środa, 29 października 2014

Lovecraft - stary, ale jary?



Trzeba zacząć od tego, że Lovecraft był ciekawą postacią. Szczęśliwi pisarze, którzy swym życiem potwierdzają literaturę. Gdyby ktoś kiedyś pisał moją biografię (na co się nie zanosi, bo próba wydania kolejnej książki zakończyła się klapą), to zamykałaby się ona w jednym zdaniu: „Była nudna, a jej życie przewidywalne. Nic nadzwyczajnego”. Życie Lovecrafta, zakończone, a jakże, w młodym wieku, osnute jest nimbem tajemniczości. Nieudane małżeństwo, ekscentryczna egzystencja w starym domu, z którego niemal nie wychodził, setki listów, grono wyznawców jeszcze za życia (należał do nich między innymi Howard; tak, tak, ten Howard, twórca Conana Barbarzyńcy). Ekscentryk, samotnik. Lovecraft to zdecydowanie ciekawa postać.  
            Czy dziś Lovecraft może jeszcze zachwycać? Trudno mi jednoznacznie odpowiedzieć na to pytanie. Zacząć należałoby od tego, że wszystkie opowiadania ze zbioru łączy znana miłośnikom pisarza „mitologia Cthulhu”. Tytułowy potwór, to przybysz z gwiazd, który na Ziemi zamieszkuje głębiny oceanów i pragnie przejąć kontrolę nad nieświadomymi niczego ludźmi. Niektórzy z nim sympatyzują, inni natomiast starają się go zwalczyć. Z jednej strony opowiadania z „Zewu Cthulhu” trącą myszką – atakujące bohaterów stwory są trochę obleśne, trochę śmieszne, ale na pewno nie przerażają. Z drugiej strony w opowiadaniach Lovecrafta wyczuwalny jest ten jedyny w swoim rodzaju klimat – tajemnicy, zagrożenia. Niewyjaśnione, które przybyło z gwiazd czai się gdzieś w mroku. Lovecraft to stara dobra szkoła. Tu zagrożenie przychodzi od strony przyrody, posępnych gór, zacienionych starych lasów, wyłania się z wszędobylskiej mgły albo ciemności nocy. Czai się gdzieś w murach zrujnowanych kościołów. No i są jeszcze Arkham i Danwish – miasta znane wszystkim miłośnikom prozy amerykańskiego pisarza.
            Coś w tej prozie musi być, że stała się choćby podstawą do stworzenia „Horroru w Arkham”, gdy
planszowej, która choć jestem niedzielnym graczem, jest dla mnie na razie niedoścignionym wzorem. Uwielbiam tę grę z jej niesamowitą planszą, świetnymi i różnorodnymi postaciami, magicznymi elementami. Mówi się, że każdy dobry film powstał na podstawie książki. Ja rozszerzyłabym to na gry planszowe. Każda dobra planszówka bierze swój początek w fabule książkowej.
            Myślę, że jeśli ktoś nie miał jeszcze swoich pięciu minut z Lovecraftem, to okolice Halloween są najlepszym momentem żeby zacząć. Są stwory, potwory, tajemnice. Jest ciemność i przenikanie się światów. Polecam, zwłaszcza nowsze wydania, gdyż wizualnie wyjątkowo cieszą oko.      

wtorek, 21 października 2014

Jedna pani drugiej pani, czyli co bibliotekarstwo ma wspólnego z ateizmem



Spotkałam dziś znajomą z dawnych lat. Wracałyśmy razem do domu autobusem. Ucieszyłam się, że ją widzę. Od dawna nie miałam o niej żadnych wiadomości, a kiedyś darzyłam ją sympatią (choć ona powiedziała mi, jeszcze w dawnym czasach, że się mnie boi, ciekawe, czy dziś by to potwierdziła, nie zapytałam).
            Tak od słowa, do słowa i z naszej rozmowy wyciągnęłam dwa bolesne wnioski.



Po pierwsze primo:
„- Wyszłaś za mąż?
- Nie, jeszcze nie. Nie śpieszy mi się.
- No tak, bo ty chcesz brać ślub cywilny. To się nie ma do czego śpieszyć.
- A przepraszam, do ślubu kościelnego to się trzeba śpieszyć, do cywilnego już nie?”

Z badań opinii publicznej wynika, że według Polaków konkubinat z dziećmi to bardziej rodzina, niż zawarte w Kościele małżeństwo bez dzieci. Więc ta tak bardzo prokatolicka Polska znów tak bardzo murem za małżeństwem kościelnym (czy raczej małżeństwem w ogóle) nie stoli, skoro współżycie w małżeństwie, ale nieposiadanie dzieci (bez względu chyba ba przyczynę), nie jest mile widziane. Ale już płodzenie nieślubnych dzieci na prawo i lewo jest ok., bo to jest rodzina. To smutne, czasem przeraża mnie, w jakim kraju żyję. Drugi wniosek jest równie niemiły. Skąd u katolików założenie, że ateiści są niemoralni? Skoro zawierają ślub nie w świetle prawa boskiego a ludzkiego, to co, ich nie obowiązuje, „wierność i uczciwość małżeńska i że cię nie opuszczę aż do śmierci”? Rozumiem, że zdaniem katolików, ateiści nie zawierają związków małżeńskich z myślą, że będą ze sobą całe życie? Ale skoro tak, to dlaczego wielu katolików tak chętnie bierze rozwody? Przecież rozwody to wynalazek szatana zarezerwowany dla ateistów. Dlaczego nagle katolicy uznają, że Pan Bóg stworzył rozwody, bo wiedział, że będą dobre? I dlaczego nie kłóci się to z ideą „aż po grób, choćbyś pił i bił”?  

Po drugie primo:
„Pracujesz w bibliotece, to chyba bardzo nudne”

Zdaniem mojej znajomej bibliotekarstwo MUSI, MUSI być zawodem tymczasowym. Bibliotekarstwo jest nudne, bibliotekarstwo nie rozwija. Taki bibliotekarz tylko wypożycza książki. Nie wiem, czego się spodziewała? Że noszę we włosach pajęczyny? Może to straszne, może to śmieszne, ale dla mnie bibliotekarstwo nie jest przystankiem do celu. Dla mnie bibliotekarstwo JEST CELEM. I nie wstydzę się tego powiedzieć. Nie rozumiem, dlaczego miałabym się wstydzić pracy w bibliotece. Zdaniem znajomej praca w bibliotece nie rozwija, a wręcz uwstecznia. A ja bez przerwy mogłabym opowiadać o mojej cudownej grupie Pań z Dyskusyjnego Klubu Książki, o pisaniu projektów, o nowych pomysłach, o lekcjach bibliotecznych, wizytach przedszkola, o strojeniu biblioteki na Halloween i wycinaniu dyni, o tym, jak przyjemne potrafi być kupowanie nowych książek, a nawet o UKD. Bo Uniwersalny System Dziesiętny w swej pokrętnej logice i zawiłości też potrafi być fascynujący. Zastanawia mnie, dlaczego bibliotekarstwo jest zawodem… pogardzania społecznego. Bibliotekarka (nigdy nie bibliotekarz!) to pani w wełnianym powyciąganym swetrze, z koczkiem, w okularach na łańcuszku, która patrzy na ciebie wzrokiem bazyliszka i pyta: „Czego?!”. Moja znajoma bibliotekarka mówi, że bibliotekarz to „zawód poczytny, ale nie popłatny”. Może i zarabiamy śmiesznie, ale nie wszyscy jesteśmy śmieszni. Są wśród nas ludzie pełni pasji i oddania. Ludzie z pomysłami, kreatywni. Ludzie, którzy dużo wiedzą i pragną się tą wiedzą dzielić. I na dodatek, którzy, jak w tym nieśpiesznym kawale, podobnie jak papier toaletowy, różnią się od blondynki tym, że się rozwijają! Wybaczcie, ale nie będę się wstydzić tego, że jestem bibliotekarką.

środa, 15 października 2014

W obronie Evy Scriby



Kiedy przeczytałam tę wiadomość na blogu „Będąc młodą bibliotekarką”, myślałam, że to jakiś żart. Może spóźniony kawał na 1 kwietnia, jak wszystkie takie dowcipy, niezbyt zabawny, tragiczny w swojej wymowie. Ale nie. Stoi, jak wół, czarno na białym – Eva Scriba straciła pracę w bibliotece z powodu redukcji etatów. Laureatka Nagrody im. Andrzeja Wojtkowskiego z 2013 roku, niecałe 12 miesięcy po jej otrzymaniu, rozstała się z branżą.
Bibliotekarka z talentem, umiejętnościami, bibliotekarka z pasją rozstaje się z zawodem. Uważam, że to wielka strata dla świata bibliotekarskiego i nie zawaham się tego powiedzieć. Co jest nie tak z naszym zawodem, że wciąż króluje selekcja negatywna? Puknijcie się w głowę, dyrektory! Co jest z Wami nie w porządku? Dlaczego wolicie mieć pracowników miernych i biernych? Bo co, bo mierni, bierni, ale wierni? Jeszcze chwila a dojdzie do paradoksu – bibliotekarze z pasją, z powołaniem, a co najważniejsze z odpowiednimi umiejętnościami i kwalifikacjami będą się bali wychylić, bo kto za dużo umie, kto za wiele potrafi, kto chciałby zbyt dużo dać z siebie na bruku niechybnie wyląduje. Bój się, Dobry Bibliotekarzu. Nie wychylaj się, Fachowcu. Bądź przekładaczem książek, robotem bibliotecznym, który wydaje i odbiera woluminy. Nic ponad to. Nie i basta. Bo przecież na Twoje miejsce jest 10 innych. Co to za filozofia, podawać książki. Wszak wszyscy wiedzą – w bibliotece nic się nie robi. A robić nic może każdy.
Kto więc lepszy? Pracownik mierny, bierny, ale wierny czy kreatywny i z pomysłami? Przykład Evy Scriby pokazuje, że branża biblioteczna wciąż zmierza w złym kierunku. Promuje i nagradza przeciętność i miernotę, wyrzuca na margines to, co wyjątkowe i niepowtarzalne. Tylko czekać, aż usłyszymy, że Panie Bibliotekarki z Lublina zamiast premii za swoją niezwykłą pracę, otrzymały… wypowiedzenie. Puknijcie się w głowę, Dyrektory i zrozumcie, że nie możemy sobie pozwolić na utratę takich pracowników, jak Eva Scriba. Wstyd i hańba.       

wtorek, 14 października 2014

Dreszczem poczujesz, że ona jest blisko...



„Kobieta w czerni” jest adaptacją powieści Suzanne Hill i remake’em filmu z 1989 roku. Pierwsza wersja , moim zdaniem, nie wytrzymała próby czasu. Słowo daję, mnie bardzo łatwo jest przestraszyć, ale tutaj… nie ma czego się bać. Obejrzeć można, jeśli ktoś lubi old schoolowe filmy, w innym przypadku nie polecam. Najnowsza „Kobieta w czerni” to co innego.
Film opowiada o losach młodego adwokata, Arthura, który po śmierci pani Drablow dostaje zlecenie, by udać się do jej starej posiadłości w celu uporządkowania spraw spadkowych i wystawienia domu na sprzedaż. Miasteczko, na obrzeżach którego znajduje się posiadłość, zamieszkiwane jest przez nieprzychylnych, tajemniczych ludzi. Wkrótce Arthur odkrywa, że w miejscu tym dochodzi do tajemniczych zgonów dzieci, a stary dom spowija mroczna przeszłość.

„Kobieta w czerni” nie jest horrorem. Jeśli oczekujecie ręki, nogi i mózgu na ścianie, to niewłaściwy adres. To raczej film odwołujący się do schematów powieści gotyckiej i kina z dreszczykiem (w sumie to idealna pozycja na zbliżające się Halloween). Film oferuje nam cały arsenał kalek typowych dla powieści gotyckiej. Mamy stary dom na bagnach, mroczą tajemnicę, czystego moralnie bohatera, który próbuje postąpić słusznie, nieprzychylnych mu mieszkańców miasteczka i duchy małych martwych dzieci. Są nieoczekiwane postukiwania i pojękiwania. Są skrzypiące schody i pozytywki tak przerażające, że ścina się krew w żyłach. Tak, w tym filmie nawet pozytywki przerażają. Jest mgła, jest mrok. Choć nawet w środku dnia reżyser potrafi przerazić i za to należą mu się oklaski. Wierzcie mi. No i wreszcie jest i ona. Tytułowa Kobieta w czerni. Przerażająca. 

Kto szuka w kinie rozrywki, otrzyma ją. Ten natomiast, kto poszukuje czegoś więcej, również się nie rozczaruje. „Kobieta w czerni” jest opowieścią o sytuacji kobiet pod koniec XIX wieku. To historia o tym, jak krzywdzące potrafią być konwenanse i jak zbytnie oglądanie się na opinie innych może doprowadzić do tragedii. Jest to wreszcie historia o tym, jak krzywda, którą uczyniliśmy, lubi do nas powracać. Natomiast, gdyby dokładniej przyjrzeć się postaci głównego bohatera, jest to opowieść o próbie radzenia sobie ze stratą i nieumiejętności pogodzenia się z odejściem najbliższych. O ścieraniu się tego, co racjonalne z tęsknotą i potrzebą przywołania obecności ukochanej osoby. I koniec końców jest to, niestety, historia o tym, że zło czasami po prostu się wydarza i nie można ani wytłumaczyć go w sposób racjonalny, ani powstrzymać

Serdecznie polecam Wam „Kobietę w czerni”. Film przyciąga gotyckim klimatem i fenomenalną muzyką, która tylko potęguje uczucie grozy. Miłośnicy ghost story na pewno poczują się usatysfakcjonowani.    

czwartek, 9 października 2014

A we mnie biało, biało, jednostajnie, choć mam w sobie barw utajnioną głębię. Kto mnie rozbije na tęczę?



O Murakamim będzie krótko. Nie dlatego, że mi się nie podobał, gdyż „Bezbarwny Tsukuru Tazaki i lata jego pielgrzymstwa” podobał mi się bardzo, ale dlatego, że uważam, iż o Murakamim nie wypada nie wspomnieć, a książkę czytałam już jakiś czas temu, lecz nie miałam czasu, by przysiąść i napisać recenzję. Więc krótko, o wrażeniach, które nie wyleciały z pamięci.
            Główny bohater powieści, Tsukuru Tazaki, buduje dworce. Jest trzydziestosześcioletnim kawalerem, na którym wyraźny ślad odcisnęło pewne wydarzenie z przeszłości – moment, gdy czwórka jego przyjaciół z dnia na dzień decyduje się zerwać z nim wszystkie kontakty. Po latach Tsukuru Tazaki postanawia odkryć przyczynę ich dziwnego zachowania, które tak go zabolało.
            Obawiałam się pisarstwa Murakamiego. Obawiałam się, że będzie dla mnie za trudny, a przepaść kulturowa, to wszak Japończyk, zbyt wielka. Moje obawy okazały się bezpodstawne. Murakami to pisarz japoński, ale odwołujący się do europejskiego kręgu kulturowego. Sporo w jego prozie odniesień do europejskiej sztuki. Opisanej zresztą tak sugestywnie, że natychmiast będziecie mieli ochotę sięgnąć choćby po „Lata pielgrzymstwa” Franciszka Liszta.
            Niezwykłe jest u Murakamiego przeplatanie się świata realnego ze światem duchów. Sporo w tych książkach dzieje się na pograniczu jawy ze snem, realności z urojeniami. Proza Harukiego Murakamiego przesycona jest niedopowiedzeniami. W „Bezbarwnym Tsukuru Tazaki” było ich nawet nieco zbyt dużo, jak na mój gust. Wolałabym, aby pisarz wyjaśnił niektóre kwestie. Mniej pozostawił domysłom, więcej wątków domknął.
            L. mówi, że Murakami to pisarz, z którym jej nie po drodze. „Bezbarwny Tsukuru Tazaki” był moim pierwszym zetknięciem z prozą sławnego Japończyka i okazało się, że jest nam ze sobą bardzo po drodze. Miałam ochotę wręcz uściskać bezbarwnego Tsukuru. Ja sama również czuję się bezbarwna, więc doskonale go rozumiem. Jednym proza Murakamiego przypadnie do serca (ja), innym nie (L.). Jak to w życiu. Proszę, dajcie mu szansę. Naprawdę zasługuje.

wtorek, 7 października 2014

"Czy tak chciałeś umrzeć, czy ci przyszło do głowy, że twa krwawa śmierć to będzie super hit światowy?"



      Czwartego października Teatr Muzyczny w Łodzi otworzył nowy sezon musicalem „Jesus Christ Superstar”. Było to pierwsze anglojęzyczne wystawienie w Polsce. I ja tam byłam. Może nie „miód i wino piłam”, ale i tak premierę zobaczyłam i kto zechce słuchać, opowiem. 

Teraz będzie mała dygresja. Nigdy nie byłam w TM w Łodzi. Nie wiedziałam, czego się spodziewać. Nie miałam wygórowanych oczekiwań, choć nie do końca odpowiadało mi, iż przedstawienie będzie w języku angielskim. Jednak nad sceną znajdował się ekran z napisami, więc nawet dla tych, którzy widzieli ten musical pierwszy raz, a nie znają języka, nie stanowiło to przeszkody w odbiorze, może jedynie utrudnienie, bo wzrok krążył między sceną i ekranem z napisami.
Nad fabułą rozwodzić się nie będę, bo pisałam już o musicalu „Jesus Christ Superstar” w jednej z poprzednich notek. Dodam może tylko, iż w łódzkim przedstawieniu rzuciło mi się w oczy co innego, niż w filmowej wersji. Tym razem zwróciłam uwagę nie na człowieczeństwo Chrystusa, a fakt, że „sprawa” Jezusa to była pewnego rodzaju moda. Mesjasza wykreowano, a być może niekoniecznie nadawał się do swojej roli. Z drugiej strony odgrywał ją na tyle dobrze, że jego historia przetrwała wieki. Ukrzyżowanie stało się hitem. Nie tylko na skalę religijną, ale i (pop)kulturową.
Kiedy oglądałam musical Webbera i Rice’a pierwszy raz, postać Marii Magdaleny nie spodobała mi się. Nie, nie tyle nie spodobała, co nie wzbudziła we mnie żadnych emocji. Natomiast łódzka Maria Magdalena była fenomenalna, wyjątkowa, moim zdaniem najlepsza z całej ekipy. Świetnie wyszły także utwory zbiorowe. Łodzianie dali czadu, bez dwóch zdań. Panie i Panowie, czapki z głów. Muzycznie łódzki musical był wyjątkowym doznaniem.
Podobało mi się, że Łódź podjęła odważne decyzje. Postawiła na młodość. Odtwórców głównych ról wyłoniono z castingów. Łódzki Jezus ma zaledwie 22 lata i jest najmłodszym odtwórcą tej roli w historii. Kostiumy i scenografię wykonali absolwenci tamtejszej ASP. Plakat musicalu wyłoniono w drodze konkursu.
Kilka rzeczy mi jednak nie odpowiadało. Po pierwsze primo, nie podobało mi się uwspółcześnienie całości. Kajfasz w garniturze, Piłat grający w golfa? Mnie to nie przekonało. Nie spodobały mi się kostiumy. Herod w wersji drag queen. Nie wiadomo, czy to ona, czy ono. Ubrany(a) w strój z nadrukowaną lalką Barbie i peniuar z piórek. Straszne. Nie, podziękuję. Pas. Scenografia też nie w moim guście. Krzyż z lampek ledowych wyglądał jak trampolina, a nie symbol religijny.
W ogólnym rozrachunku jestem bardzo zadowolona z wizyty w Łodzi. Koniec końców byłam tam przecież dla muzyki. A ta mnie nie zawiodła. Przedstawieniu towarzyszyła niesamowita siła, fantastyczna energia. Jednak żaden film, żadne nagranie audio nie zastąpi kontaktu z żywymi aktorami, z przedstawieniem odgrywanym na scenie, tuż przed Waszymi oczami. Jeśli tylko macie możliwość, wybierzcie się do TM w Łodzi, by obejrzeć „Jesus Christ Superstar”. I koniecznie, ale to koniecznie wybierzcie przedstawienie, w którym w rolę Marii Magdaleny wcielać się będzie Agnieszka Przekupień. A przy tym pośpieszcie się, Łódź planuje tylko 45 przedstawień!