niedziela, 28 kwietnia 2013

Cytat tygodnia



„Do niedzieli świat złamie ci serce na dziesięć sposobów, to gwarantowane. Nie potrafię tego wytłumaczyć - szaleństwa wewnątrz mnie i wewnątrz wszystkich innych - ale zgadnijcie co? Niedziela to znów mój ulubiony dzień. Myślę o wszystkim, co wszyscy dla mnie zrobili i czuję się jak bardzo szczęśliwy gość.”

Poradnik pozytywnego myślenia (reż. David O. Russell)

Taka prosta recepta. Niby. Więc dlaczego tak trudno zastosować ją w praktyce? Rzeczy dobre, które nam się raz po raz przytrafiają, znacznie trudniej dostrzec, niż niepowodzenia. Pomyślcie, co spotkało Was w tym tygodniu dobrego. Bo fakt, że w ciągu nadchodzącym siedmiu dni świat złamie Wam serce na kilkanaście sposobów, jest więcej niż pewien. A może nie… w końcu zbliża się długi weekend.

Póki co, miłej niedzieli.  

piątek, 26 kwietnia 2013

Zawód znieważania publicznego


źródło

Madame Intueri  ogląda czasem telewizję śniadaniową. A tam robią  każdego ranka przegląd prasy. Podczas jednej z takich odsłon prowadzący i zaproszony gość (pani redaktor z radia) omawiali artykuł zamieszczony w ostatniej „Polityce”. Temat? Dlaczego Polki nie chcą rodzić dzieci. Podobno mężczyźni za mało interesują się domem, a jednocześnie są niemęscy. Ale Madame nie chce mówić ani o swoim stosunku do macierzyństwa, ani do mężczyzn (czasami to też rodzaj macierzyństwa, chcesz mieć dziecko, znajdujesz sobie faceta, pardon, mężczyznę). Madame zainteresowało co innego. Mianowicie słowa pani redaktor, która powiedziała, że kiedyś kobiety były przede wszystkim nauczycielkami i nianiami, dziś stawiają na karierę i rozwój. Madame Intueri poczuła, jak gniew w niej kiełkuje. Z tego miejsca chciałaby poinformować panią redaktor, iż wie doskonale, że w polskich szkołach uczy duży odsetek nauczycielek z przypadku, ale to nie znaczy, że wszystkie nauczycielki są głupie.  Madame chce aby pani redaktor wiedziała, iż aby byś nauczycielką ciężko uczyła się przez pięć lat, przeczytała szereg klasyków i pisarzy współczesnych. Madame Intueri z całą pewnością nie ma się za kobietę bez ambicji zawodowych.  Co pani redaktor rozumie pod pojęciem „kariery”? Jeśli młodych ludzi, których starała się nauczyć dyskusji, posiadania własnego zdania i ideałów, to tak, Madame robiła karierę.  Jeśli kasz, kasz, kasz… to nie, kapusty rzeczywiście nie zarabia. Pragnie jednak, aby pani redaktor dowiedziała się, że „nauczycielka” to nie jest synonim biedulki, która nie dałaby sobie rady na żadnych innych studiach.  Nauczycielki rozwijają się i to bynajmniej nie tak, jak papier toaletowy. A tak są w mediach traktowane. Różne panie kierowniczki-karierowiczki podcierają sobie nimi tyłki (pardon, by wyrazić się elegancko „pupy”) w nadmuchanych dyskusjach o niczym.

środa, 24 kwietnia 2013

Lepiej czytać, niż palić



Kasztan?

To hasło akcji społecznej. To też rodzaj manifestacji przeciwko „Europie Plus”, połączonej z protestem przeciw zalegalizowaniu marihuany, czego domagają się panowie Palikot i Kwaśniewski.  Szczerze, marycha mnie ani ziębi, ani parzy, podobnie jak panowie politycy, zarówno z feralnego ugrupowania, jak i ich adwersarze. Mierzi mnie natomiast fakt, że rozdawana będzie „Stara baśń” i „Faraon”, a wydawnictwo, od którego zostały kupione, dziwnym trafem należy do jednego ze współautorów kampanii. Wiosenne porządki w magazynach? Tak się robi pieniążki, drodzy Państwo. Ale, ale, ja nie o tym.  Już nawet nie o tym, że zastanowiłabym się głęboko, czy lepiej czytać „Faraona” czy… Ale, ale, ja też nie o tym.  Co mi się w kampanii nie podoba? To przecież propagowanie czytelnictwa, należałoby przyklasnąć. Tyle, że skonstruowanie hasła „Lepiej czytać, niż palić” mnie osobiście mówi podprogowo: „czytanie nie jest fajne, ale jak już macie odurzać się marychą, to z dwojga złego lepiej czytajcie”.  Drodzy Panowie Politycy, z czym jeszcze zestawicie czytanie? Lepiej czytać, niż się prostytuować? Lepiej czytać niż kraść? Lepiej czytać, niż… Już lepiej nic nie powiem, a Wy, którzy tu bywacie, czytajcie… skoro naprawdę musicie.

A mnie niech ktoś ograniczy radio.

wtorek, 23 kwietnia 2013

Fantastyka po polsku?



„Szkoła LaOry” to sprawnie zrealizowana powieść. Poprawna, ale nie porywa. Szczegóły w recenzji pod tym adresem – KLIK. Książkę chętnie sprzedam za 8zł(plus koszty przesyłki). Jeśli ktoś jest zainteresowany, proszę o kontakt mailowy – muzkar@op.pl

niedziela, 21 kwietnia 2013

Cytat tygodnia



„Kobieta musi mieć pieniądze i własny pokój, jeśli ma pisać powieści.”

C. D. Frierdich "Kobieta w oknie"
Cytat tygodnia pochodzi z eseju Virginii Woolf „Własny pokój”. Przyjaciel napisał mi jakiś czas temu, że powinnam pisać książki. To, co powinniśmy, bardzo rzadko pokrywa się z tym, co robimy. A to, co powinniśmy i to, co robimy, niemal nigdy nie pokrywa się z tym, czego byśmy dla siebie chcieli. Dzisiejszy cytat dedykuję wszystkim tym, którzy nie mają swojego miejsca i wiedzą, co to znaczy nigdzie nie być u siebie. Nigdzie nie czuć się „jak w domu”. Tym, którzy nie robią planów dłuższych, niż od pierwszego do pierwszego, bo rzeczywistość im na to nie pozwala. Tym, którym zmagania z codziennością odbierają chęć na cokolwiek. Nawet, czy może przede wszystkim, tę do życia. Tym, którzy „nie tak” wyobrażali sobie swoje życie. Po pięciu latach studiów i pięciu siedzenia na tyłku, uczenia się i zdawania egzaminów na horyzoncie ani własnego pokoju, ani pieniędzy. A co za tym idzie, żadnej powieści.     

sobota, 20 kwietnia 2013

Dlaczego prawda jest piękna?

Pewnego dnia postanowiłam przeczytać książkę zdecydowanie nie dla humanistów. Ten niedorzeczny pomysł strzelił mi do głowy, gdy pisałam powieść, której bohaterem był matematyczny geniusz. Przeczytałam, bo czytało się dobrze. Ile zrozumiałam, to już kwestia sporna. Teoria strun to chyba nie moja bajka. Recenzja dostępna tutaj - KLIK. 

A książkę chętnie sprzedam za 10 zł(plus koszty przesyłki). Raz przeczytana, stan idealny. Gdyby ktoś był zainteresowany, proszę pisać na maila: muzkar@op.pl W godne ręce oddam z przyjemnością :).

czwartek, 18 kwietnia 2013

Moje dni z książkami



Dzień 24 - Książka, która okazała się jednym wielkim oszustwem

„Jednym wielkim” to może nie, ale czasami bywa, że po lekturze notki na odwrocie okładki nastawiona jestem na coś, co będzie „wow”, a potem okazuje się, że dałam się zmanipulować. Oszustwem są dla mnie książki kiepskie, źle napisane, które robią zawrotną karierę wśród czytelników. Mogłabym się oburzać, że „papier toaletowy zawsze będzie bardziej popularny od papieru czerpanego”. Ale z drugiej strony, czy mam prawo odmawiać jakiejś książce należnego jej miejsca? Nie wydaje mi się. Po prostu, co dobre dla jednych, nie jest dobre dla drugich. Zatem czytajmy i dajmy czytać innym to, co im się podoba.

Dzień 25- Ulubiona autobiografia/biografia

Znów gatunek, którego praktycznie prawie nie czytam. Ale z tych, które przeczytałam, postawiłabym na książkę  Anny Przedpełskiej-Trzeciakowskiej „Na plebanii w Haworth”. Niesamowicie ciekawa pozycja, zwłaszcza dla miłośniczek twórczości sióstr Bronte. Co akurat bardzo cieszy, rok lub dwa lata temu, została wznowiona przez wydawnictwo Świat Książki i znów można ją dostać od ręki. Drugą taką pozycją byłaby „Moja matka czarownica” biografia Doroty Terakowskiej pióra jej córki. Fascynująca. Serdecznie polecam lekturę, jeśli jeszcze nie znacie.  

niedziela, 14 kwietnia 2013

Cytat tygodnia

Książka jest dobra na wszystko. Na zbyt długie czekanie, w korku stanie, ścian borowanie, autobusem podróżowanie, nerwów pulsowanie, w szpitalu leżenie, w za małych butach chodzenie. Na te wszystkie przypadki i wiele, wiele innych zawsze można znaleźć odpowiedni cytat w książkach. Dlatego postanowiłam co tydzień dzielić się z Wami moimi ulubionymi książkowymi frazami. Oto pierwsza z nich.
 
Na te gorsze dni, kiedy...

„- A jeśli pewnego dnia będę musiał odejść? - spytał Krzyś, ściskając Misiową łapkę. - Co wtedy? 
 - Nic wielkiego - zapewnił go Puchatek. - Posiedzę tu sobie i na ciebie poczekam. Kiedy się kogoś kocha, to ten drugi ktoś nigdy nie znika.”
A. A. Milne "Kubuś Puchatek"

sobota, 13 kwietnia 2013

Agata



Od roku mam pewną świecką tradycję. Kwiecień jest miesiącem, kiedy swoje święto obchodzą trzy bardzo bliskie mi Osoby. Aby to uczcić, dzielę się z Czytelnikami fragmentem powieści. W zeszłym roku był to fragment „Klubu Czarownic”. W tym roku mój wybór padł na Agatę.

Agata towarzyszy mi od października zeszłego roku. Obu nam wiedzie się od tamtego czasu różnie, ale kto wie, może damy radę i dobrniemy do kresu podróży. Na chwilę obecną Agata jest bohaterką powieści obyczajowo-kryminalnej z wątkiem romansowym o tytule roboczym „Mam w dupie średnie miasta”. Dlaczego? Bo to właśnie czujemy, zarówno ja, jak i ona. Poznajcie zatem Agatę. Chcę wierzyć, że jednak tam jesteście, mimo Waszego uporczywego milczenia. Chcę wierzyć, że moje słowa nie trafiają w próżnię. Kto wie, może zrozumiecie sytuację Agaty lepiej, niż bym sobie tego życzyła. Mam jednak nadzieję, ze względu na Was, że jest Wam ona nieznana i daleka. Zresztą, cóż i tak przemilczycie swą odpowiedź.


Z jedną z „kwietniowych” Osób mamy pewną zabawę. Lubimy tworzyć obsadę do filmów na podstawie moich powieści. To bardzo przyjemne zajęcie. Dlatego uczyniłam to i tym razem. Oto, jak wyobrażam sobie Agatę.
Miłej lektury.

Opowieść ta ma miejsce w średnim mieście, jakich wiele. Nazwę jednak z przyzwoitości i litości przemilczymy. Średnie miasta mają to do siebie, że są niezwykle podobne. Życie w średnich miastach koncentruje się wokół rynku, gdzie zwykle znajduje się skwer z kilkoma drzewami i trawnikiem. Raz w miesiącu odbywa się tam jarmark, a raz w tygodniu targ. Rynek jest centrum wszystkiego. To od niego odchodzą najważniejsze ulice. Wokół centrum, co oczywiste, utytułowane są też najważniejsze budynki w średnim mieście. Są to, rzecz jasna, kościół, market, do którego idzie się prosto z niedzielnej mszy, bar, w którym spotykają się miejscowi trzeźwi inaczej oraz redakcja lokalnej gazety i urząd miasta. Każdy róg centrum, choć przecież rynek jest okrągły, obstawiony jest strategicznie. Dwa rogi okupują miejscowi pijaczkowie, którzy właśnie wyszli z baru tudzież pubu, jak ładnie nazywa się tu zwykłą mordownię, ciemną, zadymioną spelunkę, gdzie ślina zaschnięta na podłodze, przykleja się do butów kolejnych stąpających po niej delikwentów. Wyszli tylko po to, by poobgadywać bezpiecznie, bo na powietrzu, wszystkich swoich znajomków. Przecież na powietrzu nie ma ścian, a jak powszechnie wiadomo, każda ściana w średnim mieście ma uszy. Dwa pozostałe rogi okupują starsze panie. Klika starszych dam jest niezwykle silna. To niemal grupa trzymająca władzę, w końcu są pierwsze po Bogu, przynajmniej jeśli chodzi o wizyty w kościele. Moherowe berety wiedzą wszystko o wszystkich. Doskonale orientują się kto, z kim, gdzie, dlaczego, kiedy, jak długo i jak często, a czasem nawet za ile. Mogły by z powodzeniem pracować dla FBI, CIA, bo przecież w CBA tylko by się marnowały.
            Nad rynkiem góruje niepodzielnie urząd miasta. Miejsce o tyle tajemnicze, że w panujących tam układach i układzikach nikt nie jest w stanie się zorientować. Przynajmniej nikt postronny. Nie jest też do końca jasne, kto tu za co odpowiada. A może każdy tu odpowiada za wszystko, gdy chodzi o kwestie wynagrodzenia i nikt nie odpowiada za nic, gdy trzeba brać odpowiedzialność za podjęte decyzje. W budynku tym rezyduje najważniejsza osoba w średnim mieście. Osoba, od której wszystko zależy. Pan i Władca na Krańcu Świata. Burmistrz. To od jego widzi mi się zależy być albo nie być wszystkich osób w magistracie. Panu i Władcy na Krancu Świata należy kłaniać się w pas. Nisko, bardzo nisko, niemal do podłoża, nawet jeśli choruje się na korzonki. Niczym Japończycy w wielkich korporacjach. Każdy, kto pracuje dla Pana i Władcy na Krańcu Świata ma w umowie o pracę dwa zasadnicze punkty. Pan i Władca na Krańcu Świata ma zawsze rację. Jeśli Pan i Władca na Krańcu Świata nie ma racji, patrz punkt pierwszy. Nie, nieprawda, choć rzeczywiście punkty są dwa. Pierwszy brzmi: w obecności przełożonego podwładny ma mieć wygląd uniżony i głupkowaty. Drugi dodaje: zawsze dobrze wyglądaj. Panie zatrudnione w urzędzie miasta są zatem każdego dnia śliczne i dobrze ubrane. Szczupłe, długonogie i długowłose. Niezbyt jednak mądre. Inteligencja nie świadczy na korzyść pań pracujących w urzędzie.
            W takim właśnie średnim mieście, jakich wiele w całym kraju, na początku drugiej dekady dwudziestego pierwszego wieku żyje nasza bohaterka,  Agata Storosz. Agata otrzymała w spadku po rodzicach niezbyt wiele. Jedynie nazwisko, które dał jej Pan chyba na pośmiewisko, wątpliwej jakości urodę i jeszcze bardziej wątpliwy charakter, niezbyt nieprzydatną w życiu i kompletnie nieprzydatną do robienia poważnej kariery i wielkiego majątku umiejętność poprawnego składania zdań, trochę pieniędzy i niezbyt duże mieszkanie w sypiącej się kamienicy z wysokimi sufitami. Agata skończyła, owszem bez kłopotów, ale również bez wybitnych wyników, studia dziennikarskie i po krótkim okresie zamieszkiwania w wielkim mieście, pokonana przez bezrobocie, wróciła do rodziców, na stare śmieci. Jej rodzice, dwoje nauczycieli z misją, idealistów, z marzeniami, ale bez smykałki do interesów, ledwo wiążących koniec z końcem, zginęli dwa lata wcześniej w wypadku samochodowym. Świeć Panie nad ich duszami. Wieczór. Śnieg. Śliska droga. Pijany kierowca. Od tamtej pory Agata idzie przez życie sama. Nawet nie dlatego, by była brzydka. Nie jest też piękna. Jest jedną z całego morza kobiet, jakie mijasz codziennie na ulicy. Nie krzywisz się na jej widok, ale też nie śledzisz jej wzrokiem, gdy koło ciebie przechodzi. Agata jest średniego wzrostu, szczupła. Może nieco zbyt blada w skutek przyjmowania małej ilości promieni słonecznych. Ma duże zielone oczy, które są chyba jedynym elementem jej osoby, mającym zdolność przykuwania uwagi innych i proste, czarne włosy. Często przeczesuje grzywkę pacami. Taki odruch, może tik nerwowy. Być może odruch dający jej chwilę na zastanowienie, zebranie myśli. 
            Samotność jej nie doskwiera. Nawet się nad nią nie zastanawia, nie roztrząsa. Nie ma bowiem w zwyczaju zastanawiać się nad rzeczami, na które na chwilę obecną nie ma wpływu. Kogo miałaby niby poznać w średnim mieście? Rolnika? Mechanika samochodowego? Lokalnego mafiosa? Nie, Agata nie jest aż tak zdesperowana. Pewnie dlatego, w wieku lat dwudziestu sześciu, uznana została przez lokalną społeczność za czarownicę. Cóż należy rozumieć pod tym określeniem? Miejscowi nie do końca wiedzą. Chodzi o to, że coś jest z nią nie tak. Żaden chłop jej nie chce. W ogóle przyjechała taka za światu i sama nie wie, czego chce. Jakaś tam feministka, dziwaczka, burzycielka spokoju, wariatka. Kiedy Agata idzie ulicą, porządni mieszkańcy odwracają wzrok. Wszystko dlatego, że gdy wróciła, chciała zmienić świat. Zaczynając, rzecz jasna, od średniego miasta. Zatrudniła się w lokalnej gazecie i niemal w pierwszym artykule postanowiła bezlitośnie obnażyć tutejsze stosunki. Napisała więc sążnisty artykuł o próbie wypisania z rejestru zabytków lokalnego dworku tylko po to, by ktoś mógł zgarnąć za to ciężką kasę. Artykuł się ukazał, ale zaraz potem Agata wylądowała na dywaniku u swojego szefa, który wcześniej wylądował na dywaniku u swojego szefa, a ten u szefa swojego szefa. Agata do dziś nie wie, dlaczego nie wyleciała z pracy, zanim zdążyła powiedzieć „nie żałuję”. Może czuwał nad nią święty Juda Tadeusz, patron spraw beznadziejnych, a może Agata choć raz, ten jeden jedyny raz w życiu, miała szczęście. Za karę przesunięto jednak młodą dziennikarkę, dziennikarę, karę Boską, która miała spaść, ale nie spadła, na lokalnych oficjeli, z działu szumnie nazywanego politycznym, do działu kulturalnego.
            Od tej pory Agata z bólem serca i wytrwałością pierwszych misjonarzy chodziła z aparatem na rozpoczęcia roku szkolnego, imprezy biblioteki publicznej, inauguracje wystaw muzealnych, imprezy organizowane przez dom kultury. Z całym zaangażowaniem, na jakie tylko było ją stać i absolutnie bez żadnej pasji pisywała o dniach pluszowego misia, nowym wydaniu miejskiego kalendarza, wieczorkach poezji śpiewanej, plenerach malarskich. Pisała, a w duchu cierpiała katusze. Wiedziała, że nie tym chce się w życiu zajmować. Czym chce się zajmować, nie wiedziała. Była jednak pewna, że chce to robić już, natychmiast, teraz, od tego momentu.              

wtorek, 9 kwietnia 2013

"I po co ja tu przyszłem?"



Gorący okres. Matury i te numery. Bywa u nas ostatnimi czasy dużo licealistów. Sprawdzają opisy bibliograficzne książek do literatury przedmiotu i podmiotu. Jeden z nich szukał niedawno „Przedwiośnia”. Koniecznie z wydawnictwa Książka i Wiedza. „Przedwiośnie” miałyśmy, ale akurat nie z tego wydawnictwa. Zabrałam więc delikwenta do komputera, posadziłam przed ekranem i instruowałam, jak poruszać się po katalogu online biblioteki uniwersyteckiej. Z katalogiem BN nie ryzykowałam. Zadziwiające. Młodzi doskonale orientują się w facebooku, ale katalog biblioteczny, nawet internetowy, to dla nich enigma. I cóż otrzymałam w zamian. Dziękuję? Tak, również. Ale przede wszystkim stwierdzenie:
- To po co ja tu przyszłem, skoro mogłem to sprawdzić w domu?
No właśnie? Po co? Bo przecież nie po książkę. Niestety. 



_____________________________________________
źródło obrazka: http://www.travelatvietnam.com/Photos/News/Hanoi-host-book-reading.jpg

poniedziałek, 1 kwietnia 2013

Holenderskie piekiełko



„Ósma piętnaście, Londyn, miesiąc w przód wyprzedane” śpiewał swojego czasu zespól IRA o polskiej emigracji. Może nie do Londynu, ale za to do Holandii, wyjechała bohaterka „Wściekłej skóry”, debiutanckiej powieści Agnieszki Miklis.
            Roswita Rein ma trzydzieści lat i zmarnowane życie, a przynajmniej tak jej się właśnie wydaje. Po kolejnej z niezliczonych kłótni z rodzicami, postanawia wyjechać do Holandii i tam zdobyć pieniądze na lepsze życie. Już na miejscu poznaje Tanię Konecki, którą kierują zupełnie inne pobudki. Tania opuściła Polskę nie po to, by zasilić swe konto bankowe, lecz by uwolnić się od męża, codzienności i przeżyć erotyczną przygodę. Pewnego dnia piękna młoda kobieta znika bez śladu. Wszyscy mówią, że uciekła z kochankiem. Rozwita jednak nie wierzy w tę wersję wydarzeń i rozpoczyna własne, prywatne śledztwo.
            „Wściekła skóra” Agnieszki Miklis bardzo przyjemnie mnie zaskoczyła. Debiut młodej autorki to kawał dobrej roboty literackiej. Po pierwsze to bardzo plastyczny i niezwykle trafny obraz społeczeństwa. Zarówno polskiego (w którym rodak rodakowi wilkiem, a każdy stara się, by drugi upadł jak najniżej, by mógł wskoczyć na jego miejsce), jak i holenderskiego (z pozoru poukładanego, porządnego, purytańskiego, a wewnątrz do szpiku kości przeżartego zgnilizną). Po drugie „Wściekła skóra” pełna jest aluzji i nawiązań literackich, filmowych, malarskich, kulturowych. Autorka niezwykle pewnie czuje się w dżungli kultury. Nie na miejscu wydają mi się jedynie niektóre z przypisów do tekstu. Miklis streszcza przytoczone tytuły, podaje zbyt obszerne objaśnienia. Pragnie grać w czytelnikiem w intertekstualną grę, a jednocześnie przypisami prowadzi go za rączkę, od punktu do punktu, jakby miała go za idiotę, który sam nie jest w stanie sobie poradzić. Niemniej trzeba przyznać, iż niektóre z polskich pisarek powinny się z jej książek uczyć, co to znaczy kultura literacka i dobry styl. I choć, moim zdaniem, „Wściekłej skóry” nie można nazwać thrillerem w ścisłym tego słowa znaczeniu, gdyż niepokój, czy poczucie zagrożenia, ustępują miejsca rozległym obserwacjom społeczno-kulturowym, to jednak jest to kawałek porządnej współczesnej prozy.
            Dawno nie spotkałam tak obiecującego debiutu. Będę z ciekawością wypatrywać kolejnej książki Agnieszki Miklis, gdyż sądzę, że jest na co czekać. Oby tak dalej.