piątek, 26 grudnia 2014

Koniec świata na wesoło, koniec świata na poważnie



Każdy ma pewnie swoją prywatną listę „Najlepszych filmów o…”. I tak, na szczycie mojej prywatnej listy filmów o końcu świata znajduje się „Melancholia” Larsa von Tiera, a potem… nie ma już nic. Film von Tiera jest wspaniały. Jest to jednak opowieść o końcu świata zupełnie na serio. Tymczasem „Przyjaciel do końca świata” to historia o końcu ludzkości opowiedziana z przymrużeniem oka.
            Dwoje bohaterów. Dziewczyna po przejściach i mężczyzna z przeszłością. Spotykają się zupełnym przypadkiem. On nie ma już żony, więc mimo nadchodzącego końca, chodzi do pracy, spotyka z przyjaciółmi. Zachowuje się niemal normalnie. Ona pragnie wrócić do domu, do rodziców, jednak spóźnia się na ostatni samolot. Finalizując swoje sprawy, oddaje sąsiadowi pocztę, która jakoś tak wałęsała się u niej od trzech lat, bo przecież listonoszowi czasem zdarzy się pomylić. Wśród zalegającej u niej korespondencji, znalazł się list od dawnej ukochanej mężczyzny. Nie mając już nic do stracenia, przecież za kilka dni koniec świata, Dodge i Penny wyruszają, by ją odnaleźć.
            Owszem, „Przyjaciel do końca świata” nie umywa się do „Melancholii”, to pewne. Ale jest to kino przyjemno-refleksyjne. Co się liczy w obliczu końca? Dla jednych, by dać czadu – wszak nie ma już konsekwencji, nie ma kary, nie ma przyszłości. Zatem ludzie spotykają się na małych orgietkach, by wspólnie pić i ćpać, dowiedzieć się, jak to jest spróbować narkotyków. Kobiety stają się rozwiązłe, co im szkodzi, dzieci już nie zdążą urodzić. Inni odchodzą z pracy, a ci, co w niej zostają, nagle awansują, bo nie ma już komu wykonywać codziennych obowiązków. Zatem w obliczu końca świata każdy jest dyrektorem od czegoś. Jeszcze inni, nie mogąc wytrzymać presji, popełniają samobójstwo. Jedni z własnej ręki, inni wynajmując prywatnego mordercę, by pomógł im skończyć ze sobą. Dodge i Penny natomiast ruszają w podróż. Podróż, w trakcie której poznają siebie samych i siebie nawzajem. Taką, w którą warto zabrać jedynie płyty z dobrą muzyką i psa.
            O czym jest „Przyjaciel do końca świata”? To film nie tylko o ludzkich reakcjach na tę straszną przecież wiadomość. To nie tylko historia mówiąca, że nie warto ratować się za wszelką cenę. Jest to przede wszystkim opowieść o samotności i zagubieniu, o tym, że mimo wszystko dążymy do wyzwolenia się od samotności. Zwłaszcza w obliczu śmierci szukamy pociechy w ramionach drugiego człowieka. W dzień końca świata nikt nie chce być sam.
            Oglądając filmy o końcu świata, zawsze mam wrażenie, podskórne przeczucie, że to nie może się stać, to nierealne. I o ile w przypadku „Armagedonu” rzeczywiście do końca świata nie dochodzi, o tyle w filmach von Tiera i Scafarii, no cóż… A może, jak pisał Miłosz, „innego końca świata nie będzie”?       
    

wtorek, 23 grudnia 2014

Dwanaście choinek i życzenia świąteczne



Bardzo lubię czytać blog Evy Scriby. Dowcipnie i z lekkością tworzy bibliotekarskie newsy. To właśnie z jej, jak to określa, kronikarskich notatek dowiedziałam się o cudownym filmie „Ptactwo powietrzne”. Dzięki niej usłyszałam też po raz pierwszy o filmie świątecznym „Dwanaście choinek”.
            „Dwanaście choinek” to opowieść o młodej bibliotekarce, która na krótko przed świętami dowiaduje się, że jej ukochana biblioteka ma zostać zburzona, a w jej miejsce postawione zostaną nowoczesne apartamentowce. Dziewczyna wypowiada wojnę developerowi. By udowodnić, jak ważnym miejscem jest biblioteka, wymyśla konkurs na udekorowanie świątecznego drzewka, angażując w niego niemal całą lokalną społeczność.

            Jasne, że „Dwanaście choinek” to jeden z tych filmów, które oglądamy, choć już od pierwszych scen wiemy, jak się skończą. A jednak to dobry film na świąteczny czas. Ciepły i miły dla oka. A poza tym, jakaż to biblioteka! Prześliczna, klimatyczna, z przecudowną pracownią artystyczną dla dzieci. Pełna przestrzeni, udekorowana starymi meblami. W takim miejscu aż chciałoby się pracować. 

            Film jest cukierkowy. Na dodatek przewidywalny. I na pewno nie znajdzie się na mojej prywatnej liście świątecznych hitów (nie, nie ma na niej „Kevina”, jest za to miejsce dla „Ja cię kocham, a ty śpisz”, „Holiday” i „Pory cudów”). Jednakże zapewne obejrzę go kiedyś jeszcze raz. By znów wrócić do tej biblioteki.


Generalnie jestem mało świąteczna, więc pozwólcie, że moje życzenia ograniczę do stwierdzenia, abyście te święta spędzili tak, jak macie ochotę. Ja? Będę wreszcie zażywać upragnionego urlopu. Długo spać, oglądać dużo filmów i czytać, czytać, czytać. Może wreszcie uwolnię się od tych wciąż zalegających wszędzie tomów. Choćby kilku. A bibliotekarzom, moim ukochanym Bibliotekarkom i Bibliotekarzom, życzę, abyśmy wszyscy mogli pracować w takich bibliotekach, jak ta z „Dwunastu choinek”.  

czwartek, 18 grudnia 2014

Thorgal

Takie cuda oto znalazłam w Internetach. Wiedziałam, że istnieją audiokomiksy, ale nigdy nie miałam z nimi do czynienia. Aż nie znalazłam Thorgala.

wtorek, 16 grudnia 2014

Sto lat, sto lat!

Kto ma dziś urodziny? Ja? Nie, ależ skąd. Mój blog? Nie, urodziny bloga wypadają w lipcu. Dziś przypada 239 rocznica urodzin Jane Austen, jednej z moich ulubionych pisarek i zarazem jednej z najbardziej znanych i cenionych na świecie angielskich autorek. Przyznaję się, uwielbiam stworzone przez nią historie. Kocham ironiczną i dowcipną Lizzy Bennet, bardzo lubię rozważną i rozsądną Eleonorę Dashwood. Jestem zdania, że proza panny Austen nigdy się nie zestarzeje. Na zdjęciu moje zbiory związane z osobą autorki "Dumy i uprzedzenia" - jej biografia, album o życiu, twórczości i adaptacjach filmowych dzieł pisarki, powieść "Rozważna i romantyczna". Brakuje filmu BBC "Jane Austen - żałuję". Przypomniałam sobie o nim już po zrobieniu zdjęcia.

Zatem sto lat, sto lat, Droga Autorko. Oby kochały Cię kolejne pokolenia czytelniczek.

niedziela, 14 grudnia 2014

Może film na wieczór?



Jednym z przyjemniejszych sposobów na spędzenie weekendu albo innego dowolnego dnia bądź popołudnia (ja akurat czasem dysponuję niemal jedynie w weekendy) jest obejrzenie filmu. Czasami zdarza mi się dotrzeć do jakiegoś tytułu przypadkowo. Tak było i w tym wypadku. Zobaczyłam na FB link do piosenki, którą zachwycała się moja koleżanka ze studiów. Podpatrzyłam i stwierdziłam, że teledysk zawiera sceny z filmu. W ten sposób od piosenki „Spadające gwiazdy”, dotarłam do filmu z Keirą Knightley i Markiem Ruffalo „Zacznijmy od nowa”. Myślę sobie: „Dlaczego nie”, filmy muzyczne dość lubię, pooglądać można.
            Główna bohaterka filmu przylatuje do Nowego Jorku razem z chłopakiem. Ten bowiem osiągnął spory sukces – napisał muzykę do filmu. Jak to często w życiu bywa, pan zachłysnął się popularnością i szybko naszą biedulkę zostawił. Załamaną zabiera do baru przyjaciel muzyk, gdzie namawia ją, by zaśpiewała swoją piosenkę. Tę z kolei słyszy pewien producent muzyczny, któremu marzy się powrót do niebanalnych tekstów i dobrej muzyki. Proponuje dziewczynie współpracę.
            Film naprawdę przyjemnie się ogląda. Pewnie, nie jest to żadne arcydzieło. Jednak ma dość ciekawą konstrukcję. Nasi bohaterowie poznają się już w pierwszej scenie. Natomiast potem mamy dwie retrospekcje. Najpierw z życia dziewczyny, potem z życia producenta. Obie mają swój finał tymże spotkaniem w barze. Tak mija nam połowa filmu – na dość dokładnym zaznajamianiu się z bohaterami i ich życiorysami. Potem na plan pierwszy wysuwa się ich wspólny album. A pomysł mają nielichy, trzeba przyznać – postanawiają każdą piosenkę nagrać w innym miejscu w Nowym Jorku. Zbierają grupę amatorów-zapaleńców, regularnie uciekają przed policją. Naprawdę przyjemnie się to ogląda. Z ekranu wprost wylewa się radość, jaką tej dwójce daje tworzenie muzyki. Film proponuje nam sporo znanych kawałków, które wprost wymuszają, by zakolebać się lub potupać nóżką do rytmu w trakcie seansu. Przyznam, że Keira Knightley mnie zadziwiła. Oczywiście, pani ma na swoim koncie role, za które bardzo ją cenię – w końcu była Elizabeth Bennet i Anną Kareniną, a jakże by inaczej! – ale nigdy dotąd nie miałam sposobności słyszeć jej śpiewającej. Moim zdaniem, dała radę, a przynajmniej przyjemnie się tego słuchało.

            Może „Zacznijmy od nowa” nie jest filmem wybitnym, przypuszczam nawet, że przeszedł bez echa, bo w życiu bym się o nim nie dowiedziała, gdyby nie przypadek, ale dobrze się go ogląda. To jeden z tych filmów, po których obejrzeniu, myślisz sobie: „kurcze, może świat nie jest taki zły?”. Z pewnością, gdy będę miała gorszy dzień, jeszcze do niego wrócę. A jeśli tylko w Saturnie lub innym Tesco natknę się na niego w koszu „Wszystko za 10 złotych”, nie ma mowy, żebym nie kupiła.     

piątek, 12 grudnia 2014

Prezenty, prezenty, czyli o nadmiernym gromadzeniu rzeczy



Święta w pełni. Mikołaj Coca Coli już wyjechał, wystawy sklepowe kuszą lampkami, w radiu kolędy, choinki w parkach poubieranie, wszyscy nawołują, że czas kupować prezenty – hasła reklamowe w centrach handlowych, przebrani Mikołaje, Śnieżynki, Aniołki, a nawet blogerzy. Widziałam już kilka postów, których autorzy sugerują, co kupić na prezent molowi książkowemu. Co na przykład? Torbę na laptopa udającą książkę (przepiękna), lampkę, którą przyczepia się do stronic (bardzo przydatna), bilet na musical (już mam, dziękuję), biżuterię – taki choćby naszyjnik z Małą Mii.
            Osobiście nie kupiłam jeszcze większości prezentów. Tylko niektóre. Jednak, gdy tak patrzę na te świąteczne propozycje, zastanawiam się, czy to wszystko naprawdę jest potrzebne? W mojej rodzinie raczej nie zasypujemy się prezentami. Na imieniny czy urodziny robimy je tylko rodzinnym dzieciom. Z tym Bożym Narodzeniem też bywa różnie. Jeśli prezenty już są, to bywa, że nietrafione. Na marginesie, straszne jest wpychanie komuś na siłę czegoś, czego nie chce, bo wydaje nam się, że go to uszczęśliwi. Nie lepiej po prostu zapytać? Ale nawet, gdyby były trafione, to czy potrzeba nam tych wszystkich rzeczy? Mam wrażenie, że w trakcie życia obrastamy niepotrzebnymi rzeczami.
Choćby ja. Jakiś czas temu wypuszczono na rynek kalendarz „Dziennik pisarza” (czy jakoś tak). Pomyślałam, że bardzo chciałabym go mieć. Ale potem przyszło mi do głowy: „Tylko po co?”. Kalendarzy raczej nie używam. Znaczy, że firma sprzedająca terminarz, poprzez promocję, wytworzyła we mnie potrzebę posiadania czegoś, co wcale nie jest mi potrzebne. Czy ten kalendarz zrobi ze mnie pisarkę? Oczywiście, że nie. Nie kupiłam go, ale wymagało to ode mnie trochę silnej woli. Teraz już go na pewno nie kupię, gdyż w prezencie od przyjaciółki dostałam mały notes z wróżkami na 2015 rok. Po co mi więc dwa?
            Jest w nas coś takiego, że nabywamy kolejne rzeczy. Jedni ubrania, inni książki, jeszcze inni bibeloty, płyty. Czy naprawdę tego wszystkiego potrzebujemy? Obrastamy rzeczami, wciąż i wciąż obsesyjnie gromadząc nowe, ale to nie sprawia, że jesteśmy szczęśliwi. Daje jedynie krótkotrwałe złudzenie.
            Kiedyś odmawiałam sobie niemal wszystkiego, wciąż tylko ciułając pieniądze, bo nigdy nie wiadomo, kiedy nadejdzie czarna godzina. Potem pojawił się ktoś, kto podarował mi kilka przedmiotów, które choć lata mijały, wciąż pragnęłam posiadać. Mam je. I co? Jest tak samo. Pewnie, bardzo miło jest wyciągnąć płytę i posłuchać dobrej muzyki, zamiast odsłuchiwać jej w Internecie, ale muzyka pozostała ta sama. A gdy mnie już nie będzie, to i tak ktoś się tego pozbędzie albo sprzeda.
            Koniec końców, jak we wszystkim, najlepszy jest chyba złoty środek. Nie odmawiajcie sobie małych przyjemności, ale też nie przesadzajcie.
            Udanych zakupów świątecznych!  

wtorek, 9 grudnia 2014

Czy jest coś, dla czego warto zostać?






Istnieje teoria, że każdy dobry film musi powstać na podstawie książki. „Zostań, jeśli kochasz” jest adaptacją powieści „Jeśli zostanę” Gayle Forman. Film stanowi opowieść o nieśmiałej nastolatce, Mii, która całą swoją uwagę koncentruje na grze na wiolonczeli. Niebawem jej życie bardzo się skomplikuje. Dziewczyna zakochuje się ze wzajemnością w rockmanie Adamie. Początkowo, jak to w przypadku młodzieńczych miłości, wszystko jest piękne, wszystko się układa. Młodzi ludzie planują wspólną przyszłość. Jednak ich drogi powoli się rozchodzą. Adam coraz częściej wyjeżdża w trasę ze swoim zespołem, Mia natomiast stara się o stypendium i niebawem ma okazać się, czy je otrzyma, co będzie wiązało się z wyjazdem na drugi koniec kraju. By oderwać dziewczynę od smutnych myśli, rodzice proponują jej wspólny wyjazd do dziadków. W trakcie podróży dochodzi do wypadku. W szpitalu Mia towarzyszy swoim bliskim w czuwaniu przy jej ciele. Ma zdecydować, czy chce żyć, czy umrzeć.

„- Zwykle zrywamy z kimś, bo go nie kochamy, a nie dlatego, że świata poza nim nie widzimy. Ale co ja tam wiem.
- Bardzo dużo wiesz, ale miłość w tym wieku to same kłopoty. Zwłaszcza ta prawdziwa. Nie ma ludzi normalnych, każdy związek jest trudny. Pójdziesz na Julliard i dasz czadu na wiolonczeli. Zostaniesz z Adamem i przeżyjesz mnóstwo fascynujących przygód, albo i nie. A może jutro w ziemię uderzy meteor, albo i nie. Życie to jeden wielki, śmierdzący bajzel.”

                Czy ten film jest ckliwy? Owszem. Każdy dorosły człowiek wie, że miłość nie jest taka, jak przedstawiono w „Zostań, jeśli kochasz”. Nie jesteśmy nagle gotowi rzucić wszystkiego tylko dlatego, że druga osoba tego chce, a my ją kochamy. Jednak nie sposób odmówić mu i licznych zalet. Po pierwsze jest też ciekawie zrobiony. Do wypadku dochodzi na samym początku filmu, a potem następują sceny w szpitalu, gdy Mia widzi reakcję jej bliskich na wypadek oraz dowiaduje się, co stało się z rodzicami i bratem, którzy byli z nią w samochodzie. Przeplatają się one z licznymi retrospekcjami, pokazującymi jej relacje z Adamem, przyjaciółmi. W ten sposób powstaje kolorowy patchwork, dzięki któremu składamy tę historię w całość.
                O ile główni bohaterowie są dość mdli – ona spokojna wiolonczelistka, grzeczna dziewczynka, on chłopak z problemami, taki trochę buntownik, który ją sobie upatrzył, dzieli ich wszystko a łączy tylko to, że chcą być ze sobą, to rodzice głównej bohaterki wręcz kradną film. On były rockman, który rzucił zespół, by zostać przykładnym ojcem, ona niegdyś biegająca po koncertach fanka, dziś wzorowa matka. W ich relacji z dziećmi nie brak poczucia humoru, lekkości i echa dawnego życia. Jak choćby w scenie, kiedy rodzice patrzą z ganku za odjeżdżającym wraz z zespołem Adamem. Matka mówi: „-Nie wiem dlaczego się ich boi. Są przecież podobni do nas, gdy byliśmy młodzi. – No właśnie – odpowiada ojciec”.  
                Podobało mi się, że filmie brak ozdobników w stylu przechodzenia przez ściany przez Mię, która przecież jest duchem. Całość utrzymana jest w nieco zbyt pastelowych, przesłodzonych kolorach. Rozumiem jednak, że chciano przez to osiągnąć odrealnienie przestrzeni, po której bohaterka porusza się jako duch i nawiązać do jej stanu zawieszenia między życiem a śmiercią.

„Czasem ty decydujesz o swoich wyborach, a czasem wybory decydują o tobie.”

                Ten film zdecydowanie coś w sobie ma. Bo czy gdyby nie miał, zastanawiałabym się cały czas, jaką ja, postawiona przed takim wyborem, podjęłabym decyzję? Myślałam i myślałam, i wydaje mi się, że w moim życiu nie ma nic, co skłoniłoby mnie, abym została.      
                W swojej kategorii, filmów dla nastoletniego widza, „Zostań, jeśli kochasz” sprawdza się bardzo dobrze. Powiedziałabym, że to nawet jeden z lepszych młodzieżowych filmów, jakie widziałam w tym roku. Co się zaś tyczy dorosłych, na pewno nie spodobają im się pewne uproszczenia, bo już wiedzą, już są wtajemniczeni, że to wszystko tak nie wygląda. Dorosłemu widzowi „Zostań, jeśli kochasz” zapewne bardziej spodobałby się, gdyby nie było wiadomo, co stało się z Mią, jaką ostatecznie podjęła decyzję. Wydaje mi się, że zakończenie otwarte bardzo przysłużyłoby się temu filmowi.
             



poniedziałek, 1 grudnia 2014

Jak Musso o sens życia pyta



Guillaume Musso. Nasłuchałam się na jego temat samych pochlebnych opinii. Potem, przez zupełny przypadek, przyszedł czas na film pt. „Potem”. Lubię porównywać książki i powstałe na ich podstawie filmy, więc gdy tylko nadarzyła się taka możliwość, zakupiłam dla biblioteki cały komplet książek Musso. Wypożyczyłam i przeczytałam.
            Nathan jest znanym nowojorskim adwokatem. Ma pieniądze, luksusowe mieszkanie, cieszy się uznaniem. W życiu prywatnym niestety trochę gorzej. Po śmierci synka oddalili się z żoną od siebie, doszło do rozwodu. Pewnego dnia do biura Nathana przychodzi lekarz Garret Goodrich i zaczyna opowiadać niesamowitą historię. Twierdzi, że wie, kiedy ktoś jest bliski śmierci, a jego zadaniem jest pomóc tej osobie w pogodzeniu się z odejściem.
            Guillaume Musso napisał tę książkę po tym, jak cudem uniknął wypadku samochodowego. Jak przypuszczam, była to dla niego sytuacja graniczna. Doświadczenie śmierci, nawet jeśli hipotetyczne, zaowocowało powstaniem pytań o sens życia i o to, dokąd zmierza ludzka egzystencja. Odpowiedzią na nie stało się „Potem”. O ile film, szczerze powiedziawszy dość luźno oparty na książce, wywarł na mnie duże wrażenie i po jego obejrzeniu czułam się przekonana do tezy „tak, trzeba żyć na całego, korzystać, cieszyć się, nie marnować czasu”, o tyle powieść nie wzbudziła u mnie absolutnie żadnych emocji.
            Może to zbyt ostre słowa, ale „Potem” wydało mi się stekiem banałów. „Musimy korzystać z życia, zanim je utracimy”, „życie to cud, który trzeba umieć docenić i przekazywać”, „pieniądze szczęścia nie dają”, „miłość jest najważniejsza”, „znajdź czas dla najbliższych”, „doceń to, co naprawdę ważne”. Banały na dodatek włożone w scenerię Bożego Narodzenia i tyle. Denerwowała mnie postać Mallory. Bogaczka, która walczy o prawa biednych? Kobieta jeżdżąca porsche i jadająca w wykwintnych restauracjach, która nie lubi świąt, bo są przejawem konsumpcjonizmu? Wszystko fajnie, ale to nieprawda, że pieniądze szczęścia nie dają. Owszem, forsa to nie wszystko, ale nikt, kto żyje od pierwszego do pierwszego i ciągle liczy, czy mu wystarczy, nie jest szczęśliwy. „Nie tylko praca się liczy”. Jasne, rzućmy pracę w cholerę, by rzucić się w wir rodzinnego życia. Może nie tylko praca się liczy, ale fajnie mieć pracę, którą się lubi. Chodzić do roboty, której się nienawidzi i liczyć, by piątek przyszedł jak najszybciej? To jest dopiero życiowa tragedia. I żoneczka warująca w domu z kapciami nic tu nie zmieni albo przynajmniej bardzo niewiele. „Dzieci to szczęście, dzieci to cud”. Może, nie wiem, w tej kwestii wypowiadać się nie mogę, bo nie miałam. Podobno własne dzieci traktuje się inaczej. W książce pojawia się cytat z Milana Kundery: „Gdybym miał dziecko, powiedziałbym: urodziłem się, zakosztowałem życia i stwierdziłem, że jest ono na tyle dobre, że warto je pomnożyć”. Powinszować, panie Kundera. Tyle, że ja dochodzę do wniosku odmiennego. Urodziłam się, spróbowałam życia i doszłam do wniosku, że nie warto dalej go przekazywać.
            Pochwalna pieśń Musso na temat wartości życia zupełnie do mnie nie trafia. Dla mnie to tylko taki trochę lepszy Coelho, czy Sparks. A może jest tak, że książki i filmy trafiają do nas w odpowiednim lub nieodpowiednim momencie? Widać, gdy oglądałam „Potem”, moment był odpowiedni. Znajduję tylko jedno usprawiedliwienie dla istnienia tej książki. Musiała powstać, by postał film. Film musiał powstać, by Alexandre Desplat napisał do niego muzykę. Bo ta jest genialna.

piątek, 28 listopada 2014

"Tu do mnie miałaś zbiec, żeby uniknąć przemocy"



Katniss Everdeen. Dziewczyna z łukiem, jak o niej mówią i piszą (także w prasie bibliotekarskiej). Tydzień temu miał polską premierę trzeci z czterech filmów, których jest bohaterką – „Igrzyska śmierci. Kosogłos”. T. żartuje, że z „Igrzyskami” jest jak ze „Strasznym filmem”, na zasadzie druga część „Kosogłosa”, która wejdzie do kin za rok, będzie czwartą i ostatnią częścią trylogii. Zabawne? Dość zabawne. Nie można mieć pretensji, że ludzie kochają pieniądze. Wszak nie jest to przypadek odosobniony. „Harry Potter”, „Zmierzch”, „Hobbit” - wszystkie filmy przeżywają teraz cudowne rozmnożenie. Fabuły książek rozmarzają się przez pączkowanie. Pecunia non olet. Nic nowego pod słońcem.
            Nie miałam absolutnie żadnych oczekiwań związanych z „Kosogłosem”. Jestem jedną z tych niewielu, która książki nie czytała. Mam ją na półce od premiery pierwszego filmu i jakoś tak sobie obiecuję, że przed następnym już przeczytam. Już na pewno! Cóż, najwidoczniej nie jestem najlepsza w dotrzymywaniu słowa samej sobie. Podchodziłam jednak do „Kosogłosa” nieco sceptycznie, odkąd zobaczyłam w trailerze, jak jedną strzałą z łuku (sic!), Katniss zestrzeliła helikopter. Był to dla mnie już nieco zbyt daleko posunięty poziom absurdu. T. posunął się nawet do stwierdzenia, że osiemnastoletnia Everdeen swoimi łuczniczymi umiejętnościami gotowa zawstydzić Legolasa, a chłopina w swym nieśmiertelnym życiu trochę się w końcu natrenował. Nie spodziewałam się nic wielkiego. Ot, miał być przyjemny rozrywkowy film.
            Katniss ląduje w 13 Dystrykcie, który rzekomo miał nie istnieć. Rzekomo, bo tak naprawdę ma się nieźle i szykuje do rewolucji. Pragnie obalić prezydenta Snowa i wprowadzić demokrację. Prezydent Trzynastki proponuje Katniss, by została twarzą kampanii przeciw Kapitolowi. Dziewczyna ma wystąpić w reklamie i nawoływać do rewolucji. Bohaterka nie bardzo ma ochotę się zgodzić, ale ostatecznie stawia prezydent pewne warunki. Wesprze rewolucję, jeśli Coin zobowiąże się pomóc w uwolnieniu Peety.
            Film jest stateczny. Daleko mu do rozmachu poprzednich części. Nie ma tu walk na arenie, nie ma tej (zwłaszcza wśród tych, którzy jak ja książki nie czytali) podszytej obawą niepewności o losy głównej bohaterki. Co zatem dostajemy? Klaustrofobiczne wnętrza Trzynastki i zgliszcza po nieistniejącym już Dystrykcie 12. W „Kosogłosie” na pierwszy plan wystawione zostają emocje bohaterów – Katniss, Peety, ich przyjaciół. Może ździebko za dużo w tym patetyzmu, ale walenie długimi przemowami jest przecież wpisane w amerykańskie kino rozrywkowe. Generalnie jest to takie łatwe granie na emocjach. Tyle, że na moje podziałało.   
            Gra aktorska na bardzo dobrym poziomie. Moim zdaniem Jennifer Lawrence nie bez przyczyny dostała Oscara (w „Poradniku pozytywnego myślenia” rewelacja!). Przezabawne było obserwować, jak ta dobra aktorka odgrywa parodię występowania w spocie reklamowym. Wszak wiemy, że Katniss świetnie wychodzi strzelanie z łuku, ale oszukiwanie i odgrywanie ról, sprzedaż produktu, którym staje się rewolucja, już niekoniecznie. Tym razem jednak Lawrence musiała oddać palmę pierwszeństwa Joshowi Hutchersonowi (on zawsze pozostanie dla mnie chłopcem z „Mostu do Terabithii”). Rewelacyjnie oddał postać Peety zmanipulowanego przez ludzi z Kapitolu. Czekała mnie też w „Kosogłosie” pewna niezwykła niespodzianka. Jak już wspomniałam, nie czytałam (mam nadzieję to tylko kwestia „jeszcze”) książki, więc dużym zaskoczeniem była dla mnie śpiewająca Katniss. No, rewelacja. Widocznie Jennifer Lawrence jest posiadaczką niejednego talentu, szczęściara. Zdarzało mi się już kupić płytę dla jednej piosenki. Kupiłabym soundtrack z „Kosogłosa” dla „Drzewa wisielców”, tyle, że krążek tej piosenki nie zawiera. Ktoś mi wytłumaczy, dlaczego?
            Generalnie jestem na tak. Obejrzałam „Kosogłosa” z przyjemnością i jeśli tylko kiedyś będę miała okazję, chętnie obejrzę po raz drugi. Jestem zdania, że jest lepszy od poprzednich dwóch filmów o Katniss. Czekam na ostatnią odsłonę z nadzieją, że rewolucja nie pożre własnych dzieci. Wszak z treści „Drzewa wisielców” wynika jasno, jedyną ucieczką przed przemocą jest śmierć.     

środa, 19 listopada 2014

"Nie krytukuj, bo się obrażę" - czyli blogerów z pisarzami spór o pietruszkę (a literatura gdzieś tam... w tle)



Blogosfera ma to do siebie, że lubi się kłócić. Najpierw o to, kto się sprzedaje, bo pisze pochwalne laurki szmelcu w zamian za książki, potem, że te książki dostają niewłaściwi recenzenci, bo nie ci, którzy dobrze piszą, a ci, którzy mają statystyki. Teraz z kolei w „środowisku” zawrzało, bo pewien pan pisarz skrytykował blogerkę za negatywną recenzję. Jak to w takich sytuacjach bywa, racja jest po środku, tak uważam. Bloger to czytelnik, czytelnik ma prawo wypowiedzieć się na temat powieści i skrytykować ją, choćby to napisał w polski języka, trudny języka. Czytelnik ma prawo uważać, że znacznie lepiej od pisarza wie, jak ów powinien poprowadzić fabułę i akcję. Święte prawo czytelnika. Prawem pisarza jest natomiast nie reagować i robić swoje, bo on i tylko on wie, jaki kształt ostatecznie ma przyjąć dzieło. Może z sugestii skorzystać, nie musi. Autor ma również prawo oburzyć się na recenzenta i w duchu pomyśleć sobie: „A co ty tam wiesz, kretynie jeden!?”. To jego niezbywalny przywilej. Czy ma się prawo na czytelnika obrażać lub jeszcze gorzej, obrażać go? Absolutnie nie. Ma prawo się wkurzyć w duchu, a potem powinien odetchnąć, jeśli musi, walnąć sobie głębszego (albo kilka, bo świat od razu będzie piękniejszy) i dalej robić swoje. Wierzcie mi, wiem o czym mówię. Jestem w tej (nie)szczęśliwej sytuacji, że przytrafiły mi się oba przypadki. Obrażono się na mnie za recenzję, bo „co ja tam wiem, na pewno zazdroszczę, bo mnie się nie udało, gdyż jestem beznadziejna”, ale też obrażano mnie, bo temu czy tamtemu Czytelnikowi nie spodobała się konstrukcja mojego bohatera czy samej powieści – „co to są niby te <<drobne uwagi>>?”. Pewnie można w tym momencie wysunąć argument ciężki niczym wystrzał z armaty – „zapłaciła za wydanie swojej książki, więc na pewno jest grafomanką”. Tak, biję się w pierś, skorzystałam z usług wydawnictwa self publishingowego. Miałam dwadzieścia lat i wydawało mi się, że zawojuję świat. Dziś jestem mądrzejsza i już bym tego nie zrobiła. Ale to wcale nie znaczy, że napisałam złą książkę czy źle piszę. Może nie mam szczęścia, a może rzeczywiście zbywa mi na talencie. Czas pokaże lub z czasem się okaże, co robię nie tak. Może rzeczywiście same historie są do dupy. Ale z drugiej strony wciska się ludziom takie gówna, na które szkoda papieru (nawet toaletowego), twierdząc, że to perfuma, iż kto wie, może jest dla mnie jeszcze nadzieja. Podsumowując, czytelnik ma prawo krytykować pisarza, pisarz ma prawo krytykować blogera. Bowiem argument „nie podoba ci się, nie czytaj” jest zupełnie nietrafiony. Każdy, kto ma odwagę wyrażać swoją opinię, ma obowiązek przygotować się na tejże krytykę. Podobnie każdy, kto jest twórcą, musi być gotowy na to, że dzieło nie każdemu przypadnie do gustu.
            Przydługi wstęp, a tak naprawdę chciałam pisać o zupełnie czym innym. Pisarz krytykując blogerkę, podał przepis, jak powinna wyglądać prawidłowa recenzja. Bardzo mnie tenże zainteresował. Twórca wskazał między innymi, iż recenzja powinna osadzać dzieło w kontekście, podawać odwołania, inspiracje, dzieła o podobnej tematyce. Powinna problematyzować. Wszystko pięknie. Wypada tylko przyklasnąć. Tylko, moim zdaniem, tu pojawia się problem zasadniczej natury. Tak to się można bawić z Cortazarem i Marqezem, Lessing i Murakamim, z Beckettem, Szymborską i Woolf. Ale blogerzy recenzują literaturę popularną (tę, do której profesjonalny recenzent raczej się nie zniża, by przypomnieć argument, że bloger to nie recenzent, gdyż wykształcenia nie posiada). Ja się pytam, czy ja znajdę w literaturze popularnej strumień świadomości, narratora autorialnego, symultanizm? Przypuszczam, że wątpię. Oj nie, przepraszam, raz mi się zdarzyło użyć ostatniego z wymienionych terminów, recenzując „Pierwsze prawo magii” Terry’ego Goodkinda ( dla niewtajemniczonych w te arkana magii – symultanizm, w uproszczeniu – termin literacki określający zabieg, gdy akcja dzieje się w dwóch miejscach jednocześnie i narrator przerywa opowieść o jednych bohaterach, by „przeskoczyć” do innych). Jasne, można pokusić się o odwołania. Taki Ćwiek w „Chłopcach” odwołuje się do „Piotrusia Pana”. Jasne jak słońce, a może jaśniejsze. Teraz można wskazać, co opowieść Ćwieka z Jamesa Barry’ego czepie, co przeinacza. Pewnie, można się tak pobawić, literacko zabłysnąć, tyle, że recenzent (bloger?) sam się wtedy zbłaźni. Dlaczego? Ano, toż się pan Ćwiek w posłowiu do rzeczonych „Chłopców” przyznaje, że „Piotrusia Pana” nie czytał. Czy się więc recenzent nie wygłupi, dokonując owego porównania? Od Ćwieka przechodzimy gładko do następnego problemu. Wypada wskazać dzieła podobne, poruszające tę samą kwestię, ect. Posłużmy się dalej przykładem „Chłopców”. Czy trafionym będzie porównanie, że Ćwiek jest podobny do Bułhakowa, bo jeden z bohaterów jego książki ma czarnego kota i również Behemot w „Mistrzu i Małgorzacie” był czarny? Ponownie pudło. I taki recenzent się wygłupi. Można błyskać talentem, można być erudytą porównań, ale nie ma chyba nic gorszego, niż doszukiwanie się w książce na siłę tego, czego w niej nie ma. Nie można stawiać na piedestale i nobilitować powieści, które służą li i jedynie rozrywce. Jeśli kontekst będzie, jeśli porównania się znajdą, pięknie, napiszę o nich w swojej recenzji. Jeśli nie i Salomon z pustego nie naleje.
            Na koniec zadam więc pytanie, które nasunęła mi cała ta okołoblogowa dyskusja: powiedzcie mi, jak dobrze recenzować literaturę popularną, a jestem gotowa recenzować wedle wzoru. A kto wynajdzie receptę właściwą, temu proponuję przyznać Nobla w dziedzinie literatury.           

wtorek, 18 listopada 2014

W niezwykły sposób świętuję 50 000 wyświetleń

Żaden ze mnie Almodovar (i nie tylko dlatego, że jestem kobietą), ale uznałam, iż 50 tysięcy wyświetleń to jest coś. Jak na moje standardy to jest COŚ. Bardzo Wam dziękuję! A COŚ wymaga specjalnej oprawy. Od dawna, zachwycona tym, co robi autorka bloga Więcej Książków, miałam ochotę spróbować swoich sił w videoblogowaniu. Myślałam i myślałam. Ale, tak to bywa, że kto za dużo myśli, ma problem z działaniem. Będąc w podróży, pomyślałam sobie: "A co tam, spróbujmy". Zebrałam się na odwagę (a sporo jej to ode mnie wymagało)... i nakręciłam. Światło jest fatalne, kamera ujęła w zasadzie więcej blatu stołu niż mnie, no ale, to było pierwsze podejście, pewnie będzie lepiej ;). Jest to film bez absolutnie żadnej obróbki, bo tego będę się próbowała dopiero nauczyć, więc mogę być chyba z siebie dumna, że nie bredzę. No, może poza faktem, że pomyliłam Dyskusyjny Klub Książki z Dyskusyjnym Klubem Filmowym, ale prowadzę oba, więc chyba można mi to wybaczyć. I, ku mojej radości, nie brzmię jak Myszka Micky, bo niestety, w rzeczywistości mi się zdarza, dlatego obawiałam się, jak mój głos zostanie utrwalony na filmie. Zatem z dumą prezentuję moją pierwszą videorecenzję (oraz ze znacznie mniejszą dumą siebie) - "Córka grabarza" Joyce Carol Oates.     


sobota, 15 listopada 2014

To już jest nałóg...



To już chyba jest nałóg. I to poważny. Książki są wszędzie – na pólkach, szafkach, na innych książkach, w kilku rzędach, na kilku kondygnacjach. Szacuję, że samych książek z bibliotek mam chyba ze 40. Przecież jestem bibliotekarką, spośród nowości mogę wybierać jako pierwsza. Coś mi się od życia należy, jakiś bonus do marnej pensji… Tyle książek chcę przeczytać. Ale czas. Czas nie jest z gumy. Trzeba pracować i spać, i jeść, i gotować, i sprzątać, robić zakupy i pogłaskać kota. Trzeba pisać recenzje na blog, fajnie jest czasem obejrzeć film. Poprosiłam nawet o prezent w postaci zmieniacza czasu Hermiony, ale wiecie co, niestety, nie działa. Cóż za rozczarowanie! Jeśli droga do piekła jest wybrukowana nieprzeczytanymi książkami, to ja tam nie dojdę nawet przez wieczność (pomnożoną przez dwa). Drogę do piekła wyłożą mi między innymi „Potem” Musso, „Między książkami”, „Zgrozą w Dunwisch”, biografią Jane Austen i sióstr Bronte, całym cyklem „Ziemiomorze”, „Zimową opowieścią”, „Tam, gdzie śpiewają drzewa”, „Sercem w ogniu”, "Starciem królów", "Gwiazd naszych wina", "Wołaniem kukułki"… A to nawet nie jest wierzchołek tej góry lodowej. Niedługo będę jak osiołek z bajki. Dano mi do wyboru spośród tylu książek, że ogłupiałam i nie wie, co czytać. I kiedy. Ratunku. Jakby tego mało, wciąż kupuję nowe. Bo przecież nie można przejść obojętnie wobec kosza „Wszystko po 12 złotych” w Biedronce. Zatem kupiłam album o Jane Austen i „Wyścig śmierci” Maggie Stiefvater. I „Wnuczkę do orzechów”, bo w Matrasie było 30% przeceny na wszystko… A mam chrapkę na trzy kolejne pozycje, tak bardzo ciekawi mnie „Osobliwy dom pani Peregrine”, „Świat lodu i ognia” i „Serafina”. Jeśli macie, jak ja, więcej nieprzeczytanych książek, niż przeczytanych, to przyjmijcie do wiadomości: jesteście uzależnieni. TO JEST NAŁÓG. 

czwartek, 13 listopada 2014

O zgodzie na "Niezgodną"



Ostatnimi czasy zdarzyło mi się obejrzeć kilka filmów dla młodzieży. „Gra Endera” (taka sobie szczerze powiedziawszy, mimo wielkiego szumu wokół zarówno filmu, jak i książki oraz entuzjazmu z jakim do niej podchodziłam ze względu na zachwyty M.), „Gwiazd naszych wina” (jeszcze o nim napiszę, może, chyba, że zabraknie mi woli/siły/czasu/ chęci* niepotrzebne skreślić) oraz „Niezgodna”. Na tle tych trzech filmów „Niezgodna” wyraźnie się wybija. Dlaczego? O tym w kilku słowach za chwilę.
            Zarówno od książki Weroniki Roth, jak i od filmu na jej podstawie odstraszała mnie reklama, która wszem i wobec obwieszczała, że „Niezgodna” podobna jest do „Igrzysk śmierci”. Cóż „Barry Trotter” też jest wzorowany na „Harry’m Potterze”, ale czy to znaczy, że jest dobry? Nie, nie i jeszcze raz nie. Błąd. „Niezgodna” jest dobra (mówię tu tylko o filmie, bo książki nie czytałam, jeszcze (?)).
            Historia jest Wam pewnie doskonale znana, zatem w dwóch słowach. Istnieje kilka frakcji. Każdy nastolatek należy do jednej z nich. Mimo to w wieku siedemnastu lat przechodzi test, mający zdecydować, do której z frakcji powinien należeć. Następnie sam ma prawo zdecydować, do której z nich przystąpi. Odejście z tej, w której było się do tej pory, oznacza porzucenie dawnego życia i rodziny. A co jeśli się jest takim trochę ni psem, ni wydrą? Gdy jest się każdym po trochu? Ano, tego doświadczy główna bohaterka, gdyż okaże się, że jest, jak sam tytuł wskazuje, niezgodna.
            Tyle fabuła, ale o czym tak naprawdę jest ten film? Moim zdaniem o tym, że nonkonformizm wymaga odwagi. „Niezgodna” uświadamia, że nadawanie etykiet, próba uszeregowania, zaklasyfikowania tak naprawdę szkodzi, a nie pomaga ludziom. Każdy jest przecież inny, każdy jest wyjątkowy. Dlaczego mamy dążyć do tego, by być jednakowi? Jest to też historia o tym, do czego prowadzi niepohamowana chęć władzy i kontrolowania życia innych. Stąd zapewne porównanie do „Igrzysk śmierci”. Gdzieś w tym wszystkim pobrzmiewa oczywiście typowy dla prozy i filmów dla nastolatków motyw poszukiwania własnej tożsamości, ale tutaj został potraktowany z lekkością, bez zbędnego nadęcia.
            „Niezgodna” jest filmem dobrym. Co więcej jest nie tylko dobrym filmem dla nastolatków, ale jest po prostu dobra. Nie ma w niej dłużyzn, akcja trzyma w napięciu. Sama historia również potrafi zaciekawić. Jest i przygoda, jest romans (a jakże!), znajdzie się miejsce na tajemnicę i wewnętrzny konflikt. Gra aktorska na przyzwoitym poziomie.  Shailene Woodley gra bardzo dobrze. Kate Winslet może nie wzbiła się na wyżyny aktorskiego kunsztu, ale gra przyzwoicie. Przyjemnie się na nią patrzy.   
            „Niezgodna” jest zdecydowanie najlepszym filmem dla nastolatków, jaki zdarzyło mi się oglądać w tym roku. Gdybyście mieli wolne popołudnie i ochotę na niewymagający, ale przyjemny film „Niezgodna” będzie idealną propozycją. Może nawet lepszą od „Igrzysk śmierci”.