piątek, 26 grudnia 2014

Koniec świata na wesoło, koniec świata na poważnie



Każdy ma pewnie swoją prywatną listę „Najlepszych filmów o…”. I tak, na szczycie mojej prywatnej listy filmów o końcu świata znajduje się „Melancholia” Larsa von Tiera, a potem… nie ma już nic. Film von Tiera jest wspaniały. Jest to jednak opowieść o końcu świata zupełnie na serio. Tymczasem „Przyjaciel do końca świata” to historia o końcu ludzkości opowiedziana z przymrużeniem oka.
            Dwoje bohaterów. Dziewczyna po przejściach i mężczyzna z przeszłością. Spotykają się zupełnym przypadkiem. On nie ma już żony, więc mimo nadchodzącego końca, chodzi do pracy, spotyka z przyjaciółmi. Zachowuje się niemal normalnie. Ona pragnie wrócić do domu, do rodziców, jednak spóźnia się na ostatni samolot. Finalizując swoje sprawy, oddaje sąsiadowi pocztę, która jakoś tak wałęsała się u niej od trzech lat, bo przecież listonoszowi czasem zdarzy się pomylić. Wśród zalegającej u niej korespondencji, znalazł się list od dawnej ukochanej mężczyzny. Nie mając już nic do stracenia, przecież za kilka dni koniec świata, Dodge i Penny wyruszają, by ją odnaleźć.
            Owszem, „Przyjaciel do końca świata” nie umywa się do „Melancholii”, to pewne. Ale jest to kino przyjemno-refleksyjne. Co się liczy w obliczu końca? Dla jednych, by dać czadu – wszak nie ma już konsekwencji, nie ma kary, nie ma przyszłości. Zatem ludzie spotykają się na małych orgietkach, by wspólnie pić i ćpać, dowiedzieć się, jak to jest spróbować narkotyków. Kobiety stają się rozwiązłe, co im szkodzi, dzieci już nie zdążą urodzić. Inni odchodzą z pracy, a ci, co w niej zostają, nagle awansują, bo nie ma już komu wykonywać codziennych obowiązków. Zatem w obliczu końca świata każdy jest dyrektorem od czegoś. Jeszcze inni, nie mogąc wytrzymać presji, popełniają samobójstwo. Jedni z własnej ręki, inni wynajmując prywatnego mordercę, by pomógł im skończyć ze sobą. Dodge i Penny natomiast ruszają w podróż. Podróż, w trakcie której poznają siebie samych i siebie nawzajem. Taką, w którą warto zabrać jedynie płyty z dobrą muzyką i psa.
            O czym jest „Przyjaciel do końca świata”? To film nie tylko o ludzkich reakcjach na tę straszną przecież wiadomość. To nie tylko historia mówiąca, że nie warto ratować się za wszelką cenę. Jest to przede wszystkim opowieść o samotności i zagubieniu, o tym, że mimo wszystko dążymy do wyzwolenia się od samotności. Zwłaszcza w obliczu śmierci szukamy pociechy w ramionach drugiego człowieka. W dzień końca świata nikt nie chce być sam.
            Oglądając filmy o końcu świata, zawsze mam wrażenie, podskórne przeczucie, że to nie może się stać, to nierealne. I o ile w przypadku „Armagedonu” rzeczywiście do końca świata nie dochodzi, o tyle w filmach von Tiera i Scafarii, no cóż… A może, jak pisał Miłosz, „innego końca świata nie będzie”?       
    

wtorek, 23 grudnia 2014

Dwanaście choinek i życzenia świąteczne



Bardzo lubię czytać blog Evy Scriby. Dowcipnie i z lekkością tworzy bibliotekarskie newsy. To właśnie z jej, jak to określa, kronikarskich notatek dowiedziałam się o cudownym filmie „Ptactwo powietrzne”. Dzięki niej usłyszałam też po raz pierwszy o filmie świątecznym „Dwanaście choinek”.
            „Dwanaście choinek” to opowieść o młodej bibliotekarce, która na krótko przed świętami dowiaduje się, że jej ukochana biblioteka ma zostać zburzona, a w jej miejsce postawione zostaną nowoczesne apartamentowce. Dziewczyna wypowiada wojnę developerowi. By udowodnić, jak ważnym miejscem jest biblioteka, wymyśla konkurs na udekorowanie świątecznego drzewka, angażując w niego niemal całą lokalną społeczność.

            Jasne, że „Dwanaście choinek” to jeden z tych filmów, które oglądamy, choć już od pierwszych scen wiemy, jak się skończą. A jednak to dobry film na świąteczny czas. Ciepły i miły dla oka. A poza tym, jakaż to biblioteka! Prześliczna, klimatyczna, z przecudowną pracownią artystyczną dla dzieci. Pełna przestrzeni, udekorowana starymi meblami. W takim miejscu aż chciałoby się pracować. 

            Film jest cukierkowy. Na dodatek przewidywalny. I na pewno nie znajdzie się na mojej prywatnej liście świątecznych hitów (nie, nie ma na niej „Kevina”, jest za to miejsce dla „Ja cię kocham, a ty śpisz”, „Holiday” i „Pory cudów”). Jednakże zapewne obejrzę go kiedyś jeszcze raz. By znów wrócić do tej biblioteki.


Generalnie jestem mało świąteczna, więc pozwólcie, że moje życzenia ograniczę do stwierdzenia, abyście te święta spędzili tak, jak macie ochotę. Ja? Będę wreszcie zażywać upragnionego urlopu. Długo spać, oglądać dużo filmów i czytać, czytać, czytać. Może wreszcie uwolnię się od tych wciąż zalegających wszędzie tomów. Choćby kilku. A bibliotekarzom, moim ukochanym Bibliotekarkom i Bibliotekarzom, życzę, abyśmy wszyscy mogli pracować w takich bibliotekach, jak ta z „Dwunastu choinek”.  

czwartek, 18 grudnia 2014

Thorgal

Takie cuda oto znalazłam w Internetach. Wiedziałam, że istnieją audiokomiksy, ale nigdy nie miałam z nimi do czynienia. Aż nie znalazłam Thorgala.

wtorek, 16 grudnia 2014

Sto lat, sto lat!

Kto ma dziś urodziny? Ja? Nie, ależ skąd. Mój blog? Nie, urodziny bloga wypadają w lipcu. Dziś przypada 239 rocznica urodzin Jane Austen, jednej z moich ulubionych pisarek i zarazem jednej z najbardziej znanych i cenionych na świecie angielskich autorek. Przyznaję się, uwielbiam stworzone przez nią historie. Kocham ironiczną i dowcipną Lizzy Bennet, bardzo lubię rozważną i rozsądną Eleonorę Dashwood. Jestem zdania, że proza panny Austen nigdy się nie zestarzeje. Na zdjęciu moje zbiory związane z osobą autorki "Dumy i uprzedzenia" - jej biografia, album o życiu, twórczości i adaptacjach filmowych dzieł pisarki, powieść "Rozważna i romantyczna". Brakuje filmu BBC "Jane Austen - żałuję". Przypomniałam sobie o nim już po zrobieniu zdjęcia.

Zatem sto lat, sto lat, Droga Autorko. Oby kochały Cię kolejne pokolenia czytelniczek.

niedziela, 14 grudnia 2014

Może film na wieczór?



Jednym z przyjemniejszych sposobów na spędzenie weekendu albo innego dowolnego dnia bądź popołudnia (ja akurat czasem dysponuję niemal jedynie w weekendy) jest obejrzenie filmu. Czasami zdarza mi się dotrzeć do jakiegoś tytułu przypadkowo. Tak było i w tym wypadku. Zobaczyłam na FB link do piosenki, którą zachwycała się moja koleżanka ze studiów. Podpatrzyłam i stwierdziłam, że teledysk zawiera sceny z filmu. W ten sposób od piosenki „Spadające gwiazdy”, dotarłam do filmu z Keirą Knightley i Markiem Ruffalo „Zacznijmy od nowa”. Myślę sobie: „Dlaczego nie”, filmy muzyczne dość lubię, pooglądać można.
            Główna bohaterka filmu przylatuje do Nowego Jorku razem z chłopakiem. Ten bowiem osiągnął spory sukces – napisał muzykę do filmu. Jak to często w życiu bywa, pan zachłysnął się popularnością i szybko naszą biedulkę zostawił. Załamaną zabiera do baru przyjaciel muzyk, gdzie namawia ją, by zaśpiewała swoją piosenkę. Tę z kolei słyszy pewien producent muzyczny, któremu marzy się powrót do niebanalnych tekstów i dobrej muzyki. Proponuje dziewczynie współpracę.
            Film naprawdę przyjemnie się ogląda. Pewnie, nie jest to żadne arcydzieło. Jednak ma dość ciekawą konstrukcję. Nasi bohaterowie poznają się już w pierwszej scenie. Natomiast potem mamy dwie retrospekcje. Najpierw z życia dziewczyny, potem z życia producenta. Obie mają swój finał tymże spotkaniem w barze. Tak mija nam połowa filmu – na dość dokładnym zaznajamianiu się z bohaterami i ich życiorysami. Potem na plan pierwszy wysuwa się ich wspólny album. A pomysł mają nielichy, trzeba przyznać – postanawiają każdą piosenkę nagrać w innym miejscu w Nowym Jorku. Zbierają grupę amatorów-zapaleńców, regularnie uciekają przed policją. Naprawdę przyjemnie się to ogląda. Z ekranu wprost wylewa się radość, jaką tej dwójce daje tworzenie muzyki. Film proponuje nam sporo znanych kawałków, które wprost wymuszają, by zakolebać się lub potupać nóżką do rytmu w trakcie seansu. Przyznam, że Keira Knightley mnie zadziwiła. Oczywiście, pani ma na swoim koncie role, za które bardzo ją cenię – w końcu była Elizabeth Bennet i Anną Kareniną, a jakże by inaczej! – ale nigdy dotąd nie miałam sposobności słyszeć jej śpiewającej. Moim zdaniem, dała radę, a przynajmniej przyjemnie się tego słuchało.

            Może „Zacznijmy od nowa” nie jest filmem wybitnym, przypuszczam nawet, że przeszedł bez echa, bo w życiu bym się o nim nie dowiedziała, gdyby nie przypadek, ale dobrze się go ogląda. To jeden z tych filmów, po których obejrzeniu, myślisz sobie: „kurcze, może świat nie jest taki zły?”. Z pewnością, gdy będę miała gorszy dzień, jeszcze do niego wrócę. A jeśli tylko w Saturnie lub innym Tesco natknę się na niego w koszu „Wszystko za 10 złotych”, nie ma mowy, żebym nie kupiła.     

piątek, 12 grudnia 2014

Prezenty, prezenty, czyli o nadmiernym gromadzeniu rzeczy



Święta w pełni. Mikołaj Coca Coli już wyjechał, wystawy sklepowe kuszą lampkami, w radiu kolędy, choinki w parkach poubieranie, wszyscy nawołują, że czas kupować prezenty – hasła reklamowe w centrach handlowych, przebrani Mikołaje, Śnieżynki, Aniołki, a nawet blogerzy. Widziałam już kilka postów, których autorzy sugerują, co kupić na prezent molowi książkowemu. Co na przykład? Torbę na laptopa udającą książkę (przepiękna), lampkę, którą przyczepia się do stronic (bardzo przydatna), bilet na musical (już mam, dziękuję), biżuterię – taki choćby naszyjnik z Małą Mii.
            Osobiście nie kupiłam jeszcze większości prezentów. Tylko niektóre. Jednak, gdy tak patrzę na te świąteczne propozycje, zastanawiam się, czy to wszystko naprawdę jest potrzebne? W mojej rodzinie raczej nie zasypujemy się prezentami. Na imieniny czy urodziny robimy je tylko rodzinnym dzieciom. Z tym Bożym Narodzeniem też bywa różnie. Jeśli prezenty już są, to bywa, że nietrafione. Na marginesie, straszne jest wpychanie komuś na siłę czegoś, czego nie chce, bo wydaje nam się, że go to uszczęśliwi. Nie lepiej po prostu zapytać? Ale nawet, gdyby były trafione, to czy potrzeba nam tych wszystkich rzeczy? Mam wrażenie, że w trakcie życia obrastamy niepotrzebnymi rzeczami.
Choćby ja. Jakiś czas temu wypuszczono na rynek kalendarz „Dziennik pisarza” (czy jakoś tak). Pomyślałam, że bardzo chciałabym go mieć. Ale potem przyszło mi do głowy: „Tylko po co?”. Kalendarzy raczej nie używam. Znaczy, że firma sprzedająca terminarz, poprzez promocję, wytworzyła we mnie potrzebę posiadania czegoś, co wcale nie jest mi potrzebne. Czy ten kalendarz zrobi ze mnie pisarkę? Oczywiście, że nie. Nie kupiłam go, ale wymagało to ode mnie trochę silnej woli. Teraz już go na pewno nie kupię, gdyż w prezencie od przyjaciółki dostałam mały notes z wróżkami na 2015 rok. Po co mi więc dwa?
            Jest w nas coś takiego, że nabywamy kolejne rzeczy. Jedni ubrania, inni książki, jeszcze inni bibeloty, płyty. Czy naprawdę tego wszystkiego potrzebujemy? Obrastamy rzeczami, wciąż i wciąż obsesyjnie gromadząc nowe, ale to nie sprawia, że jesteśmy szczęśliwi. Daje jedynie krótkotrwałe złudzenie.
            Kiedyś odmawiałam sobie niemal wszystkiego, wciąż tylko ciułając pieniądze, bo nigdy nie wiadomo, kiedy nadejdzie czarna godzina. Potem pojawił się ktoś, kto podarował mi kilka przedmiotów, które choć lata mijały, wciąż pragnęłam posiadać. Mam je. I co? Jest tak samo. Pewnie, bardzo miło jest wyciągnąć płytę i posłuchać dobrej muzyki, zamiast odsłuchiwać jej w Internecie, ale muzyka pozostała ta sama. A gdy mnie już nie będzie, to i tak ktoś się tego pozbędzie albo sprzeda.
            Koniec końców, jak we wszystkim, najlepszy jest chyba złoty środek. Nie odmawiajcie sobie małych przyjemności, ale też nie przesadzajcie.
            Udanych zakupów świątecznych!  

wtorek, 9 grudnia 2014

Czy jest coś, dla czego warto zostać?






Istnieje teoria, że każdy dobry film musi powstać na podstawie książki. „Zostań, jeśli kochasz” jest adaptacją powieści „Jeśli zostanę” Gayle Forman. Film stanowi opowieść o nieśmiałej nastolatce, Mii, która całą swoją uwagę koncentruje na grze na wiolonczeli. Niebawem jej życie bardzo się skomplikuje. Dziewczyna zakochuje się ze wzajemnością w rockmanie Adamie. Początkowo, jak to w przypadku młodzieńczych miłości, wszystko jest piękne, wszystko się układa. Młodzi ludzie planują wspólną przyszłość. Jednak ich drogi powoli się rozchodzą. Adam coraz częściej wyjeżdża w trasę ze swoim zespołem, Mia natomiast stara się o stypendium i niebawem ma okazać się, czy je otrzyma, co będzie wiązało się z wyjazdem na drugi koniec kraju. By oderwać dziewczynę od smutnych myśli, rodzice proponują jej wspólny wyjazd do dziadków. W trakcie podróży dochodzi do wypadku. W szpitalu Mia towarzyszy swoim bliskim w czuwaniu przy jej ciele. Ma zdecydować, czy chce żyć, czy umrzeć.

„- Zwykle zrywamy z kimś, bo go nie kochamy, a nie dlatego, że świata poza nim nie widzimy. Ale co ja tam wiem.
- Bardzo dużo wiesz, ale miłość w tym wieku to same kłopoty. Zwłaszcza ta prawdziwa. Nie ma ludzi normalnych, każdy związek jest trudny. Pójdziesz na Julliard i dasz czadu na wiolonczeli. Zostaniesz z Adamem i przeżyjesz mnóstwo fascynujących przygód, albo i nie. A może jutro w ziemię uderzy meteor, albo i nie. Życie to jeden wielki, śmierdzący bajzel.”

                Czy ten film jest ckliwy? Owszem. Każdy dorosły człowiek wie, że miłość nie jest taka, jak przedstawiono w „Zostań, jeśli kochasz”. Nie jesteśmy nagle gotowi rzucić wszystkiego tylko dlatego, że druga osoba tego chce, a my ją kochamy. Jednak nie sposób odmówić mu i licznych zalet. Po pierwsze jest też ciekawie zrobiony. Do wypadku dochodzi na samym początku filmu, a potem następują sceny w szpitalu, gdy Mia widzi reakcję jej bliskich na wypadek oraz dowiaduje się, co stało się z rodzicami i bratem, którzy byli z nią w samochodzie. Przeplatają się one z licznymi retrospekcjami, pokazującymi jej relacje z Adamem, przyjaciółmi. W ten sposób powstaje kolorowy patchwork, dzięki któremu składamy tę historię w całość.
                O ile główni bohaterowie są dość mdli – ona spokojna wiolonczelistka, grzeczna dziewczynka, on chłopak z problemami, taki trochę buntownik, który ją sobie upatrzył, dzieli ich wszystko a łączy tylko to, że chcą być ze sobą, to rodzice głównej bohaterki wręcz kradną film. On były rockman, który rzucił zespół, by zostać przykładnym ojcem, ona niegdyś biegająca po koncertach fanka, dziś wzorowa matka. W ich relacji z dziećmi nie brak poczucia humoru, lekkości i echa dawnego życia. Jak choćby w scenie, kiedy rodzice patrzą z ganku za odjeżdżającym wraz z zespołem Adamem. Matka mówi: „-Nie wiem dlaczego się ich boi. Są przecież podobni do nas, gdy byliśmy młodzi. – No właśnie – odpowiada ojciec”.  
                Podobało mi się, że filmie brak ozdobników w stylu przechodzenia przez ściany przez Mię, która przecież jest duchem. Całość utrzymana jest w nieco zbyt pastelowych, przesłodzonych kolorach. Rozumiem jednak, że chciano przez to osiągnąć odrealnienie przestrzeni, po której bohaterka porusza się jako duch i nawiązać do jej stanu zawieszenia między życiem a śmiercią.

„Czasem ty decydujesz o swoich wyborach, a czasem wybory decydują o tobie.”

                Ten film zdecydowanie coś w sobie ma. Bo czy gdyby nie miał, zastanawiałabym się cały czas, jaką ja, postawiona przed takim wyborem, podjęłabym decyzję? Myślałam i myślałam, i wydaje mi się, że w moim życiu nie ma nic, co skłoniłoby mnie, abym została.      
                W swojej kategorii, filmów dla nastoletniego widza, „Zostań, jeśli kochasz” sprawdza się bardzo dobrze. Powiedziałabym, że to nawet jeden z lepszych młodzieżowych filmów, jakie widziałam w tym roku. Co się zaś tyczy dorosłych, na pewno nie spodobają im się pewne uproszczenia, bo już wiedzą, już są wtajemniczeni, że to wszystko tak nie wygląda. Dorosłemu widzowi „Zostań, jeśli kochasz” zapewne bardziej spodobałby się, gdyby nie było wiadomo, co stało się z Mią, jaką ostatecznie podjęła decyzję. Wydaje mi się, że zakończenie otwarte bardzo przysłużyłoby się temu filmowi.
             



poniedziałek, 1 grudnia 2014

Jak Musso o sens życia pyta



Guillaume Musso. Nasłuchałam się na jego temat samych pochlebnych opinii. Potem, przez zupełny przypadek, przyszedł czas na film pt. „Potem”. Lubię porównywać książki i powstałe na ich podstawie filmy, więc gdy tylko nadarzyła się taka możliwość, zakupiłam dla biblioteki cały komplet książek Musso. Wypożyczyłam i przeczytałam.
            Nathan jest znanym nowojorskim adwokatem. Ma pieniądze, luksusowe mieszkanie, cieszy się uznaniem. W życiu prywatnym niestety trochę gorzej. Po śmierci synka oddalili się z żoną od siebie, doszło do rozwodu. Pewnego dnia do biura Nathana przychodzi lekarz Garret Goodrich i zaczyna opowiadać niesamowitą historię. Twierdzi, że wie, kiedy ktoś jest bliski śmierci, a jego zadaniem jest pomóc tej osobie w pogodzeniu się z odejściem.
            Guillaume Musso napisał tę książkę po tym, jak cudem uniknął wypadku samochodowego. Jak przypuszczam, była to dla niego sytuacja graniczna. Doświadczenie śmierci, nawet jeśli hipotetyczne, zaowocowało powstaniem pytań o sens życia i o to, dokąd zmierza ludzka egzystencja. Odpowiedzią na nie stało się „Potem”. O ile film, szczerze powiedziawszy dość luźno oparty na książce, wywarł na mnie duże wrażenie i po jego obejrzeniu czułam się przekonana do tezy „tak, trzeba żyć na całego, korzystać, cieszyć się, nie marnować czasu”, o tyle powieść nie wzbudziła u mnie absolutnie żadnych emocji.
            Może to zbyt ostre słowa, ale „Potem” wydało mi się stekiem banałów. „Musimy korzystać z życia, zanim je utracimy”, „życie to cud, który trzeba umieć docenić i przekazywać”, „pieniądze szczęścia nie dają”, „miłość jest najważniejsza”, „znajdź czas dla najbliższych”, „doceń to, co naprawdę ważne”. Banały na dodatek włożone w scenerię Bożego Narodzenia i tyle. Denerwowała mnie postać Mallory. Bogaczka, która walczy o prawa biednych? Kobieta jeżdżąca porsche i jadająca w wykwintnych restauracjach, która nie lubi świąt, bo są przejawem konsumpcjonizmu? Wszystko fajnie, ale to nieprawda, że pieniądze szczęścia nie dają. Owszem, forsa to nie wszystko, ale nikt, kto żyje od pierwszego do pierwszego i ciągle liczy, czy mu wystarczy, nie jest szczęśliwy. „Nie tylko praca się liczy”. Jasne, rzućmy pracę w cholerę, by rzucić się w wir rodzinnego życia. Może nie tylko praca się liczy, ale fajnie mieć pracę, którą się lubi. Chodzić do roboty, której się nienawidzi i liczyć, by piątek przyszedł jak najszybciej? To jest dopiero życiowa tragedia. I żoneczka warująca w domu z kapciami nic tu nie zmieni albo przynajmniej bardzo niewiele. „Dzieci to szczęście, dzieci to cud”. Może, nie wiem, w tej kwestii wypowiadać się nie mogę, bo nie miałam. Podobno własne dzieci traktuje się inaczej. W książce pojawia się cytat z Milana Kundery: „Gdybym miał dziecko, powiedziałbym: urodziłem się, zakosztowałem życia i stwierdziłem, że jest ono na tyle dobre, że warto je pomnożyć”. Powinszować, panie Kundera. Tyle, że ja dochodzę do wniosku odmiennego. Urodziłam się, spróbowałam życia i doszłam do wniosku, że nie warto dalej go przekazywać.
            Pochwalna pieśń Musso na temat wartości życia zupełnie do mnie nie trafia. Dla mnie to tylko taki trochę lepszy Coelho, czy Sparks. A może jest tak, że książki i filmy trafiają do nas w odpowiednim lub nieodpowiednim momencie? Widać, gdy oglądałam „Potem”, moment był odpowiedni. Znajduję tylko jedno usprawiedliwienie dla istnienia tej książki. Musiała powstać, by postał film. Film musiał powstać, by Alexandre Desplat napisał do niego muzykę. Bo ta jest genialna.