niedziela, 22 listopada 2015

Posłuchajcie o tej zbrodni, obrzydliwej, krwawej zbrodni!



Gdy sięgam po kolejne książki Tess Gerritsen, lubię wyobrażać sobie panią doktor, jak dostaje od jednej z pacjentek reklamówkę z książkami i zaczyna czytać. Ten dzień zmienia jej życie. Powoli wsiąka w papierową rzeczywistość. Czyta, potem sama zaczyna pisać, aż wreszcie sprowadza na świat detektyw Jane Rizzoli i doktor Maurę Isles.
            W kolejnym tomie przygód tej niezwyklej dwójki, Gerritsen zabiera nas na afrykańskie safari, gdzie razem z grupą osób, pragnących zwiedzić Afrykę, padamy ofiarami nieszczęśliwego zbiegu wydarzeń. W Bostonie natomiast Isles i Rizzoli pracują nad sprawą wypychacza zwierząt, który sam został potraktowany jak wiele z jego trofeów. Również w warstwie obyczajowej autorka dostarcza nam nieco nowych informacji na temat losów bohaterek. Rozzoli zmaga się z problemami rodzinnymi, starając się przekonać matkę, że może rezygnacja z własnego szczęścia, dla rzekomego dobra rodziny, nie jest najlepszym wyborem. Isles natomiast, ta cudowna neurotyczka (jakże ja ją lubię, jakże rozumiem, mnie też jest najlepiej samej ze sobą!) musi poradzić sobie z obecnością nowego, futrzanego lokatora.
            W zasadzie w „Umrzeć po raz drugi” Gerittsen daje nam to, do czego nas już przyzwyczaiła – krwawą zbrodnię, tajemnicę, dobrze mylone tropy, świetnie opisane techniki kryminalistyczne  i dwie świetne kobiece bohaterki. Mimo upływu lat, jej opisy nie tracą na autentyczności. Wciąż wyczuwa się, że Gerritsen jest autentyczna, doskonale zna to, o czym pisze, a ludzkie ciało i patologia nie mają przed nią tajemnic. Dzięki niej i my możemy wkroczyć do tego świata, przerażającego, ale jakże fascynującego. Za to kocham te książki. Można zbliżyć się do makabry, pozostając jednocześnie w swoim ciepłym fotelu i zamknąć książkę, gdy tylko przestraszymy się za bardzo. To właśnie oferują nam książki Tess Gerritsen. Nic więcej i nic mniej.
            Jasne, że „Umrzeć po raz drugi” to czytadełko. Na dwa wieczory, a jeśli się dobrze przyssać, to na jeden. Czytadełko, ale jakie!

wtorek, 17 listopada 2015

Wsi spokojna, wsi wesoła, Musierowicz cię wskrzesić nie zdoła



Właściwie nie mogę się już chyba nazwać fanką Małgorzaty Musierowicz. Czytam jej książki z przyzwyczajenia, z rozpędu i nie przeczę, z pewnego przywiązania do Borejków (które niestety nieco słabnie odkąd rodzina z Jeżyc zaczęła zadzierać nosa, a może zawsze zadzierała, tylko jako nastolatka, tego nie widziałam?).
            Na szczęście „Feblik” jest lepszy niż poprzednia część, „Wnuczka do orzechów”, w której Musierowicz powraca do motywu „wsi spokojna, wsi wesoła”, któż te uroki policzyć zdoła. We „Wnuczce” rumiane młode dziewczyny biegają na boso po drzewach, czując związek z ziemią przodków, mechanicy zawsze popijają, mieszkańcy wsi nigdy nie kończą wyższych uczelni i przekręcają słowa, a postrzelone panie doktor występują jedynie i wyłącznie w charakterze letniczek z miasta, które o wsi wiedzą niewiele, ale w potrzebie zawsze sypną dużym groszem. W „Febliku” Musierowicz oszczędza nam takich anachronizmów. Tym razem bierze sobie na warsztat Ignacego Grzegorza i nową-dawną postać, jego koleżankę z lat szkolnych, Agnieszkę Żyrę. Oboje młodzi bohaterowie są artystami, co pozwala Musierowicz snuć teorie na temat sztuki, ale także rozprawić się z własnymi krytykami, wkładając w usta Ignasia stwierdzenia typu „krytykę rozważ, ale w sumie dzieło jest twoje, więc ty i tylko ty wiesz, jaki ostatecznie ma mieć kształt”. Proste? Bardzo proste! Doprawia to oczywiście humanistycznymi anegdotkami na temat literatów i artystów, średniowiecznych, renesansowych, barokowych kościołów rozsianych wokół miejsca zamieszkania Patrycji i Frolka. Dorzuci kilka cytatów z wierszy i książek. Nie jest to jednak nachalne, a nawet bywa miłe.
            Co mi jednak przeszkadza. Po pierwsze primo (by użyć tak lubianej przez protoplastę rodu łaciny), to, że Borejkowie są chyba jedyną porządną rodziną w całej Wielkopolsce. Matka Agnieszki musi być alkoholiczką, jej siostra musi być porzucona, matka Doroty jest na zarobku gdzieś w świecie i tylko Borejkowie nie wiedzą chyba, co to rozwody. A nie, zaraz, oni rozwodów nie potrzebują, tak się kochają! Także chyba w promieniu stu kilometrów w każdą stronę od Borejków nie ma innej całej, szczęśliwej rodziny. (Wystarczy spojrzeć, co autorka uczyniła dobrej, kochanej, poczciwej Kresce; to jej córką, nie zapominajmy o tym, jest ta beznadziejna, bezczelna i niewrażliwa Magdusia, nazywana przez Idę Magdonaldusią, która nie lubi poezji i skrzywdziła Ignasia; no kurde!, jakoś nie chce mi się wierzyć, żeby Kreska źle wychowała własne dzieci, biorąc pod uwagę, jak zajmowała się Genowefą Bombke). Ale o tym, że Róża się puściła przed ślubem, a świętą Gabrielę mąż zostawił z dwójką dzieci, bo jej własnym wyborem zarządziły hormony, autorka już chyba nie pamięta (i jakoś wtedy rozwody okazały się dobre!).  Po drugie primo, jakoś dbanie o rodzinę, w wykonaniu Borejków, sprowadza się tylko i wyłącznie do rodziny Borejków. Grześ bardzo chętnie wymalowuje pokój teściów, ale żeby zadzwonił do swojej córki, Noelki, to już nie. (Nie zapominajmy przecież, że oprócz Ignacego Grzegorza, ukochanego syna, Grzegorz ma także córkę. Ale czy on sam o tym pamięta? Nie wydaje mi się). Bardziej go zajmuje budowanie relacji z siostrzeńcem żony, niż własną córką! Podobnie czyni poczciwy Robrojek. Liczą się tylko Natalia, Szymon i Jędruś. Ale żeby tak Robrojek podczas rodzinnego obiadu zadzwonił do swojej córki Belli, to nie. Bardziej wszystkich interesuje pojawienie się na świecie małego Tygrysiątka, bo przecież Laura jest z domu Borejko! Po trzecie primo. Chyba kompletnie rozmijam się z Musierowicz w kwestii światopoglądowej. Nie uważam, by wszystko na tym świecie było po coś. Nie uważam, by powołaniem kobiety było posiadanie męża i dzieci, domu, gotowanie i realizowanie się, jako kura domowa. Dla mnie byłoby to za mało. Choć akceptuję takie podejście, oraz kobiety, które to uszczęśliwia, nie rozumiem go i mnie nie przekonuje. Nie chciałabym aby moim największym osiągnięciem życiowym było dziecko.
            Reasumując, jest lepiej niż w poprzednim tomie, który mnie niesłychanie denerwował. Nadal lubię Musierowicz za optymizm, który bije z jej książek, za ludzi, którzy kochają książki, a z drugiej strony… dla mnie to już nie to.

czwartek, 12 listopada 2015

Sztuka opowieści



Opowieść towarzyszy nam od samego początku. Opowiadamy sobie historie naszych rodzin, opowiadamy dzieciom bajki na dobranoc. Nasze życie jest opowieścią, którą powoli relacjonujemy światu i splatamy z tysiącami innych ludzkich historii. Z naszej potrzeby opowieści, bo nie mam wątpliwości, że istnieje w nas głód opowieści, zrodziły się szeptane historie, baśnie, książki. Z tej potrzeby wyrósł także „Zaklinacz słów”.
            „Zaklinacz słów” to historia Niny, Polki, która wyrusza do Londynu, by tam studiować i zgłębiać tajemnice arabskich baśni, które pasjonowały ją od dzieciństwa. Tam też spotyka Gabriela, tajemniczego mężczyznę, wraz z którym zaczyna zwiedzać miasto pod kątem zbierania ludzkich historii. W ten sposób poznaje opowieści o sklepie warzywnym, którego właściciel umie wczytywać się w ludzką duszę, dlatego niektórym klientom w dłoniach owoce bujnie rozkwitają, innym marnieją lub wręcz gniją; o rozpadającej się filiżance, która pragnęła należeć tylko do jednej osoby, oraz o naczyniu należącym do pewnej egzotycznej tancerki.
            Książka polskiej autorki, ukrytej pod egzotycznym pseudonimem, jest bardzo sensualna. Cała pachnie, wypełniona jest kolorami, smakami i zapachami orientalnego świata. Magicznego, surrealistycznego, mieszczącego się gdzieś na styku rzeczywistości z myśleniem magicznym. Ten jakże barwny pejzaż skontrastowany zostaje z szarym angielskim miastem, w którym koegzystują ze sobą różne nacje i światopoglądy. 

            Kolejnym plusem książki, snutej zręcznie niczym arabska baśń, jest język. Nie tylko plastyczny, ale także piękny, urzekający. Potrafiący oddać obrazy, kolory, smaki, zapachy. A do tego niezwykła narracja – Nina snuje swą opowieść, cały czas zwracając się do tytułowego Zaklinacza Słów. Dotąd spotkałam tylko jedną historię pisaną w narracji drugoosobowej (któreś z opowiadań Kuczoka).   
            Sięgnijcie po „Zaklinacza słów”. Może nie będzie to lektura łatwa (książka niemal całkowicie pozbawiona jest dialogów), ale na pewno warta każdej poświęconej jej minuty. Przekonacie się, że nawet we współczesnym świecie jest miejsce dla Seherezady.

środa, 4 listopada 2015

70 lat minęło, czyli jak porażką uczcić klęskę



O Powstaniu Warszawskim powiedziano już wiele. Napisano książki, zarówno naukowe, jak i fabularne, nakręcono filmy, z osławionym „Kanałem” Andrzeja Wajdy na czele. W siedemdziesiątą rocznicę wybuchu powstania do tych głosów postanowił swoją cegiełkę dorzucić także Jan Komasa, reżyser „Sali samobójców”. O filmie było głośno jeszcze zanim na dobre wszedł do kin. Mówiono o spektakularnym, jak na polskie warunki, budżecie, o iście hollywoodzkich efektach specjalnych oraz o niesławnym pokazie przedpremierowym na Stadionie Narodowym, w trakcie którego reżyser pokazał film powstańcom, prezydentowi, a potem stwierdził, że w zasadzie nie jest to gotowy film, a jedynie przymiarka. Ale odłóżmy na bok całą tę otoczkę, hasła marketingowe w stylu „Miłość w czasach apokalipsy”, które nie wiadomo, czy do jego obejrzenia zachęcają, czy zniechęcają i zastanówmy się, co tak naprawdę Komasa miał do powiedzenia o Powstaniu. Czy miał cokolwiek?
            Głównym bohaterem filmu jest osiemnastoletni Stefan. Chłopak zostaje wciągnięty przez swoją przyjaciółkę, Kamę, do konspiracji. Bierze udział w powstaniu – walczy na Powązkach, jest świadkiem wybuchu czołgu-pułapki na Kilińskiego, przedziera się przez kanały. Z nim skonfrontowane zostają pozostałe postaci – zbudowane na zasadzie przeciwieństw, pochodząca z robotniczego domu Kama i panienka z wyższych sfer, Biedronka, w której domu bywa Zośka Naukowska oraz młody Żyd, dołączający do powstania, bo zabito mu całą rodzinę. 

Mam z bohaterami „Miasta 44” pewien problem. Stefan cały czas mówi, że nie chce brać udziału w powstaniu, że nie interesuje go walka za ojczyznę. A jednak, nagle, ni z tego, ni z owego, rzuca się w sam środek walk.  Czy chodzi tu o archetyp uwolnienia się od matki? Stefan ucieka od niej, rozhisteryzowanej i zrozpaczonej śmiercią ojca, w wir walki, ucieka, by móc stać się mężczyzną? Nawet jeśli, co z pozostałymi bohaterami? Dlaczego Biedronka, naraża się, snując po okupowanej Warszawie, by odnaleźć i uratować chłopaka, z którym raz tylko miała styczność, i który na dobrą sprawę ją porzuca? Aż tak zakochałaby się w ciągu kilku chwil? Dlaczego jeden z powstańców, który woła: „Nie chcę umierać”, minutę później, zupełnie bez sensu, popełnia samobójstwo? „Miasto 44” nie ma jednego bohatera. Stefan, Biedronka, Kama, Beksa. Mnogość postaci sprawia, że do nikogo tak na dobrą sprawę nie potrafię się przywiązać. A przez to, choć wiem, że ich losy będą tragiczne, nie współczuję im, nie tak, jak powinnam.

            „Miasto…” to tak naprawdę zlepek obrazów. Odbicie zbrojowni. Ostrzeliwanie Powązek. Wybuch czołgu-pułapki. Ucieczka kanałami. Zrzuty ulotek. Ten film jest trochę jak puzzle. Połączone ze sobą tworzą historię, jednak osobno to ciąg nic nieznaczących migawek.  Brak tu jakiejś ciągłości, przyczyny i skutku. To w zasadzie taki patchwork. Teatr okropności. Bohaterowie miotają się z miejsca na miejsce. A zdezorientowany widz nie wie już nawet, czy to piąty, czy pięćdziesiąty dzień powstania.
            Równie niespójne, co w treści, jest i „Miasto…” w formie przekazu. Zwolnione sceny, trochę Niemena, kule układające się w kształt serca, sekwencje w kanałach niczym film gore. Widzowie się śmiali. Czy naprawdę powinni się śmiać podczas projekcji filmu o powstaniu? Nie mam nic przeciwko mieszaniu gatunków, nie mam nic przeciwko współczesnym środkom wyrazu. Tyle, że gdy nie potrafię sobie odpowiedzieć na pytanie „W jakim celu?”, zaczynam sądzić, iż zabieg jest nietrafiony. Bo po cóż zwolniony lot tłuczonej przez wściekłą matkę filiżanki? I te nieszczęsne kule? 

            Nie jestem tak zupełnie na „nie”. Podoba mi się, że Komasa nie gloryfikuje powstania. Podoba mi się, że pokazuje powstańców, jako młodych, niczego nieświadomych ludzi, którzy rzucili się w wir walki „na hurra”, bez broni, bezmyślnie, bez sensu. Ludzi, którzy, jak w filmie zostaje niejednokrotnie podkreślone, sądzili, że powstanie potrwa dwa dni. Podoba mi się, że pokazani są w tak ludzki sposób – boją się, nie chcą umierać. Podoba mi się, że Komasa pokazuje dobrych Polaków i złych Niemców, złych Polaków i dobrych Niemców. Podoba mi się wreszcie, że w iście hollywoodzki sposób wystawia pomnik zniszczonemu miastu. Nie zapomina o cywilach, największych przegranych, o których losach postanowiono na szczytach władzy, bo ktoś, gdzieś zadecydował.
            Film Jana Komasy gra na najbardziej pierwotnych ludzkich uczuciach – strachu, rozpaczy. Nie przejdziecie obok niego obojętnie. To film, który wizualnie nie pozostawi Was obojętnymi. Ale czy to dobry film? Zapewne dotknęła go bolączka przerostu formy nad treścią. Cóż, Jan Komasa chciał zrobić film o powstaniu. Jan Komasa zrobił film o powstaniu. Co chciał nam tym filmem powiedzieć o powstaniu? Chyba tylko to, że było.

____________________________________________
Uwaga na marginesie. Gorzej to będzie już chyba tylko, gdy dostaniemy tę osławioną i oczekiwaną powieść o Powstaniu Warszawskim pióra tak ukochanej Ałtorki.

poniedziałek, 2 listopada 2015

Jesienny przetrwalnik



Przed moim budynkiem rośnie drzewo.  Patrzę na spadające liście i sama też trochę czuję się, jak spadający liść. Dryfuję na wietrze, bezsilna, nie potrafiąc wykrzesać z siebie letniej iskry. Mogłabym pisać, ale dla kogo? Oglądam filmy, czytam książki. Przecież mam o nich swoje zdanie, mam coś do powiedzenia, ale po co? Dni stały się szare. Te na zewnątrz i te wewnątrz. Nawet przy zapalonej lampie. Bezsilnej. Moje dni dryfują gdzieś pomiędzy. Moje myśli obijają się. Między. Między smutnym kwiatem na parapecie. Między piecem kaflowym, smętną obietnicą domowego ogniska. Między szelestem kartek, które nie ciągną, by wracać. Wypitymi herbatami, o które ogrzewam chłodne dłonie. Między kocem, pod który wślizgnę się, zaraz po powrocie z pracy. Kot śpi na oparciu kanapy, swoim chrapaniem rozpraszając skupioną ciszę. Nieświadomy mojego slalomu między przedmiotami.

Taki jesienny przetrwalnik. Ciepła kawa o smaku czekoladowym, ciepły koc (dzięki, Sis!), ciepły kot. Jakoś to będzie…