środa, 19 kwietnia 2017

Jak zachwyca, kiedy nie zachwyca?



Olga Rudnicka pisze głównie lekkie powieści z wątkiem kryminalnym lub sensacyjnym. Okazało się, że przypadły one do serca i gustu wielu polskim czytelnikom. Przyznam szczerze, zadziwia mnie to niepomiernie. „Zacisze 13” oraz „Zacisze 13. Powrót” to kolejne pozycje autorki, które miałam okazje przeczytać.
            Marta jest kobietą po przejściach. Mąż źle ją traktował, maltretował, dlatego wzięła z nim rozwód. Aneta też jest kobietą po przejściach. Też wzięła rozwód, choć mąż jej nie maltretował. Marta i Aneta są nauczycielkami, przyjaźnią się. Pewnego dnia Anecie zalewa mieszkanie i przeprowadza się do Marty na czas remontu. Pech jednak chce, że w tym czasie Marta znajduje w swym ogródku trupa. A jako dobra i praworządna obywatelka postanawia go… zamurować pod podłogą w swojej piwnicy. Na serio, to nie jest żart. Zresztą, cała ta fabuła, to żart.
            Czy tylko mnie się wydaje, że ta fabuła tchnie bzdurą, infantylnością i głupotą? Z założenia miała to być czarna komedia. Tyle, że ta powieść nie jest zabawna. Wybaczcie Państwo, ale mnie humor Olgi Rudnickiej nie bawi. Bo co ma mnie bawić? Bohaterki, których słowotok denerwuje zamiast śmieszyć? Żenująca komedia pomyłek na poziomie sitcomów z lat dziewięćdziesiątych z podłożonym śmiechem, żeby widzowie wiedzieli, kiedy wybuchnąć udawanym rechotem? A może wybitna inteligencja Anety i Doroty? Te dwie właściwie przeinaczają wszystko, co się do nich mówi. Na dodatek wykazują się pamięcią złotych rybek i w ogóle zachowują się, jakby im ktoś mózg spomiędzy uszu wypłukał. Mam wrażenie, że kobiety w powieściach Olgi Rudnickiej to typowe przykłady idiotek z nieśmiesznych kawałów.
     Kryminalno-sensacyjnie też raczej miernie. I bardzo biernie. „Intryga”, jeśli te pomysły w obu książkach można nazwać intrygą, przykryta warstwą problemów z facetami i głupawych rozmów o niczym.  Cały pomysł rozwleczony do granic możliwości, by zapełnić dwieście stron. Kiedy myślę o tej fabule, mam wrażenie, że wiem, co miał na myśli Bilbo Baggins, mówiąc: „Czuję się jak masło rozsmarowane na zbyt dużej kromce chleba”.
            I okładki. Grafika powinno się oćwiczyć kijem za te brzydkie, kiczowate i nijak nie pasujące do treści okładki, rodem z argentyńskiej telenoweli.
            Powiedzcie mi, bo naprawdę chcę zrozumieć. Pragnę tego z całych sił. Co Was w tym zachwyca, skoro to, kurna, wcale nie zachwyca? W czym tkwi fenomen tych książek?

piątek, 14 kwietnia 2017

Chłopiec i jego potwór



Patrick Ness jest autorem powieści dla dzieci i młodzieży. Za trylogię „Ruchomy chaos”, której pierwszy tom ukazał się również w języku polskim, był wielokrotnie nagradzany. „Siedem minut po północy” jest drugą pozycją autora, którą wypuściło na polski rynek wydawnictwo Papierowy Księżyc. Pierwsze wydanie książki miało miejsce w 2013 roku. Obecnie w ręce czytelników trafiło wznowienie, opatrzone filmową okładką.
            Conor był jeszcze chłopcem, gdy okazało się, że jego mama zachorowała na raka. Kolejne terapie nie przyniosły rezultatów. Jej pobyty w szpitalu stawały się coraz dłuższe, kobieta miała problemy z codziennym funkcjonowaniem. Chłopiec został oddany pod opiekę znienawidzonej babci. Również w szkole zaszły zmiany. Gdy Conor pojawiał się w klasie, wszyscy wokół niego milkli. Nauczyciele niczego już od niego nie wymagali. Chłopiec zaczął czuć się niewidzialny. I wtedy w jego życie wkroczył potwór. Stwór wyglądałem przypominał cis, który rósł obok domu chłopca. Postawił Conorowi ultimatum: chłopiec musiał wysłuchać trzech opowieści potwora, a w zamian, na koniec sam Conor miał opowiedzieć mu czwartą.
            W powieści na pierwszy plan wysuwają się opowieści snute przez potwora. Podczas lektury bałam się, że będą banalne, lecz moje obawy okazały się płonne. Historie potwora są zajmujące, ale i przewrotne, a nade wszystko i to uważam za ich największą zaletę, bardzo życiowe. Nie ma tu prostych podziałów na dobrych królewiczów i złe czarownice. I bardzo dobrze!
            Na tym jednak plusy historii autorstwa Nessa się kończą. Mamy tu bowiem opowieść o trudach odchodzenia z tego świata, o próbie pogodzenia się ze stratą, o skomplikowanych relacjach rodzinnych i trudnościach spowodowanych funkcjonowaniem w rozbitej rodzinie. Wszystko to jednak zostało potraktowane bardzo powierzchownie, po macoszemu. Autor żadnemu z wymienionych wątków nie poświęca więcej uwagi. Ba, w powieści nie uświadczymy nawet opisu wyglądu głównego bohatera! Z jednej strony można by to usprawiedliwić młodym wiekiem odbiorcy powieści, z drugiej jednak to właśnie w tym wieku przede wszystkim łaknie się opisów świata przedstawionego, zwłaszcza, jeśli powieść pozbawiona jest ilustracji. Być może powyższy problem wynika jednak z czegoś innego. Z przedmowy do tekstu dowiadujemy się, że Ness napisał swoją powieść w oparciu o pomysł innej pisarki, Siobhan Dowd. Autor tłumaczy, że zaproponowano mu dokończenie powieści zmarłej przedwcześnie koleżanki, nie był w stanie jednak tego zrobić, ale jej fabuła zakiełkowała w jego umyśle osobnym pomysłem. Moim zdaniem nie był to jednak zbyt wyklarowany koncept. Przez to „Siedem minut po północy” zdaje się bardziej wprawką do właściwego tekstu, niż pełnoprawną powieścią.
            Nie sposób patrzeć na „Siedem minut po północy” w oderwaniu od innych książek dla dzieci i młodzieży, które podejmują tak trudny temat jak choroba nas samych lub kogoś bliskiego i odchodzenie. Na tle takich utworów jak „Oskar i pani Róża” czy „Biała jak mleko, czerwona jak krew”, „Siedem minut po północy” wypada bardzo blado. To znów można by tłumaczyć wiekiem odbiorców. Obie pozycje adresowane są bardziej do dzieci kilkunasto-, a nie kilkuletnich, a jak wiadomo w tym wieku nawet rok czy dwa rozbieżności to ogromna różnica w percepcji. Wystarczy postawić powieść Nessa obok „Mostu do Terabithii”. Tu zarówno bohaterowie, jak i odbiorcy powieści będą zbliżeni wiekiem. Również w tym zestawieniu powieść Nessa odpadnie w przedbiegach.
            Choć „Siedem minut po północy” niewątpliwie działa na wyobraźnię i niewykluczone, że wizualnie na ekranach kin prezentować się będzie pięknie, to jako powieści tekstowi zdecydowanie brakuje głębi – zarówno w prezentacji świata przedstawionego, jak i w przedstawieniu podejmowanych tematów. Mam wrażenie, że Patrick Ness chciał chwycić zbyt wiele srok za ogon i niestety, nie podołał zadaniu.  

piątek, 7 kwietnia 2017

Bez rewelacji



Olga Rudnicka znana jest jako autorka lekkich powieści z wątkiem kryminalnym. Mimo młodego wieku ma na swoim koncie kilkanaście powieści - „Zacisze 13”, „Cichy wielbiciel”, „Diabli nadali”, „Fartowny pech”, „Granat poproszę”. „Martwe jezioro” to jej debiut literacki.
            Beata wynajmuje prywatnego detektywa, gdyż podejrzewa, że jej rodzice niekoniecznie są jej rodzicami. W wieku osiemnastu lat wystawili jej walizki za drzwi i kazali radzić sobie samej. Gdy po latach milczenia z obu stron dziewczyna dostaje zaproszenie na ślub siostry, wietrzy podstęp.
            Wiem, że Olga Rudnicka ma swoich zagorzałych fanów. „Martwe jezioro” to druga książka autorki, którą  mam okazję czytać i podobnie jak poprzednia, nie zrobiła na mnie wrażenia. Nazwanie książek pani Rudnickiej kryminałami, to grube niedopowiedzenie. „Martwe jezioro” to powieść obyczajowa z wątkiem… hmmm, sama nie wiem do końca jak to określić, ale bardziej sensacyjnym, niż kryminalnym. Czyta się ją przyjemnie, ale nie można nie zwrócić uwagi, że wydarzenia są mało autentyczne, postaci płaskie i papierowe, a dialogi tchną sztucznością. Główna bohaterka i otaczający ją ludzie są dobrzy, sympatyczni, prawi. A cała reszta jest „be”. Żadnych, absolutnie żadnych odcieni szarości. Bogaci oczywiście piją na umór, ćpają i robią przekręty finansowe. A biedni zawsze mają dobre serca, są otwarci, pomocni i każdego przyjmą w poczet własnej rodziny. Już nie mówiąc o tym, że w świecie Olgi Rudnickiej strażacy mogą zakładać firmy komputerowe, a na główną bohaterkę lecą wszyscy napotkani faceci. I mój ulubiony motyw. Ponieważ rodzice okazywali jej oziębłość, Beata wysnuła z tego wniosek, że albo matka miała romans, albo jest adoptowana. Nie ma ku temu żadnych innych przesłanek. Żadnych. A jednak z tym dowodem, za przeproszeniem, z dupy, idzie do detektywa.
            Przyznam, że nie rozumiem fenomenu pisarstwa Olgi Rudnickiej. Nie wiem, skąd taki szał na te książki. Nie mają porywającej fabuły, nie są też dobrze napisane, tego sławetnego humoru też w nich jak na lekarstwo. Ot, zagadka.    

poniedziałek, 3 kwietnia 2017

Złota Trójka Filmów o... ogrodach



Piękna pogoda. Wygląda na to, że nieśmiało zagląda do nas wiosna. Ja natomiast mam ochotę na powrót do cyklu „Złota Trójka Filmów o…”. Ponieważ pogoda tak mnie nastroiła, zaczęłam się zastanawiać, jakie znam filmy o roślinach, sadzeniu kwiatów, ogrodach. I uświadomiłam sobie, że trochę ich jest, a trzy naprawdę godne polecenia. Zatem lecimy. Gdybyście mieli ochotę wyjść z laptopem do ogrodu, by pooglądać film, albo lepiej, gdy już się zmęczycie spacerem i pięknymi okolicznościami przyrody i zechcenie trochę odpocząć przed monitorem, oto przed Wami „Złota Trójka Filmów o… ogrodach”.

1. „Tajemniczy ogród”
Film z lat 90, Agnieszka Holland w swoim najlepszym wydaniu. Bo właśnie ten jej film - spokojny, trochę melancholijny, familijny lubię najbardziej, a nie późniejsze, „wielkie” dzieła, gdy pani reżyser zabrała się za opowieści o Żydach i ekologiczne kryminały. To prosta historia na podstawie prozy Frances Hodgson Burnett. Troje dzieci, dwoje z nich po przejściach. Tajemniczy ogród, stary dwór i szczypta magii. A do tego prześliczne, wręcz malarskie kadry, kilku niezłych aktorów z Maggie Smith na czele (choć żadne z młodych aktorów nie zrobiło, niestety, żadnej kariery, a mieli potencjał).

2. „Niezwykły świat Belli Brown”
Bella Brown jest bibliotekarką. Woli książki od ludzi. Jest do bólu poukładana, każdy jej dzień wygląda tak samo. Tymczasem w jej życiu pojawiają się gderliwy starszy pan i jego znerwicowany kucharz (w tej roli Moriarty z „Sherlocka” BBC, jakże inny, jakże odmienny od swojej psychopatycznej wersji). Na dodatek Bella Brown musi uporządkować ogród za domem, inaczej straci dach nad głową. Film jest słodki, ale nie przesłodzony. W piękny sposób opowiada o kwiatkach, miłości do grzebania w ziemi i literaturze. Wisienką na torcie jest drugi plan w postaci biblioteki, gdzie króluje wredna kierowniczka, która nie znosi Belli Brown.  

3. „Odrobina chaosu”
Kobieta, której marzy się zaprojektować ogród. Bardzo specyficzny ogród, należący do króla Francji. Chciałaby aby był to ogród nieprzewidywalny, ze szczyptą chaosu. Nie zgadza się na to główny ogrodnik całego projektu, który zresztą sporo zaryzykował, dając kobiecie możliwość wykazania się. Kobieta architektem i to na dworze królewskim, nie może być! W roli projektantki Kate Winslet. Natomiast króla gra Alan Rickman. A w tle rodzący się Wersal. Film może nie wybitny, ale naprawdę przyjemnie się go ogląda.

wtorek, 21 marca 2017

Tej historii bieg stary jest jak świat



Są książki i filmy, do których nie potrafimy podchodzić neutralnie, bez bagażu własnych wspomnień i doświadczeń. Książki i filmy, które dostają od nas na wstępie plusa albo dwa (albo dziesięć)  tylko dlatego, że…  są. Dla mnie takim filmem była zawsze „Piękna i Bestia”. W przypadku tej produkcji Disneya nie potrafię być obiektywna. Zaznaczam to już na wstępie, byście nie poczuli się oszukani. Czekałam na akurat ten aktorski film Disneya (choć jestem wielką przeciwniczką aktorskiej wersji „Kopciuszka”, a „Czarownica”, choć dobra, niewiele miała wspólnego z bajkową „Śpiącą Królewną”) bardzo długo i z niepokojem (tyle można tu było zepsuć, sami powiedzcie, gadające przedmioty…). I cóż? Zamierzam się pozachwycać.
            Co mi się w tym filmie podoba? Przede wszystkim zachowano magię i klimat oryginału, jednocześnie go rozbudowując. Bestia nareszcie zyskał szerszy rys charakterologiczny. Bella natomiast jawi się tu jako dziewczyna nieprzystająca do miejsca, w którym przyszło jej żyć, stłamszona przez otoczenie (w oryginale nie zaakcentowano tak bardzo, że bliżej jej do Bestii, niż do mieszkańców miasteczka).
           
Po drugie był baśniowy, a jednocześnie w pewien sposób (owszem, płytki) bardzo francuski, co sprawiło, że nawiązano do oryginału, korzeni baśni. Widać to w kostiumach, widać w scenografii, słychać w nieco sztucznym, ale jakże uroczym akcencie Płomyka. Na baśniowy klimat wpływa tu także konwencja musicalu. Wszyscy tańczą i ni z tego ni z owego zaczynają śpiewać. Czy to przeszkadza? W zasadzie nie. Nawet dodaje uroku, bo na całe szczęście, ten świat nie próbuje być na serio. Dla dzieci i tak będzie, w przypadku dorosłych jest z kolei na tyle nienachlany, że zupełnie łatwo można to przełknąć. To również zasługa aktorów. Któż inny mógł zagrać mola książkowego jak nie Emma Watson? Przecież Bella to tylko inne wcielenie Hermiony! Wokalnie Hermiona daje radę, chwilami wypada nawet uroczo (niestety stwierdzam to na podstawie zakupionej ścieżki dźwiękowej, bo w kinach tylko dubbing). Film kradnie także Luke Evans jako Gaston. To również rodzaj oczka puszczonego do dorosłych widzów. Zwłaszcza tych, którzy wiedzą, że ten bardzo przystojny mężczyzna, jest gejem. W „Pięknej i Bestii” jest jak najbardziej hetero. Klasyczny zły gość, który zagiął parol na Bellę, bo przecież tylko ona jest w miasteczku równie piękna jak on. Do Gastona wzdycha natomiast, zupełnie nieplatonicznie, jego kompan i przydupas Le Fou. To on tworzy główny wątek komiczny, zresztą świetnie w parze z Evansem odegrany. Co więcej, Le Fou otrzyma w nagrodę swoje szczęśliwe zakończenie.
            Jak przystało na baśń mamy przecież ten jakże ważny ukryty przekaz. Nie chodzi już tylko o to, że młoda kobieta uwalnia się spod wpływu ojca, by rozpocząć nowe życie u boku mężczyzny (symbolika róży i tak dalej i tym podobne, nie chcę wnikać, wiecie doskonale). Chodzi także o to, że piękna zakochuje się w bestii. Niektórzy powiedzą, że wszystko dlatego, że był księciem i miał swój … (tu wstawcie przekleństwo) zamek. Twórcy jednak zaakcentowali, że Bella nie zakochuje się w Bestii z powodu jego kasiuty. Początkowa niechęć i wieczne stawianie okoniem przemija dopiero, gdy Bella i Bestia zaczynają rozmawiać… o książkach. warto tu wspomnieć, że w oryginalnej wersji Bestia był analfabetą i dopiero Bella nauczyła go czytać. Nie chodzi wiec wcale o pieniądze, tylko o nawiązaną nić porozumienia. Na dodatek przesłanie filmu wzmacnia właśnie los Le Fou – tylko będąc naprawdę sobą, bez udawania, możemy być szczęśliwi.    

            Jasne, nie można zaprzeczyć, ten film jest zrobiony w sposób bezpieczny. Doskonale powiela i powtarza to, za co cały świat dwadzieścia pięć lat temu pokochał oryginał. Jest to po raz wtóry opowiedziana dokładnie ta sama historia. Ale za to jak opowiedziana! Piękne kolory, piękne piosenki, piękne stroje i wnętrza. Ten film to uczta dla oka i ucha. I jeśli czegoś mi tam brakuje, to tylko mojego ulubionego dialogu między zegarem, a Bestią: „- Chciałbym jej coś dać. – Nic prostszego, panie. Kwiaty, czekoladki, obietnice bez pokrycia”. Choć może mogło by z tym tekstem rywalizować stwierdzenie Płomyka: „Jeśli ta czarująca dziewczyna ma zdjąć z nas czar, to chyba warto ją oczarować?”