środa, 4 listopada 2015

70 lat minęło, czyli jak porażką uczcić klęskę



O Powstaniu Warszawskim powiedziano już wiele. Napisano książki, zarówno naukowe, jak i fabularne, nakręcono filmy, z osławionym „Kanałem” Andrzeja Wajdy na czele. W siedemdziesiątą rocznicę wybuchu powstania do tych głosów postanowił swoją cegiełkę dorzucić także Jan Komasa, reżyser „Sali samobójców”. O filmie było głośno jeszcze zanim na dobre wszedł do kin. Mówiono o spektakularnym, jak na polskie warunki, budżecie, o iście hollywoodzkich efektach specjalnych oraz o niesławnym pokazie przedpremierowym na Stadionie Narodowym, w trakcie którego reżyser pokazał film powstańcom, prezydentowi, a potem stwierdził, że w zasadzie nie jest to gotowy film, a jedynie przymiarka. Ale odłóżmy na bok całą tę otoczkę, hasła marketingowe w stylu „Miłość w czasach apokalipsy”, które nie wiadomo, czy do jego obejrzenia zachęcają, czy zniechęcają i zastanówmy się, co tak naprawdę Komasa miał do powiedzenia o Powstaniu. Czy miał cokolwiek?
            Głównym bohaterem filmu jest osiemnastoletni Stefan. Chłopak zostaje wciągnięty przez swoją przyjaciółkę, Kamę, do konspiracji. Bierze udział w powstaniu – walczy na Powązkach, jest świadkiem wybuchu czołgu-pułapki na Kilińskiego, przedziera się przez kanały. Z nim skonfrontowane zostają pozostałe postaci – zbudowane na zasadzie przeciwieństw, pochodząca z robotniczego domu Kama i panienka z wyższych sfer, Biedronka, w której domu bywa Zośka Naukowska oraz młody Żyd, dołączający do powstania, bo zabito mu całą rodzinę. 

Mam z bohaterami „Miasta 44” pewien problem. Stefan cały czas mówi, że nie chce brać udziału w powstaniu, że nie interesuje go walka za ojczyznę. A jednak, nagle, ni z tego, ni z owego, rzuca się w sam środek walk.  Czy chodzi tu o archetyp uwolnienia się od matki? Stefan ucieka od niej, rozhisteryzowanej i zrozpaczonej śmiercią ojca, w wir walki, ucieka, by móc stać się mężczyzną? Nawet jeśli, co z pozostałymi bohaterami? Dlaczego Biedronka, naraża się, snując po okupowanej Warszawie, by odnaleźć i uratować chłopaka, z którym raz tylko miała styczność, i który na dobrą sprawę ją porzuca? Aż tak zakochałaby się w ciągu kilku chwil? Dlaczego jeden z powstańców, który woła: „Nie chcę umierać”, minutę później, zupełnie bez sensu, popełnia samobójstwo? „Miasto 44” nie ma jednego bohatera. Stefan, Biedronka, Kama, Beksa. Mnogość postaci sprawia, że do nikogo tak na dobrą sprawę nie potrafię się przywiązać. A przez to, choć wiem, że ich losy będą tragiczne, nie współczuję im, nie tak, jak powinnam.

            „Miasto…” to tak naprawdę zlepek obrazów. Odbicie zbrojowni. Ostrzeliwanie Powązek. Wybuch czołgu-pułapki. Ucieczka kanałami. Zrzuty ulotek. Ten film jest trochę jak puzzle. Połączone ze sobą tworzą historię, jednak osobno to ciąg nic nieznaczących migawek.  Brak tu jakiejś ciągłości, przyczyny i skutku. To w zasadzie taki patchwork. Teatr okropności. Bohaterowie miotają się z miejsca na miejsce. A zdezorientowany widz nie wie już nawet, czy to piąty, czy pięćdziesiąty dzień powstania.
            Równie niespójne, co w treści, jest i „Miasto…” w formie przekazu. Zwolnione sceny, trochę Niemena, kule układające się w kształt serca, sekwencje w kanałach niczym film gore. Widzowie się śmiali. Czy naprawdę powinni się śmiać podczas projekcji filmu o powstaniu? Nie mam nic przeciwko mieszaniu gatunków, nie mam nic przeciwko współczesnym środkom wyrazu. Tyle, że gdy nie potrafię sobie odpowiedzieć na pytanie „W jakim celu?”, zaczynam sądzić, iż zabieg jest nietrafiony. Bo po cóż zwolniony lot tłuczonej przez wściekłą matkę filiżanki? I te nieszczęsne kule? 

            Nie jestem tak zupełnie na „nie”. Podoba mi się, że Komasa nie gloryfikuje powstania. Podoba mi się, że pokazuje powstańców, jako młodych, niczego nieświadomych ludzi, którzy rzucili się w wir walki „na hurra”, bez broni, bezmyślnie, bez sensu. Ludzi, którzy, jak w filmie zostaje niejednokrotnie podkreślone, sądzili, że powstanie potrwa dwa dni. Podoba mi się, że pokazani są w tak ludzki sposób – boją się, nie chcą umierać. Podoba mi się, że Komasa pokazuje dobrych Polaków i złych Niemców, złych Polaków i dobrych Niemców. Podoba mi się wreszcie, że w iście hollywoodzki sposób wystawia pomnik zniszczonemu miastu. Nie zapomina o cywilach, największych przegranych, o których losach postanowiono na szczytach władzy, bo ktoś, gdzieś zadecydował.
            Film Jana Komasy gra na najbardziej pierwotnych ludzkich uczuciach – strachu, rozpaczy. Nie przejdziecie obok niego obojętnie. To film, który wizualnie nie pozostawi Was obojętnymi. Ale czy to dobry film? Zapewne dotknęła go bolączka przerostu formy nad treścią. Cóż, Jan Komasa chciał zrobić film o powstaniu. Jan Komasa zrobił film o powstaniu. Co chciał nam tym filmem powiedzieć o powstaniu? Chyba tylko to, że było.

____________________________________________
Uwaga na marginesie. Gorzej to będzie już chyba tylko, gdy dostaniemy tę osławioną i oczekiwaną powieść o Powstaniu Warszawskim pióra tak ukochanej Ałtorki.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz