sobota, 23 sierpnia 2014

Moje białe kruki



Czy macie w swojej biblioteczce książki, o których posiadaniu marzyliście naprawdę bardzo długo? Może nie było Was na nie stać, może nakład był wyczerpany? Ja mam dwie takie książki, na które polowałam całymi latami i czekałam, by wreszcie ujrzeć je w swojej biblioteczce.   
Pierwszą z nich są „Mgły Avalonu” wydane przez Atlantis w 1994 roku. Twarda oprawa. Z ilustracjami Jacka Kopalińskiego. Mojemu wydaniu niestety brakuje obwoluty. Nabyłam je bowiem poprzez allegro od… Uniwersytetu Warszawskiego. Mam też, czy może raczej miałam, wydanie późniejsze, miękka oprawa, zdaje się z 1999 rok. Jestem też w posiadaniu najnowszego, wznowienia z Zysku. Tak, tak, mam na półce dwa egzemplarze tej samej ksiązki. Dziwne? Dla mnie nie. I tak mi jakoś żal tego trzeciego, które oddałam.  
Drugą jest natomiast „Księga Diny” norweskiej pisarki Herbiorg Wassmo. Jeszcze kilka miesięcy temu powieść ta osiągała na allegro astronomiczne ceny. Raz T. nawet prawie ją dla mnie wylicytował za ponad sto złotych. Na szczęście nie udało mu się kupić. W czerwcu „Dinę” wznowiło wydawnictwo Smak Słowa. Ale ja nie chciałam nowego wydania. Chciałam to stare, które darzyłam sentymentem. Na okładce którego, nie rozumiem dlaczego, znajduje się kaczka (to jest kaczka?). Chciałam i mam. Zapłaciłam za nie… 28 złotych.
Życzę Wam, aby i do Was trafiły w końcu wymarzone białe kruki. Podzielicie się tytułami. Póki co z radością i dumą prezentuję zdjęcia niezwykłości z moich bibliotecznych półek.  




czwartek, 21 sierpnia 2014

Krok do przodu, dwa do tyłu

Powoli wracam do rzeczywistości. Mam już za sobą korektę powieści. Teraz przyszedł czas na list intencyjny i streszczenie. Wbrew pozorom stworzyć sensowne streszczenie to wcale nie jest tak "hop siup". Przecież tak wiele od niego zależy. To często ono decyduje, czy ktoś zajrzy w maszynopis, czy nie. Tak sądzę. 

A was pozostawiam z recenzją kolejnej powieści, która moim zdaniem mogłaby się nie ukazać. Rynek wydawniczy nic by na tym nie stracił, czytelnicy też nie, choć to oczywiście tylko moje zdanie. Książka jest nijaka. A może to ja jestem już za stara, by czytać i recenzować takie książki? Recenzja tutaj

Do tego wszystkiego mam jeszcze chandrę. By poprawić sobie samopoczucie, podzielę się z Wami czymś pięknym, co znalazłam w internetach. W końcu dzielenie się pięknem, jest miłe. Zatem, przyjemności! 




wtorek, 19 sierpnia 2014

Kilka słów o superbohaterach

W najnowszym numerze "Qfantu" pojawił się mój artykuł o kreacji Supermana w serialu "Tajemnice Smallville". Jeśli go pamiętacie i chcielibyście przeczytać, co sądzę na temat tej wersji Clarka Kenta, zapraszam do lektury. Numer magazynku można pobrać tutaj.

wtorek, 12 sierpnia 2014

Potem na wszystko jest już za późno



Podchodząc do „Potem”, nie miałam absolutnie żadnych oczekiwań. Owszem, nazwisko Musso, autora książki, na której podstawie powstał, kojarzyłam. Ale żadnej z jego powieści nie czytałam, nie wiedziałam więc, czego powinnam się spodziewać. Do oglądania zasiadłam sama, nawet nie wspominając T., że zamierzam zobaczyć kolejny „(niemal)francuski film o niczym”, jak lubi je określać.
            Zaczyna się zaskakująco. Pod może dziesięcioletnią dziewczynką załamuje się pomost i wpada do jeziora. W ostatnim momencie zdążyła się jednak uchwycić belek i zawołać do towarzyszącego jej chłopca, by sprowadził jej rodziców. Ten biegnąc po pomoc, wpada pod samochód. Potem widzimy lekarza, który wciąż zadaje chłopcu pytanie: „Dlaczego wróciłeś?”. Następnie akcja przeskakuje do szczęśliwego młodego małżeństwa z dwójką dzieci. Niestety, niemowlak umiera na zespół nagłej śmierci łóżeczkowej, a małżonkowie oddalają się od siebie. Nie potrafią już ze sobą rozmawiać, mąż obwinia żonę o zaistniałą tragedię, ta w końcu, nie mogąc tego znieść, odchodzi. Wreszcie w życiu mężczyzny zjawia się tajemniczy posłaniec, który twierdzi, że wie, kiedy ktoś umrze i pojawia się, by mu pomóc, zanim będzie za późno. Początkowo Nathan bierze go za wariata, ale kolejne wydarzenia zdają się potwierdzać jego słowa.
            Niektórzy powiedzą, że w „Potem” absolutnie nic się nie dzieje, że jest rozwlekły. I w pewnym sensie mieliby rację. To nie jest film z porywającą fabułą, przeskoki czasowe nieco utrudniają oglądanie, ale mnie dosłownie wbił w fotel. Ilość śmierci, która pojawia się na ekranie – chłopiec ulegający wypadkowi samochodowemu, mężczyzna rzucający się pod metro, kobieta i policjant ginący w napadzie na bank, kobieta w rozbitym samochodzie… Kłopot w tym, że to nie była śmierć jak z amerykańskich filmów, estetyczna, bezkrwawa. Był to zgon brutalny, nieoczekiwany, brzydki. W „Potem” śmierć jest jak czające się zagrożenie. Nie wiesz, ile zostało ci czasu, kiedy należy się jej spodziewać. Niczego nie możesz być pewien poza tym, że tak, ty też umrzesz. Być może głupio, być może niesprawiedliwie, być może w skutek zbiegu okoliczności, bo przecież jesteś tak młody, zostało ci tyle czasu. To nie ty, nie teraz, masz jeszcze tyle do zrobienia. Ta wszechobecność śmierci jest przerażająca i przytłaczająca. 

            Gdybyście mnie zapytali, o czym jest ten film, nie potrafiłabym satysfakcjonująco odpowiedzieć. O nieuchronności i bezsensowności śmierci? Tak, na pewno. O tym, że życie jest kruche, więc należy się nim cieszyć? Z całą pewnością. O tym, że nawet największa miłość nie przetrwa, jeśli ludzie przestają ze sobą rozmawiać? Niewątpliwie. Ale wszystko to takie banalne, mało przekonujące. A wierzcie mi, ten film nie jest banalny.
           
Warto w „Potem” zwrócić uwagę na jeszcze dwie rzeczy. Na kreację Johna Malkovicha, który wciela się w rolę posłańca i na niesamowitą, melancholijną muzykę Alexandre Desplata. Tak, tak, to ten pan napisał niezapomnianą ścieżkę dźwiękową do „Dziewczyny z perłą”. Soundtrackiem do „Potem” Desplat udowadnia po raz kolejny, że jest geniuszem.  
            Są filmy dobre, filmy złe i filmy nijakie. O filmach dobrych się myśli, wraca się do nich. O filmach złych czasem się nawet dyskutuje, bywa, że również się do nich powraca albo przynajmniej prycha się na ich wspomnienie. O filmach nijakich natychmiast się zapomina. Paradoksalnie, o tym, że „Potem” jest dobrym filmem, świadczy chyba to, że nigdy więcej nie chciałabym go drugi raz oglądać.

„Życie jest pełne zasobów. Gesty, uśmiechy, radość… Pamiętam wszystko. Twój oddech również, kiedy spałaś w samochodzie. Twarzy mamy, gdy nas zobaczyła. Smakuj szczęście. Delektuj się każdą chwilą. I przede wszystkim, nie wstydź się mówić tym, których kochasz, że ich kochasz.”
           

niedziela, 10 sierpnia 2014

Pierwsze spotkanie z twórczością Nicholasa Sparksa

Nicholas Sparks jest jednym z ulubionych autorów czytelniczek wypożyczających książki w bibliotece, w której pracuję. Niemal codziennie biorę do ręki jakąś jego powieść, by ją ostawić na półkę lub z niej ściągnąć. Dotychczas żadnej książki Sparksa nie czytałam. Obejrzałam za to kilka filmów na postawie jego prozy - "Noce w Nodante", "I wciąż ją kocham", "Jesienna miłość"(czy jakoś tak) oraz "Pamiętnik". Nic porywającego, nic niezwykłego. Jakiś czas temu nadarzyła mi się okazja, by przeczytać najnowszą powieść tego autora. Skorzystałam. Przystępując do lektury, zamierzałam udowodnić, że proza pana Sparksa nie ma żadnej wartości. Czy mi się to udało? Polecam lekturę recenzji - KLIK.  

środa, 6 sierpnia 2014

Co Olgę Rudnicką łączy z elfami?

Napisałam o tej książce, że jest niczym wakacyjna miłość - należy ją zaliczyć i natychmiast zapomnieć. Korekta wykreśliła mi to zdanie z recenzji. Może uznała, że jest, bo ja wiem... za bardzo obrazoburcze? Niegrzeczne? Tak czy inaczej, być może w dosadny sposób, ale doskonale określa, cóż myślę o tej książce. Cała recenzja dostępna tutaj. 

A przy okazji śpieszę przeprosić, że ostatnio jakby mnie tu mniej. Otóż, gdy przebywa się w świecie własnych bohaterów, trochę trudniej dzielić swój czas między nich, a powieści prawdziwych pisarzy, które domagają się zrecenzowania. Mam nadzieję, że już niebawem Aelinor przestanie mnie tak bardzo absorbować i wydostanę się ze świata korekt, tabulatorów, wcięć, dywiz i przecinków. Póki co, nawiązując do świata elfów (ostatnio artykuł na FB obwieścił mi, że wszyscy już nienawidzą elfów, więc moja powieść nie ma absolutnie żadnych szans na rynku wydawniczym; czy to prawda, nienawidzicie elfów?) i orków, pozostawiam Was z czymś, co mnie zawsze rozbawia. Podczas panelu "Hobbita" na konwencie Comic Con w San Diego Evengeline Lilly powiedziała, że gdy patrzy na Legolasa strzelającego z łuku, myśli sobie, że jest dobry. Patrzy na Barda i myśli, że jest dobry. Ale Tauriel... Tauriel jest świetna. Nie sposób się z nią nie zgodzić, gdy spogląda się na poniższą scenę z "Hobbita" w wersji Lego (doprawioną rzecz jasna charakterystycznym legohumorem).