wtorek, 7 października 2014

"Czy tak chciałeś umrzeć, czy ci przyszło do głowy, że twa krwawa śmierć to będzie super hit światowy?"



      Czwartego października Teatr Muzyczny w Łodzi otworzył nowy sezon musicalem „Jesus Christ Superstar”. Było to pierwsze anglojęzyczne wystawienie w Polsce. I ja tam byłam. Może nie „miód i wino piłam”, ale i tak premierę zobaczyłam i kto zechce słuchać, opowiem. 

Teraz będzie mała dygresja. Nigdy nie byłam w TM w Łodzi. Nie wiedziałam, czego się spodziewać. Nie miałam wygórowanych oczekiwań, choć nie do końca odpowiadało mi, iż przedstawienie będzie w języku angielskim. Jednak nad sceną znajdował się ekran z napisami, więc nawet dla tych, którzy widzieli ten musical pierwszy raz, a nie znają języka, nie stanowiło to przeszkody w odbiorze, może jedynie utrudnienie, bo wzrok krążył między sceną i ekranem z napisami.
Nad fabułą rozwodzić się nie będę, bo pisałam już o musicalu „Jesus Christ Superstar” w jednej z poprzednich notek. Dodam może tylko, iż w łódzkim przedstawieniu rzuciło mi się w oczy co innego, niż w filmowej wersji. Tym razem zwróciłam uwagę nie na człowieczeństwo Chrystusa, a fakt, że „sprawa” Jezusa to była pewnego rodzaju moda. Mesjasza wykreowano, a być może niekoniecznie nadawał się do swojej roli. Z drugiej strony odgrywał ją na tyle dobrze, że jego historia przetrwała wieki. Ukrzyżowanie stało się hitem. Nie tylko na skalę religijną, ale i (pop)kulturową.
Kiedy oglądałam musical Webbera i Rice’a pierwszy raz, postać Marii Magdaleny nie spodobała mi się. Nie, nie tyle nie spodobała, co nie wzbudziła we mnie żadnych emocji. Natomiast łódzka Maria Magdalena była fenomenalna, wyjątkowa, moim zdaniem najlepsza z całej ekipy. Świetnie wyszły także utwory zbiorowe. Łodzianie dali czadu, bez dwóch zdań. Panie i Panowie, czapki z głów. Muzycznie łódzki musical był wyjątkowym doznaniem.
Podobało mi się, że Łódź podjęła odważne decyzje. Postawiła na młodość. Odtwórców głównych ról wyłoniono z castingów. Łódzki Jezus ma zaledwie 22 lata i jest najmłodszym odtwórcą tej roli w historii. Kostiumy i scenografię wykonali absolwenci tamtejszej ASP. Plakat musicalu wyłoniono w drodze konkursu.
Kilka rzeczy mi jednak nie odpowiadało. Po pierwsze primo, nie podobało mi się uwspółcześnienie całości. Kajfasz w garniturze, Piłat grający w golfa? Mnie to nie przekonało. Nie spodobały mi się kostiumy. Herod w wersji drag queen. Nie wiadomo, czy to ona, czy ono. Ubrany(a) w strój z nadrukowaną lalką Barbie i peniuar z piórek. Straszne. Nie, podziękuję. Pas. Scenografia też nie w moim guście. Krzyż z lampek ledowych wyglądał jak trampolina, a nie symbol religijny.
W ogólnym rozrachunku jestem bardzo zadowolona z wizyty w Łodzi. Koniec końców byłam tam przecież dla muzyki. A ta mnie nie zawiodła. Przedstawieniu towarzyszyła niesamowita siła, fantastyczna energia. Jednak żaden film, żadne nagranie audio nie zastąpi kontaktu z żywymi aktorami, z przedstawieniem odgrywanym na scenie, tuż przed Waszymi oczami. Jeśli tylko macie możliwość, wybierzcie się do TM w Łodzi, by obejrzeć „Jesus Christ Superstar”. I koniecznie, ale to koniecznie wybierzcie przedstawienie, w którym w rolę Marii Magdaleny wcielać się będzie Agnieszka Przekupień. A przy tym pośpieszcie się, Łódź planuje tylko 45 przedstawień!

1 komentarz:

  1. Murakami nazywany jest przez krytykow tworca popkulturowym. Nie przepadam za tym nurtem. Jednak zachecam do czytania powiesci japonskiego pisarza. Nie cierpie, gdy ktos krytykuje, nie przeczytawszy utworu. Niestety w naszym kraju to dosc typowe:(

    OdpowiedzUsuń