poniedziałek, 22 stycznia 2018

"Blade runner 2049" jest jak zupa pomidorowa



T.: Lata mijają, a mentalność pozostaje ta sama: co sprzedało się raz, można sprzedać po raz drugi, trzeci i dwudziesty, byleby przynosiło dochody. Z obejrzanym ostatnio „Blade Runnerem 2049” sprawa ma się podobnie, choć w tym wypadku, po raz drugi. Bo choć niemal wszystko, co stworzył człowiek, kopiuje się z ochotą dla pieniędzy, to wokół „Blade Runnera” próbuje się od zawsze roztaczać aurę przełomowego klasyka o głębi co najmniej oceanu. 

I.: Nie, żeby z tak uwielbianymi przez ciebie filmami komiksowymi nie było tak samo. Czy kolejne odsłony przygód herosów w trykotach nie są tylko i wyłącznie odcinaniem kuponów? Tutaj mamy do czynienia z kontynuacją, a w przypadku superbohaterów? Jest bardziej bezwstydnie. Wciąż kasuje się kolejne nieudane serie, by opowiadać je wciąż i wciąż na nowo. W przeciągu ostatnich siedemnastu lat trzy razy już proponowano nam nowego „Spidermana”, dwa razy „Fantastyczną Czwórkę”, raz „Supermana”. „First Class”, choć niby w ramach serii, też była pewnego rodzaju kasacją. Tylko patrzeć aż DC zdecyduje się na przekreślenie całego swojego kinowego uniwersum. 

T.: Gdy w kinach pojawił się pierwszy „Łowca” byłem małym chłopcem… bardzo małym. Tak więc film obejrzałem kilka lat później, już w latach 90-tych. Czym był dla mnie wówczas? Ciekawym krokiem w świat SF, zadaniem kilku ważnych pytań na temat zależności człowiek-maszyna, ale przede wszystkim kolejnym spotkaniem z nieśmiertelnym Hanem Solo. Tak, właśnie, najciekawszy był dla mnie Harrison Ford, gdyż mimo możliwego oburzenia fanów, nie sama treść filmu zrobiła na mnie prawdziwe wrażenie, a aktor. Powinienem się wstydzić? Nie sądzę, gdyż już wówczas, w drugiej połowie lat 90-tych, pytania zadane w „Łowcy” nieco się zestarzały i stały się niemal chlebem powszednim gatunku.

I.: Dobrze, posłużmy się zatem jeszcze raz analogią do superbohaterów. Historię herosa o wielkiej sile, którego dotyczy wielka odpowiedzialność opowiada się wciąż i wciąż na nowo. I nie mam tu na myśli faktu, że samych herosów przenosi się do coraz młodszych czasów – Tony Stark najpierw zarabiał na Wietnamie, teraz trzepie miliony na mieszaniu się w Afganistan i taj dalej, Kapitan Ameryka początkowo walczył z przebrzydłymi naziolami, teraz łupie terrorystów. Jeśli chodzi o herosów należy cofnąć się jeszcze wcześniej. Przecież Iron Man, Kapitan Ameryka, Batman, a nawet twój ukochany Han Solo to tylko wciąż nowe wcielenia Heraklesa, Jazona czy Prometeusza. Zostawmy jednak już samych superbohaterów. Pamiętać należy, że w momencie, gdy powstawała książka „Czy androidy śnią o elektrycznych owcach?”, na podstawie której stworzono „Łowcę”, to były nowe pytania. Był bowiem rok 1968 i niewielu jeszcze się nad tym w ogóle zastanawiało. Zarzucać „Łowcy androidów”, że nie jest nowatorski, to jak zarzucać Lemowi, że nie jest wizjonerem, bo wszystko to, o czym napisał miało już miejsce. 

T.: Tylko, że przy okazji „Thora”, „Hulka” czy „Batmana” nie wmusza się widzowi intelektualno-duchowej ekstazy, w wypadku „Łowcy” występuje to niestety nagminnie. Następnie nadeszła era „Matrixa” i kolejny nawrót pytań o „pochwałę wszelkiej inteligencji”, a więc złożone stosunki między człowiekiem  a szeroko pojętą maszyną. Wiele by opowiadać. I oto pojawił się następca „Blade Runnera” z numerkiem 2049. I tu zaczynają się kłopoty… Po pierwsze, kontynuacja powstałą w czasach, gdy już niemal wszystkie pytania o kontakty ludzie-replikanci  zostały zadane i rozważone niemal na wszystkie sposoby (już dawno C3PO zajmował się kontaktami ludzie-roboty,) próbuje wycisnąć z tematu ostatnie soki. Niestety nie bardzo się to udaje, gdyż po prostu… wszystko już było. Nie wato w tym miejscu opisywać, co jest w tej odsłonie „Łowcy” motywem przewodnim, niemniej, nie jest on ani odkrywczy, ani fascynujący, a szkoda. Rozwinięcie tematu po 25 latach w tak nikły sposób nie może wpływać pozytywnie na odbiór obrazu. Bohater- oficer KD coś tam – w skrócie Joe -  replikant eliminuje innych sobie podobnych, starszego modelu, za zbytnie człowieczeństwo, jednocześnie sam próbuje zrobić z siebie człowieka i tak zmaga się ze swoim „nie wiem kim jestem” niemal przez cały seans. Pewnym absurdem wydaje się w tym świetle postawa „ruchu oporu” cyborgów-replikantów (a jakie to odkrywcze!), którzy chcąc być jak ludzie, więc pragną zemsty na ludziach, bo jak twierdzą są lepsi niż ludzie, w związku z czym ich zwycięstwo sprawi, że… będą jak ludzie. Masło maślane, z odrobiną śmietany.

I.: No to po kolei. Po pierwsze pewne mądre głowy wymyśliły postmodernizm i stwierdziły, że wszystko już było, wszystko już opowiedziano, a nowe wytwory piśmiennictwa, kinematografii, ect. są już tylko powtarzaniem schematów. I tak na przykład rzeczone „Gwiezdne wojny” powtarzano już 9 razy i ludzie wciąż chcą to oglądać, niesamowite, prawda? Także nie ma co „Łowcy” zarzucać wtórności, kiedy inny znany cykl sf powtórzył tę samą historię już tyle razy. Po drugie, replikantom-buntownikom nie chodziło o to, że ich zwycięstwo sprawi, że będą jak ludzie. Ja zrozumiałam to w ten sposób, iż uważali, że są lepsi niż ludzie, bo są maszynami. Nie starzeją się, nie chorują. A z drugiej strony, będąc maszynami, podlegają ograniczeniom. Ich życie, uczucia nie są przez ludzi uważane za prawdziwe, gdyż są stworzone. Przez ludzi i na potrzeby ludzi. Przy takiej zależności człowiek zawsze będzie wyżej od replikanta. Będzie jego demiurgiem, kreatorem. Będzie stwórcą, a więc kimś równym bogu. Przynajmniej dla replikanta. Ale gdyby odnalazło się dziecko replikantki i człowieka, gdyby replikanci udowodnili, że mogą się urodzić, zostać stworzonymi w sposób biologiczny, a nie mechaniczny, byliby równi ludziom, a zarazem byliby od nich lepsi. Staliby się kolejnym ogniwem ewolucji, który mógłby wyprzeć ten słabszy, czyli człowieka.

T.: Problem w tym, że replikanci są jak tragedia grecka – wszędzie gigantyczne dylematy moralne.  Nawet zagotowanie wody w czajniku może sprawiać, że przez godzinę będą dywagować „co, jak, po co i dlaczego”, gdy wreszcie stwierdzą, że jako maszyny nie muszą wcale pić…

I.: Gdyby scenę rozmowy Joego z replikantami-rebeliantami porównać do sceny jego relacji z dziewczyną-systemem domowym-osobistym systemem do towarzystwa, wychodzi na to, że replikanci nie mają racji. Cały film sugeruje, że relacja Joego z jego dziewczyną–systemem jest wyjątkowa. Ona go wspiera, zachęca do poszukiwań. Wreszcie to ona doprowadza do fizycznego zbliżenia między nimi. Towarzyszy mu na wszystkich etapach podróży. Ostatecznie, to właśnie ona nadaje mu imię. Nie numer, lecz imię. Prawdziwe, ludzkie, które sprawia, że Joe nie jest już maszyną lecz osobą. Cała ich relacja zostaje jednak zaprzeczona, gdy Joe widzi reklamówkę owego ludzkiego systemu, który choć ma inną fryzurę jest tą samą twarzą, tym samym głosem. Jedną z wielu identycznych wyprodukowanych seryjnie aplikacji. Bowiem, choć wydawało się, że relacja Joego z „jego” aplikacją była wyjątkowa i niepowtarzalna, bo ona również była niepowtarzalną jednostką, zdolną do miłości i empatii, bezosobowa reklamówka na ścianie budynku, o twarzy i głosie jego ukochanej patrzy na niego po raz pierwszy i mówi… „Witaj, Joe”. Dostajemy więc ostateczny dowód na to, że nadanie imienia nie było osobniczym wyborem jednostki lecz zbiorem zer i jedynek aplikacji towarzyskiej, której każda z osobnych, a jednak identycznych kopii podjęłaby dokładnie tę samą decyzję. W kontekście tego, że otrzymujemy tę scenę na koniec filmu, zaczynamy się zastanawiać, czy Joe też jest tylko maszyną, czy jednak osobą?  

T.: Akcja prowadzona jest w tak powolny sposób, że niemal przy każdej scenie widza może ogarnąć prawdziwa senność. Zaaplikowano nam ponad 2,5 godziny filmu, gdy fabuły wystarcza może na połowę tego. W związku z tym bohater zamiast zwyczajnie przejść z punktu A do B, zalicza po drodze Punty A1, A2 i pewnie kilka kolejnych. Nudy, straszne nudy… A do tego wszystkiego zastanawia się, wzdycha i przewraca smutnymi oczami. Żeby uzmysłowić tę obezwładniającą senność dodam, że jedna ze scen, gdzie bohater korzysta, lub przynajmniej próbuje to zrobić, z usług prostytutki, w przyśpieszonym ośmiokrotnie tempie, zajmuje kilka minut. Żeby ta scena coś jeszcze ze sobą niosła. Ale nie mamy tu ani rozmowy, ani seksu, Joe po postu przygląda się i nie może zdecydować. To jeden z wielu przykładów.

I.: Bo jak nie ma seksu, to jest nudno. Wszystko jasne. I gdy nie ma wybuchów, to jest nudno. A może ten film ma być właśnie taki? Powolny, z miejscem na refleksję? Mnie wręcz odwrotnie, cieszy, że dziś jeszcze potrafimy robić tak powolne filmy. Choć rozumiem, że nie wszyscy są w stanie przez to przebrnąć. Rozumiem, bo też wymiękłam na scenie, kiedy czarny sześcian w „Odysei kosmicznej 2001” leci przez kosmos i leci, i leci, i leci, i leci… i leci osiem minut. Ostatecznie nie jest to już pewnie kino na dzisiejsze czasy, prawda? Nie na czasy superbohaterów, kiedy musi dziać się dużo i szybko. Ale ja lubię czasem, gdy jest na tyle wolno, bym zdążyła się pozachwycać tym, co jest wokół.

T.: Niestety filmu tym razem nie ratuje już Harrison Ford. Jest wciśnięty do obrazu nieco na siłę, tak aby niektórym zakręciła się łezka. Nie wnosi jednak na tyle dużo, żeby uratować całość kontynuacji.

I.: Ford nie musi jej ratować, choć tutaj rzeczywiście, niewiele ma do grania. Właściwie bardziej charyzmatyczny jest pies. Zresztą w tym filmie Ford już nie ma być Fordem. To Ryan Gosling ma być nowym Fordem, jak sądzę.

T.: Reasumując – „Łowca androidów 2049” jest trochę jak zupa pomidorowa – dla fanów jak zawsze dobra, dla pozostałych podana w następujący sposób: jako że znasz smak, zatem po co jeść zupę – więcej czasu i zabawy  zajmie zapicie kostki rosołowej wrzątkiem, następnie załagodzenie bólu sokiem pomidorowym, wreszcie poprawienie śmietaną. A jak komuś mało, to warto połknąć trochę surowego ryżu – mimo bólu, spęcznieje w żołądku. Takim właśnie wydaje mi się nowy „Łowca” – mimo, że pomidorówkę uwielbiam, wolałbym konsumować ją w starym stylu, albo po prostu odpuścić.

I.: I to jest chyba najlepsze podsumowanie tej dyskusji. Nowy „Łowca androidów” jest jak zupa pomidorowa. A znacie to przysłowie o zupie pomidorowej? Ja nie zupa pomidorowa, nie wszyscy mnie muszą lubić. Choć z drugiej strony nie znam nikogo, kto nie lubiłby pomidorówki.

poniedziałek, 15 stycznia 2018

Wszystko zostaje w rodzinie



Agata Christie stworzyła kilka charyzmatycznych postaci, które szturmem wkroczyły do literatury światowej, zapisując się w pamięci czytelników. Nic dziwnego, że bardzo szybko podbiły też serca widzów, zarówno na dużym, jak i małym ekranie. Herkules Poirot, jak i panna Marple doczekali się swoich filmów i seriali. Również takie pojedyncze perełki, jak „I nie było już nikogo”, doczekały się już swojej filmowej adaptacji. Jednakże „Dom zbrodni” nie cieszył się jak dotąd zainteresowaniem filmowców, choć sama autorka uważała pisanie tej powieści za przyjemność.
            Umiera Arystydes Leonides, twórca imperium gastronomicznego, posiadacz wielkiej fortuny. Jego wnuczka, Sophia, podejrzewa jednak, że dziadek został zamordowany. Kiedy hipoteza ta zostaje potwierdzona przez policję, Sophia najmuje swojego dawnego kochanka, prywatnego detektywa, Charlesa Hayworda, by rozwiązał tę zagadkę. Młody detektyw jedzie więc do rodowej posiadłości Leonidesów, by rozpocząć śledztwo. Na miejscu poznaje kolejnych członków rodziny, a każdy z nich jest bardziej ekscentryczny i tajemniczy od drugiego.
            Znawcom twórczości Agathy Christie od razu rzuci się w oczy, że „Dom zbrodni” jest w pewnej mierze kalką, napisanego dekadę wcześniej, „Morderstwa w Boże Narodzenie”. W obu książkach mamy ten sam schemat. Całą rodziną trzęsie okrutny, despotyczny dziadek. Wszyscy, choć niechętnie, tańczą jak im zagra, licząc na pieniądze i jak najszybszy zgon delikwenta. Podobnie, jak w „Morderstwie” mamy tu dwóch synów – jednego uzależnionego od ojca i jego miłości, z oddaną żoną, która całe lata czeka, aż opuszczą upiorny dom i zaczną żyć własnym życiem, jak i drugiego, któremu udało się uniezależnić, a jego głównym problemem stała się wymagająca żona. Jest też stare domostwo, w którym wszyscy zostają uwięzieni. Choć więc koncept jest bardzo podobny, rozwiązanie okazuje się jednak zupełnie inne. Trzeba przyznać, że w „Domu zbrodni” schemat skłóconej rodziny, zamkniętej w upiornym starym domostwie został dużo lepiej wykorzystany. 

            Obsada „Domu zbrodni” nie pozostawia nic do życzenia. Glenn Close łączy w sobie niepokój i tajemnicę, Gillian Anderson świetnie sprawdza się w roli przegranej aktorki, Amanda Abbington jest świetna w roli kobiety o mocnym charakterze będącej żoną życiowego nieudacznika, natomiast Stefanie Martini to chodzący seksapil i niebezpieczeństwo. Gra aktorska stoi tu na bardzo wysokim poziomie, choć uczciwie trzeba przyznać, że ze względu na mnogość bohaterów, aktorzy nie mieli wielkiego pola do popisu, bo charaktery i sylwetki postaci zostają jedynie zarysowane. Na ich pogłębienie w toku rozwoju akcji zabrakło już czasu.  
        Nie można ukryć, że „Dom zbrodni” robiony jest w starym stylu. Nie uświadczymy tu pościgów ani wartkiej akcji. Wszystko toczy się powoli. Rozwiązywanie zagadki polega głównie na przeprowadzaniu rozmów z podejrzanymi. Jednocześnie film ma bardzo gęstą atmosferę. Ostatecznie bohaterowie utknęli w sytuacji, w której zamknięci są w położonym na odludziu domu, a wśród nich znajduje się morderca. Atmosferę potęgują także klimatyczne zdjęcia, przepuszczone przez filtry szarości i granatu. Ponadto oko cieszą przepiękne kostiumy z epoki oraz doskonale dobrana muzyka.
            „Dom zbrodni” to świetny film. Trzymający w napięciu, klimatyczny. Przyznaję szczerze, bardzo bałam się o zakończenie. Wszak kryminał opiera się na zakończeniu. Jeśli jest ono do dupy, cała historia bierze w łeb. Tym razem Agatha Christie naprawdę zaskakuje. Zakończenie okazuje się fenomenalne i jest tylko wisienką na tym, jakże smakowitym, torcie.  

wtorek, 9 stycznia 2018

Mały wielki świat



„Miniaturzystka” to debiut powieściowy Jessie Burton. Trzeba przyznać, że ta urodzona w 1982 roku Angielka postawiła sobie samej poprzeczkę bardzo wysoko. Napisała obszerną i bardzo sugestywną powieść o życiu w XVII wiecznym Amsterdamie. Nie jest to bynajmniej li i jedynie powieść historyczna.
            Nella w wieku osiemnastu lat zostaje wydana za maż za dwadzieścia lat starszego od niej mężczyznę. Historia stara jak świat – ona ma pożądane nazwisko i zero kasy, on natomiast jest majętnym kupcem, któremu przydałoby się wżenić w rodowe nazwisko. Szybko się jednak okazuje, że owy układ jest tylko zasłoną dla grzechów i grzeszków ludzi, wśród których przyjdzie odtąd żyć głównej bohaterce.
            Jasne, „Miniaturzystka” jest powieścią historyczną. Opowieścią o możliwościach, jakimi dysponowały kobiety w XVII wiecznym Amsterdamie. Jest to właściwie przede wszystkim opowieść o nich i dla nich. Jest to również historia o zależnościach małżeńskich i społecznych, którym od wieków podlegają kobiety. Zarówno te, które jak Nella widziały sens swego istnienia w zamążpójściu i urodzeniu dziecka, jak i te, będące niczym Marin, upatrująca szczęścia jedynie w braku jakiejkolwiek zależności od mężczyzny. Jednakże nie jest to powieść z rodzaju tych naiwnych. Opowiastek raczej, w których biedna panna poznaje bogatego mężczyznę i odtąd wszystko w jej życiu układa się pięknie. Nie, to powieść realistyczna, bardzo życiowa. To sposób pisania o kobietach i dla kobiet, który bardzo popieram. „Miniaturzystka” nie traktuje kobiet-czytelniczek niczym naiwne idiotki.
            Niezwykle ciekawe są także wątki poboczne – poruszenie problemu odmienności (zarówno fizycznej, jak i seksualnej). Zadziwiające, jak bardzo postrzeganie tego, co „inne” nie zmieniło się przez wieki. Może teraz gejów nie przywiązuje się już do młyńskich kół i nie topi, ale pewne zasady rządzące światem nigdy się nie zmienią. To, co „inne”, zawsze będzie „gorsze”.
            Sam fakt wprowadzenia tytułowej miniaturzystki, a wraz z nią, otwarcie powieści na realizm magiczny, również wyszedł powieści na dobre. Kim jest tajemnicza kobieta? Czy rzeczywiście pomaga Nelli, czy też jej szkodzi? Czego chce? Miniaturzystka jest w tej historii wisienką na torcie. Sprawia, że wprost połyka się kolejne strony tej historii.
            Z całego serca polecam lekturę „Miniaturzystki”. To naprawdę kawałek porządnej literatury.

niedziela, 31 grudnia 2017

Koniec roku 2017



Postanowiłam zrobić małe podsumowanie 2017 roku. To był głównie zły rok, ciężki i w zasadzie przez całą drugą jego połowę powtarzałam, że czekam, aż się skończy. I dziś, gdy rzeczywiście się już kończy, żegnam go, o dziwo nie z ulgą, a z pewnym sentymentem. Mimo, że generalnie uczynił mi wiele złego. Ale też był rokiem zmiany. Zmiany mieszkania, która wyszła mi tylko na dobre i jestem z niej zadowolona. Zmiany w pracy. Tutaj bywało różnie. Są rzeczy dobre i rzeczy złe, są takie, które mnie rozczarowały, choć myślałam, że są na wyciągnięcie ręki. Zmian w sposobie postrzegania siebie i innych ludzi. Zmian w poglądzie na miłość, czy idealizm, a nawet na to, co jestem lub nie jestem w stanie wytrzymać.
       Co udało mi się osiągnąć? Cóż, nadal tu jestem, a to pewne osiągnięcie, zaręczam. Bycie, istnienie wcale nie jest to takie proste, jak mi się do tej pory wydawało. Opublikowałam tekst w czasopiśmie branżowym, co też uważam za osiągnięcie. Otrzymałam dla mojej biblioteki tytuł najlepszej w Polsce. Zrobiłam całkiem niezłą i całkiem sporą imprezę kulturalną o zasięgu wojewódzkim. Odkryłam nową, fantastyczną restaurację i teraz mogę cieszyć się ich przepysznym jedzeniem już zawsze.
     Osiągnięciem, myślę, jest też rozwijanie pasji. Blogowo nie wygląda to może imponująco, bo napisałam 37 notatek, czyli nawet nie jedną tygodniowo. Ale udało mi się też zawrzeć nową, bardzo sensowną współpracę z czasopismem internetowym, dzięki czemu mam stały dopływ nowości. Przeczytałam 63 książki, z których większość była naprawdę przeciętna. Choć kilka perełek by się znalazło. Obejrzałam 157 filmów i seriali. Więcej razy w roku, niż sądziłam, byłam w kinie, co mnie cieszy. Mam za sobą „Jaśniejszą od gwiazd”, którą chciałam obejrzeć od lat. Zagrałam w kilka naprawdę fajnych gier. Nadal uczę się jeździć na rolkach (trzeci rok i nadal nie potrafię, wyjątkowy ze mnie antytalent), zaczęłam grać w kosza. Byłam na tegorocznym Pyrkonie. Obejrzałam nowy musical Romy. Nabyłam kilka świetnych płyt. Poznałam kilka nowych fantastycznych tytułów czasopism.
     Jakie mam plany na sylwestra? Ubrać coś bardzo wygodnego i zrobić sobie maraton „Władcy Pierścieni” z czymś naprawdę smacznym do zjedzenia. Właściwie to, pisząc ten wpis, zrobiło mi się tak jakoś przyjemnie. Rok 2017 nie raz i nie dwa mocno kopnął mnie w rzyć. W zasadzie tak mocno, że myślałam, że już nie wstanę. Ale podarował mi też Totoro, Wonder Woman, Skyrima i książki Agaty Christie. Więc ostatecznie, było źle, było dobrze. Jak to w życiu.
    I za to dziś wypiję. Bo rok 2018 też taki będzie. Trochę dobry, trochę zły. Miło byłoby, gdyby okazał się lżejszy, ale jeśli nie, trudno, będziemy sobie radzić, tak czy inaczej. Za Was także wypiję i za naszą internetową znajomość. Wszystkiego najlepszego w 2018 roku!