czwartek, 15 listopada 2012

Madame Intueri rozważa zjawisko zaściankowości



Rok temu Madame Intueri zastanawiała się, czym jest literatura kobieca. Doszła wtedy do wniosku, że „babskie” książki wbija się zazwyczaj w schemat „szukająca siebie ONA wyjeżdża na wieś, gdzie kupuje dom/letnisko/pensjonat/rozlewisko, poznaje superprzystojnego i koniecznie bogatego JEGO i dzięki temu natychmiast orientuje się, czego tak naprawdę brakowało jej do szczęścia”. W planie tym oprócz paru innych niedociągnięć, które Madame już kiedyś rozważała, dostrzega dziś nowy problem. ONA bowiem wybiera zwykle wieś/odludzie/głuszę/dzikie odstępy. I jakoś w zupełnie naturalny sposób i bez absolutnie żadnych problemów ONA dogaduje się z tubylcami. Czy to takie łatwe? Nie jestem przekonana. Dlatego dziś Madame Intueri postanowiła poświęcić swe rozważania naturze zaścianka.
            Madame Intueri sama wychowała się w niewielkim mieście. Po okresie krótkotrwałego ukulturalnienia (nie mylić z coolturalnością, bo coolturalna Madame nigdy nie była) okoliczności przygnały ją z powrotem do matecznika. Madame wie jednak doskonale, iż "Średnie miasta, są takie średnie miasta, gdzie żaden dom nad inne nie wyrasta. W średnich miastach mężczyzna czy niewiasta nie zwykli są sąsiadów swych przerastać.  Średnie miasta wyryły zamiast hasła nad bramą swą jedyne słowo: <<Basta>>”. Dlatego Madame twierdzi, iż niemożliwe jest, by coolturalna pani wyruszająca z dużego miasta na polską prowincję natychmiast i bez przeszkód dogadała się z tubylcami. Nie, po prostu nie! Dlaczego? Gdyż średnie miasto to, nazywając rzecz po imieniu, zaścianek (według definicji ze słownika języka polskiego „zaścianek to środowisko, społeczność zacofana pod jakimś względem (głównie umysłowym)” . W średnim mieście, jeśli odróżniasz się od sąsiada, zostaniesz spacyfikowany lub w najlepszym razie zepchnięty na boczny tor i uznany za społecznie szkodliwego wariata/wyznawcę szatana/ ateistę/buddystę albo innego mahometanina. Co w gruncie rzeczy oznacza to samo. Jesteś trędowaty i nie tkną cię nawet kijem, a już na pewno odwrócą głowę na ulicy, gdy powiesz "dzień dobry". Żadnej odpowiedzi na pozdrowienie. Co to, to nie! Madame ma świadomość, że jest wariatką. I wcale jej nie to doskwiera, gdyż idąc za zdaniem Lewisa Carolla uważa, że "tylko wariaci są coś warci". Jest zatem szurnięta, pokręcona, ma nierówno pod sufitem, brakuje jej nie tylko szóstej, ale pewnie i piątej klepki. A skąd Madame to wie? Sprawdziła...
            Pewnego pięknego październikowego dnia, Madame usłyszała, że ksiądz z ambony zabronił obchodzenia Holloween. Bo święto pogańskie (a może amerykańskie, nie do końca wiadomo...), bo czczenie szatana i w ogóle rozpusta, grzech, krew i przemoc. W końcu Belzebub z Lucyferem pod rękę schodzą na ziemię tylko i wyłącznie wtedy, gdy ludzie dobrze się bawią. Wszak zabawa to rozpusta, a rozpusta to grzech, a grzechów się nie wybacza, lecz piekłem i ogniem (a czasem również mieczem) zwalcza. Co więc robi średnie miasto? Wpada w popłoch. Bo skoro instancja najwyższa, pierwsza po Bogu zakazała... bawić się nie można. Żadnych cukierków, psikusów. Broń Boże śmiechów. Bo śmiech to dobra zabawa, a święto ma być melancholijne, bogoojczyźniane. Zatem nosy na kwintę. Któż to widział się cieszyć. Jeszcze by nam się hormony szczęścia podniosły i wydałoby się, że je w ogóle mamy. A powinniśmy być smutni, apatyczni, bylebyśmy tylko nie podskakiwali, niczego nie chcieli, o nic nie wołali. To robi średnie miasto. A co robi mieszkająca w nim czarownica, Madame Intueri? Rozważa wszystkie za i przeciw, a następnie w towarzystwie wielce utalentowanej i nieocenionej M. wykonuje lampion z dyni.
 Lampion ma kły, a więc jest wampiryczny. Wampir to demon. Co w prostej linii prowadzi nas do ogni piekielnych. Zwłaszcza, że Lucyfer to przecież niosący światło. A światła w lampionie jest tylko nieco więcej niż na lekarstwo. Lampion miał być niewinny, stworzony ku uciesze osób go wykonujących. Miał służyć tylko i wyłącznie zabawie. Ale nie myśl, drogi mieszkańcu średniego miasta, że jeśli się wyłamiesz, nie zostaniesz osądzony. Co to, to nie.
            Sąd nad Czarownicami odbył się i w tym przypadku. Usłyszałyśmy więc z M., że "oszalały baby". A dlaczego oszalały? Bo chcą czegoś więcej niż dom rodzina i rodzenie dzieci. Przecież role matek Polek powinny nas całkowicie satysfakcjonować. Oszalały baby, bo żyjąc w zgodzie ze swoimi przekonaniami i nie ulegając zakłamaniu, nie chodzą do kościoła. Ach kto to widział, jak tak można. Wreszcie oszalały baby, bo uważają, że dziecko powinno samo decydować czy chce zostać ochrzczone, czy nie. Oszalały baby, bo ośmielają się mieć zainteresowania i potrzebują czegoś więcej niż wieczór przed telewizorem. Kto to widział! Oszalały babsztyle, babusy, czarownice. Na stos z nimi! Co prawda wiek nie jest XVII, kobiet ze znamionami czy o rudych włosach już się nie podtapia, by sprawdzać czy mają konszachty z czartem, ale kto by na takie szczegóły, drobiazgi jak chronologia wydarzeń w ogóle zwracał uwagę. Madame ma wrażenie, że instytucja stosu miałaby się w "oświeconym" i oświetlonym żarówką energooszczędną XXI wieku wcale nieźle. Co prawda stos musiałby być ekologiczny, więc może elektryczny? Zieloni byliby zadowoleni, a i wydajność by być może wzrosła.
            Jeśli ktoś twierdzi, że XXI wiek to wiek postępu, rozwoju kultury, sztuki, nauki to z... całą pewnością ma rację. Ale niech wytknie nos ze swojego świata kin, teatrów, centrów handlowych, szkół prywatnych i komunikacji miejskiej. Zapraszamy do dowolnego polskiego... średniego miasta. Tutaj mimo pozorów doskonałego rozwoju (ktośniektoś ma tu nawet audi, ktoś basen, inny dom z wieżyczką i gosposią, ktoś w ramach hobby lata na paralotni, a niektórzy to nawet wiedzą co to meta, oczywiście nie ta w sensie sportowym, w średnich miastach w dobrym tonie jest finiszować równo, dokładnie w tym samym czasie, ale ciiii, nikt tu przecież o nikim nic nie wie, czujne oczy innych nie śledzą każdego twojego ruchu, nikt nikogo palcami nie wytyka) trwa w najlepsze zaścianek. Spełnia się co do joty jego słownikowa definicja. Witamy w średniowieczu. Witamy w średnim mieście. Tylko pamiętajcie: " Gdy za tobą taka brama się zatrzaska, trudno będzie tobie wyjść z takiego miasta". 

A na koniec "Żywiołak" z dedykacją dla wszystkich...
Wiedźm
 

czwartek, 21 czerwca 2012

Fenomen wydawniczy

Zapoznałam się z "Zamienioną" i "Rozdartą" Amandy Hocking, bo byłam ciekawa. Milion sprzedanych ebooków? Spełniony amerykański sen. To robi wrażenie. Oto, co o nich sądzę: KLIK i KLIK.

poniedziałek, 18 czerwca 2012

15 i 16 dzień z książkami


Dzień 15 - Ulubiona książka traktująca o obcych kulturach

Cóż, pawie nie czytam książek podróżniczych. Miałam jakąś przygodę z książkami Beaty Pawlikowskiej. Miałam chyba jakąś i z panem Cejrowskim. Te napisane przez Martynę Wojciechowską są pięknie wydane i pewnie ciekawe, ale stanowczo zbyt drogie. Nie ciągnie mnie do książek podróżniczych, tak, jak nie ciągnie mnie do samego podróżowania. Cóż, są tacy, którzy nie potrafią wysiedzieć na miejscu. I tacy jak ja, którzy nie cierpią się ruszać. Tu gdzie jestem, mam wszystko, czego mi potrzeba. Koniec i kropka. Drogą eliminacji, jedyna książka o obcych kulturach, którą wspominam ciepło (głównie ze względu na humor) to niemal nikomu nieznany „Nowy kwiat cesarza (i pszczoły)”  Ignacego Karkowicza. Opowieść o Etiopii zupełnie inna niż te, oklepane już, reportaże mistrza Kapuścińskiego.




 Dzień 16 - Ulubiona książka, którą sfilmowano

 I tu jestem trochę w kropce. Bo czy wystarczy, że książka jest ulubiona, i że je są sfilmowano, czy też ma być to ekranizacja, którą widzieliśmy i która nam się spodobała? Jeśli warunkiem jest to, że powieść ma należeć do ulubionych i być sfilmowana, a nieważne jest, czy tę ekranizację widzieliśmy, czy nie, to w moim przypadku będzie to „Księga Diny” Herbiorg Wassmo. Książka mnie zachwyciła. Filmu nie widziałam. Wiem, że są w nim naturalistyczne sceny i przypuszczam, że bym go odchorowała. Nie jestem jeszcze gotowa, by obejrzeć ten film i nie wiem, czy kiedykolwiek będę. Ale kard z Diną siedzącą na Szatanie… no cudo. Jeśli natomiast miałaby to być ulubiona książka, której ekranizację widziałam, wybrałabym „Zaklinacza koni” i „Dumę i uprzedzenie”. W „Zaklinaczu” cudowny Redford, doskonała Kristin Scott Thomas i młoda Scarlett Johansson. Jeśli chodzi o „Dumę i uprzedzenie” to wcale nie wersja BBC, a właśnie ta nowsza z Keirą Knightley. Jest jeszcze jedna opcja – książka, która podobała mi się znacznie mniej niż ekranizacja. Nie bijcie, „Władca Pierścieni”. Nie przyjmuję do wiadomości, że będzie koniec świata, bo muszę iść do kina i znów zobaczyć Kate Blanschett w roli Galadrieli. No muszę, bo inaczej się uduszę.

piątek, 15 czerwca 2012

Musi być jakieś wyjaśnienie...

Powieść Krzysztofa Kotowskiego, "Krew na Placu Lalek", to  kandydatka na Kopytko miesiąca i być może roku. Wciągająca, niesamowita, nieszablonowa, fenomenalna. Kryminał, od którego nie można się oderwać, a jednocześnie znacznie więcej. Recenzja - KLIK.

poniedziałek, 11 czerwca 2012

13 i 14 dzień z książkami


Dzień 13 - Najukochańsza książka z dzieciństwa

„Piotruś Pan” w interpretacji głosowej mojej Mamy. I zbiór baśni Grimm, z jakąś baśnią o księżniczce, która miała chusteczkę z zawiązanymi w środku łzami oraz konia, któremu ucięli łeb. Księżniczka potem rozmawiała z rzeczonym łbem. W książce była nawet ilustracja tej sceny. Niestety nie pamiętam dokładnie, bo książkę mi ktoś w pewnym momencie „zacapcarapcał”. A kto nie zna tego słowa, domyśli się z kontekstu.


Dzień 14 - Książka, która powinna się znaleźć na obowiązkowej liście lektur w szkole średniej

Do głowy przychodzą mi dwie pozycje. Pierwsza to „Jeśli zimową nocą podróżny” Ithalo Calvino. Powieść pokazuje, że literatura może też być zabawą i w jaki sposób można wyzyskać konwencje literackie. Arcydzieło w lekkiej formie. Druga to „Portret Doriana Graya” Oscara Wilde’a. Tę książkę powinno się serwować każdemu u progu życia, jako drogowskaz, jak nie przesadzić w eksploatacji tegoż, a jednocześnie pamiętać, by nie brać go zbyt poważnie, bo i tak nie wyjdziemy z niego żywi. Książka poruszająca kontekst, co wolno artyście, życia jako sztuki, a do tego napisana tak, że… słów brak.

środa, 6 czerwca 2012

12 z 30 dni z książkami


 Dzień 12 - Książka, która tak wycieńczyła Cię emocjonalnie, że musiałaś przerwać jej czytanie lub odłożyć na jakiś czas

I tym razem odpowiedź nasuwa mi się sama, bez specjalnego przeszukiwania szufladek pamięci – „Zbrodnia i kara” Dostojewskiego, bez dwóch zdań. Scena maltretowania konia. Ostatnio także „Malowany ptak” Jerzego Kosińskiego – festiwal okropieństw, choć nie czyta się źle. Jednak starałam się zrobić wszystko, by sobie nie wyobrażać. A tak już w ogóle ostatnio-ostatnio to moja własna książka. Może nie czytanie, ale pisanie. Przez dwa lata napisałam chyba z tuzin (albo i więcej) zakończeń „Przebudzeń drozda” (być może „Przebudzeń śniegu” – w kwestii tytułu tez jeszcze nie podjęłam decyzji) i żadne, absolutnie żadne mi się nie podoba. I męczę się strasznie, dręczę okropnie. No nic, zobaczymy.

niedziela, 3 czerwca 2012

Majowe Kopytko i dzień 11 z 30 dni z książkami


Maj nie był dla Biblioteki Edgara dobrym miesiącem. Zajęci czym innym, mieliśmy mało czasu na czytanie. Nie zapowiada się, by w tym miesiącu sytuacja miała się już poprawić, ale może będzie choć odrobinę lepiej. Tak, czy inaczej, w maju do Nagrody imienia Edgara Kopytko nominowani są:

·        Jana Oliver, „Córka Łowcy Demonów”,
·        Anthony Horowitz, „Dom jedwabny”,
·        Julie Kagawa, „Żelazny król”,
·        Julie Kagawa, „Żelazna córka,
·        Alexandra Ivy, „Drapieżna ciemność”
·        Christine Feehan, „Mroczny obrońca”.

Nagrodę otrzymuje (fanfary, ekscytujące oczekiwanie):
Julie Kagawa za „Żelaznego króla”

 

Książka, dzięki której zaraziłeś się czytaniem

A tę akurat pamiętam dokładnie. Do dwunastego roku życia czytałam mało, nad czym moja Rodzicielka bardzo ubolewała. Dlatego od czasu do czasu podsuwała im różne powieści z nadzieją, że mi się spodobają i coś drgnie w materii nieczytania. I drgnęło przy „Szóstej klepce” Małgorzaty Musierowicz. Kamyczek uruchomił lawinę, bo od czytania przeszłam do pisania. Teraz moja Rodzicielka chyba przeklina dzień, w którym odkurzyła półkę z książkami dla młodzieży i podsunęła mi Musierowicz ze słowami: „Ale spróbuj, to fajne”. Koniec końców teraz rwie sobie włosy z głowy nie dlatego, że nie czytam, tylko dlatego, że nic nie robię, tylko czytam. Jak to punkt widzenia zależy od punktu siedzenia, prawda?

piątek, 1 czerwca 2012

Dzień 10 z 30 dni z książkami


Dzień 10 - Pierwsza książka przeczytana przez Ciebie

Pierwszej książki przeczytanej przeze mnie nie pamiętam. Pamiętam natomiast, że będąc dzieckiem bardzo kiepsko czytałam. A że moja Mama była (pardon, nadal jest) bardzo troskliwym rodzicem, każdego dnia brała mnie na kolana i czytałam jej na głos jakąś książkę. W ten właśnie sposób przebrnęłyśmy przez „Kajtkowe przygody” i „Plastusiowy pamiętnik”. Nienawidziłam głośnego czytania. Niektóre rzeczy docenia się dopiero po latach.

środa, 30 maja 2012

Romans z romansem paranormalnym.

Recenzje "Drapieżnej ciemności" Alexandry Ivy (KLIK) oraz "Mrocznego obrońcy" Christine Feehan (KLIK). Obie książki ruszyły już w świat i niechaj służą zacnie, a przyjemnie nowej właścicielce. Bo ja na pewno bym do nich nie wróciła. Moja powieść nie jest romansem paranormalnym, moja powieść nie jest romansem paranormalnym...

poniedziałek, 28 maja 2012

9 z 30 dni z książkami


Dzień 9 - Książka wielokrotnie przez Ciebie czytana

Kiedyś częściej zdarzało mi się czytać kilkakrotnie tę samą książkę. Ale to było kiedyś. Dziś jest  tyle książek, które czekają na przeczytanie i tak mało czasu, by do nich zajrzeć. Obecnie już praktycznie nie wracam po raz drugi do raz przeczytanej powieści. Z dawnych czasów pamiętam jednak, że kilkakrotnie czytałam „Tam, gdzie spadają Anioły” Doroty Tyrakowskiej oraz „Dziewczynę z pomarańczami” Josteina Gaardera. Obie uwielbiam.

sobota, 26 maja 2012

Wilq Superbohater obraża blogerów, a autorka "Milczących słów" składa oświadczenie


Oświadczam, co następuje: moja książka nie jest romansem paranormalnym. Jeszcze do niedawna skłonna byłam, choć z niezbyt wielkim zachwytem, tak ją kwalifikować gatunkowo. Jednakże ostatnio przeczytałam dwa „klasyczne” romanse paranormalne („Mrocznego obrońcę” Christine Fehaan i „Drapieżną ciemność” Alexandry Ivy). Obie pisarki są podobno w Stanach niesamowicie popularne. Ich książki to bestsellery. Moja powieść nie jest do nich podobna (nie tylko dlatego, że nie jest bestsellerem i pewnie nie będzie, skoro nie wykazuje podobieństwa). Dlaczego? Moja bohaterka nie przespałaby się z facetem, którego ledwo zna (choć mam świadomość, że miłość nie jest warunkiem koniecznym, by rodziły się dzieci). Moja bohaterka nie jest chyba aż taką kretynką, by zakochać się w facecie tylko dlatego, że wcześniej go nie znosiła. Ponadto w mojej powieści nie ma momentów (a jeśli są, to nie między głównymi bohaterami). Bohater mojej powieści jest wkurzający, irytujący, denerwujący i arogancki dlatego, że taki właśnie miał być. W powieściach wyżej wymienionych pań jest on identyczny, aczkolwiek bohaterkom wydaje się, że to cudowni, wspaniali, zakochani w nich do nieprzytomności mężczyźni. No, chodzące ideały. Nic tylko do nich wzdychać (więc dlaczego zamiast wzdychać byłam poirytowana?). Mój bohater miał źle traktować bohaterkę. Takie było założenie. Tam mężczyźni źle traktują kobiety, a jednocześnie jest napisane, że na rękach je noszą, i że rzeczone panie są dla nich najważniejsze na świecie. Taaa, jasne. I wreszcie. Moja książka nie jest romansem paranormalnym, bo mój bohater wolałby popełnić harakiri a zaraz po nim seppuku, niż nazwać bohaterkę „aniołem”. Zatem ja, autorka „Milczących słów, oświadczam: moja książka jest powieścią fantasy z wątkiem miłosnym, ale nie romansem paranormalnym.

Drugie ogłoszenie parafialne. Czytałam ostatnio komiksy o „Wilq Superbohaterze”. Wilq ma w zwyczaju obrażać wszystkich – religie, studentów, starsze panie, kibiców, miłośników komiksu. Teraz wziął się za blogerów. Konkretnie: pojechał do Warszawy, by spełnić swój superbohaterski obowiązek i rozpędzać demonstrację tychże, odbywającą się pod Pałacem Kultury. Blogerzy bowiem demonstrowali, domagając się wydania antologii swoich grafomańskich tekstów. Gdyby ich grzeczne wymuszenie miało się spotkać z odmową, grozili ujawnieniem zakończeń wszystkich nowych filmów i seriali, które wykradli z Federalnego Banku Zakończeń z Pensylwanii.

Drogi Wilq Superbohaterze, cóż mogę rzec. Sama prawda! O niczym innym nie marzę, jedynie o tym, by wydawano kolejno moje grafomańskie powieści i by teksty owe stawały się bestsellerami, zapewniając mi utrzymanie na co dzień i dobrze byłoby, gdyby także emeryturę. A co do zakończeń filmów i seriali… och, jakże chciałabym je znać! Nie musiałabym wraz z innymi czekać calusieńkich dwudziestu dwóch tygodni, by dowiedzieć się, jaki jest finał sezonu. Ale niestety, niestety, podejrzenie jakobyśmy my, blogerzy, je znali, jest chyba li i jedynie kaczką dziennikarką. A jeśli nie, to ja bardzo proszę, o przesłanie mi ich (tychże zakończeń) na maila. Wystarczająco grafomańsko?

czwartek, 24 maja 2012

Ósmy dzień z książkami


Mało znana książka, która nie jest bestsellerem, a powinna nim być

Kolejne z serii prostych pytań. Oczywiście „Milczące słowa” Jagody Wochlik. No może nie takim na miarę „Harry’ego Pottera” czy „Zmierzchu”, wystarczyłoby choć tyle, bym nie miała problemu ze znalezieniem wydawcy dla następnych książek. Nie znam bowiem pisarza, który pisałby dla siebie. Piszemy, by powiedzieć coś światu, by coś zmienić, by się podzielić czymś ważnym. Wszyscy chcemy, by to, co stworzyliśmy, zostało dostrzeżone. By postaci pokochano lub znienawidzono, by o nich dyskutowano, bo tylko wtedy żyją, nie są papierowe. Oczywiście odrobina uznania i sympatii ze strony czytelników też jest bardzo miła. W konsekwencji ma się kupę kasy, kupuje czerwone ferrari i apartament na Manhattanie albo trochę taniej, własną wyspę gdzieś na oceanie. No dobrze, koniec żartów. Książka, która powinna być bestsellerem? Przychodzi mi do głowy powieść, która nie tylko nie jest bestsellerem a bezsprzecznie zasługuje na to miano, ale na dodatek prawie nikt o niej nie słyszał. Książka, która zrobiła na mnie wielkie wrażenie – „Zwierzenia klowna” Heinricha Brolla. Cudowna. I druga moja kandydatka – Herbiorg Wassmo „Księga Diny”. Ta wspaniała norweska pisarka dawno już powinna dostać Nobla!

wtorek, 22 maja 2012

Dzień 7 z 30 dni z książkami


Dzień 7 - Książka, przez którą trudno przebrnąć

Żył kiedyś, bardzo dawno temu, pewien podróżnik, którego historię przybliżył światu niewidomy Homer. A potem imię tego samego bohatera wykorzystał pewien Irlandczyk. I odtąd miano Ulisses już zawsze będzie mi się kojarzyło z strumieniem świadomości Molly Bloom na temat tapet i remontu mieszkania. Tak, zdecydowanie „Ulisses” Jamesa Joyce’a to mój numer jeden na liście książek, przez które trudno przebrnąć. Do granic możliwości zmęczyła mnie też „Placówka” Prusa, nawet nie do końca wiem dlaczego. „Biesy” Dostojewskiego, kolejna cegła, która mnie pokonała.

niedziela, 20 maja 2012

Dzień 6 z 30 dni z książkami


Dzień 6 - Książka, przy której płaczesz

Cóż, prawda jest taka, że jestem dość oporna na wzruszenia. Nie płaczę na filmach, nie płaczę, czytając książki. Zdarzało mi się przeżywać dość silne emocje, pisząc własne powieści. Ale to też tylko kilkakrotnie i właściwie podczas pisania fragmentów, których w ogóle bym o to nie podejrzewała. Czasami emocjonuję się przy finałach sezonów ulubionych seriali (uwielbiam seriale, taka mała słabość), ale też raczej w niewielkim stopniu. O płaczu czy ekscytacji nie ma mowy (damy, a Królowe Elfów w szczególności, się nie ekscytują :D). Przypominam sobie tylko jedną lekturę, przy której zaszkliły mi się oczy (nie będą oryginalna)… „Chłopcy z Placu Broni”.

czwartek, 17 maja 2012

Dzień 5 z 30 dni z książkami


Dzień 5- Książka non-ficiton, której czytanie sprawiło Ci niekłamaną przyjemność

A to akurat proste pytanie i nie musiałam się nawet zastanawiać. Niesamowitą lekturą były pamiętniki Lucy Maud Montgomery. Bardzo żałuję, że po polsku wydano tylko dwa z czterech zeszytów. To niesamowite, jak inna osobowość wyziera z tych notatek. Na podstawie opowieści o Ani, Pat, Emilce tworzymy sobie obraz pogodnej, szczęśliwej osoby. A tymczasem tylko powieści takie były, sama natomiast Maud Montgomery borykała się z niemal permanentną depresją. Wydaje mi się, że to wielka sztuka pisać tak pogodne książki, będąc do głębi nieszczęśliwym. A może po prostu tworzyła sobie światy, w których chciałaby żyć? Zwykle właśnie tak bywa, że cudze opowieści są znacznie bardziej interesujące, niż nasza własna.

poniedziałek, 14 maja 2012

Elfy i kolejny dzień z ksiażkami

O Elfach przeczytałabym absolutnie każdą książkę. Niestety mam dość specyficzne, nie to chyba nie jest dobre słowo, wyjątkowe, lepiej brzmi, wyobrażenie tych istot, dlatego trudno mnie zadowolić. Elfy to moje ulubione fantastyczne istoty, a pisarze zdają się nie doceniać potencjału, jaki w nich kwi. Bardzo nad tym ubolewam i wciąż nie przestają szukać. "Żelazny król" i "Żelazna córka" są na bardzo dobrej drodze do zadowolenia miłośniczki Elfów, a to już coś. Oto recenzja - KLIK.




Dzień 4 - Książka, która przypomina Ci o domu
                                                                                      
Tym razem również musiałoby chyba paść nazwisko Małgorzaty Musierowicz. W „Czarnej polewce” bohaterowie przejeżdżają przez moją rodzinną miejscowość. Autorka była tak miła, że wpisała ją w fabułę specjalnie dla mnie i przysłała mi egzemplarz autorski. Poza tym o domu przypominają mi wszystkie wersje historii o Robin Hoodzie, Piotrusiu Panu i Czarnoksiężniku z krainy Oz. Mama podarowała mi te książki na Dzień Dziecka. Podobno znałam je na pamięć i gdy opuszczała jakiś fragment, byle tylko szybciej dotrzeć do końca, ja potrafiłam stwierdzić: „Ale o koszyczku nie czytałaś!” i recytowałam z pamięci. Ta akurat dziwaczna umiejętność została mi do dziś. Jeśli spodoba mi się jakiś cytat z książki, filmu lub serialu, potrafię go dość dokładnie przywołać z pamięci w dowolnym momencie. Gorzej, że nie potrafię zapamiętywać wykładów, czy treści podręczników potrzebnych do egzaminu po jednokrotnym przeczytaniu. Taka złośliwość losu. Wracając do głównego tematu. Nawet dziś, gdy patrzę na okładkę książki Tomasza Kraszewskiego, uśmiecham się i widzę bibliotekę gimnazjum w moim rodzinnym mieście. Ciekawe, czy jeszcze mają tę książkę.

czwartek, 10 maja 2012

Każdy pisarz potrzebuje inspiracji...


Dwa rodzaje ludzi zastanawiają się, jak zabić człowieka. Psychopaci i pisarze. Ja jestem tym, któremu lepiej płacą. Kim jestem? Jestem Rick Castle. Każdy pisarz potrzebuje inspiracji. Ja moją odnalazłem. Detektyw Kate Beckett. A dzięki przyjaźni z burmistrzem, mogę z nią pracować.
- Wyglądam na zabójcę?
- Zabijasz moją cierpliwość.
Wspólnie łapiemy przestępców.
- Nienawidzę tej sprawy.
- Bajer, co?

 
Istnieją trzy rodzaje historii. Takie, które sami sobie dopowiadamy – udoskonalamy, rozszerzamy, wydłużamy o rzeczy jakie, naszym zdaniem, powinny się tam znaleźć - i nie mamy z tym absolutnie żadnego kłopotu. Drugi rodzaj to historie, które rozbudowujemy, ale nigdy nie jesteśmy zadowoleni, bo okazuje się, że ostatecznie autor i tak zrobił to lepiej, tak, jak nam w ogóle do głowy by nie przyszło. I wreszcie trzecie. Historie, które chętnie byśmy zmienili na własną melodię, ale jednocześnie czujemy, że w tę opowieść nie jesteśmy w stanie wcisnąć absolutnie nic, bo jest do głębi przemyślana, dopięta na ostatni guzik i należy tylko do tego, kto ją wymyślił.
Dlaczego o tym mówię? Pamiętacie, jak wspominałam, że kocham Sherlocka Holmesa i Harry’ego Dresdena? Teraz dołączył i trzeci pan – Richard Castle, pisarz kryminałów, bohater serialu „Castle”. Kocham może nie samego bohatera, ale serial. Uważam, ze jest fenomenalnie opowiedzianą fabułą. To niemal majstersztyk. Moim zdaniem to właśnie historia typu trzeciego. Dopięta na ostatki guzik, przemyślana od fundamentów aż po strych. Tak dobra, że samemu nic nie wciśniesz. Dopowiedzieć nic nie można, ale postanowiłam się zabawić, interpretując ją. Mój tekst właściwie nie będzie recenzją. Będzie czymś pomiędzy interpretacją i felietonem, bo w „Castle’u” interesuje mnie nie tylko „co”, ale może nawet bardziej „jak”. Zresztą sami zobaczcie:
 

Richard Castle jest autorem kilkudziesięciu bestsellerowych powieści. Niestety po zamordowaniu swojego bohatera, przeżywa kryzys twórczy. Uśmiercił kurę znoszącą złote jaja i w zasadzie nie bardzo wie, co dalej, a wydawca domaga się kolejnej powieści. Wtedy okazuje się, że jakiś psychopata zabija ludzi, naśladując morderstwa opisane w jego książkach. Tak Castle poznaje detektyw Kate Beckett. Beckett od samego początku go intryguje. Postanawia uczynić z niej swoją muzę. Dzięki znajomości z burmistrzem załatwia sobie możliwość obserwowania jej przy pracy.
To było trochę o tym, „co”. Teraz „jak”. Inne osobowości, inne charaktery. Richard Castle to taki trochę dorosły chłopiec „o umiejętności skupienia uwagi na poziomie spaniela” (zdanie zapożyczone od Beckett). Jest dobrze sytuowany. Kocha podpisywać się fankom na biustach Miał dwie żony. Jego szesnastoletnia córka jest bardziej odpowiedzialna od niego. Beckett. Pani detektyw z misją. W zasadzie nie ma życia prywatnego, bo jej życie to praca. Marna płaca, kiepski samochód, przeciętne mieszkanie. I nagle w wykonywaniu ukochanej roboty zaczyna jej przeszkadzać jakiś pisarczyk. Traf chciał, że to akurat facet, którego książki Beckett naprawdę lubi. Z drugiej strony wie, że nie może mu tego powiedzieć, bo jego ego rozsadziłoby posterunek. Atmosfera panująca wokół Castle’a trochę ją onieśmiela, trochę drażni. Widać to choćby w scenie, kiedy po raz pierwszy odwiedza wielki apartament zamieszkiwany przez pisarza. Stwierdza wtedy, że czuje się jak Alfred w jaskini Batmana.
Ona to chodzące poczucie odpowiedzialności i obowiązku. Zawsze wyprzedza go o krok, pierwsza wchodzi do pomieszczenia. Dba o to, by nie zginął, tylko dlatego, że zachciało mu się przez pewien czas poudawać glinę. On odbiera jej troskę jako wyraz autorytaryzmu. Castle to taki dowcipniś, lekkoduch, Piotruś Pan. Beckett przeciwnie, do tego jest bardzo zamknięta w sobie. Castle przy którymś z pierwszych spotkań całuje ją (niemal zupełnie obcą kobietę) w policzek. Ona po dwóch lata znajomości nie jest w stanie zrobić nic więcej, jak tylko podać mu rękę. Od czasu do  czasu przyzna też, acz niechętnie, że bywa bardzo pomocny przy rozwiązywaniu spraw. Jak choćby w tym wypadku:

- Wszystko gra, Castle?
- Moja pierwsza strzelanina.
- I ostatnia zarazem.
- Nie bądź pesymistką. Chyba nieźle mi poszło.
- Tak, pewnie ocaliłeś mi życie.
- Pewnie? Z całą pewnością je ocaliłem. A wiesz, co to oznacza? Znaczy, że jesteś mi coś winna.
- Co?
- Co tylko zechcę. I wiesz dokładnie, czego chcę. Wiesz, czego chcę? Nigdy więcej... Nie nazywaj mnie "kotkiem".

To oczywiste, że między tymi dwoma osobowościami musi iskrzyć. To jeden z niewielu seriali, w których nie podaje się kawy na ławę. Niektóre rzeczy przekazuje się nie wprost, a za pomocą aluzji. Tu wszystko się liczy. Ważne są gesty, spojrzenia. To, co robi się dla drugiej osoby albo to, czego się nie robi. W tym serialu nawet puste krzesło niesie dodatkowe znaczenia. Scenarzyści „Castle'a” udowadniają, że postaci nie muszą wypowiadać słów, by mówić.     
 I wreszcie postać Nikki Heat. Bohaterki najnowszej powieści Castle’a, wzorowanej na Beckett. Postać, która jest i nie jest nią. Postać, która sprawia, że policjantką zaczynają się interesować reporterzy, filmowcy. Z jednej strony Beckett to pochlebia. Z drugiej nieco ją irytuje. Bo Nikki Heat, czy właściwie gorąca Nikki, gdyby przetłumaczyć nazwisko na język polski, jest w zasadzie kompilacją Beckett i Castle’a. 
Mnie w serialu interesuje nade wszystko jeszcze jedna kwestia. Sposób pracowania nad powieścią. Castle pisze, ma spotkania autorskie, bardzo często przeprowadza również „badania”. Jak się dowiedzieć, w jaki sposób postać mogłaby się uwolnić z więzów? Kazać się przywiązać do krzesła i samemu spróbować się uwolnić. W jaki sposób autentycznie opisać scenę obrabiania sejfów? Nająć złodzieja, by nas nauczył je otwierać. Brzmi zabawnie, ale wcale nie jest tak wesoło, gdy próbujesz wykombinować, czy możliwe jest, aby dwie osoby spięte ze sobą kajdankami, jedna za prawą, druga za lewą rękę, wdrapały się po ściance wspinaczkowej. Pisanie książki to często po prostu ciężka praca.
Wszystko tu jest dobre. Sprawy kryminalne (po raz pierwszy od bardzo dawna nie oglądam serialu na szybkim przewijaniu!), postaci pierwszoplanowe (ich charaktery konsekwentnie utrzymywane, co coraz rzadziej się zdarza), drugoplanowe (fenomenalne kreacje córki Castle’a, która jest dużo dojrzalsza niż jej ojciec oraz jego matki, mieszkającej z synem i wnuczką, bo nie może zdobyć żadnej roli, a były narzeczony uciekł ze wszystkimi jej oszczędnościami). Wreszcie humor, dowcipne docinki w rozmowach Castle’a i Beckett (moją absolutną faworytką jest scena z kamizelką kuloodporną, kiedy Beckett wkłada swoją, a Castle demonstruje własną, jak tłumaczy, wykonaną na zamówienie. Beckett odczytuje napis. Tam, gdzie powinien być wyraz „policja” jest… „- Pisarz? – Fajne, co? – Nie, niefajne!").

 
- Uważaj na te cele. Są cholernie przebiegłe.
- Mógłbyś? Próbuję się skoncentrować.
- Rany, kiedy ja się wkurzam, gniotę taką kuleczkę odstresowującą. Rozumiem, dobra? Obiecałaś dziewczynie, że odnajdziesz zabójcę jej matki. Nie trzeba być geniuszem, żeby się domyślić. Ale wpadniesz w kilka ślepych uliczek, nim wyjdziesz z labiryntu.
- Mimo, że doceniam twój ludowy aforyzm Dr. Phila, chcę tylko...
- Większym wyzwaniem by było trafić, jakby się poruszały.
- Dobra, Castle. Pokaż, jak to się robi. Działaj.To nie pojedynek, Lucky Lucku. Patrz. Przyjmij pozycję. Rozsuń nogi. Złap prawą ręką lewą dłoń.
- Za wcześnie strzeliłem.
- Zawsze możesz się do niego przytulić, Castle.
- Żarcik i uśmiech. Nieźle.
- Już lepiej.
- Przyszedłem zapytać, czy mogę wziąć zdjęcia z tej okradzionej posiadłości.
- Zdjęcia biżuterii? Po co?
- Nie wiem. To może coś znaczyć. To musiało boleć.
- Powiem ci coś. Trafisz raz w dziesiątkę i dostaniesz akta.
- Serio?
- Tak.
- Jesteś świetną mentorką.

Dwa minusy. Nie podoba mi się to, że czasami dowody wskazujące na mordercę pojawiają się w ostatniej chwili, jakby niemal przypadkiem, trochę tak, jak królik z kapelusza. I druga sprawa. Nie podoba mi się, że bohaterowie amerykańskich seriali muszą być zawsze nadzwyczajni. Niechby sobie Castle wybrał Beckett na muzę. Nie mam nic przeciwko, wybór świetny – piękna kobieta, inteligentna, dowcipna, niezależna. Ale… studia prawnicze, semestr na zagranicznej uczelni (Czechy? Słowacja? Słowenia? – nie zapamiętałam), semestr ekonomii i (oczywiście!) rekordzistka – najmłodsza kobieta, która zdała egzamin na detektywa. No proszę was, czy ona musiała być aż tak świetna, wybitna, nieprzeciętna, doskonała? Nie wystarczyło, że piękna, inteligentna, dowcipna? Widocznie nie. Cóż, może po prostu jestem zazdrosna. Ja jestem na wskroś przeciętna.
     Bardzo ostrożnie podchodzę do wszystkiego, co po bardzo krótkim czasie otrzymuje status „kultowego”. Ale wiem, że tym razem jest to tytuł zupełnie zasłużony. Bo tutaj wszystko jest na swoim miejscu. Majstersztyk i tyle. Nie ma mowy, bym nie poleciła.

  


niedziela, 6 maja 2012

Powrót do Sherlocka

Niedługo padnie 10 000 wejść. Chciałam je uczcić jeszcze jednym fragmentem "Klubu Czarownic", ale chyba sobie odpuścimy. Po wynikach statystyk widzę, że Was interesują, ale jednocześnie nie ma odzewu. Paradoks. Cóż, vox populi, vox Dei. Dziś recenzja "Domu jedwabnego" Anthony'ego Horowitza, książki, która została uznana za oficjalną kontynuację przygód detektywa - doradcy. Dla chętnych recenzja - KLIK.      

czwartek, 3 maja 2012

Demony i feminizm/ 3 z 30 dni z książkami

Dlaczego demony i feminizm? Jestem po lekturze książki Jany Oliver "Córka łowcy demonów". Nie powiem, całkiem miła powieść. Recenzja - KLIK


Dzień 3 - Książka, która cię kompletnie zaskoczyła  

Zdecydowanie najtrudniejszy z 30 jak do tej pory :). Pomyślałam: "Ale co to znaczy zaskoczyła? Zakończyła się inaczej niż sądziłam? Miała inną treść niż się spodziewałam?" Przyszedł mi z pomocą internetowy "Słownik Języka Polskiego PWN". Oto jak wyjaśnia słowo "zaskoczyć":
2. «o sytuacjach, zjawiskach: zdarzyć się lub wystąpić nieoczekiwanie dla kogoś»
3. «wprawić kogoś w zdumienie lub zakłopotanie czymś niespodziewanym»*
 
Mam odpowiedź na swoje pytanie. Zatem może to być książka z niespodziewaną treścią, kiedy tytuł sugeruje zupełnie co innego, niż w efekcie czytamy, z czymś nieoczekiwanym w środku, z nieprzewidywalnym zakończeniem. Powyższe badania pozwoliły mi wytypować dwa tytuły. Pierwszy to "Nieobecność Blanki" Antonio Munoz Moliny, malutka powieść, którą kupiłam za osiem złotych w taniej księgarni, by przeczytać na zajęcia z literatury hiszpańskiej. Na czym polegało zaskoczenie, które zgotowała mi "Blanka"? Trudno wyjaśnić. Ta książka to jedno wielkie zaskoczenie. Do dziś kombinuję, jak ją zinterpretować. I myślę, że być może wpadłam już nawet na dość dobry trop :). W każdym razie polecam lekturę. Wspaniała książka. Drugą powieścią jest "Kalamburka" Małgorzaty Musierowicz. Inna niż wszystkie wcześniejsze i późniejsze części "Jeżycjady". Powieść tak mnie zaskoczyła, że odłożyłam ją po lekturze pierwszego rozdziału. Wróciłam, po kilku latach. I już wiem, że było warto.


____________________________________
* http://sjp.pwn.pl/szukaj/zaskoczenie

wtorek, 1 maja 2012

Kwietniowe Kopytko i 2 dzień 30 dni z książkami


Czas przyznać nagrodę imienia Edgara Kopytko za kwiecień. Będzie to już drugi raz, kiedy przyznaję kwietniowe Kopytko. Pierwszy raz przyznałam je właśnie w kwietniu 2011, jeszcze na poprzednim blogu. Od tamtego czasu minął rok. A., która stworzyła statuetkę Edgara, trochę ją dla nas odnowiła. Co prawda nie zrobiła tego z okazji rocznicy nagrody, ale przy okazji i bez okazji, więc tym bardziej chwała jej za to :). Ale do rzeczy. W kwietniu przeczytałam 10 książek. Zrecenzowałam siedem z nich. Do nagrody imienia Edgara Kopytko nominowani są:

  • Melisa de la Cruz, „Zapach spalonych kwiatów”,
  • Katarzyna Berenika Miszczuk, „Ja, anielica”,
  • Alessandro D’Avenia, „Biała jak mleko, czerwona jak krew”,
  • Elizabeth Miles, „Furie”,
  • Andrew Lane, „Młody Sherlock Holmes. Zabójcza chmura”,
  • Nina Bell, “Dziedzictwo”,
  • Ursula Le Guin, “Trakt morski”.


Bezapelacyjnie zwycięża i zgarnia jubileuszowe Kopytko…

Alessandro D’Avenia za „Białą jak mleko, czerwoną jak krew”.


Jury zgodziło się, że to najpiękniejsza historia pierwszej miłości, jaką czytaliśmy od lat.


I jeszcze. Kolejny z trzydziestu dni z książkami.

Dzień 2 – Książka, którą lubisz najmniej

Zastanawiałam się nad tym bardzo poważnie. Jest wiele książek z klasyki literatury, które czytałam podczas studiów i umierałam z nudów. Ale… jakoś nie potrafię sobie przypomnieć żadnego tytułu. A to oznacza, że wcale nie były takie ważne, skoro nawet nie umiem ich sobie przypomnieć. Nie lubię „Malowanego ptakaJerzego Kosińskiego, ale nie wytypowałabym chyba tej właśnie powieści. Jeszcze bardziej od Kosińskiego nie lubię „Zbrodni i karyFiodora Dostojewskiego. Nawet jej nie skończyłam, co prawie mi się nie zdarza. Z całą pewnością nie lubię „Trylogii” Sienkiewicza. To byłyby chyba książki, które lubię najmniej. Chyba, nie jestem pewna. Widocznie trudniej mi żywić silne antypatie, niż sympatie.  A jednak, uświadomiłam sobie, że jest książka, którą zdecydowanie lubię najmniej - "Lubiewo" Michała Witkowskiego. Okropna, nie rozumiem, czym tak bardzo zachwycają się krytycy literaccy. 

niedziela, 29 kwietnia 2012

30 dni z książkami

Postanowiłam przyłączyć się do wyzwania zaproponowanego przez Prowincjonalną Nauczycielkę, gdyż przyjrzałam mu się, przemyślałam sprawę i uznałam, że jest absolutnie cudowne! Zatem, do dzieła!

Dzień 1 - Twoja ulubiona książka

Jedna? Jedna?! Naprawdę tylko jedna?! W takim razie musiałabym odpowiedzieć, że nie mam ulubionej książki. Mam ulubione książki, ale nie książkę. Jeszcze kilka lat temu byłoby ich pewnie znacznie więcej niż dziś, ale czas płynie, a ja staję się wobec czytanych powieści coraz bardziej krytyczna. Już nie jestem taka skora do padania na kolana. Ale pomyślny… Zatem ulubione książki. Z całą pewnością „Zaklinacz koni” Nicolasa Evansa, „Atramentowe serce” Corneli Funke, „Księga Diny” Herbiorg Wassmo. To te najważniejsze. Ale na liście ulubionych nie powinno zabraknąć także: „Tam gdzie spadają Anioły” Doroty Tyrakowskiej, „Dziewczyny z pomarańczami” Josteina Gaardera i „Dumy i uprzedzenia” Jane Austen.  

piątek, 27 kwietnia 2012

Ursula le Guin jakiej nie znamy

...a przynajmniej jakiej ja nie znałam. "Morski trakt" to le Giun w odsłonie obyczajowej. Krótkie opowiadania o mieszkańcach nadmorskiej miejscowości. Oto recenzja - KLIK

niedziela, 22 kwietnia 2012

Fragment "Klubu Czarownic"


fot. M. Szeląg
W kwietniu obchodzą urodziny dwie bardzo ważne dla mnie wspaniałe Osoby. Jedna z nich, która w przeciwieństwie do większości pozostałych bliskich mi Osób, czyta i zna moje teksty, poradziła mi pewnego dnia podczas rozmowy: „Pokaż im Czarownice!”, jednocześnie wyraźnie zaznaczając: „Ale Malinę, bo jest lepsza, nie Krzysztofa, bo ta wymaga jeszcze dopracowania”. Trzeba Wam wiedzieć, że bliska Osoba ma tendencję do tytułowania moich powieści imionami bohaterów. Co tam właściwe tytuły, bohaterowie się liczą. Na Klub Czarownic składają się zatem zdaniem bliskiej Osoby: Krzysztof, Malina i hmmm, ta nieukończona to może Michał? Co sądzisz, bliska Osobo? Zatem, by dodatkowo uczcić urodziny bliskich Osób, postanowiłam zaprezentować Wam fragment powieści Sztuka latania (częściej nazywanej jednak Maliną). Jest to fragment opisujący pierwszą randkę Maliny i Janka, pary głównych bohaterów. Takich trochę ekscentryków-dziwadeł. Czym ta powieść różni się od poprzednich? Ano choćby tym, że jest w 100 % obyczajowa. Żadnych tam wampirów, wilkołaków i walki dobra za złem. Nic w tym guście. Obok widzicie moją wizję okładki do Krzysztofa, jakby to powiedziała bliska Osoba. Zainteresowanym życzę miłej lektury.


 Sądzą, że skoro nie / znali się wcześniej, /nic miedzy nimi nigdy się nie działo. /A co na to/ ulice, schody, korytarze,/na których mogli się od dawna mijać?(…) Bardzo by ich zdziwiło,/ że od dłuższego już czasu/ bawił się nimi przypadek./ Jeszcze nie całkiem gotów/ zamienić się dla nich w los,(…) Każdy przecież początek/ to tylko ciąg dalszy,/ a księga zdarzeń/ zawsze otwarta w połowie.
Wisława Szymborska, Miłość od pierwszego wejrzenia


     
Malina szła wolnym krokiem. Pizzeria, w której byli umówieni znajdowała się pięć minut szybkiego marszu od miejsca jej zamieszkania. Stawiała krok za krokiem i nie wierzyła, że to robi. Weszła do pizzerii i zajęła stolik. Podobno miał ją rozpoznać, więc jeśli już jest, zapewne podejdzie. Zdjęła płaszcz i powiesiła go na wieszaku. Usiadła. Kelner przyniósł kartę, ale na razie zamówiła tylko sok pomarańczowy. Czekała.
- Witaj.
Drgnęła i podniosła wzrok. Po drugiej stronie stołu stał wysoki, szczupły chłopak w powyciąganym jasnym swetrze i dżinsach. Wzrok przykuwały przede wszystkim jego włosy – czarne kędziorki, trochę jak u baranka. Przyszło jej do głowy, że Sissi z całą pewnością zaliczyłaby go do grona kawaii, słodziutki. Chłopak zajął miejsce po drugiej stronie stołu.
- Miło się w końcu spotkać – stwierdził.
Nie odpowiedziała. Zaległa między nimi ciężka i niezręczna cisza. Malina ukradkiem spojrzała na drzwi. Spokojnie, tylko spokojnie. Nie zabije jej przecież w pizzerii pełnej ludzi. Będzie w większym niebezpieczeństwie, jeśli wyjdzie. Ukradkiem sięgnęła do torebki i wyciągnęła z niej telefon, który położyła na kolanach. Ale potem pomyślała, że jednak jest idiotką. Sama się z nim umówiła. Nikt jej przecież nie zmuszał. Wtedy jakoś nie myślała o tym, że mógłby jej coś zrobić. I dobrze, teraz też nie będzie o tym myśleć. Przyszedł kelner.
- Wybieraj, proszę.
Przełknęła ślinę i dokonała wyboru. Grunt to dobra mina, nawet do najgorszej gry. Gdy kelner odszedł, chłopak spojrzał na nią i stwierdził:
- Linia siedemdziesiąt jeden, przystanek koło zamku. Dwa razy w tygodniu, w środę i piątek, wsiadasz w ten autobus o piętnastej cztery. Zawsze siadasz tyłem do kierunku jazdy. Wyciągasz książkę lub patrzysz w okno. Książki, które wozisz oraz przystanek sugerują, że studiujesz polonistykę. Siadanie tyłem do kierunku jazdy pozwala wyciągnąć wnioski, że nie cierpisz na chorobę lokomocyjną.
Malina czuła, że ręce złożone na kolanach drgają. Czego chciał od niej ten dziwny chłopak? Śledził ją? Czy mógł chcieć ją skrzywdzić? Zdawał się jednak nie zauważać, że ukradkiem spogląda na telefon.
- Siedemnastego października wsiadłaś do autobusu i niemal całą drogę płakałaś.
Nie. Koniec. Dość. Po plecach przebieg jej dreszcz.
- Śledzisz mnie? – zapytała, czując, że jej głos zmienił barwę pod wpływem stresu.
Chłopak zaśmiał się.
- Nie, tylko obserwuję. Mam pamięć do twarzy. A nie co dzień jakaś studentka polonistyki wsiada do autobusu, dźwigając przed sobą siedemnaście książek i płacząc jak bóbr. Co się stało tamtego dnia?
Malina jeszcze raz zerknęła na telefon. Czuła, że się dusi. Musi stamtąd wyjść. Zmienić godziny powrotów i najlepiej autobus.
- Słuchaj… - powiedziała – bardzo cię przepraszam, ale wchodzisz tu, zaczynasz mi opowiadać niestworzone rzeczy na mój własny temat, które sprawiają, że dostaję gęsiej skórki…
Kelner właśnie przyniósł pizzę. Widząc jednak, że sytuacja przy stole jest więcej niż nieciekawa, natychmiast się zmył, nie licząc już nawet w duchu na napiwek.
- Chcesz wyjść – zauważył. Po raz pierwszy przeniósł wzrok z niej na coś innego. Spojrzał ponad jej ramieniem na ścianę.
Pokręciła głową. Oszalała, naprawdę oszalała. Jeszcze sekundę temu, była pewna, że chce wyjść. A teraz dałaby głowę, że jest mu przykro.
- Nie chciałem cię przestraszyć. Nie wiedziałem, nie byłem pewien, jak mam się z tobą dogadać.
Zrobiła wielkie oczy.
- Czyżbym miała czułki?
Znów przeniósł wzrok ze ściany ponad jej ramieniem na jej twarz. Miał duże, niebieskie oczy.
- Nie, nie – powiedział, machając rekami. – Po prostu wydawało mi się, że patrzysz na świat inaczej…
Wolała nie drążyć tego tematu. Nie odważyła się jednak sięgnąć po kawałek pizzy. To by znaczyło, że utknie tu na tak długo, ile wymaga zjedzenie go. Póki nic sobie nie nałoży, może wyjść.
- A ty jesteś…
Klepnął się dłonią w czoło, co sprawiło, że podskoczyła ze strachu. Spojrzała na zegarek. Dwadzieścia pięć minut. Da mu jeszcze pięć.
- Nie przedstawiłem się . Janek, mieszkam na Wichrowym, tu niedaleko.
- Ja chyba nie muszę…
Zmarszczył brwi.
- Nie? Dlaczego?
Teraz ona zrobiła wielkie oczy. Zaśmiał się.
- Nie jestem wszystkowiedzący. Wiem o tobie tyle, ile udało mi się wywnioskować na podstawie obserwacji.
Wyciągnęła do niego rękę ponad stołem.
- Malina.
- Janek – uścisnął jej drobną dłoń. – Rozumiem, jeśli chcesz wyjść…
Zastanowiła się przez chwilę. Zaciekawił ją. Wciąż się bała, to prawda, ale mimo to odczuwała ciekawość. Mówią, że ciekawość to pierwszy stopień do piekła, ale jak mawiał jej ukochany doktor House wszyscy umrzemy. Wszyscy umrzemy i wszyscy kłamiemy.
- W zasadzie nie – odpowiedziała nie do końca zgodnie z prawdą.
Uśmiechnął się.
- Zasada nieoznaczoności Heisenberga.
Odchyliła się nieco do tytuł.
- Proszę?
- Wiedziałem, że trudno nam się będzie dogadać. Kurcze. Przepraszam, ja tak mam. Human z matematykiem nigdy się nie do końca nie porozumie.
Teraz to ona się zaśmiała. To prawda. Ona też była tego zdania. Human z matematykiem nigdy się nie dogada. Jeszcze jeden powód żeby wyjść.
- Poczekaj – stwierdził nagle. – Spróbuję wytłumaczyć.
Acha, zacznie mi rysować cyferki, wzorki, z których nic nie zrozumiem, pomyślała i westchnęła w duchu. Sięgnęła po szpatułkę i nałożyła sobie kawałek pizzy, przygotowując się do starcia z liczbami, które na pewno przygwożdżą ja i pokonają.
- Więc? – zachęciła, udając, że ją to interesuje.
Spojrzał na nią przelotnie i też nałożył sobie kawałek.
- Zasada nieoznaczoności Heisenberga mówi, że fakt obserwacji wpływa na obiekt obserwowany.
Widelec zadźwięczał. Chłopak zmarszczył brwi, zdziwiony.
- Coś nie tak?
- Nie, nie – odpowiedziała. – Ale ja to znam. Na pedagogice uczyli nas o tym, że kiedy coś robimy, a jesteśmy obserwowani, wpływa to dodatnie lub ujemnie na jakość naszej pracy. W zależności od jednostki. Tak zwana koncepcja życia jako teatru. Studiujesz matematykę? – zaciekawiła się.
Kiwnął głową. Właśnie skończyła swój pierwszy kawałek, więc przerwał jedzenie i nałożył jej kolejny. Na początku myślała, że chce w ten sposób dopilnować, by nie uciekła, ale przyszło jej też do głowy, że próbuje po prostu być grzeczny i miły, tylko za bardzo się denerwuje, by okazać to we właściwy sposób.
- Tak – odparł. – Na czwartym roku.
Co by znaczyło, że jest dwa lata starszy.
- Tamtego dnia płakałam, ponieważ nie przyjęli mnie na kurs ze scenopisarstwa. Wykładowca miał rację, że mnie nie przyjął.
- Dlaczego tak uważasz?
- Mieliśmy napisać streszczenie dowolnie wybranej komedii romantycznej, a ja swoją nieco zmodyfikowałam i bohater zamiast w objęciach swojej lubej wylądował pod autobusem.
- Faktycznie nie miał farta – zauważył i zaśmiali się oboje.
- Zazdroszczę ci – przyznała. – Zawsze uważałam, że matematyka jest lepsza od przedmiotów humanistycznych. Na moim wydziale wszystko wydaje mi napuszone i takie odrealnione. Roztrząsa się problemy wyssane z palca, sztuczne, stworzone tylko po to, by było się nad czym zastanawiać. A w matematyce jest inaczej, po nitce do kłębka.
- To nie do końca tak. Słowa i liczby to zupełnie różne języki. Liczby to język, za pomocą którego natura komunikuje się z człowiekiem. Na przykład ten kwiatek – chłopak sięgnął do wazonu i wyjął z niego margerytkę. – Suma płatków z ostatniego rzędu jest równa sumie płatków dwóch następnych rzędów – pacnął ją kwiatkiem w nos i odłożył go do wazonu. – Ale język, nad którym zastanawiają się humaniści jest językiem, którego ludzie używają do komunikacji. Czasami wydaje mi się, że język słów jest trudniejszy od języka liczb. A czasem myślę sobie, że to tylko ludzie go tak komplikują.
Nagle zmienił temat.
- Powiedz mi, masz jakąś pasję? Czekaj – powstrzymał ją, gdy już chciała zacząć mówić- Tylko nie mów, że książki…
Aha, nie czyta, wiedziałam, pomyślała sobie.
- … książki na chwilę odstawiamy na bok. Chcę żebyś mnie dobrze zrozumiała. Ja pytam o coś, bez czego nie wyobrażasz sobie życia.
Odpowiedź padła od razu.
- Konie.                                                              
- Konie?
- Tak, konie – chciała sięgnąć po następny kawałek pizzy, zdziwiła się, gdyż blaszka była już pusta. Wszystko zjedli, nawet nie wiedziała kiedy. Oparła więc podbródek na dłoniach i zapytała zaciekawiona:
- A ty, bez czego nie wyobrażałbyś sobie życia?
Odpowiedź była bardziej zaskakująca niż jej się wydawało. Była bardziej zaskakująca, niż wydawało jej się, że może być zaskakującą. Bardziej zaskakująca niż wszystkie zaskakujące odpowiedzi, jakie tylko przychodziły jej do głowy. Jemu również nie potrzeba było dużo czasu na odpowiedź.
- Bez architektury Franka Gehry’ego.
- Ten od tańczącego domu w Pradze?
- Znasz go! – ucieszył się wyraźnie.
- „Znasz” to za dużo powiedziane. Słyszałam – przyznała.
Strasznie padało, gdy skończyli jeść pizzę i zebrali się do wyjścia. Chłopak miał parasol, Malina niestety nie. Zaoferował się, że ją odprowadzi. Wyszedł na deszcz i otworzył ogromny żółty parasol. Czekał aż stanie koło niego. Chwilę trwało zanim się dopasowali. Potem szli już noga w nogę. Malina ukradkiem spoglądała na swojego towarzysza. Podprowadził ją pod drzwi wejściowe. Zamknął parasol, obsypując ich gradem kropelek wody. Zapadła niezręczna cisza.
- Dziękuję, bardzo dobrze się bawiłam.
Chłopak wzruszył ramionami.
- Mam nadzieję, że nie kłamiesz.
Malina wybałuszyła oczy.
- Słucham?
- Próbujesz być miła. Ja natomiast naprawdę bardzo dobrze się bawiłem…
- Nie jestem miła, tylko szczera.
- Więc gdybym zaproponował ci następne spotkanie…
- Tak?
- To?
- Co? Czekaj, pogubiłam się. O czym teraz mówimy?
Chłopak roześmiał się. Miał rację. W pewnych kwestiach human i ścisłowiec na pewno się nie porozumieją. Ale tylko wtedy, kiedy nie chcą.
- Bo jeśli próbujesz mi w ten dziwny sposób zaproponować następne spotkanie, to z chęcią dam ci mój numer żebyś mógł zadzwonić. Wtedy się umówimy.
Uśmiechnął się, wyraźnie uradowany.
- Dyktuj.
Zmarszczyła brwi.
- Nie zapiszesz?
Zaśmiał się, jakby właśnie opowiedziała mu dobry dowcip.
- Dziewięć cyfr, bez przesady. Zapamiętam.
Kiwnęła głową. A podobno chciał się spotkać po raz drugi. Dziewięć cyfr. Zapamięta, akurat. To dopiero był dobry żart. On wyraźnie czekał, aż poda mu numer. Niezbyt szybko wymieniła następujących po sobie dziewięć cyfr. Nie powtórzył na głos, nie poprosił, by przedyktowała jeszcze raz. Po prostu kiwnął głową. Cóż, nie będzie następnego spotkania. Szkoda.
            Oparta o drzwi wejściowe, patrzyła jak odchodzi w strugach deszczu. Żółty parasol jeszcze długo odcinał się od mroku wieczoru. Może już wtedy wiedziała, może przeczuwała, choć sama nie wierzyła przecież w kobiecą intuicję. A może po prostu bardzo chciała, by to była prawda. Uśmiechnęła się.
- To powinieneś być ty – stwierdziła, wchodząc do domu.