wtorek, 17 lutego 2015

Dlaczego pozostanę bibliotekarką?




W lipcu zeszłego roku wzięłam udział w kolejnej edycji konkursu imienia Olgi Rok. Wysłałam wniosek i przyznam, że szybko o tym zapomniałam (zawsze wychodzę z założenia, że i tak się nie uda). Aż do stycznia, kiedy nagle listonosz na adres biblioteki przyniósł dla mnie dużą tubę. Zdziwiłam się, bo nie pamiętałam, żebym czekała na przesyłkę z grą edukacyjną czy z wypożyczalni międzybibliotecznej. Zresztą te nigdy nie przychodzą na mnie imiennie, jedynie na bibliotekę.
            Okazało się, że tuba zawierała przesyłkę od Fundacji im. Olgi Rok. Dostałam w prezencie kalendarz z laureatkami stypendium. Wisi na ścianie za moim stanowiskiem pracy. Zerkam na niego, gdy umawiam się na lekcje biblioteczne ze szkołą i przedszkolem. Zerkam na niego, gdy sprawdzam, czy pasuje mi wyjazd na szkolenie czy konferencję. Zerkam, gdy umawiam się z klubem książki. Albo czasami, dla poprawy humoru, bo każdy ma gorsze dni.
            Ludzie patrzą na mnie, jak na wariatkę, bo lubię swoją pracę. Pracy nie należy lubić. Pracę należy odbębniać. Iść na osiem godzin, przesiedzieć, zrobić, co trzeba i wrócić do domu. I tak od weekendu do weekendu. Pracą nie należy się pasjonować. Kto to widział, żeby z przyjemnością ustawiać książki na półkach, cieszyć się z owijania, czy wprowadzania nowych zakupów do systemu! Praca ma przynosić pieniądze, no względnie prestiż. Im więcej osób o tobie usłyszy, tym lepiej dla ciebie. Masz być ważny, masz być wielki, masz być Kimś. Dziś przecież każdy chce być Kimś.
            Cóż. Powiem teraz coś bardzo wstydliwego: tak, lubię swoją pracę. Tak: lubię chodzić do pracy. Tak: satysfakcjonuje mnie moja praca. Może nawet za bardzo. Trudno, niech tak zostanie. Widocznie jestem z tych, którzy żyją, żeby pracować, a nie pracują, żeby żyć. I jakoś… nie przeszkadza mi to. Przecież trzeba się w życiu trzymać tego, co daje nam satysfakcję i poczucie spełnienia. A mnie te uczucia zapewnia jedynie praca.

czwartek, 12 lutego 2015

Mary Reilly




„Mary Reilly” to chyba niezbyt znany film. Ja trafiłam na niego, kiedy przygotowując się na lekcję biblioteczną o musicalach, poszukiwałam informacji o spektaklu „Jekyll i Hyde”. Film reklamowano jako horror, więc miałam pewne wątpliwości, ale na szczęcie mam kogoś, kto gdy ze strachu zakrywam oczy dłońmi, relacjonuje mi, co się dzieje na ekranie.
            Mary Reilly jest służącą w domu sławnego londyńskiego lekarza pana Jekylla. Między młodą służącą i jej chlebodawcą szybko nawiązuje się nić sympatii. Niebawem jednak pan domu oznajmia, iż zamieszka z nimi jego asystent, Edward Hyde. Służba rzadko go widuje, gdyż mężczyzna pojawia się niemal tylko nocą. Wszyscy, którzy mają z nim do czynienia, mówią, że to człowiek niebezpieczny, a do tego niemiły.
            Niemal wszystkim obiła się o uszy fabuła tej znanej dziewiętnastowiecznej opowiastki. Henry Jekyll pragnie oddzielić dobro od zła. W ten sposób powstaje Edward Hyde, wszystko, co w nim złe, pragnące wyzwolić się z konwenansów, żyć po swojemu. Po co do tej historii wprowadzać młodą służącą? Ano po to, by pokazać, że zarówno Jekylla, jak i Hyde’a można kochać. Mary bowiem całe swe serce oddaje chlebodawcy. Coś jednak ciągnie ją także do Hyde’a, coś ją w nim fascynuje. Postać Mary Reilly uzmysławia nam, że choć sami spętaliśmy się masą nakazów i zakazów, obwarowań społecznych, wciąż mamy w sobie chęć ich łamania. Chęć złamania tabu. Każdy człowiek nosi w sobie zarówno Jekylla, jak i Hyde’a. Co więcej postać Mary uzmysławia widzowi, że nie tylko Jekyll nosi w sobie Hyde’a, ale i odwrotnie, także Hyde nie jest do szpiku kości zły. Pragnie zabić Mary, a jednak tego nie robi. Coś go powstrzymuje. Nie jestem pewna, czy zgadzam się z tezą, że nawet najgorszy potwór jest zdolny do miłości. Jednak fascynuje on młodą służącą. Po raz kolejny powtórzona zostaje teza, iż zło jest znacznie bardziej pociągające, niż dobro. 
            Julia Roberts otrzymała za ten film Złotą Malinę, choć kompletnie nie rozumiem dlaczego. Moim zdaniem to jeden z jej lepszych filmów. John Malkovic wydaje się wprost stworzony do grania psychopatów. W podwójnej roli jest świetny.
            Dużą rolę w tym filmie odgrywa także klimat. Ciemne pomieszczenia, stare wielkie domy, snująca się wszędzie mgła. Jest mroczno, gotycko, tajemniczo. Jest strasznie, bez hektolitrów czerwonej farby. To właśnie lubię. Klimat, nie makabrę.
            Polecam Wam „Mary Reilly”. Dla miłośników „Jekylla i Hyde’a” i dla tych, którzy lubią filmy w gotyckich klimatach.
 

niedziela, 8 lutego 2015

To koniec, naprawdę koniec




Rodzeństwo Baudelaire. Towarzyszę im od ponad dziesięciu lat. A może to oni towarzyszą mnie. Pierwszy raz zetknęłam się z nimi, kiedy sama byłam jeszcze gimnazjalistką i przeczytałam o „Serii Niefortunnych Zdarzeń” w „Victorze”. Zaczęłam czytać i wpadłam. Potem o nich zapomniałam. Choć kilka z tych książek zgromadziłam i nadal stoją na mojej półce. W tym roku postanowiłam, że do nich powrócę. Dlaczego? Nie mam pojęcia.
            W ostatnim tomie serii rodzeństwo Baudelaire trafia wraz z hrabią Olafem na, jak się początkowo wydaje, bezludną wyspę. Szybko jednak wyspa okazuje się nie tak całkowicie bezludna. Mieszka na niej pewna dziwna wspólnota, której przewodzi Iszmael. Sieroty, chcąc nie chcąc, muszą się podporządkować jego prawom, a co gorsza wciąż mają na karku Olafa. Postanawiają, że przy nadarzającej się sposobności uciekną.  
            Zawsze ceniłam Snicketa. Za humor i za ironię. Za to, że pisząc dla małych, pisze też dla dużych. Ot, pierwszy z brzegu przykład – jak mają na imię rozbitkowie, z którymi spotykają się nasze sieroty? Poznają Piętaszkę, jej mamę, panią Kaliban, panią Marlow oraz Robinsona. Każdy dorosły, który choćby pobieżnie zna historię literatury światowej, wie, że pobrzmiewają tu oczywiste echa literatury wyspiarsko-marynistycznej – „Przypadków Robinsona Crusoe”, „Burzy” oraz „Jądra ciemności”.
            Poza tym lubię u Daniela Handlera (prawdziwe imię i nazwisko autora Serii Niefortunnych Zdarzeń, Lemony Snicket to postać literacka, która według książek spisuje historię rodzeństwa, a poza tym doskonale znała rodziców sierot Baudelaire), że nie boi się trudnych tematów. W ostatniej książce serii, „Końcu końców”, podejmuje więc temat wykluczenia społecznego oraz obrony własnego zdania. Zastanawia się też nad funkcją sekretów w naszym życiu – są potrzebne, złe, nieuniknione? Przede wszystkim nie boi się mówić, że życie jest ciężkie, trudne i często, to, co od niego otrzymujemy, nie przynosi satysfakcji. Życie nikogo nie oszczędza – nawet dzieci.
            Cieszę się, że w ostatnim tomie autor powrócił do większości epizodów z życia sierot. Pojawiła się więc Jadzia (Niewiarygodnie Jadowita Żmija) z „Gabinetu Gadów”, wspomniano sędzię Straus z „Przykrego początku”, trojaczki Bagienne z „Akademii antypatii”, kapitana łodzi podwodnej, u którego swego czasu mieszkały sieroty, Łzawe Jezioro, tartak „Szczęsna Woń” i wiele, wiele innych miejsc związanych z ich historią.   
            Trochę mam do Handlera żal. Nawet w ostatnim tomie nie pozwala czytelnikowi poznać wszystkich sekretów dotyczących rodziców sierot Baudelaire. Co więcej, dorzuca kilka kolejnych zagadek, ostatecznie pozostawiając czytelnika z niczym.
            Uważam Handlera-Snicketa za jednego z najlepszych autorów książek dziecięco-młodzieżowych, jakich publikowało się w ostatnich latach na polskim rynku. Kto nie zna jeszcze rodzeństwa Baudelaire niech żałuje i natychmiast to nadrobi!    

niedziela, 1 lutego 2015

Londyn oczami Zadie Smith



Zadie Smith uznawana jest za jedną z najlepszych współczesnych angielskich pisarek. Osobiście nigdy wcześniej nie miałam do czynienia z jej twórczością. Owszem, nazwisko było mi znajome, ale do tej pory nic Smith nie czytałam. Aż przypadkiem, nie z wyboru, a raczej z musu, trafił nam się do przeczytania na spotkanie Dyskusyjnego Klubu Książki „Londyn NW”. I przepadłam.
            „Londyn NW” jest, jak sugeruje sam tytuł, opowieścią o mieszkańcach pónocno-zachodniej części angielskiej stolicy. Powieść składa się z historii kilku osób, które splatają się ze sobą. Leah i Natalie przyjaźnią się od dziecka, choć ich losy potoczyły się w diametralnie różny sposób. Leah mieszka z mężem w wynajętym mieszkaniu. Jest zagubiona, gdyż nie potrafi przyznać się mu, że nie chce mieć dzieci, o czym Michael z kolei bardzo marzy. Natalie została z kolei wziętym prawnikiem. jej życie przypomina bardziej plan do wykonania – dobra praca, mąż, dzieci. Tyle, że kobieta nie potrafi odczuwać satysfakcji z osiągniętych sukcesów, a męża po prostu nie kocha. Żyje na pokaz, nieustannie wymyślając samą siebie. Felix wykonywał już chyba każdą pracę – był mechanikiem, filmowcem, sprzedawcą. Stykamy się z nim w momencie, gdy próbuje wyplątać się z jednego związku, by zacząć kolejny.  
            Powieść Zadie Smith nie jest na dobrą sprawę książką o ludziach. To historia miasta zawężona do jego północno-zachodnich dzielnic. To opowieść o miejscu, w którym, niczym w tyglu, spotykają się różne narodowości - rdzenni londyńczycy, emigranci z Jamajki, Polski, Brazylii. To historia o spotkaniu, czy raczej zderzeniu ze sobą, różnych kultur. O sposobach odnajdywania siebie w tym gąszczu oraz o próbie ucieczki od siebie i stereotypów na temat własnej, niezbyt oczywistej zresztą, narodowości.
             Może nie do końca chodzi też o to, co jest w tej książce napisane, ale jak jest napisane. Zadie Smith w mistrzowski sposób bawi się formą. Raz jest to tradycyjna narracja, innym razem pojedyncze patchworkowe zlepki, czasem tekst układa się w drzewko lub udaje rozmowę przez internetowy komunikator.
            Czytelniczkom z Klubu Książki powieść się raczej nie podobała. Ale na mnie zrobiła wrażenie. Uwiodła mnie, ponieważ jest prawdziwa. Pokazuje dzisiejszych trzydziestolatków takimi, jakimi są. Może nie żyjemy w Londynie, nie spotykamy się na co dzień z przedstawicielami tak wielu kultur, ale i w naszym kraju ludzie coraz bardziej żyją w Internecie niż swoimi realnymi życiami, poszukują i gubią się, gonią za lepszym i bogatszym życiem. W swoich związkach i przyjaźniach, bardziej opartych na przymusie społecznym, a mniej na realnych uczuciach, są coraz mniej prawdziwi. Ze wszystkim ślizgamy się po powierzchni, bo na głębszą refleksję nie starcza czasu.
            Polecam serdecznie powieść Zadie Smith, choć nabyte w klubie książki doświadczenie podpowiada, że dotrze bardziej do młodych ludzi. Mimo wszystko pozostaje to kawałek solidnej literatury, wobec którego nie można przejść obojętnie.