem, które Michał Zieliński nazwał „thrillerem feminocentrycznym”. Akcja zostaje obudowana wokół uczuć i myśli głównej bohaterki. Wieczór panieński Claire budzi dawne demony, z którymi Nora do tej pory się nie uporała. Wraz z nią wracamy więc do bolesnych tajemnic z przeszłości, które okażą się kluczowe również dla teraźniejszych wydarzeń. Fabuła jest prowadzona dwutorowo – część w trakcie wieczoru panieńskiego, część już po śmierci jednego z bohaterów. Podobnie jak Nora nie wiemy, co jest prawdą, a co jedynie zmyśleniem. Z ułamków zdarzeń próbujemy wraz z nią ułożyć faktyczny obraz wypadków.
„W ciemnym mrocznym lesie” to thriller, w którym pojawiają się wszystkie najprostsze, a zarazem najbardziej chwytliwe motywy typowe dla tego gatunku. Mamy tu tytułowy mroczny las i tajemniczy szklany dom, gdzie zostają uwięzieni  główna bohaterka i jej towarzysze, kilkoro obcych sobie ludzi, zamkniętych na małej, odciętej od świata, przestrzeni. Zabieg ograny i stary jak świat, a mimo to wciąż popularny. Dorzućmy jeszcze dawne urazy i seans spirytystyczny, który ujawni plany mordercy, wzbudzając popłoch w pozostałych uczestnikach imprezy. Powstaje przepis na bestseller – przynajmniej w teorii.
Czy połączenie sprawdzonego i lubianego w ostatnim czasie gatunku z niemożliwie ogranymi schematami znanymi z literatury popularnej dało pozytywny efekt? To zadziwiające, ale owszem. Książka trzyma w napięciu, w dodatku świetnie się ją czyta. Ponadto czytelnik wie, czego ma się spodziewać i właśnie to otrzymuje. Oczywiście, należy przymknąć oko na pewne fabularne absurdy, jak choćby stwierdzenie, że można  wiedzieć wszystko o człowieku, z którym było się w związku przez pół roku w wieku szesnastu lat, ale gdy się to uczyni, można już czerpać satysfakcję i przyjemność z lektury. Rozwiązanie zagadki może nie powala, ale stoi na przyzwoitym poziomie, który przy odrobinie dobrej woli można zaakceptować.
W oryginale debiutancka powieść Ruth Ware nosi tytuł „In a dark, dark wood”. Jak zwykle polski tłumacz wyszedł przed szereg. Postawił na dwa różne słowa, „ciemny” oraz „mroczny”. Rozumiem, że pragnął podkreślić, iż otaczający bohaterów las jest wrogi, czai się w nim nieodgadnione zło, niebezpieczeństwo. Jednak w praktyce nie jest to pierwsza konotacja, o której w tym przypadku myślimy. Przychodzi nam raczej do głowy, że zestawiono ze sobą dwa słowa o tym samym znaczeniu. Ostatecznie zmiana tytułu wydaje mi się przekombinowana i niepotrzebna.
„W ciemnym mrocznym lesie” okazało się typową literaturą pociągową. Autorka korzysta ze sprawdzonych schematów, a jej powieść jest sprawnie zrealizowana, dobrze i szybko się ją czyta. Z drugiej strony zupełnie nie wymaga wysiłku intelektualnego i raczej nie zostawi  śladu w pamięci.

wtorek, 8 sierpnia 2017

Chemia śmierci czy śmierć z nudów?



Stephenie Meyer kojarzy się wszystkim bardzo jednoznacznie – ze „Zmierzchem”, serią romansów paranormalnych dla nastolatek. Potem był jeszcze „Intruz”, powieść znacznie lepsza, dziwny, choć udany mariaż SF, powieści filozoficznej, obyczajowej i romansu, którą Meyer udowodniła, że nie bez powodu otrzymała dyplom ukończenia literatury angielskiej. Po ośmiu latach przerwy, w trakcie których autorka zajmowała się głównie zmienianiem płci swoich sztandarowych bohaterów, powróciła z nową książką. Tym razem, ku zdziwieniu wszystkich, wydała powieść szpiegowską.
Stephenie Meyer zadedykowała swoją powieść Jasonowi Bourne’owi, bohaterowi książek Roberta Ludluma oraz spadkobiercy jego dziedzictwa, Aaronowi Crossowi. Odwołując się do takich legend historii szpiegowskich, postawiła sobie zatem poprzeczkę bardzo wysoko. Czy słusznie?
Alex od kilku lat ucieka. Ma za sobą spotkanie z trzema płatnymi zabójcami. Kiedy jednak zgłasza się do niej dawny współpracownik, prosząc o pomoc w powstrzymaniu siatki, która chce rozpylić wirusa mającego pochłonąć tysiące istnień, kobieta daje się wciągnąć w nowy spisek.
Trzeba zacząć od tego, że jak na powieść sensacyjną to mało w tej książce sensacji. Zero napięcia. Zwroty akcji? Ale jakie zwroty akcji? Niby się tropią, niby robią podchody, niby planują, niby spisek super-hiper-mega-tajnych organizacji, ale wszystko to jakieś takie nie dość, że pozbawione napięcia, to jeszcze zupełnie wyprane z emocji. Śmiało można postawić tezę, że 95 % tej powieści to opisy tego, jak bohaterowie się ukrywają, pakują, przebierają, przemieszczają. Jak na ludzi, którzy walczą o każdy oddech, o przetrwanie, mało w tym wszystkim owej walki.
Druga kwestia to bohaterowie nakreśleni bardzo grubymi kreskami. Nic o nich nie wiadomo, poza dwoma, trzema podstawowymi faktami. Alex – sierota, była pracownica super-hiper-mega-tajnego departamentu. Daniel – nauczyciel z misją, którego w trąbę puściła była żona (no bo to zła kobieta była, po prostu). Kevin – pracował dla CIA i lubi psy. Tyle. Val – prostytutka. Nic więcej, nic mniej. Nikt z nich nie ma żadnej historii, przeszłości, psychologicznych motywacji. To sprawia, że nie sposób ich polubić, przywiązać się do nich. A fakt, czy ich na następnej stronie zastrzelą, czy jednak się wywiną, wisi czytelnikowi jak kilo kitu na agrafce.
No i ich motywacje psychologiczne. Błagam! Daniel zakochuje się w kobiecie, która go porywa i toruje chemikaliami, sprawiając mu rzekomo przeogromny ból. A gdy go uwalnia, ten zamiast spieprzać jak najdalej… wyznaje jej miłość. Ona też, jak na osobę, której zależy tylko na ocaleniu życia, bardzo szybko się przywiązuje. Zresztą, Amerykańce to jakaś dziwna rasa. Wszyscy wszystkim wyznają miłość po dwóch dniach znajomości, oczywiście zaraz po tym, jak już pójdą ze sobą do łóżka. I zawsze jest to ta pierwsza prawdziwa miłość, ta jedyna, choć przecież kolejna.
Trzeba przyznać Stephenie Meyer, że włożyła w tę książkę wysiłek. Posługuje się bardzo szczegółowymi opisami chemikaliów i broni, gazów i sposobów reakcji organizmu na tortury. Pewnie sporo poczytała na ten temat. Nie można jej powieści zarzucić braku realizmu. Ale z drugiej strony ginie to wszystko pod wątkiem romansowym, którego jak na powieść sensacyjną, jest zdecydowanie za dużo, i opisami codziennych czynności (gotowanie, wszyscy gotują, mają to chyba po Belii), ubrań i pomieszczeń. Tak, jak to tylko Stephenie Meyer potrafi. Ci, którzy ją czytali, doskonale wiedzą, co mam na myśli. Autorka jest mistrzynią pisania o dupie Maryni.
Gdyby oceniać „Chemika” jako powieść sensacyjną, to jest to zła książka. Przegadana, przegadana, przegadana. Czy wspomniałam, że przegadana? Pisarka skupiła się na  wątku romansowym, opisie codzienności. „Chemikowi” brak napięcia. Kreacje bohaterów są niewiarygodne. Jako powieść obyczajowa z wątkiem sensacyjnym też się nie sprawdzi, bo… tak, tak, jest przegadana. Stephenie Meyer to rewelacyjny przykład pierwszorzędnej autorki drugorzędnej. Niby ma pomysł, ma jakiś tam warsztat, ale zawsze coś nie wypali, czegoś zabraknie.

czwartek, 3 sierpnia 2017

Moja ulubiona popbibliotekarka powróciła



Charlaine Harris jest znana przede wszystkim jako autorka serii o Sookie Stackhouse, na podstawie której HBO stworzyło serial „Czysta krew”. Jednakże na swoim koncie ma także serię o Aurorze Teagarden, bibliotekarce z Lawreceton, małego miasteczka w Georgii. Choć ósma część cyklu kończy się tak, jakby czytelnicy mieli pożegnać się z nią na zawsze , Aurora powraca z kolejnymi perypetiami, w dziewiątej już książce – „Małe kłamczuchy”.
Bohaterkę odnajdujemy niemal dokładnie w tym samym punkcie życia, w którym ją opuściliśmy. Od momentu zakończenia akcji poprzedniej książki mija zaledwie parę tygodni. Aurora zostaje żoną Robina Crusoe, autora kryminałów. Okazuje się także, że spodziewa się dziecka. Zaczyna snuć plany na przyszłość, gdy wraz z grupą nastolatków ginie jej brat, Philip. Aurora nie byłaby sobą, gdyby nie rozpoczęła poszukiwań na własną rękę.
W „Małych kłamczuchach” pojawiają się dobrze nam znani z poprzednich części bohaterowie. Przewinie się zatem pastor Scott i jego rodzina, przyjaciółki Aurory: Amina, Lizanne i Angel, kolega z biblioteki Perry i jego matka Sally. Dla wszystkich, którzy są wielbicielami cyklu, będzie to miłe spotkanie z dawnymi przyjaciółmi, w trakcie którego można się będzie dowiedzieć, co tam u nich słychać. Autorka przypomni nam też kilka faktów z życia swojej bohaterki, jak choćby śmierć jej bratowej Poppy czy odziedziczenie spadku po innej emerytowanej bibliotekarce. Jednakże powieść została skonstruowana tak, że nieznajomość poprzednich części zupełnie nie przeszkadza w lekturze.
Dziewiąta książka o Aurorze Teagarden płynie stałym kursem wytyczonym przez jej poprzedniczki. Będzie zatem trochę sensacji, trochę kryminału i mnóstwo wątków obyczajowych o życiu klasy średniej w małym, nieco prowincjonalnym miasteczku na obrzeżach Atlanty. Rozwiązanie, jak zawsze w cyklu, będzie trochę nieprawdopodobne, trochę nierealne i wyciągnięte jak królik z kapelusza. Bo gdy się zaczniemy w nie wgłębiać, dojdziemy do zasadniczego pytania: „Tylko po cholerę on to zrobił?”. Jeśli jednak patrzeć na te powieści z przymrużeniem oka, mogą zapewnić przyjemną rozrywkę na jedno lub dwa popołudnia. Szału nie ma, ale czyta się to bez przykrości.
Powieści z cyklu o bibliotekarce z Lawrenceton nie są wybitną literaturą. To typowe powieści pociągowe. Szybko się je czyta i równie szybko zapomina, ale na pewno stanowią dobrą rozrywkę. Niezaprzeczalnie muszą coś w sobie mieć, skoro powstało już dziewięć tomów, prawda?