poniedziałek, 31 marca 2014

Jak Kapitan Ameryka i Czarna Wdowa świat ratowali (po raz kolejny)



Nawet ci, którzy nie są fanami komiksów, coś tam słyszeli o Kapitanie Ameryka. Tak, tak. To ten koleżka, który biega w niebiesko-biało-czerwonym stroju z wymyślną tarczą, niczym rycerz albo jakiś inny Achilles i wygłasza kwieciste przemowy o poświęceniu, honorze i patriotyzmie.
            Kapitan Ameryka został wymyślony na potrzeby wspierania morale amerykańskiej ludności podczas II wojny światowej. Bił bezlitośnie faszystów, rozkładał na łopatki komunistów. A potem jakby nie potrafił już się dopasować, nie umiał znaleźć sobie miejsca, nie było dla niego przeciwnika. Więc go zahibernowano. Cóż to za problem, skoro w komiksie sytuacja „zabili go i uciekł” zdarza się częściej, niż atak terrorystów/kosmitów/kosmitów terrorystów, którzy chcą opanować świat.
            Równie chętnie, co go wcześniej zahibernowano (ciekawe, czy w tym czasie poznał Disneya), odmrożono go na początku XX wieku na potrzeby takich filmów, jak „Kapitan Ameryka. Pierwsze starcie”, „Avengers” oraz „Kapitan Ameryka. Zimowy żołnierz” (a nie, czekajcie, miał jeszcze swój epizod w „Thorze. Mrocznym świecie”). „Zimowego żołnierza” miałam przyjemność ostatnio oglądać. I pisząc o „przyjemności”, naprawdę mam na myśli przyjemność, a nie, dajmy na to, wątpliwą przyjemność.
            Fabuła prosta, jak konstrukcja cepa, bo przecież we wszystkich filmach komiksowych chodzi o to samo. Jakimś tam heros ratuje świat przed zagrożeniem. W tym akurat konkretnym przypadku Kapitan Ameryka ratuje świat przed ponownym atakiem organizacji o nazwie Hydra. Z mitologii wiadomo, że Hydrze odrastają głowy. Tej akurat Hydrze też odrosła i nic, tylko jej głowie ochota kąsać Amerykańców. Więc przeprowadza podstępny i tajny atak na Tarczę, organizację Nicka Furry. A potem to już konkret (też jak zwykle) – biegają po Nowym Jorku i strzelają wszyscy do wszystkich. I trochę się to nawet zaczyna robić nudne po półtorej godziny, ale co tam. Siedzę twardo i oglądam, jak na fankę komiksów przystało. Tylko, skąd to wrażenie, że… kurde, kurde, ale ja już to kiedyś widziałam?
            Co mi się w tym filmie podoba? Czarna Wdowa mi się podoba, gdyż generalnie przepadam za Scarlett Johansson i komiksową postacią Black Widow. Podoba mi się również dubbing postaci Wdowy – oszczędny, bardzo oszczędny. Mówi wolno, bez emocji (a poza tym jeździ niezłym autkiem, ale to taka uwaga na marginesie). Znam tylko jedną tak bardzo oszczędną w słowach osobę, jak Wdowa… ja sama ;). 


Ponadto lubię to komiksowe rozwalanie wszystkiego jak popadnie. Tyle, że w „Zimowym żołnierzu” nawet dla mnie było tego za dużo. Co za dużo, to niezdrowo, bo nudzi. Lubię też to typowe dla Marvela łączenie filmów z całego uniwersum – wspomniano o wydarzeniach z „Avengers” (jak zrobiono to w „Iron Manie 3” oraz w „Thorze. Mrocznym świecie”). Podoba mi się, że Marvel potrafi się śmiać z samego siebie. Scena, gdy pomocnik pyta Kapitana Amerykę: „Skąd ty bierzesz te przemowy? Z Internetu?”, cudo.  Wart uwagi jest w „Zimowym Żołnierzu” konflikt miedzy potrzebą bezpieczeństwa a łamaniem prawa do wolności, które zasłania się zapewnianiem bezpieczeństwa. Gdzie istnieje granica kontroli? Czy kamery na ulicach, lokalizatory w telefonach komórkowych są już łamaniem prawa do wolności? Tego nie wiem. Stateczki, które pobudował Nick Fiurry to już krok za daleko. Ja to wiem. I Kapitan też to wie. Kapitan na to nie pozwoli!
            Właściwie „Kapitan Ameryka: Zimowy żołnierz” jest takim sobie filmem o takim sobie superherosie. Ale jakby się tak zastanowić, to lubię Steve’a Rodgersa. W końcu wolałam go nawet od Noego, skoro podjęłam taką, a nie inną decyzję, wybierając film. Poza tym w Kapitanie Ameryka musi być jednak coś ponadczasowego, jeśli mężczyzna, po wyjściu z seansu uznał: „Gdy dorosnę, zostanę Kapitanem Ameryką”.

czwartek, 27 marca 2014

Cudzy ból nie boli




Rzadko podejmuję tematy społeczne. Staram się trzymać z dala od wielkiej i małej polityki. Owszem, odkąd mam takie prawo, korzystam z możliwości głosowania, zawsze wierząc, że ci, na których głosuję, będą kradli mniej, niż pozostali. Mimo to co rano, pijąc poranny napój (wcale nie kawę), słucham informacji. Od kilku dni mówi się o proteście okupacyjnym rodziców dzieci niepełnosprawnych w Sejmie.
            Gdy tak patrzę na te dzieci, myślę sobie, że każdemu rządzącemu, który tak chętnie wchodzi na mównicę sejmową i opowiada o tym, jakie to życie jest święte i jak to należy je chronić, powinno się dać na miesiąc pod opiekę takie właśnie niepełnosprawne dziecko. I 1680 złotych. Wtedy może mężczyźni przestaliby tak chętnie decydować o macicach i ciałach kobiet. A już to, że życie dziecka, każdego dziecka – czy to pełno- czy niepełnosprawnego – jest przekładane nad życie matki, woła o pomstę do nieba. Kobieta ma urodzić za wszelką cenę. A czy przy tym oślepnie, nabawi się wady serca czy nawet umrze, trudno, Bóg tak chciał. Wiem, że to wydaje się wręcz niewiarygodne i niemożliwe, ale nie wszystkie kobiety chcą mieć dzieci. Dlaczego więc je do tego zmuszać? Tak, jestem straszna, uważam, że kobieta powinna mieć prawo do aborcji. Skoro w naszej kulturze seks jest traktowany jako rodzaj zabawny, sposób na poprawę nastroju, czy osiągnięcie jakiegoś celu, a nie li i wyłącznie akt prokreacji, to jestem zdania, że kobieta ma prawo zadecydować o swoim ciele, a co za tym idzie o usunięciu ciąży. Czy Państwa zdaniem lepiej zmusić taką kobietę, by dziecko jednak urodziła? By wychowywała je bez miłości, oddała lub porzuciła na śmietniku?
Widziałam w sejmie całe mnóstwo mam. I ani jednego tatusia. Jakoś w przerażającej większości mężczyźni biorą nogi za pas. Zaciążyłaś? Mnie nic do tego, radź sobie. To TWÓJ problem. Tatusiowie, biologicznie uwarunkowani, mają niestety samczą potrzebę rozsiewania genów i przedłużania gatunku. Ale potem? Nogi za pas, zero odpowiedzialności. Chcą „mieć” dziecko, a nie opiekować się dzieckiem, wychowywać dziecko. Od tego jest matka. Kobieta. Baba.
Tak, uważam, że kobieta ma prawo nie chcieć mieć dziecka. Tak, jestem straszna. Tak, uważam, że kobieta powinna mieć prawo móc zdecydować, że chce usunąć ciążę (na dodatek uważam, że ma prawo zadecydować sama, bez udziału tatusia, bo to jej ciało, nie jego). I mówię to z pełną odpowiedzialnością, bo mam świadomość, że najprawdopodobniej też bym się wtedy nie urodziła. Tak, uważam, że Mamy w Sejmie powinny kłóć w oczy polityków. A najlepiej kazać im pchać wózki niepełnosprawnych, przewijać pieluchy, kąpać. Może wtedy odechce im się głupiego gadania o „świętości życia”.  W cierpieniu nie ma nic szlachetnego.                   

niedziela, 23 marca 2014

Hermann po raz trzeci i czwarty

Cykl "Wieże Bois-Maury" uważam za bardzo udamy. Tom czwarty, w którym pojawia się pewna zagadka, dobrze rokuje na przyszłość. Na pewno będę kontynuować przygodę z panem Aimarem. Czytając zastanawiam się czasem, kiedy się trudniej żyło - w średniowieczu czy dziś? Recenzja do przeczytania tutaj.

czwartek, 20 marca 2014

Malanowska i partnerzy, czyli mój głos w sprawie zarobków dla pisarzy i zaróbków w ogóle



Kilka dni temu rozpętała się wielka dyskusja wokół wpisu, który Kaja Malanowska opublikowała na swojej stronie na Facebooku. Kwestia ta natychmiast odbiła się szerokim echem. Widzę to choćby po statystykach mojego bloga. Wpis zatytułowany „Drobne szaleństwa dnia poprzedniego”, nawiązujący do tytułu powieści Kai Malanowskiej, jednakże zupełnie jej niedotyczący, jest ostatnio jednym z najbardziej popularnych.
            Pani Malanowska, bez względu na to, co myślę o jej książkach (czy może bądźmy sprawiedliwi, o książce, bo zaledwie jedną czytałam), poruszyła bardzo ważny temat. Czy pisarz powinien zarabiać na swoich książkach? Czy pisanie jest pracą, która powinna być wynagradzana płacą (dodajmy sensowną płacą)? A może jest misją/hobby/pasją/wewnętrznym przymusem? Czy pisarz w Polsce może być tylko „pisarzem myślnik”? Mam tu na myśli pisarz-tłumacz, pisarz-redaktor albo gorzej pisarz-bibliotekarz, pisarz-kelner. Czy nie można być po prostu pisarzem? Pewnie można. Słyszałam o jednym, którego z jakiegoś powodu zwą Wielkim Grafomanem. I o innej, którą sama siebie za grafomankę nie uważa, ale megalomanką jest za to na pewno. Choć pasjami czytam blog Evy Scriby są kwestie, w których się z nią nie zgadzam. Choćby w tej, dotyczącej szwedzkiego systemu bibliotecznego. W Szwecji, jeśli jakaś ksiązka jest często wypożyczana, pisarzowi płaci się pieniądze od tych wypożyczeń. Jakby się tak zastanowić, każda książka wypożyczona z biblioteki pozbawia pisarza osoby, która tę pozycję mogłaby kupić. Eva Scriba, wieszając psy na szwedzkim systemie, argumentuje, że dobrzy pisarze, jak jej ulubieni Varga czy Stasiuk, nie jęczą. No tak, ale nie wszyscy mogą dostać Nike. A co by nie mówić, to pewnie podreperowuje finanse.
            Niestety wydaje mi się, że sytuacja pisarzy i ich wynagrodzenia jest związana z sytuacją płacy za pracę w Polsce w ogóle. Niedawno pojawiła się informacja, że amazon postanowił zdobyć polski rynek i szuka pracowników. Praca w powszednie dni tygodnia i soboty, czasem po 10 godzin. Z jednej strony – fantastycznie. Więcej pracy, bo wiadomo, jest ciężko. Z drugiej - harówka za pensję minimalną. Za dużo żeby umrzeć, za mało żeby żyć. I eksploatacja ma maksa. Pojawiły się głosy, że innym europejskim nacjom trzeba płacić w euro, a Polaczkowi można dać miskę ryżu i już się cieszy. Oburzeni odpowiedzieli, że narzekający są leniwi, że nie chce im się pracować, wolą żerować na społeczeństwie, pobierając „socjal”. Powiedzcie mi Państwo, dlaczego w naszym społeczeństwie pokutuje myślenie, że wolno nas okradać? Dlaczego, gdy ktoś się dopomina, że za to, co potrafi, powinien dostawać godne wynagrodzenie (przez godne wynagrodzenie nie mam na myśli najniższej krajowej, bo to nie jest godne wynagrodzenie, tylko podstawowe), wsiadamy mu na głowę i robimy wszystko, by biedaka zgnębić? Jakby żądał niewiadomo czego. Dlaczego w nas samych istnieje przyzwolenie na upokarzanie i wykorzystywanie? Dlaczego wierzymy, że tak musi, a co gorsza, że tak powinno być?
            Przywołam jeszcze raz najbliższe mi środowisko bibliotekarskie - na portalu Pulowerek pojawiają się narzekania na niskie płace bibliotekarzy. Racja, pensje są kiepskie. A to i tak łagodnie powiedziane. Nie podoba mi się jednak, że zarówno Eva Scriba, jak i Pulowerek, gloryfikują bibliotekarzy. Dlaczego głośno nie mówi się o tym, że w naszym zawodzie panuje selekcja negatywna? Dlaczego nie mówi się, że lwia część z tych tak źle opłacanych bibliotekarzy, to zwykłe miernoty? Płaci się ludziom, którzy często niewiele potrafią i bazują na tym, czego nauczyli się dawno, dawno temu. Gdy zatrudniałam się w bibliotece byłam już bibliotekarzem dyplomowanym. Nie robiłam studiów w trakcie pracy, czego nie można niestety powiedzieć o większości zatrudnionych. Bibliotekarz to zawód otwarty, może nim być każdy. Bo czy naprawdę dużych umiejętności potrzeba do przekładania książek? Pewnie nie, a przynajmniej tak pomyślał pan minister. By być lekarzem trzema mieć ukończone studia medyczne. By być bibliotekarzem… można być handlowcem (dla biblioteki ekonomicznej świetnie) lub piekarzem (to już gorzej). Pewnie, od pracy w bibliotece życie ludzkie nie zależy. Pewnie, nie trzeba tak z głowy wiedzieć, jakiej narodowości był Victor Hugo, można sprawdzić. Tylko dlaczego w bibliotekach muszą pracować osoby z przypadku, a nie z powołania? Takie, które trafiły tam, bo nigdzie indziej nie było miejsca? A pracę w bibliotece traktują jako karę… Gdy do takiej ekipy dołączy ktoś, kto ma wiedzę, umiejętności i chęć, a dostaje mniejszą pensję i więcej obowiązków, niż ci, którzy nie mają jego umiejętności, to… tylko cud może uchronić od zniechęcenia. Czy naprawdę mamy prawo oczekiwać od tej osoby, by była zadowolona, że „ma pracę” i nie narzekała? Moim zdaniem nie.
            Czy Kaja Malanowska ma rację? Tak, ma rację. Pisarz ma prawo dostawać godne wynagrodzenie (zwłaszcza biorąc pod uwagę to, co zarabia na jego twórczości albo TFURczości wydawca, hurtownik, księgarz) i być tylko pisarzem, a nie „pisarzem myślnik”. Czy Polak ma prawo godnie zarabiać? Tak, Polak ma prawo godnie zarabiać i żyć, a nie egzystować. Słuchaj, kiedy śpiewa lud, gdy się u ludzi zbiera gniew…  

poniedziałek, 17 marca 2014

Wszystko, co pełza po ziemi

Oczekiwanie na film (z rzekomo obrazoburczymi scenami) umilam sobie czytaniem komiksu. Na chwilę obecną drugi tom już za mną.Premiera trzeciego ma właśnie miejsce, więc być może niedługo trafi w moje ręce. Gdyby ktoś miał ochotę poznać moje wnioski po lekturze, serdecznie zachęcam do zapoznania się z recenzją na stronie "Qfantu". Zdradzę jedynie, że moim zdaniem, najbardziej oślizgłą ze wszystkich istot, jakie znalazły się na arce, jest człowiek. 

wtorek, 11 marca 2014

Kontynuuję przygodę z Hermannem

Podoba mi się ten komiks. Choć jest mocno odmienny od powieści graficznych, jakie zwykle czytam. Na razie, po lekturze czterech tomów, trzyma poziom. Cała recenzja do przeczytania tutaj.

Marcowe DKK

Akurat tak się złożyło, że na następne spotkanie Dyskusyjnego Klubu Książki wybrałam powieść, którą niedawno zekranizowano. Na dniach wchodzi do kin film pod tytułem "Nauka spadania". Reklamują go jako: "Poradnik pozytywnego myślenia dla samobójców". Czyli coś dla mnie. Kto wie, może pojedziemy :). A na razie przed nami dyskusja o książce Nicka Hornby'ego "Długa droga w dół" (pamiętacie "Był sobie chłopiec" z Hugh Grantem? Tak, tak, to ten sam autor).  

niedziela, 9 marca 2014

Lutowe Kopytko



Jest już dziewiąty marca, ale ja, jak niemal zawsze, narzekam na brak czasu. Przez to, niestety, trochę zaniedbuję blogowanie. (Ale właściwie, co to ma za znaczenie?) Ach, gdybym tylko spać nie musiała! Czas już najwyższy wręczyć lutowe Kopytko. W tym miesiącu przeczytałam:

1. „Chińczyka” Henninga Mankella,
2. „Za worek kości” Lluisa-Antona Baulenasa,
3. „Noe. Wszystko, co pełza po ziemi” Niko Henrichona, Darrena Aronofsky’ego, Ari Handela,
4. „Pretty Little Liars. Kłamczuchy” Sary Shepard.

Niezbyt dużo, jak widać. Jedna pozycja dla młodzieży (fatalna, choć z ciekawą zagadką; tak, tak, niesamowite, będę czytać dalej tę szmirę), jeden komiks I dwie książki poniekąd z „musu” (Dyskusyjny Klub Książki – a chciało się być moderatorem, co? To się teraz ma za swoje!). Niewątpliwie najlepszą książką w tym zestawieniu był „Chińczyk”. A jednak w życiu nie jest tak, że doceniamy to, co najlepsze. Nie zawsze nawet doceniamy to, co najbardziej poczytne (wtedy musiałyby wygrać „Kłamczuchy”, bogowie uchowajcie). Zatem lutowe Kopytko otrzymuje…

„Noe. Wszystko, co pełza po ziemi”.

Dlaczego? Primo, to świetny komiks. Secundo, też uważam, że świat zmierza do samozagłady, a ludzie są źli i powinni umrzeć. Wszyscy, co do jednego. Szkoda, że tak się nie stanie.

poniedziałek, 3 marca 2014

Tajemnica Filomeny



Właściwie to nie wiem, skąd wzięła się u mnie chęć obejrzenia „Tajemnicy Filomeny”. W „Tygodniku kulturalnym” wypowiadano się o filmie dobrze, ale z pewną rezerwą, a i temat nie jest mi jakoś specjalnie bliski. Mimo to zdecydowałam, że chcę go zobaczyć i nie żałuję. Zdecydowanie nie.
            „Tajemnica Filomeny” to opowieść o kobiecie, która przez pięćdziesiąt lat skrywała sekret, iż oddała swoje dziecko do adopcji. Wreszcie wyjawia córce, że miała starszego brata, a ta opowiada historię matki dziennikarzowi, będącemu na zakręcie życiowej drogi. Martin spotyka się z Filomeną i postanawia pomóc jej odnaleźć syna.
            Trudno byłoby mi w jednym zdaniu odpowiedzieć, o czym jest ten film. Tak się chyba dzieje, gdy mamy do czynienia z dobrym filmem/książką. „Tajemnica Filomeny” jest opowieścią o poszukiwaniu, pogoni za utraconym, o życiu w zgodzie ze sobą i innymi. Dla mnie jednak była przede wszystkim historią o okrucieństwie człowieka wobec człowieka oraz o tym, jakie straszne zbrodnie popełniać można w imię Boga.
            „Tajemnica Filomeny” pokazuje obraz Kościoła takim, jaki moim zdaniem, w dużej mierze naprawdę jest. Zacofanym i okrutnym. Zakonnice zmarnowały dziewczynie życie, dlatego że w ich mniemaniu popełniła grzech. Z Bogiem na ustach oddzieliły matkę od dziecka, choć oboje pragnęli się odnaleźć. Pod przykrywką „kary za grzechy” sprzedawały dzieci bogatym Amerykanom. Chcesz mieć bobaska? Nic prostszego. Wystarczy sto funtów. Alleluja.
            Najbardziej zaskoczyła mnie jednakże postać Filomeny. Filomeny wręcz cudownej w swojej naiwności i prostoduszności (świetna kreacja Judi Dench!). Filomeny, która mimo wszystko nie traci wiary w Boga, nikogo nie obwinia, a ostatecznie zdobywa się na słowo „wybaczam” (przyznam, że ja wybaczyć bym nie potrafiła, bliżej mi znacznie do postawy Martina). 

            Podobał mi się również sposób konstrukcji bohaterów – czytająca romansidła staruszka z małego miasteczka, którą wszystko dziwi i zachwyca, przeciwstawiona została nieco cynicznemu dziennikarzowi, wciąż powtarzającemu, że to czy tamto słowo „brzmi dobrze z narracyjnego punktu widzenia”. Uwielbiam tę parę.   
            Nie jestem zadowolona z tego tekstu. Nie do końca jestem w stanie uchwycić, co chciałabym napisać o „Tajemnicy Filomeny”. Wiem jednak, że serdecznie polecam ją Państwa uwadze. To film, który porusza. Smutek przeplata się w nim z… radością życia. Tak, chyba mimo wszystko. Obiecałam sobie, że zawsze postaram się pamiętać słowa Filomeny: „Martinie, bądź miły dla ludzi, gdy pniesz się na szczyt. Wtedy oni będą mili dla ciebie, jeśli z niego spadniesz”.