czwartek, 28 lipca 2016

"Złodziejka książek" po dekadzie od pierwszej lektury



„Złodziejka książek” to powieść dla młodzieży australijskiego autora, Markusa Zusaka. Na jej podstawie nakręcony został film, a ścieżkę dźwiękową, autorstwa Johna Williamsa, nominowano do Oscara. Pierwszy raz przeczytałam tę książkę świeżo po maturze, w chwili ukazania się pierwszego wydania. Do drugiego czytania podeszłam niemal dekadę później, gdyż omawiałyśmy  „Złodziejkę” na spotkaniu DKK.  
Jest to opowieść o dziewięcioletniej dziewczynce, która z racji bycia dzieckiem dwojga komunistów, zostaje oddana na wychowanie „prawdziwym” Niemcom, Hransowi i Rosie Hubermanom. W trakcie swojego życia na ulicy Niebiańskiej, Liesel jest świadkiem wielu ważnych dla narodu niemieckiego momentów – przemarszu Żydów do obozu koncentracyjnego, bombardowań i nalotów, które pustoszą miasta, zbiórek Hitlerjugend, palenia nieprawomyślnych książek.
            Trudno powiedzieć, w czym tkwi siła tej historii. Może w jej złożoności? Obok wydarzeń historycznych mamy tu bowiem codzienne życie Liesel i jej najbliższych. Jest miejsce na głód i strach, ale także na czytanie książek, granie w piłkę, naukę gry na akordeonie oraz marzenie o cukierkach.  Jest miejsce na historię ludzi, obok historii narodów i polityki.
            Może w postaciach, z których każda stanowi prawdziwy majstersztyk i snuje własną opowieść – od tytułowej złodziejki książek, poprzez jej przyjaciela, który marzył, by biegać tak szybko, jak Jessie Owens, przybranego ojca dziewczynki, malarza pokojowego z jego ciekawą historią życiową, Rosę, w stosunku do której trudno się zdecydować, czy bardziej darzymy ją sympatią, czy się jej boimy. Nawet postaci drugoplanowe i trzecioplanowe nakreślone są mocną kreską i zapadają w pamięć.

            A może chodzi o sam styl narracji? W końcu, ile znamy książek, w których narratorem jest śmierć? Na dodatek taka darząca ludzi sympatią, doskonale znająca się na kolorach, wojnę uważająca za uciążliwego pracodawcę i w sumie pozwalająca się lubić, zamiast budzić paniczny strach?  Śmierć, jak na śmierć przystało, jest nieszablonowa. Snuję swą opowieść o życiu Liesel w sposób nielinearny. Narrator uprzedza nas o pewnych wydarzeniach, zanim jeszcze mają miejsce, co pozwala nam się do nich przygotować.
            „Złodziejka książek” adresowana jest przede wszystkim do młodzieży, której świadomość historyczna bywa nie tak rozległa, jak byśmy sobie tego życzyli. Książka ma także wartość poznawczą. Bowiem Zusak nie wzbrania się przed podejmowaniem trudnych tematów. Jego bohaterka zetknie się więc z ludźmi bezpośrednio dotkniętymi przez wojnę – młodym Żydem, którego wraz z przybranymi rodzicami będzie ukrywać w piwnicy, żołnierzem powracającym spod Stalingradu i nie potrafiącym sobie poradzić z traumą, żoną burmistrza, wciąż cierpiąca po utracie syna w trakcie Wielkiej Wojny. Niewykluczone, że nastoletni czytelnicy, wciągnięci w niesamowity świat Liesel Meminger, w sposób niezauważalny (i jakże przyjemny!) podniosą swoje kompetencje historyczne.
            Powieść Marcusa Zusaka warta jest każdej spędzonej z nią minuty. To piękna historia, opowiedziana cudownym, literackim językiem. To jedna z tych książek, o których nie do końca wiadomo, co napisać, bo wszystkie wyrazy podziwu wydają się być wciąż niewystarczające.

piątek, 22 lipca 2016

Urodziny



W lipcu mój blog obchodzi urodziny. To nie do uwierzenia, ale na komentowaniu książek i filmów minęło mi pięć lat. Jeśli czegoś sobie życzę, to czasu na czytanie i kolejnych fantastycznych pozycji książkowych i filmowych oraz bardzo wygodnych foteli. A także stałego dostępu do internetu, z czym, niestety, od roku jest ciężko. Życzę sobie też, a co, to w końcu urodziny, więc mam do tego prawo (prawda?), by ujawnili się moi Czytelnicy. Czy będziecie tak mili i jeśli mnie czytacie, a zwykle milczycie, zostawcie ślad po sobie? Będzie mi bardzo miło. Zdecydowanie bardziej będzie mi się chciało pisać, wiedząc, że moje słowa nie trafiają w internetowa próżnię, tylko do Was. Z góry dziękuję. Niech book będzie z Wami :).   

środa, 6 lipca 2016

Krótko i na temat


Karolina Korwin-Piotrowska. Zdania na jej temat są podzielone. Jedni ją kochają, inni nienawidzą. Podziwiam ją za to, że w dzisiejszym świecie pełnym konformizmu, znajduje odwagę, by mówić to, co myśli. Co prawda, z wieloma jej opiniami się nie zgadzam i daleka jestem od obrażania ludzi, bo uważam to za niewłaściwe. Ale zostawmy osobę autorki w spokoju. Skupmy się na jej książce. Najnowsza pozycja Karoliny Korwin-Piotrowskiej to zbiór felietonów o filmach. Autorce nie można odmówić, że zna się na rzeczy. Ma potrzebną wiedzę, pisała na temat kina, prowadziła poświęcone mu programy.
            Problem z listą Karoliny Korwin-Piotrowskiej jest taki, jak z każdą listą, że jest subiektywna. Znajdziemy na niej różne filmy – klasyki, dzieła uznane już dziś za kanoniczne, jak „Dwunastu gniewnych ludzi” czy „Psychozę”, jak i filmy z ostatniego dziesięciolecia. Podoba mi się, że Karolina Korwin-Piotrowska ma tyle odwagi, by ująć się za filmami, które „tradycyjna” krytyka skreśliłaby już w przedbiegach. Mam tu na myśli choćby takie pozycje, jak „Igrzyska śmierci” czy „Gwiazd naszych wina”. Podobają mi się zawarte w tekstach ciekawostki na temat samych filmów i życiorysów aktorów. Podoba mi się też, że z tekstów wypływa prawdziwa miłość do filmów. Korwin-Piotrowska odczuwa niekłamany zachwyt wobec filmów, o których pisze. Czytając, nie tylko to czujemy, ale także się nam udziela.
            Teraz parę słów o tym, co mi się nie podoba.  Po pierwsze, pozycja, z jakiej wychodzi autorka. Z jednej strony, we wstępie do swojej książki, stawia się na pozycji nie krytyka, a miłośnika kina. Zatem kreuje się na jedną z „nas”. Nie na znawcę, a na miłośnika, zapaleńca. A tymczasem bardzo często pozwala sobie na autorytarny ton: „Jeśli nie znam tego, czy tamtego filmu, to jesteś głupi”. Nie oglądałam „Ojca chrzestnego” ani „Pulp Fiction” i nie czuję, by moje życie było z tego powodu o cokolwiek uboższe. Czy naprawdę mamy prawo mówić, że ktoś jest głupi lub że jest gorszym człowiekiem, bo nie widział jakiegoś filmu? Bez przesady.
            I druga kwestia. Mnie akurat spojlerowanie nie przeszkadza, bo znając fabułę filmu z czyjejś opowieści i tak mam ochotę go zobaczyć. Ale jest sporo osób, które to zniechęca. A Karolina Korwin-Piotrowska zaserwuje Wam felietony, w których opisane będą kluczowe sceny, zwroty akcji. Potem, nawet jeśli wcześniej nie widzieliście danego filmu, będzie już tak, jakbyście go doskonale znali.
            Ogólnie, przyjemnie czytało mi się tę książkę. Karolina Korwin-Piotrowska potrafi pisać sugestywnie. Tak, że po lekturze jej felietonów, ma się ochotę obejrzeć przynajmniej połowę z filmów, które zamieściła na swojej liście. I w sumie, dlaczego nie?