sobota, 29 października 2011

Pewnego razu w naszej bajce... "Once upon a time"

                 Emma Swan ma dwadzieścia osiem lat i jest na świecie sama jak palec. Nie ma absolutnie żadnej rodziny. Posiada za to niezwykłą umiejętność. Wyczuwa, kiedy ktoś kłamie. W dniu urodzin wypowiada życzenie. Nie chce spędzić ich w samotności. Właśnie wtedy rozlega się dzwonek do drzwi. Emma otwiera i staje oko w oko z dziesięcioletnim Henry’m. Chłopiec obwieszcza, że jest synem, którego dziesięć lat wcześniej oddała do adopcji. To jednak dopiero początek kłopotów Emmy. Henry stwierdza kategorycznie, że zabiera Emmę do domu – miasteczka Storybrooke, zamieszkiwanego przez… postacie z bajek. Niestety, bohaterowie opowieści, w skutek czarów złej Wiedźmy, zapomnieli kim są. Henry twierdzi, że tylko Emma może ich uratować, gdyż jest córką Królewny Śnieżki i Księcia.
            Brzmi to wszystko wariacko. Zdaję sobie z tego sprawę. Ale jestem świeżo po obejrzeniu pierwszego odcinka i sądzę, że w tej historii tkwi potencjał. Twórcy bawią się konwencją bajki. Kiedy Wiedźma rzuca czar, mający przenieść wszystkie postacie z bajek na ziemię, mówi, że zabiera ich do strasznego miejsca. Miejsca, w którym jedynie jej historia skończy się szczęśliwie. Czy rzeczywiście u źródeł nieszczęścia Wiedźmy może tkwić szczęśliwe zakończenie historii Śnieżki? Dlaczego zawsze przyjmujemy za pewnik, iż czarne charaktery są złe i spotkało je to, na co zasłużyły? Czy „złe” wiedźmy, których nigdy nie zaprasza się na zaślubimy/chrzciny/ect. nie mają prawa być sfrustrowane? Czy nasza stara dobra Ziemia naprawdę jest miejscem pozbawionym szczęśliwych zakończeń? Nie wiem, jeszcze nie znam odpowiedzi. Zobaczymy, w którym kierunku podążą twórcy „Once upon a tamie”. W każdym razie Emma ląduje w Storybrooke (cudowna nazwa). Tyle wiemy na chwilę obecną.
            Jest nieźle. Trochę tajemniczo, trochę baśniowo. Jest też nieco emocji i sporo dowcipu na niezłym poziomie (scena pobudki Emmy w areszcie i miny Jennifer Morrison, bezcenne!). Aktorzy też dają radę. Ekspresyjna Zła Wiedźma alias władcza pani burmistrz, świetny Jared Gilmore w roli Henry’ego, Ginnifer Goodwin jako pewna siebie Królewna Śnieżka. No i oczywiście niezapomniana dr Cameron.  
            Ogląda mi się tym przyjemniej, że twórcy zauważyli coś, co ja widziałam od dawna. Podobieństwo między Jennifer Morrison i Ginnifer Goodwin. W „Once upon a time” grają matkę i córkę. Natomiast ja oraz Krewni i Znajomi Królika lubimy się czasem bawić w kręcenie filmu na podstawie mojej książki. Gdy chcemy poprawić sobie humor, wybieramy aktorów do poszczególnych ról. Nie znacie postaci, o których myślę. Dziwne więc Wam je opisywać, ale spróbuję…
            Z jedną z nich zetkniecie się w przyszłym roku, jeśli zdecydujecie się na lekturę „Milczących słów”. To Anita, prześliczna i pewna siebie przywódczyni polskich wampirów. Anita wie czego chce i wie, jak to osiągnąć. Nie przebiera w środkach. Potrafi być bardzo okrutna, ale umie też zaskakiwać i zrobić coś, czego człowiek zupełnie by się nie spodziewał. Natomiast Allison Nelson to ruda pani fotograf. Urodziła się w XIX wieku jako ósme dziecko mediolańskiego szewca. Dziś umie czytać, ma niemały dom na przedmieściach Toronto i pracuje jako fotograf. Czasami zdarza jej się nawet sesja dla „Vanity Fair”. Urocze panie spotkały się po raz pierwszy w Paryżu na początku XX wieku. Przez pewien czas udawałby nawet siostry. Mogły sobie na to pozwolić, gdyż były do siebie bardzo podobne. W moim filmie Anitę zagrałaby właśnie Jennifer Morrison. W Allison Nelson wcieliłaby się Kirsten Dunst. Choć pewnie budżet mojego filmu nie pozwoliłby na zaangażowanie dziewczyny Spidermena. Wtedy mój wybór padłby właśnie na Ginnifer Goodwin. Film wyreżyserowałby Ridley Scott.
            A skoro nie mogę obu Pań oglądać razem w moim filmie, a Ridley Scott ma pewnie terminarz zapełniony na dekadę do przodu, to przynajmniej zerkam sobie z przyjemnością na „Once upon a time”.

Tak zawsze wyobrażałam sobie Anitę

Allison Nelson
Allison Nelson

I jeszcze dla ciekawskich i zainteresowanych trailer do "Once upon a time"


 

środa, 26 października 2011

Premierowa recenzja "Nadziei czerwonej jak śnieg"

Muszę chyba zrobić przerwę i stanowczo odmawiać (również sobie, a może zwłaszcza sobie!) czytania książek w pdfach. To już trzecia w tym miesiącu i mój wzrok zaczyna dość stanowczo protestować. W najbliższym czasie planuję zaprezentować Wam kilka recenzji seriali i filmów. Zadziwiające, co też człowiek sobie wymyśla, by nie robić tego, co robić powinien. Skutek: moi superbohaterowie i praca magisterska czekają. Oj, a wstęp do pracy jakoś sam się poprawić nie chce. Jaka szkoda. Dla zainteresowanych link do recenzji "Nadziei czerwonej jak śnieg" - KLIK.  

poniedziałek, 24 października 2011

Kopytko gości na blogu Pawła Pollaka

Na początku każdego miesiąca odbywa się przyznanie Nagrody Literackiej imienia Edgara Kopytko. Jak już wielokrotnie wspominałam ( nie zaszkodzi jeszcze raz, bo pamięć narodu dobra, ale krótka) w skład jury wchodzą:

* Edgar Kopytko (pluszowy koń kuty na dwie nogi, choć czasami wydaje mi się, że na wszystkie cztery, ale to inny rodzaj podkucia)
* Kathleen Kelly (postać fikcyjna, właścicielka księgarni "Za rogiem")
* moja skromna osoba.

Co miesiąc przyznajemy nagrodę tej książce spośród przeczytanych, którą uznajemy za "naj" pod każdym względem. Wrześniowe "Kopytko" otrzymał pan Paweł Pollak za powieść "Niepełni". Niesamowite było nasze zdziwienie, gdy w niedzielę rano spostrzegliśmy, iż Szanowny Autor zechciał o tym fakcie poinformować Czytelników swojego bloga. Jest nam z tego powodu niezmiernie miło. Czujemy się docenieni :). Panu Pollakowi jeszcze raz serdecznie dziękujemy!

Jury Nagrody Literackiej im. Edgara Kopytko

Jedyne i niepowtarzalne zdjęcie Prezesa... tfffu, znaczy Przewodniczącego ;)


piątek, 21 października 2011

Okładka "Milczących słów", mojej debiutanckiej powieści

Oto jak ostatecznie będzie wyglądać okładka "Milczących słów", mojej debiutanckiej powieści, która ukaże się na początku przyszłego roku nakładem wydawnictwa Novae Res. Okładka książki była naszym największym kłopotem. Marzyła mi się inna - delikatniejsza, bardziej dziewczęca. Jednak młodzi ludzie, do których jest adresowana, stwierdzili, że "jest fajna, taka horrorowata" (cokolwiek to znaczy). Uznałam się za pokonaną i odpuściłam. Może wydawnictwo ma rację i okładka rzeczywiście jest "mocna, wyrazista i zwracająca uwagę"? 


środa, 19 października 2011

"Żabeł trojański"

Czy kiedy lato się kończy, przestają docierać do nas promienie słońca, robi się szaro, ponuro i mgliście, odczuwacie stan nazywany potocznie "depresją jesienną"? Mnie coś takiego właśnie chwyciło. I puścić, dziadostwo, nie chce. A ja kombinuję, jak by to zrobić, żeby mi się tak chciało, jak mi się nie chce. Zatem coś na poprawę humoru - link do recenzji "Żabła trojańskiego", autorstwa Jana Siwmira - KLIK

poniedziałek, 17 października 2011

Cudza wielka metafora?

Dziś wstawiam obiecaną kilka dni wcześniej recenzję kontynuacji książki "Nakarmić wilki" Marii Nurowskiej. Podobała mi się, choć przyznam, że mam z nią pewien problem, o czym można przeczytać w tekście. Ze statystyk wynika, że felieton "Nie lubię, kiedy kobieta" cieszy się Waszym wyjątkowym zainteresowaniem. Szkoda, że nie przekłada się ono na głosy w dyskusji, ale trudno. Dla zainteresowanych link do qfantowej recenzji "Requiem dla wilka" - KLIK.

sobota, 15 października 2011

Jagoda Wochlik, "Milczące słowa" - Henry Got poszedł do druku

Dzwonek był natarczywy. Otworzyła mu. Była niewysoka. Nieco wyższa od Elizjon, mniej więcej wzrostu Zuzanny. Patrząc na niego mrużyła oczy, mimo okularów. Ubrana była zwyczajnie. Miała na sobie dżinsy i czarny golf. Na szyi wysiało pomarańczowe szkiełko, które dość przekonująco udawało bursztyn. Pomyślał, że Azazel miał rację, opisując ją. Mijając ją na ulicy, nie zwróciłbyś uwagi. Przyglądała mu się bez skrępowania. Poprawiła oprawki zsuwające się z nosa i gestem zaprosiła do środka. Nic nie powiedziała. Odwróciła się i ruszyła w głąb mieszkania, zmuszając go, by zamknął za sobą drzwi. Uśmiechnął się pod nosem.
Korytarz zaprowadził go do dużego pokoju. Ciepłe ściany w kolorze piórek kanarka nie zrobiły na nim wrażenia. Ona zajęła miejsce za stołem. Stopą odsunęła krzesło i dla niego. Wciąż przyglądała mu się bez słowa. Miała dziwny kolor oczu. Były szare, jak kamyki wypłukane w strumieniu. Jakby nie starczało im siły, aby stać się błękitnymi.
- Wiesz już – zaczął.
Skinęła głową.
- Zawsze wiedziałam – odparła. – Zuzannę kochałeś, dla Elizjon miałeś sympatię, a ja byłam narzędziem, by spisać twoją historię.
- Nigdy ci to jakoś nie przeszkadzało. Przecież zdajesz sobie sprawę, dlaczego cię wybrałem – upewnił się.
Wzruszyła ramionami i zastukała palcami w blat stołu. Chwilę trwało, nim odpowiedziała. Zmrużyła oczy i przyjrzała mu się uważnie.
- Wybrałeś mnie, ponieważ jestem jedyną, o której wiedziałeś, że na pewno się w tobie nie zakocha.
Odpowiedź zaskoczyła go. A niełatwo było zaskoczyć Henry’ego Gota.
- Nie – odpowiedział. – Nie do końca – poprawił się. – Wybrałem cię, bo jesteś niebotycznie uparta. Każde przedsięwzięcie, którego się podejmujesz, doprowadzasz do końca. Zresztą, nie wchodźmy w szczegóły, to duperele, nie o tym mieliśmy rozmawiać.
- Nie o tym? A więc o czym? Może chcesz, bym ci opowiedziała, jak bardzo trudne były te trzy lata, nawet nie masz pojęcia.  Jedno wydawnictwo, drugie wydawnictwo… któreś z kolei wydawnictwo.
Machnął lekceważąco ręką.
- Duperele – powtórzył. - Daliśmy radę.
- My? Nie przeceniaj się.
- No dobrze, ty. Fakt pozostaje faktem, drukują nas.
- Nie nas, ciebie. Ja jestem żywą osobą.
- Jesteś nieznośna, wiesz?
- Nie rozumiem, czym się tak ekscytujesz. To do ciebie niepodobne.
- Moja historia trafi pod strzechy. Przyznaj, to bardzo ekscytujące.
- Wiesz, dandys z ciebie, jesteś ironiczny, niemiły, stosujesz przemoc wobec kobiet… Nie polubią cię.
Uśmiechnął się rozbrajająco.
- Ale jestem też przystojny, szarmancki i mam odpowiednią prezencję. Pokochają mnie – stwierdził, oglądając z uwagą swoje paznokcie. – No, przyznaj się, nawet ty mnie lubisz.
- Zmarnowałeś mi trzy lata życia.
- Od razu zmarnowałeś – zaśmiał się. - Przestań, przyznaj się wreszcie. Lubisz mnie. Troszkę, ale jednak lubisz. Poza tym twoje życie nie jest specjalnie pasjonujące, lepiej, że spędziłaś te trzy lata ze mną.
- Obserwując cię, to różnica.
- Ale było warto.
- Czasami jesteś zbyt pewny siebie.
- A ty za mało – odgryzł się. - Poza tym to twoja wina, że jestem, jaki jestem. Takim mnie napisałaś.
Zmieniła temat.
 - Twoja historia spisana, umowa w szufladzie biurka, korekta oddana, powieść poszła do druku, okładka gotowa. Nie ma już nic, co mogłabym dla ciebie zrobić. Czy może raczej zrobiłam wszystko, czego ode mnie oczekiwałeś. Zmęczyłeś mnie, daj mi wreszcie odpocząć, proszę.
- Zatem to koniec?
Nie odpowiedziała. Bez słowa zsunęła z palca obrączkę i położyła ją  na blacie między nimi. Henry Got wziął ją bez słowa. Zabawne. Była zbyt mała nawet na jego mały palec. Schował ją do kieszeni marynarki. Swoją białą dłonią, przykrył dłoń kobiety, leżącą na stole. Na palcu wciąż widoczny był ślad obrączki. Miewał jeszcze czasem ludzkie odruchy. Uśmiechnął się.
- Nie, to dopiero początek – stwierdziła nagle. – Spisałam twoją historię najpiękniej, jak umiałam. Zrobiłam to najlepiej, jak tylko potrafiłam. Jednym się spodoba, inni ją znienawidzą. Taka już natura fabuł. Teraz ta opowieść będzie żyć własnym życiem, niezależnie ode mnie.
- Nie martw się, będzie dobrze.
Wyswobodziła dłoń z jego uścisku.
- Myślę, że powinieneś już iść. 
Henry Got wstał. Ukłonił się. Na pożegnanie wyrecytował słowa, które poznali dopiero niedawno w trzy lata po zatytułowaniu powieści. Byli z siebie zadowoleni. To był dobry tytuł. „Milczące słowa”. A potem, trzy lata później, przez zupełny przypadek, przeczytała wiersz Ewy Lipskiej. Przypomniał jej go:
- A ich słowa milczące na wieki, kolorowy powtarza arlekin.
Uśmiechnęła się. Puścił do niej oko.
- Nie martw się – powtórzył. – Mnie nie można nie lubić.
            Henry Got odszedł.  

Z radością informuję, iż dziesiątego października dwa tysiące jedenastego roku ukończyłam korektę autorską "Milczących słów" i odesłałam ją wydawcy. Moja debiutancka powieść ma się ukazać na początku przyszłego roku nakładem wydawnictwa Novae Res. 

Mam nadzieję, że po tej notatce Ci, którzy mnie szukają, może wreszcie znajdą. Jestem tu, oto ja :). A wszyscy, którzy mnie odwiedzają, czego mi życzą, niechaj sami mają. 

piątek, 14 października 2011

Nie lubię, kiedy kobieta... czyli Madame Intueri manifestuje przeciwko powieści obyczajowej


Tak mi się jakoś życie ułożyło, że jestem sama, nie znalazłam tej swojej lepszej, doskonalszej połówki (zaznaczam, tekst ów nie jest ogłoszeniem matrymonialnym… takowe propozycje tylko w czwartki). Wiem, że samotne życie jest trudne, nie czarujmy się. Borykam się z mnóstwem rzeczy, których kobieta zamężna, zafaceciała, zachłopaczona nie zauważa. Często prozaicznych, nierzadko natury romantycznej. Prozaiczne: jeśli sobie sama gwoździa w ścianę nie wbiję, nie powieszę obrazu. Jeśli sama czegoś nie uniosę, to pozostanie nieprzesunięte, choćby zagradzało mi jedyną drogę ewakuacji podczas pożaru. A pomalowanie, czy wytapetowanie mieszkania albo podłączenie sprzętu elektronicznego urasta w moim świecie do rangi prywatnego końca świata (nie potrzebny jest rok 2012). Romantyczne natomiast: nikt mnie w drzwiach nie przepuszcza chyba, że wyjdę z siebie… ale wtedy już nie ma znaczenia, czy ona mnie, czy ja ją. Rachunek podczas wizyty w kawiarni też nigdy magicznie się sam nie zapłaci. Bycie samemu nie jest fajne (chyba, że jest się do tego stworzonym, bo i takie jednostki chodzą po świecie). Zatem, jako kobieta niekochana przez mężczyznę lubię od czasu do czasu przeczytać tak zwaną literaturę kobiecą (choć jestem zagorzałą przeciwniczką dzielenia literatury na „literatury”). Ale to, co się w tych książkach wyprawia przechodzi ludzkie pojęcie.
            Ona jest zwykle po przejściach. A nawet jeśli nie jest po przejściach z jakimś poprzednim Nim to jest po przejściach z pracodawcą, właścicielem mieszkania, w którym mieszkała lub … ( w miejsce kropek wstawić dowolny przykład). Drugi krok. Ona wyjeżdża. Bunkruje się, barykaduje, okopuje na wsi, w pensjonacie, nowo kupionym, ale starym i klimatycznym domku, najlepiej z pali (tak z pali, nie z bali drewna) albo innej głuszy, hen daleko od cywilizacji, gdzie tylko cudzoziemcy i dzikie zwierzęta. Cudzoziemcami są w tym przypadku wieśniaki, nie mylić, broń boże, z mieszkańcami wsi, których zwie się wieśniacy. Natomiast dzikiego zwierza odgrywają komary. Ale jednocześnie nasza heroina w tym swoim borze pragnie mieć TEPSĘ 1200 MB. I na ten domek, i na ten pensjonat  kasz ( po polsku pieniądz – może być w bilonie lub papierowy, ale najlepsza jest plastikowa karta kredytowa, której magicznie nie trzeba spłacać) jest spada z nieba. Potem pojawia się Książę z Bajki. Coraz częściej na (nie, raczej w) koniu mechanicznym. Jestem tradycjonalistką, bardziej imponują mi, jak to określił mój dawny nieobecny znajomy, „konie na siano”. A najlepiej, w wersji full wypas, żeby takich Książąt było więcej. Lepiej dwóch. Dwóch. Każdy jeden przystojny, bogaty, ujmujący, z pełnym kątem bankowym, kompletnym uzębieniem i samochodem. To nic, że ją rzucił przed chwilą jakiś inny On. Wystarczy wyjechać hen daleko, zamieszkać wśród cudzoziemców i dzikich zwierząt (ale koniecznie z dostępem do TEPSY), a On już sam znajdzie naszą heroinę. Bo przecież głównym motorem tej historii jest poszukiwanie szczęścia. Przy czym szczęście rozumie się w sposób ograniczony i wybiórczy. Otóż w formie graficznej:

SZCZĘŚCIE = ON (posiadający wszystkie cechy wymienione wyżej)

Kobieta bez mężczyzny jest kobietą niepełną, kobietą, która nie może zaznać szczęścia, czyli wracamy do poglądu reprezentowanego przez tych bohaterów powieści Jane Austen, których autorka opisała tak, byśmy nie darzyli ich sympatią. Ona nie ma mężczyzny, coś jest z nią nie tak. Ona ma kota (w sensie dosłownym i przenośnym). Ona nie może być członkiem społeczeństwa, którego darzy się szacunkiem (o sympatii nie wspomniawszy). Ale Austen różni od prozy współczesnej to, że potrafiła pisać pięknie. Czy jej bohaterki nie łapią mężów? Łapią, odczuwają jeszcze większą presję czasu (staropanieństwo zaczynało się wtedy gdzieś w wieku dwudziestu lat), niż współczesna heroina pomykająca po swoim hen daleko na szpilkach (mimo iż w większości przypadków hen daleko nie jest wyłożone kostką brukową, o asfalcie nie wspomniawszy). Ale bohaterki Austen łapały mężów z klasą. Czy można to samo powiedzieć, o współczesnych heroinach? Czasami wydaje mi się, że w stosunku do miss Jane cofnęłyśmy się krok do tyłu ( złapiecie mnie: „Ach, złośliwa, a niekompetentna, tu cię mam. Błąd popełniłaś. Gramatyczny. Językowy. Cofać się można tylko do tyłu”. Więc ja Wam odpowiem stwierdzeniem heroiny: „Pisarz ma napisać, od tego by się kleiło i było po polsku jest redakcja i korekta!”). Więc tak, cofamy się do tyłu.
Nie zrozumcie mnie źle. Nie przeczytajcie opacznie. Ja też lubię powieści obyczajowe. Czytam je chętnie i bez zgrzytania zębami (uzębienie niepełne, aparat ortodontyczny). Sama je przecież z umiłowaniem piszę. Ostatnio jedna z czytelniczek stwierdziła, że nie może wyjść ze zdziwienia, jak mogłam napisać książkę o miłości, sama nigdy nie będąc zakochana. Mój mózg pozostaje na tę możliwość wyłączony (podobnie jak mózg miss Jane, jak sądzę). Przyjmuję więc wobec zakochanych podobną postawę, co antropolog wobec plemienia Hamerów. Uprzejme zainteresowanie. Może właśnie dzięki temu lub właśnie przez to (zależy jaki rodzaj wartościowania przyjemny – dodatni? ujemny?) piszę o ludziach, którzy się kochają… a ich miłość od czasu do czasu poważnie potyka się o Jego rozrzucone skarpetki albo najazd jej kosmetyków na łazienkę i całkowite przejęcie terytorium półki pod lustrem.  Minimum realności nie jest złe.
Kibicuję polskiej literaturze. Kibicuję z całego serca. Jednakże, jeśli chcę przeczytać bajkę sięgam to Grimmów czy Andersena. Oni są Mistrzami. Gdy sięgam po powieść obyczajową, chciałabym móc podstawić własne imię w miejsce M., K., J. B., D. Z. Whatever. Chcę móc wierzyć, że to zdarzy się także i mnie.
Jako singielka czuję się dotknięta sposobem, w jaki jestem przedstawiana w powieści. Tak, nie wstydzę się. Marzę o kochającej Lepszej Połówce (o gorszą ode mnie byłoby już trudno), koniu i domku na kurzej nóżce. Nic, co kobiece, nie jest mi nieznane. A mimo to, wierzcie mi, moim głównym życiowym problemem naprawdę jest to, za co kupię sobie następnego dnia obiad, czy nie spóźnię się na autobus, czy uda mi się dostać tekst na następne zajęcia, zanim inny student sprzątnie mi jedyny egzemplarz książki z bibliotecznej półki. Nie natomiast to, czy zbiegając po schodach właśnie wpadam na Lepszą Połówkę. Być może dlatego jestem sama. W każdym razie chciałabym aby Kobiety inaczej pisały o kobietach. Nie sugerując, że nasze życie będzie spełnione tylko, gdy ( nawet nie jeśli, tylko gdy!) chwycimy faceta. Nie wiem, jak Wam, ale taki obraz mnie mi się nie podoba. Jak mamy oczekiwać od innych, by nas szanowali, skoro same siebie tak przedstawiamy. Czy naprawdę same siebie nie szanujemy?
           Kończę, bo czas na przerwę reklamową. Transmisję moją sponsorowała firma Miss Austen regres, produkująca szczęśliwe zakończenia w dobrym tonie, położona na biegunie przeciwnym do pensjonatu.
 
 ____________________________________
 *źródło obrazka: ttp://www-old.inib.uj.edu.pl/prace_studentow/zakon_bibliofilski/Wisniak%20imieniny%2008.jpg

czwartek, 13 października 2011

Bieszczadzka cisza, wilki i życiowa pasja

Chyba dziś wstałam lewą nogą. Niby nie jestem wrażliwa na pogodę, ale może każdy powód jest dobry, by usprawiedliwić nie najlepsze samopoczucie? Tak, jak obiecałam, udostępniam Wam link do recenzji powieści Marii Nurowskiej "Nakarmić wilki", którą ostatnio czytałam - KLIK. Inna refleksja: chyba za dużo czytam polskich autorów. Powinnam, jak wszyscy, wertować powieści samych amerykańców, od czasu do czasu Australijczyka. Hmmm, idę pod prąd? A może powinnam, jak większość, wymyślić sobie jakiś amerykański pseudonim i pod nim pisać książki. Może wtedy... Trzeba to poddać pod rozwagę. 

A wszystkim Biedakom, którzy jak ja wstali lewą nogą, serdecznie współczuję.

wtorek, 11 października 2011

Edgar i papierowe wilki

Przesyłka od prężnej Redakcji "Qfantu" - w zeszłym tygodniu dostałam "Nakarmić wilki" i "Requem dla wilka" Marii Nurowskiej. Jestem już po lekturze (oj, będzie się działo, zwłaszcza w przypadku "Requiem"). Recenzję pierwszej z wymienionych książek zamieszczę pojutrze. Potem przyszedł jeszcze mailem pdf z "Żabłem trojańskim". Jestem właśnie w trakcie czytania. A gdyby tego nie było mało, dziś otrzymałam pdfa z wydawnictwa Bullet Books z "Tajemnicami Internetu". Czasami tęsknię za tym, by nie mieć co czytać :). Edgar dumnie prezentuje jeden z naszych najnowszych nabytków. Druga z książek została w domu, Mamucik się do niej dorwał i czyta. Odebrać jej książkę byłoby okrucieństwem, a Elfy nie bywają okrutne.

niedziela, 9 października 2011

Królowa Elfów i Polcon 2011


Komputery – urządzenia zawodne. W skutek niedyspozycji jednego z nich, Przyjaciółka utraciła polconowe zdjęcia. Czekałam z relacją, aż mi je prześle. Ponieważ teraz jest to już niemożliwe, poniżej zamieszczam relację z bytności Królowej Elfów na Polconie 2011.

            Polcon 2011. Czwartek. Trzy godziny siedzenia na bruku pod kasą Międzynarodowych Targów Poznańskich zanim zdobyłyśmy akredytacje dla dziewięciu osób. Nigdy wcześniej nie chodziłam na takie imprezy. Wydawało mi się, że tam nie pasuję. Ale, od czego ma się usłużne Przyjaciółki, które przekonają, że „jesteś kretynką” i nie masz racji.
            Polcon zaproponował nam cztery dni wyśmienitej zabawy. Spotkania z autorami, prelekcje, salę literacką, multimedialną, komiksową, pomieszczenie dla RPGowców. Naprawdę było w czym wybierać.  Rozpoczęłam od prelekcji o powieściach gotyckich. Niezła, choć nie zgodzę się z tezą, że Polacy nie pisali tego typu powieści. Choć oczywiście nie starczyło mi odwagi, by polemizować z prowadzącą. Wychodząc z Sali, przeżyłam mały szok. Schodzę ja sobie spokojnie po schodach, uważając, by nie potknąć się o fałdy moich atłasów, kiedy nieznana mi dziewczyna, wskazuje na aparat. Marszczę brwi, chwilę mi zajmuje zrozumienie, o co jej właściwie chodzi. „Mnie?” - pytam, dziewczyna potwierdza. Wciąż jeszcze zdziwiona, udzielam zgody. W ciągu następnych dni zdarzy mi się to jeszcze niejednokrotnie. Ludzie będą podchodzili, pytali, czy mogą dotknąć, sfotografować. A ja za każdym razem będę się upewniać, czy to na pewno mnie mają na myśli.
            Piątek i sobota. Konkurs strojów. Przezabawny. Zwłaszcza dziewczyna przebrana za Ogrzycę, która tak bardzo wczuła się w rolę, że biegała za wszystkimi z narzędziem do zabijania (topór? piła?) i powarkiwała. Zwycięstwo jej się bezsprzecznie należało. Oczywiście nie mogłam sobie odmówić pójścia na spotkanie autorskie z Jakubem Ćwiekiem. Jest niesamowity. Ma niesamowite poczucie humoru, to prawdziwy znawca i pożeracz popkultury. A poza tym musiałam poznać odpowiedź na fundamentalne pytanie: „Ile waży Ćwiek?”. Pan Jakub nie schudł, zatem przegrał zakład. W efekcie zaprezentował nam trailer do „Wandy”. Ćwiek i paranormal? Ćwiek i „Piotruś Pan”? Rzeczywiście, „brokat Edwarda przybierze rubinową barwę wstydu”. To będzie… niesamowite. Bardzo spodobała mi się też prelekcja w sali multimedialnej o amerykańskich serialach dla nastolatek. Przezabawna. Prowadzący rozpoczął od przeproszenia fanek „Zmierzchu” i „Pamiętników wampirów” za treść swojej przyszłej wypowiedzi. A potem zaprezentował nam „Dziewięć żywotów Chloe King” i „Teen Wolf”, pokazując, co nastolatkom może się w nich podobać. Sala pękała ze śmiechu. Prelekcja zaciekawiła mnie na tyle, że podczas trwającego przeziębienia zapoznałam się z całym pierwszym sezonem „Dziewięciu żywotów Chloe King”. Zrecenzowałam go.
            Oczywiście to nie wszystkie spotkania, na których byłam. Niestety nie udało mi się zostać na niedzielę i posłuchać „Najczęstszych błędów popełnianych przez recenzentów” prowadzonych przez Annę Brzezińską, a bardzo mi na tym zależało, bo uwielbiam jej prelekcje. Osobę pani Brzezińskiej darzę ogromnym szacunkiem. Nie tylko dlatego, że jej Wiedźma do moja imienniczka. Udało mi się również zobaczyć na żywo Jacka Dukaja i Rafała Kosika. Uczestniczyłam w spotkaniu autorskim Ewy Białołeckiej. Choć to, co powiedziała o kondycji polskiego pisarza bardzo mnie zmartwiło. Do czego to doszło, by Ewa Białołęka była bardziej tłumaczką niż pisarką, bo „chomik rządzi”? Przerażające.
            Bawiłam się wyśmienicie. Z całą pewnością nieraz jeszcze to powtórzę. Na pewno spotkacie mnie na Pyrkonie 2012. A właściwie nie mnie, a Królową Elfów J. Mam też nadzieję, że pewnego dnia będę mogła stanąć przed osobną kasą, tą bez kolejki, z napisem „goście” i stwierdzić z uśmiechem: „Jagoda Wochlik, spotkanie autorskie”.         

PS Powyższy tekst dedykuję, łącząc jednocześnie szczególnie gorące pozdrowienia, poznanej podczas polonowej imprezy blogowiczce, Seremity.

piątek, 7 października 2011

Seryjny morderca w wydaniu niemieckim

Ostatnia pozycja z qfantowego stosu. Było już "Drżenie" i  "Milczący zamek". Przyszedł czas na "Ślady, których nie było". Kryminał niemieckiego pisarza Andreasa Franza. Niebawem zdjęcie kolejnej kupki od prężnej i przemiłej Redakcji. Tym razem książki podarowane przez Wydawnictwo W.A.B. - Maria Nurowska "Nakarmić wilki" i "Requiem dla wilka". Obie już przeczytałam. Recenzje pewnie na dniach. Miłego weekendu, Drodzy Blogowicze! A dla zainteresowanych, jak zawsze, link do recenzji - KLIK 

środa, 5 października 2011

Czas zwiedzić "Milczący zamek"


 Kolejna recenzja dla „Qfant”. Tym razem moje pierwsze spotkanie z pisarstwem Kate Morton. Jej „Milczący zamek” to zdecydowanie jedna z najlepszych książek, jakie czytałam w tym roku. Dla zainteresowanych link do tekstu - KLIK

poniedziałek, 3 października 2011

Wrześniowe Kopytko


Mamy już październik, czas więc przyznać Nagrodę imienia Edgara Kopytko za wrzesień. W miesiącu złotych, opadających liści przeczytałam sześć powieści. Pięć z nich zrecenzowałam jeszcze we wrześniu. Jedna powieść wciąż czeka na zrecenzowanie, jednego z tekstów nie zdążyłam opublikować, w skutek czego „Milczący zamek” Kate Morton i „Ślady, których nie było” Andreasa Franza będą brane pod uwagę w przyszłym miesiącu. Wrzesień był czasem naprawdę dobrych lektur. Trudno wyłonić zwycięzcę. Tym razem o Nagrodę Kopytka ubiegali się:

·        Anetta Kołodziejczyk – Rieger, „Jestem tu, przy Tobie”,
·        Paweł Pollak, „Niepełni”,
·        Bernard Cornwell, „Nieprzyjaciel Boga”,
·        Meggie Stiefvater, „Drżenie”.

Jury długo wahało się między doskonałą, zaskakującą, dobrze napisaną powieścią dla młodego czytelnika, a rodzimym pisarzem podejmującym w swej powieści trudny temat. Ostatecznie zdecydowaliśmy, iż wrześniowe Kopytko wędruje do…

Pawła Pollaka za „Niepełnych”.



Teraz uwaga:  Szanowna Publiczności to jest ten moment, kiedy aktywizujemy rączki i gorąco klaszczemy.

sobota, 1 października 2011