niedziela, 19 listopada 2017

Strumień świadomości [1]



Czytam więcej książek, niż recenzuję. Czasami nawet mam ochotę coś o danej powieści powiedzieć, bo z jakiegoś powodu zrobiła na mnie wrażenie, ale akurat nie mam czasu pisać i sprawa się przeciąga. Potem już wspomnienia po lekturze nie są tak wyraźne, by pisać pełnoprawną recenzję. Dlatego wymyśliłam sobie nową rubrykę w ramach bloga. Mam tu na myśli „Strumień świadomości”, gdzie publikować będę zapamiętane refleksje na temat książek i filmów, o których pierwotnie planowałam napisać, ale z jakiegoś powodu nie wypaliło. Dziś zamieszczam pierwszy tego typu post. No, to lecimy. Jeszcze raz jednak podkreślam, nie należy tego traktować, jako pełnoprawnych recenzji. To raczej ciągi luźnych myśli, wesołych skojarzeń.


    1. Tove Jansson, „Lato”

Wiecie, to ta pani od Muminków. W latach 80 XX wieku „Lato” ukazało się w Polsce po raz pierwszy. W sumie nie wiadomo, czy to książka, dla dzieci, czy dla dorosłych. Dla dzieci chyba za trudna. Trochę obrazków, trochę słodko-gorzkich refleksji o tym, co znaczy być dzieckiem, co znaczy być starcem. Kilka naprawdę przezabawnych rozmów. O tolerancji i o Bogu, o aniołach i o śmierci. O sztucznej szczęce. O tym, że w każdym momencie życia jesteśmy na coś „za…”. Babcia lubi kryminały, wnuczka ma na imię Sophnia, a ojciec po prostu jest. Nie jest to wybitna literatura, ale przeczytać można. Zwłaszcza w listopadzie. Wprowadzi trochę lata do Waszego życia.
 


2. Mario Vargas Lliosa, „Szelmostwa niegrzecznej dziewczynki”

Panie z klubu książki powiedziały, że to nie jest najlepsza książka, by zaczynać przygodę z Wielkim Noblistą. Trudno, stało się, a że aby zrobić pierwsze wrażenie ma się szansę tylko raz, to chyba ja i markiz Lliosa będziemy odtąd traktować się chłodno, z dystansem. Otilita, czy jak jej tam było, dostaje ode mnie medal najbardziej irytującej bohaterki w dziejach literatury. O jak mnie ta kobieta wkurzała. Książka dobrze napisana, ale bohaterka wydra, a bohater dupa. Fajne tło obyczajowe. Najlepsze fragmenty o przyjaźni hipisa ze starszą panią.




   3.  Julia Heaberlin, "Polne kwiaty”

Thriller. Wydawało mi się, że bardzo dobry, więc chciałam o nim napisać. Nie złożyło się. Po dwóch miesiącach pamiętam, że był morderca i ocalała ofiara, którą prześladował. Pamiętam, że nie wszystko w tej książce jest takie, jakie się wydaje. Całkiem dobrze pokazano też sytuację z różnych punktów widzenia i stopniowano fragmenty prawdy. Zabawna postać staruszki, która piekła niedobre ciasta. No i pan psycholog, któremu też zginęła córka. Niby dobry kawałek literatury popularnej, a po dwóch miesiącach prawie nic nie pamiętam.  

poniedziałek, 13 listopada 2017

Sztuka szaleństwa



W sumie nie nazwałabym siebie samej „graczem”. Nie jest to rozrywka, na którą przy moim ograniczonym czasie wolnym, lubię poświęcać jakoś specjalnie dużo czasu. Znacznie bardziej wolę książki i książki, i... być może kolorowanie. Grywam od czasu do czasu. W różne pozycje. W centrum mojego zainteresowania znajduje się nie tyle typ gry, co jej tematyka. I to właśnie dla opowiedzianej historii zainteresowałam się „Layers of fear".
            Akcja gry toczy się w XIX wieku. Wiktoriańskie i steampunkowe klimaty zawsze należały do
moich ulubionych. Gra odwołuje się też bardzo mocno do historii Doriana Graya, młodzieńca, który dzięki swojemu portretowi, nie starzał się mimo parszywego trybu życia. Natomiast bohaterem naszej opowieści  jest malarz. Poznajemy go w momencie, gdy wraca do własnego domu i stara się odkryć tajemnicę zaginięcia swojej rodziny. Wygląda na to, że nasz bohater, którego imienia nigdy nie poznamy, nic nie pamięta. Razem z nim krążymy po domu, by odnajdywać wskazówki, a dzięki nim zrozumieć, co w nim zaszło.
            Nie jestem miłośniczką horroru, a do tego typu gier należy „Layers of fear".  Jest to jednak pozycja, która straszy klimatem, nie krwią i odętymi członkami. Wraz z bohaterem snuć się będziemy po jego niegdyś pięknym wiktoriańskim domu. Z każdym okrążeniem odkrywać go będziemy wciąż na nowo i na nowo. Klimat tej gry jest naprawdę niesamowity. To wizualny majstersztyk. Przede wszystkim wszechobecne obrazy. Nie tylko te wiszące na ścianach, ale także ten, który nasz bohater desperacko próbuje skończyć. Jednak gra to nie tylko obrazy. Oczywiście obowiązkowo pogoda. Deszcz i błyskawice. Ciemna noc. Zazwyczaj brak światła, liczyć można tylko na świece. No i te niepokojące stuki i puki, znikające i pojawiające się drzwi. To wszystko tworzy naprawdę niepowtarzalny klimat. Wspomnieć należy o muzyce, która również została perfekcyjnie dobrana, a motywu przewodniego słucha się z przyjemnością, ale także pewną dozą strachu.
           
„Layers od fear" nie jest jednak pozbawione wad. Gra, choć początkowo straszy fenomenalnie, z biegiem czasu człowiekowi powszednieje. To, co wywoływało ciarki za pierwszym, czy drugim razem, po raz kolejny może już tylko przywołać pobłażliwy uśmiech. Denerwujące jest też poszukiwanie drobnych elementów we wszechogarniającej ciemności. A niestety bez ich znalezienia gra nie przepuści nas dalej, tak że kilkakrotnie musiałam się posiłkować pomocą internetu, by przejść do następnego pomieszczenia. Poza tym „Layers of fear” jest rzekomo grą wyborów. To, jak postąpimy, ma wpływać na przebieg rozgrywki i ostateczny kształt zakończenia. Owszem, są trzy warianty zakończenia historii malarza, tyle że dokonywane przez gracza wybory, to żadne wybory, gdyż nie wiemy nawet, w którym momencie ich dokonujemy. Nie mam zielonego pojęcia, co mogło zdecydować o kształcie mojego zakończenia i ostatecznym wyglądzie obrazu.
  
            Ogólnie jednak oceniłabym tę grę bardzo pozytywnie. Ma świetny klimat, tajemnicę, którą powoli odkrywamy, tak że wciąż mamy ochotę grać i pozostajemy ciągle zaciekawieni, nawet gdy spostrzeżemy pewne niedostatki mechaniki gry, przyjemną dla ucha muzykę. Gra pozwala nam powoli odkrywać kolejne warstwy opowieści, dzięki czemu zaczynamy się zastanawiać, gdzie leży granica między normalnością a szaleństwem, miedzy sztuką a perwersją.   

poniedziałek, 6 listopada 2017

"Nie obiecuj nic", bo śpiewasz "pod wiatr"



„Pilotów”, trzeci całkowicie polski musical na deskach Teatru Muzycznego Roma, oglądać można od siódmego października. Jest to zarazem pierwszy musical tego typu adresowany do dorosłego widza. Pomysłodawca przedsięwzięcia to wieloletni już dyrektor Romy, Wojciech Kępczyński. Odwołując się do historii własnej rodziny, stworzył opowieść o polskich pilotach wcielonych do Brytyjskich Sił Powietrznych, którzy brali udział w bitwie o Anglię w 1940 roku. Idąc na spektakl, wiedziałam jedynie, że jest w jakiś sposób powiązany z historią dywizjonu 303. Czy miałam wysokie oczekiwania? Chyba tak. W końcu to musical o Polakach, dla Polaków. I to musical robiony przez Romę, a ta zawsze była dla mnie wyznacznikiem jakości. Czy się nie zawiodłam?
     Na pewno należy docenić próbę przypomnienia Polakom chlubnej karty ich własnej historii, o której się zazwyczaj nie mówi. Halo, kto z Was słyszał na lekcjach historii o tym, że polscy piloci przyłożyli się do angielskiego zwycięstwa nad Niemcami? Ja nie. Dlatego zawsze będę popierać mówienie o naszej historii w ten właśnie sposób – z dumą, ale bez niepotrzebnego padania na kolana. Za to twórcom „Pilotów” należą się brawa. 

    Pod względem realizacyjnym „Piloci” stoją na niezaprzeczalnie wysokim poziomie. Możemy w nich obejrzeć blisko pięćset przepięknych kostiumów – przebrań estradowych (główna bohaterka jest aktorką kabaretową), codziennych strojów warszawiaków, mundurów polskich, niemieckich, angielskich. Zrobiono doskonały użytek z największych w Polsce ekranów estradowych, na których obejrzeć możemy sceny walk lotniczych. Skoro musical był o pilotach (teoretycznie, ale o tym za chwilę), nie mogło zabraknąć samolotu. Replika „pana Hurricane’a” była naprawdę zachwycająca. Podobnie jak scena samochodowa, podczas której niesamowite stare auto nie tylko poruszało się po scenie, ale dzięki ekranom widz miał wrażenie, że naprawdę mijało drzewa, zjeżdżało z pagórków i podskakiwało na wybojach. Podczas sceny zestrzelenia samolotu polskiego pilota zadbano nawet o to, by nastąpił autentyczny wybuch, a w zdezorientowane pierwsze rzędy uderzył podmuch ciepła. Widzą zaprezentowano także oryginalne przemówienie Hitlera, wydobyte z archiwów Polskiego Radia. 

    Każdy, kto mnie zna, wie, że kocham musicale i naprawdę łatwo mnie w tej materii zadowolić. Dlatego z żalem muszę stwierdzić, że na tym plusy „Pilotów” się kończą. Dlaczego? Musical o tytule „Piloci” wcale nie jest o pilotach. Upchnięto tam wszystko – romans, wątek konspiracji, motyw teatru w teatrze, archetyp sprzedawczyka, który w każdej sytuacji sobie poradzi, konflikt między „starą” a „nową” miłością. Losy tytułowych pilotów sprowadzają się do dostania się do Anglii, szkolenia, popijania w barach z dziewczynami, szpitala albo śmierci. Nie do końca też wiadomo, czy bohater ma tu być zbiorowy (czterech tytułowych pilotów), ale w tym wypadku zbyt rozwinięty został wątek Niny. Jeśli natomiast bohaterami mieliby być obecni na plakacie Nina i Jan, cóż Jana wyróżnia spośród innych pilotów? To, że wyjeżdżając z Polski, był zaręczony i zakochany? Jeśli to musical o nieszczęśliwej miłości, to dlaczego nosi tytuł „Piloci”, skoro przyjaciele Jana są tylko nieszczególnym tłem?

      Miałam też z „Pilotami” inny problem. Muszę przyznać, że nieco razi mnie opowiadanie o wojnie w sposób wesoły. Kiedy dochodzi do tego jeszcze sytuacja, gdy właściciel teatru w spektaklu wita oficera niemieckiego, a widz Romy wcielony w widza z tamtych czasów klaszcze na przywitanie lub gdy polski lotnik ginie, a zaskoczeni  widzowie nagradzają brawami eksplozję, w której przecież właśnie zginął człowiek… odczuwam dyskomfort. Po prostu kłóci mi się to ze sobą. Nic nie poradzę.
Wreszcie kilka słów o tym, co jest najważniejsze dla musicalu. Muzyka. W „Pilotach” usłyszymy dwie i pół godziny muzyki, ponad trzydzieści utworów. Utworów, z których żaden, absolutnie żaden, nie pozostanie w pamięci. Najnowsza produkcja Romy nie zaprezentowała nic, co na dekady mogłoby się zagnieździć w pamięci widzów. Nic na miarę „Dzień dobry, dzień dobry” czy „Słuchaj, kiedy śpiewa lud”. Piosenek, które kojarzą nawet osoby nielubiące musicalu.
    
Ostatecznie „Pilotów” pogrążyło w moich oczach jednak zakończenie. Było tak melodramatyczne i kiepskie, że aż zęby bolały. Wiem, wiem, powiecie, jeśli jesteś taka mądra, wymyśl lepsze. Proszę bardzo, wedle życzenia. Na kolanie: ginie Nina, której udział w konspiracji zostaje odkryty, ginie Jan, Jan żeni się z Alice, widzi występ Niny, ale wychodzi z żoną, Nina ginie w Normandii podczas bombardowań, zatem niejako z ręki Jana. Ale to, co otrzymaliśmy… Trochę brakuje mi słów. Chociaż nie. T. dobrze to podsumował. Stwierdził mianowicie, że w ostatniej scenie na bohaterów powinien wyskoczyć japoński oficer z okrzykiem bojowym „banzai” i nabić wszystkich na bagnet. Tak, to za kończenie było AŻ TAK ZŁE.
     Niemniej jednak, uważam, że „Pilotów” warto obejrzeć. Może choćby po to, by wyrobić sobie własne zdanie. 
 


piątek, 3 listopada 2017

Festiwal literacki Fantastyczny Miłosław



 Ostatnio było mnie jakby mniej na blogu (no dobrze, to trochę niedopowiedzenie, mam za sobą miesięczną nieobecność), ale wszystko to za sprawą Fantastycznego Miłosławia, organizowanego przez naszą bibliotekę festiwalu literackiego, dotowanego przez Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego.
            Organizacja takiego festiwalu to… szał w trampkach. Umawia się artystów, pisarzy. Potem wymienia się jednych na drugich, bo ktoś jest akurat w Pekinie. Próbuje się zgrać ich harmonogram z planem dnia, który człowiek sobie już założył. Robi się wszystko, żeby biorący udział w wydarzeniu się nie nudzili. Wysyła się zaproszenia do uczestników i zaproszonych gości. Szykuje się dyplomy, nagrody, podziękowania. Ustawia się stoły, krzesła. Obsesyjnie liczy się filiżanki i sztućce (a i tak jesteśmy jeden widelec do tyłu). Podczas tego wszystkiego wykonuje się miliony telefonów i drugie tyle odbiera. I korespondencja. Mailowa i tradycyjna. Te wszystkie wizyty na poczcie.
            Godzina 0. I cały czas jest się na pełnych obrotach. Biega się od jednego miejsca do drugiego i w sumie zawsze jest się wszędzie i nigdzie. Nawet nie za bardzo można iść do toalety, bo akurat cię ktoś woła. Wita się gości (modląc się, żeby się nie pomylić, a jednak się człowiek myli), potem znów wykonuje się miliony telefonów, bo pisarz miał być dwadzieścia minut temu, ale ciągle go nie ma. Czy goście wrócili ze spaceru po mieście? Mają mały poślizg, ale to dobrze, bo herbata też jeszcze niegotowa. I gdzie jest zespół? Obiad je się między „na stojąco” a „jeszcze dzisiaj nie byłam w łazience!”. I taką ma się ochotę pogadać z panem pisarzem o życiu, śmierci i jajecznicy, ale czasu wystarcza tylko na to, żeby podpisał książki dla biblioteki. A Ty, zanim Cię zawoła jakiś DD reporter/uczestnik/ktoś, kto natychmiast potrzebuje, żebyś była, gdzie cię nie ma, zdołasz tylko wyjąkać: „czytałam Pana powieści, chciałabym…”.

            A potem przychodzi ten najważniejszy moment. Rozdanie nagród. Widzi się satysfakcję na twarzach tych fantastycznych młodych ludzi, którym chciało się wysilić i napisać opowiadanie na wymyślony przez ciebie konkurs (to nieważne, że zaraz znów wypełnia się tony papierów, bo przecież nagrodziło się ich pieniędzmi). Zjawia się zespół. I wreszcie wszyscy po prostu się bawią. A ty marzysz tylko o tym, żeby już zdjąć buty. Nie, zaraz, przegrywasz z akustyką sali i nie wszystko brzmi jak powinno. Ale zespół daje czadu, bo kafelki w łazience jednak odpadają.

            Koniec końców większość uczestników wyjeżdża zadowolona, ściskając cię serdecznie, tobie udaje się wykroić chwilę na rozmowę z zespołem, który tak lubisz i (alleluja!) zdejmujesz buty. Najchętniej usiadłabyś tam, gdzie stoisz, ale trochę nie wypada. Jeszcze trzymasz fason. Bo teraz sprzątanie.
            I wreszcie… można paść na pysk. Koniec i bomba, a kogo z nami nie było, ten trąba.  A od poniedziałku myślisz tylko o tym, jak tu znaleźć kasę na następną edycję. 

Zdjęcia autorstwa Liliany Szczepaniak, filmy nadkręciła Iwona Dopierała.