Henry Got podróżuje


Jeśli wybierasz się w podróż niech będzie to podróż długa
wędrowanie pozornie bez celu błądzenie po omacku
żebyś nie tylko oczami ale także dotykiem poznał szorstkość ziemi
i abyś całą skórą zmierzył się ze światem
Zbigniew Herbert, Podróż

 SZCZEGÓŁY AKCJI:

Postanowiłam, że Henryk Got wyruszy w podróż. Jeden z egzemplarzy „Milczących słów” stanie się wędrującą książka. Będzie pukał od drzwi do drzwi, by każdy, kto ma ochotę go przeczytać, mógł to uczynić. Jedyne, o co proszę, to by po przeczytaniu (w ciągu czternastu dni od otrzymania przesyłki), Czytelnik napisał do mnie maila, dostanie wtedy dane następnej Osoby, której prześle powieść listem poleconym. „Słowa” będą sobie wędrowały pocztą, by mogły trafić w ręce Wszystkich, którzy mają na to ochotę. Jeśli książka się spodoba, będzie mi miło, gdy zechcecie napisać o tym na swoich blogach. Jeśli nie, bardzo proszę o nie obrzucanie mnie i pana Gota błotem. Walczę o to, by tę powieść wydać, więc jeśli się Wam nie spodoba (może tak być, ilu Czytelników, tyle gustów), bardzo proszę, by po prostu posłać ją dalej. Będę bardzo wdzięczna za nie działanie przeciwko nam. Zaliczyliśmy już dość upadków, po których trzeba było się podnieść. Ach i jeszcze… w książce można zostawić ślad - podpis, krótką refleksję, wypisane ulubione zdanie. Nie widzę przeciwwskazań. 

KONTAKT:
muzkar@op.pl

SPOTKASZ NAS NA:
Będzie nam bardzo miło, jeśli zechcecie polubić naszą akcję na facebooku i powiadomicie o niej przyjaciół:
Można nas spotkać także na:

HENRY GOT ODWIEDZI:
Poznań, Kruszwicę, Wieluń, Piłę.

RECENZJE:
Efektem jednej z pierwszych podróży jest recenzja Izadory, którą można przeczytać TUTAJ.


ZAPISKI Z PODRÓŻY:
************************************************************

Wyjazd

Winda zjeżdża na parter. Drzwi otwierają się z cichym szumem. Mężczyzna zaszczyca portiera krótkim spojrzeniem i lekkim skinięciem głową. Przemierza hol szybkim, sprężystym krokiem. Jego buty stukają po marmurowej posadzce, którą wyłożono podłogę. Przez drzwi obrotowe wychodzi na zewnątrz. Owiewa go, wciąż jeszcze zimne, ranne powietrze. Zatrzymuje się i wdycha je przez chwilę. Smakuje zapachy miasta, zapachy ludzi.
- Dzień dobry, panie Henryku.
Odwraca głowę i uśmiecha się. Starsza kobieta odpowiada uśmiechem.
- Dzień dobry, pani Wando.
Uwydatniają się zmarszczki wokół jej, wyblakłych już, szarych oczu. Mężczyzna wie, że wywiera na niej wrażenie. Od kilku lat mieszka sama, w mieszkaniu obok. Lubią się. Nie przeszkadzają sobie nawzajem. On, mimo że młody, nie jest hałaśliwy. Nie sprowadza na noc kobiet, choć przecież mógłby. Co z tego, że trochę ekscentryczny, że w nocy pisze, bezustannie stuka w klawiaturę, a w dzień śpi. Ona często zaprasza przyjaciółki. Razem oglądają telewizję albo omawiają ostatnio przeczytany romans. Mężczyzna wie, słyszy każde słowo. A jednak, nigdy nie zdradziłby tajemnic statecznych starszych pań.
            Pies, którego kobieta trzyma na smyczy, warczy. Ma zjeżoną sierść i obnaża kły. Pani Wanda pociąga za smycz. Jest zmieszana. Nie potrafi nic poradzić na to, że pies reaguje tak za każdym razem, gdy spotykają pana Gota. Horacy wyraźnie go nie lubi. Mężczyzna rozumie dlaczego. Wie, że pies ma rację. Instynkt, szósty zmysł, którego tak bardzo brak ludziom. Sąsiadka wskazuje na walizkę, by przerwać niezręczne milczenie, wywołane zachowaniem jej pupila.
- Pan wyjeżdża, Henryku?
- A i owszem – odpowiada. – Dziś rano zdecydowałem, że pewne miejsca czekały na mnie już zbyt długo.
- Zatem planuje pan dłuższą nieobecność?
- A większą mi rozkoszą podróż niż przybycie![1] – śmieje się mężczyzna.
Kobieta macha ręką.
- Wy, młodzi… Na starość to człowiek już nie lubi się ruszać. Zatem przyjemności, panie Got. Przyjemności. Oby świat dobrze przyjął Mefistofelesa.
Pani Wanda wchodzi o budynku, ciągnąc za sobą psa. Mężczyzna patrzy mu w oczy. Zwierzę warczy i kładzie uszy po sobie. Ucieka z podkulonym ogonem.
            Czarne porsche właśnie wyjechało z garażu. Wysiada z niego pracownik apartamentu i podaje mu kluczyki. Młody mężczyzna zaszczyca go jedynie lekkim skinieniem głowy. Niewielką torbę wrzuca na tylne siedzenie. Zajmuje miejsce za kierownicą. Rusza z piskiem opon. Henryk Got wyrusza w podróż.

**************************************************

Podróż pierwsza: Gorzów Wielkopolski

Światło zmieniło się. Żółte, zielone, ruszył. Wyłączył kierunkowskaz, dodał gazu. Rozkoszował się jazdą. Lubił prowadzić. Z głośników sączyła się cicho suita Bacha. Wiedział, że to w końcu nastąpi. Jej opiekuńczość nie miała granic. Troszczyła się nawet o niego, przywódcę wampirów. Cztery, trzy, dwa… Dzwonek telefonu zmieszał się z wzniosłymi nutami utworu autorstwa Jana Sebastiana. Got skrzywił się, a jednak pozwolił jej czekać. Wziął szczurzycę na przetrzymanie. Nie rezygnowała. Cztery dzwonki, pięć, sześć.
- Witaj, Elizion.
- Nareszcie – słyszał, że odetchnęła. Jej serce powoli się uspokajało. – Czy możesz mi łaskawie powiedzieć, panie Got, gdzie ty, do jasnej cholery, jesteś?
- Chciałbym.
- Ale?
- Ale to trudne do ustalenia, Elizjon.
- Trudne do ustalenia?
- Podróżuję.
- Podróżujesz – powtórzyła. – Ach, podróżujesz! Czy to tak strasznie trudne zawiadomić mnie, że wyjeżdżasz, że robisz sobie wakacje, że… Piekło cię pochłonęło! – dokończyła zdenerwowana.
- Z piekła nie mógłbym zadzwonić, tam nie ma zasięgu. Zresztą byłem, nic szczególnego.
- Czy to miało być śmieszne!? Więc dlaczego się nie śmieję!?
- Bardzo proszę, byś przestała krzyczeć. Inaczej będę zmuszony przestać uważać cię za damę. Oddychaj głęboko i uspokój się.
Niemal widział, jak młoda kobieta przewraca oczami i poprawia okulary.
- Czy ty zawsze jesteś taka sztywna, jak kij od szczotki, Elizjon?
- Przeważnie – odpowiedziała szczerze szczurzyca.
Got bardzo ją za to cenił. Przypuszczał, że nawet Belzebub nie wyprowadziłby jej z równowagi. Była damą. Jeśli tylko uznała słowa krytyki za słuszne, znosiła je z godnością. Got szanował Elizjon i choć nigdy by się do tego nie przyznał, w pewien sposób nawet ją lubił.
- Uspokój się – poprosił ponownie. – Jak wy to mówicie, wyluzuj. Masz teraz dość zmartwień, uganiając się za szóstką…
- Siódemką – poprawiła go niemal mechanicznie.
- Siódemką… Siódemką?
- Nie pytaj – westchnęła.
- Przyplątał ci się jeszcze ktoś? Dlaczego nie posłałaś go do diabła?
- Bo akurat cię nie było.
- Czyli jednak potrafisz być dowcipna.
- Zdarza mi się.
- Zatem, wracając do tematu, skoro masz na głowie siódemkę niesfornych uczniów, tym bardziej potrzebujesz przestać się martwić o mnie. A jeśli masz problem z rozładowaniem stresu, postrzelaj z łuku, czy, bo ja wiem… Przywieźć ci z podróży nowy łuk?
Zignorowała pytanie.
- Wykończycie mnie – stwierdziła jedynie. Słyszał, jak przechadza się po pokoju. – Martwię się o ciebie – przyznała.
Got zaśmiał się.
- Przestań, nie trzeba. Wyślę ci kartkę.
- Skąd?
- Z trasy.
- Czyli? – usłyszał zmęczenie w jej głosie. Pomyślał, że ciągłe martwienie się o wszystkich po kolei musi być straszliwie uciążliwe. Ją też powinien wysłać na wakacje. Długie wakacje. Najlepiej last minute.
- Panie Got… Henry?
- Wiesz jak to jest, Elizjon – odpowiedział. – Dziś jestem tu, jutro mnie nie ma.
- A konkretniej?
- Konkretniej, teraz jestem w drodze do Gorzowa Wielkopolskiego, potem odwiedzę Chełmno, by następnie wpaść na chwilę do Poznania. Następnie wyruszę w drogę do Kruszwicy, by po pewnym czasie nawiedzić Wieluń. A gdzie potem, czas pokaże… W końcu „tylko świat przechodzony nogami jest coś wart.”[1]
- Ty akurat podróżujesz porsche – przypomniała mu.
Roześmiał się.
- No nie, nowy samochód też mam ci sprawić? Czy aby nie przeciągasz struny, moja panno?
- Nic z tych rzeczy. Kocham mój samochód – zaprzeczyła. Jak na kobietę, która zatrzęsła podwalinami świata łowców wampirów miała wyjątkowo mało prestiżowy samochód. Niewielkiego czerwonego volkswagena. - Uważaj na siebie – poprosiła.
- Chyba ja powinienem był to powiedzieć, Elizjon.
- Może… Choć z drugiej strony mam większą wprawę w martwieniu się o…innych. Wrócisz, prawda?
- Kiedyś. ”To podróż daje nam szczęście, nie cel”[2]
- Nie lubię kiedy zamiast ze mną rozmawiać, rzucasz cytatami.
Chciała się rozłączyć. W ostatniej chwili zdecydował, że musi powiedzieć jej coś jeszcze.
- Elizjon.
- Tak?
- Pamiętaj, by oprócz ratowania świata, ustalać sobie też czasem plany na weekend, dobrze?
Teraz ona się roześmiała.
- Dobrze, panie Got. 

**************************************************************
Podróż druga: Chełmno
Alicja delikatnie zapukała do drzwi gabinetu. Odczekała chwilę, ale nie było odpowiedzi. Wzięła głęboki oddech, by nabrać odwagi i weszła do środka. Intueri siedziała za swoim biurkiem z elektronicznym blatem, który aktualnie wyświetlał samochodową mapę Polski. Dwa miasta były podkreślone na czerwono – Chełmno i Poznań. Między nimi przemieszczała się niebieska plamka. Ten sam obraz wyświetlał wielki ekran wiszący naprzeciw wejścia, w który zapatrzyła się Alicja.
- Chcesz czegoś? – zapytała pogromczyni, nie podnosząc nawet oczu.
Alicja przemknęła ślinę. Intueri zapewniła jej mieszkanie, wikt i opierunek oraz coś, co na upartego mogło stanowić namiastkę domu (gdyby nie było opuszczonym klasztorem z trzynastego wieku) i rodziny (gdyby nie tworzyła jej zgraja dzieciaków z paranormalnymi zdolnościami). Alicja i pozostali bali się Intueri. Przypuszczali, że może być niebezpieczna. Obawiali się jej tym bardziej, iż nic o niej nie wiedzieli.
- Czy chcesz czegoś? – pogromczyni powtórzyła pytanie, wstając i podchodząc do wielkiego ekranu, na którym zaczęła zaznaczać jakieś punkty.
Alicja skarciła się w duchu za brak odwagi i podeszła bliżej. Przysiadła na brzegu biurka.
- Będziemy oglądać „Batmana” i pomyśleliśmy, że może… Zrobiliśmy popcorn, może byś się przyłączyła? Nigdy nie spędzasz z nami czasu…
- Nierealistyczny i niezbyt przystojny facet, który przeskakuje opancerzonym samochodem po dachach budynków… - zamruczała pogromczyni. Odwróciła się do Alicji. – Wyjaśnijmy sobie coś. Nie jestem od tego, żebyście mnie lubili. Macie mnie słuchać i wykonywać moje polecenia. Ja z kolei mam was nauczyć, jak zabijać, ale nie dać się zabić. Niepotrzebna nam do tego obopólna sympatia. Raczej by nawet przeszkadzała.
- Tak, ale…
Intueri poprawiła okulary i odwróciła się do monitora. Powiększyła jakiś obszar na mapie i stwierdziła:
 - Nie ma „ale” – chwilę milczała, potem wyszeptała do siebie - Jak mówiłeś? Poznań, Kruszwica, Wieluń…
Machnęła dłonią, przesuwając mapę. Na monitorze pojawił się jakiś zapis odległości w kilometrach oraz daty. Pogromczyni powiększyła obszar, po którym powoli poruszała się kropka.
- Zatem przemieszczasz się planowo… Tylko, czy nikt na ciebie nie czeka… Jakie wampy mogą przebywać w tamtym regionie?
- Śledzisz kogoś? – zainteresowała się Alicja.
- Ach tam, od razu śle…- pogromczyni odwróciła się. Jej duże, czarne oczy zwęziły się. Patrzyła na Alicję chłodno. -…śledzisz. To moje biurko – stwierdziła chłodno.
Alicja podskoczyła z wrażenia i natychmiast zeskoczyła z kantu blatu, na którym siedziała.
- Mój błąd. Więcej tego nie zrobię.
- Ja myślę.
- Planujesz zasadzkę na jakiegoś wampira?
- Skąd ten pomysł? – pogromczyni uniosła brwi z lekceważeniem. – Namierzam położenie pewnego  GPSa. Śledzę trasę podróży… - wyglądało na to, że Intueri się namyśla. Chwilę trwało, zanim dokończyła. – Śledzę trasę podróży przyjaciela.
- Inwigilujesz znajomych!? – Alicja nie mogła uwierzyć. – Nas też? Mnie, Wandę, Franka…
Intueri pokręciła przecząco głową.
- Nie jestem Wielką Siostrą. Nie wiem i nie widzę wszystkiego. Ale za niego – wskazała na przemieszczającą się plamkę. – jestem odpowiedzialna. Muszę wiedzieć, gdzie jest w każdej chwili…
- Dlaczego?
- Obiecałam, że się nim zaopiekuję, że będę go pilnować. Jestem zobowiązana mieć go zawsze na oku.
Alicja pomyślała, że to interesujące. Pogromczyni z jakiegoś powodu stała się wyjątkowo rozmowna. Wskazała na przemieszczający się punk.
- Ale on chyba nie lubi twojej nadopiekuńczości, co?
- Nikt jej nie lubi – Intueri wzruszyła ramionami. – Ale czasami jest tak, że ci, którzy najbardziej potrzebują pomocy, nie zdają sobie z tego sprawy, a poza tym są zbyt dumni, by prosić.
- Poświęciłabyś dla tej osoby życie?
- Życie? – pogromczyni uśmiechnęła się ironicznie. – Masz na myśli istnienie. Śmierć nie jest najgorsza, najtrudniej poświęca się właśnie życie: dom, ukochaną osobę, rodzinę, przyjaciół. Och, oczywiście pod warunkiem, że się ich ma… - dodała z lekceważeniem.
Pogromczyni podeszła do niej i położyła jej rękę na ramieniu. Mocno zacisnęła palce. W tym momencie Alicja zrozumiała, że jej podchody na nic się zdały. To Intueri się z nią bawiła. Udzieliła jej tylko tylu informacji, ile chciała. Trudno nawet stwierdzić, czy cokolwiek z tego, co powiedziała, było prawdą. Teraz popchnęła ją delikatnie w kierunku drzwi.
- Mówiłaś coś o projekcji „Batmana”. Bawcie się dobrze.
- Ale…
Intueri wypchnęła ją za drzwi. Delikatnie, ale stanowczo.
- Idź już, mam dużo pracy.  
Zanim zamknęła drzwi, Alicja zdążyła jeszcze zobaczyć, jak przeciera zmęczoną twarz i stwierdza cicho, wygrażając blatu swojego biurka:
- Pilnowanie ciebie to praca dwadzieścia cztery godziny na dobę siedem dni w tygodniu. Przecież nie powiem twoim prześladowcom: „Hola koledzy, ratuję świat od ósmej do dwudziestej od poniedziałku do piątku.”  I jak ja mam, twoim zdaniem, układać sobie plany na weekend, Henry Gocie?
 

[1] Kazimierz Wierzyński.
[2] Dan Millman, Siła spokoju.

1] Leopold Staff, Przybycie.