środa, 28 września 2011

Dodatkowy stosik


Oto powód, który sprawił, że nie wyrobię się ze stosikiem wrześniowym. Dodatkowe, nieoczekiwane lektury, będące efektem współpracy z świetną Redakcją „Qfantu”. Dostałam od nich do recenzji:

1. Andreas Franz, „Ślady, których nie było”,
2. Maggie Stiefvater, „Drżenie”,
3. Kate Morton, „Milczący zamek”.



Recenzja „Drżenia” jest już w korekcie, „Milczący zamek” przeczytany i zrecenzowany, ale jeszcze nie przekazany korektorom, a „Ślady, których nie było” właśnie czytam. Jak widać na załączonym obrazku, sceneria jesienna. Kasztany i fioletowy wrzosiec przywiezione z domu. Przejechały ze mną siedemdziesiąt kilometrów, by mi tu o nim przypominać. Zakładka – reprodukcja „Jesieni” Alfonsa Muchy, mojego ulubionego malarza. Dzięki uprzejmości Przyjaciela, który przywiózł mi je z Czech, posiadam zakładki z wszystkimi czterema porami roku. Myślę, że będę je prezentować systematycznie.  

piątek, 23 września 2011

"Po prostu jeszcze Cię nie spotkałem", czyli... o czym myśli Intueri, gdy próbuje nie myśleć wcale


            Nie porwali mnie kosmici. Nie jestem też specjalnie zajęta, choć częstotliwość zamieszczania notatek na blogu sugerować mogłaby zupełnie co innego. Nadal czytam. Ostatnio książki, które otrzymałam dzięki współpracy z czasopismem internetowym „Qfant”. Fantastyczni ludzie, bardzo cieszę się, że przyjęli mnie do swojego zespołu na najbliższe pół roku. Dzięki nim miałam możliwość przeczytać „Drżenie”. Jego zawartość od jakiegoś czasu żywo mnie interesowała w skutek wielu pochlebnych recenzji, na które natknęłam się, buszując po blogach. Choć przyznam, że wilkołaki nie są tematem, który Tygryski pasjonowałby najbardziej. Również dzięki nim spędziłam ostatnie dni, czytając z zapartym tchem „Milczący zamek” Kate Morton. Wspaniały! Zdecydowanie najlepsza książka, jaką w tym roku czytałam. Chciałabym kiedyś napisać tak cudowną powieść. Zapewne, gdy recenzje ukażą się na stronie czasopisma, nie omieszkam Was o tym poinformować.
        Mój zapał do oglądania filmów też nie osłabł. Obejrzałam ostatnio „Doriana Graya”. Wiem, że to bardzo dobry film i nie mogę zaprzeczyć, zrobił na mnie duże wrażenie, ale wiem też, że nigdy więcej go nie obejrzę. To jedna z tych historii, od których nie możecie się oderwać, a jednocześnie chcielibyście już skończyć i nigdy, nigdy do niej nie powrócić. Wiecie, że nie zapomnicie, ale chcielibyście wypchnąć ją w najdalszy zakamarek umysłu. Trochę jak senny koszmar, potrafi być pasjonujący, ale przeraża tak bardzo, że marzycie, by obudzić się i przekonać, że śnicie.  
Noszę się też z zamiarem napisania tekstu o wspaniałym teledysku do piosenki Gavina de Graw „We belong together”. Moje zamiłowanie do opowieści o Tristanie i Izoldzie jest niektórym z Was znane… Dziewczyna, którą opowieść zawładnęła tak bardzo, iż wyobraża sobie, że jest jej bohaterką, wciela się w nią, staje się nią… I nagle granice między światem realnym i opowieścią się zacierają… Której z Was, z nas, się to nie zdarzyło? Ta może pierwsza rzucić kamieniem… Nie ważne, być może jeszcze o tym napiszę.
            Jest wiele rzeczy, o których myślę. Wiele, które sobie wyobrażam. Bo w ostatecznym rozrachunku to, co sobie wyobrażam bywa prawdziwsze od tego, co mi się przydarza. Nie zwracajcie uwagi. Gdy liście przybierają barwę złota i purpury, a z nieba sypią się kasztany, jakbyśmy nagle znaleźli się w baśniowym lesie, Królowa Elfów staje się melancholiczką. W tym właśnie okresie, kiedy niebo najczęściej płacze deszczem, wracają do mnie Deszczowa Dziewczyna i Janek. A ich historia wciąż nierozstrzygnięta. Słyszeliście kiedyś o przypadku, że dwie osoby nie znające się i żyjące nieraz w zupełnie innych czasach, potrafią stworzyć to samo? Wymyśliłam sobie kiedyś parę. Malina i Janek, którzy wciąż się mijają i nie mogą spotkać. Czasami widzę ich, gdy idą po pustym przejściu dla pieszych. Tylko ona i on. Mijają się i nigdy nie zauważają. I już po chwili… okazuje się, że wokół nich mnóstwo ludzi. Taki sobie kiedyś stworzyłam obraz. Wciąż do mnie wracał, obracałam go, budowałam opowieść. A potem, trzy lata później, zobaczyłam na youtubie film, który odzwierciedlał dokładnie moją scenę! Byłam zadziwiona, choć wiem, że takie rzeczy się przecież zdarzają. Postmodernizm wszak głosi, że wszystko już było. Dowiedziałam się, że filmik składa się ze scen do piętnastominutowego krótkometrażowego filmu „Alice i Huck”. Od tamtej pory bardzo chcę go obejrzeć. Nie udało mi się. Ale może kiedyś… kto wie?
            I choć wiem, że to fragment zupełnie innej historii, lubię oglądać ją w głowie. Mam do tej sceny niezwykły sentyment. Alice i Huck bardzo przypominają Malinę i Janka. Choć z drugiej strony… nie przypominają ich wcale.
            Jesienią Intueri jest melancholiczką   
   

niedziela, 18 września 2011

Król Artur według Cornwella


„Nieprzyjaciel Boga” to drugi tom trylogii arturiańskiej, na którą składają się najsłynniejsze pozycje w niezwykle bogatym dorobku pisarskim Bernarda Cornwella. W drugim tomie cyklu zakonnik Derfel, niegdyś jeden z najbliższych przyjaciół Artura ap Uthera, snuje dalszy ciąg opowieści o życiu i dokonaniach władcy Brytanii i jego słynnych rycerzy. „Nieprzyjaciel Boga” to opowieść o Camelocie, powołaniu Okrągłego Stołu, nieszczęśliwej miłości Tristana i Izoldy oraz o zdradzie Ginerwy.
            Drugi tom trylogii arturaińskiej utwierdził mnie w przekonaniu, że Cornwell barwi się wszystkimi naszymi przyzwyczajeniami związanymi z legendą króla Artura. W jego opowieści bractwo Okrągłego Stołu nazywane zostało Braterstwem Brytanii i było… pomyłką, która się nie sprawiła. Pomyłką, której po latach Artur się wstydził (!). Śluby wojowników nie okazały się wiążące, a tylko przypadek sprawił, że stół był okrągły. Izolda Złotowłosa okazuje się natomiast być brunetką. Gdy królowa Igrene pyta zakonnika po lekturze zapisków, czy Izolda rzeczywiście była tak piękna, jak śpiewają bardowie, Derfel odpowie dyplomatycznie, że owszem, była piękna, jak każda młoda, piętnastoletnia, krucha dziewczyna. Wielki, szlachetny, odważny Lancelot, do którego przywykliśmy, to w „Nieprzyjacielu Boga” podły intrygant i zdrajca. Przykładów odstępstw od „tradycyjnych” wizerunków bohaterów opowieści arturiańskich, można by mnożyć wiele.
            Akcja również pozostaje na bardzo przyzwoitym poziomie. Zwykle drugie tomy to pewnego rodzaju zapchajdziury. Nie w tym przypadku. Cornwell zapewnia nam lekturę na wysokim poziomie. Merlin pochłonięty jest zbieraniem skarbów Brytanii, Artur stara się zaprowadzić pokój na ziemiach należących do Brytów, Morgana (wielka pogańska wiedźma!) zaczyna spiskować z chrześcijanami, by stać się jedną z nich, Ginewra oddaje się kultowi Izydy, a chrześcijan ogarnia religijna gorączka, związana z rokiem pięćsetnym i ponownym przyjściem Chrystusa, postanawiają ogniem i mieczem oczyścić Brytanię ze wszystkich pogan, z Arturem na czele.
            „Nieprzyjaciel Boga” to ponad pięćset stron wspanialej lektury, popartej gruntowną wiedzą historyczną. Będą zatem walki, pijatyki, wszy i przeżarte próchnicą zęby. Z drugiej strony to powieść napisana z humorem, świadomie bawiąca się wszystkimi naszymi przyzwyczajeniami. Dla mnie najciekawsza jest właśnie z tego punktu widzenia. Jednakże to typ opowieści, w której każdy znajdzie coś dla siebie – jest i romans (nawet Cornwell nie pokusił się o happy end w przypadku Tristana i Izoldy) i akcja, i historia. Jest też, wszystko to, co już znacie lub… wydaje wam się, że znacie!  

Za możliwość przeczytania książki dziękuję  
Wydawnictwu Erica.

czwartek, 15 września 2011

Czy naprawdę niepełni?

Niektóre książki są inne niż reszta. Zmuszają człowieka, by zastanowił się nad sobą i otaczającym go światem. By przestał bezrefleksyjnie brać niektóre rzeczy za pewnik. Część z tych pozycji, oprócz tego, że porusza naprawdę ważkie kwestie, jest jeszcze świetnie napisana. Tak, że człowiek aż chce przewracać kartki, by dowiedzieć się, co też się wydarzy. Cechy te z całą pewnością spełniają „Niepełni”, druga powieść w dorobku Pawła Pollaka.
            Edyta, w skutek wypadku samochodowego, traci władzę w nogach. Przed wypadkiem studiowała na akademii wychowania fizycznego. Teraz jest zmuszona poukładać swoje życie na nowo. Jacek, od urodzenia jest niewidomy. Mimo to radzi sobie w życiu – ma dobrze płatną pracę i własne mieszkanie. Doskwiera mu jednakże, podobnie jak Edycie, samotność.
            „Niepełni” są bardzo ciekawie napisani. Najpierw narrator przedstawia nam wyczerpujący porter Edyty. Dowiadujemy się, jak to się stało, iż uległa wypadkowi, poznajemy jej codzienność, rodzinę i przyjaciół. Obserwujemy z jakimi problemami boryka się osoba jeżdżąca na wózku inwalidzkim. Następnie narrator przedstawia nam postać Jacka. Mamy możliwość poznać codzienne troski i zmartwienia osoby niewidomej (czy może „ślepaka”, jak nazywa siebie bohater). I w tym przypadku poznajemy rodzinę bohatera. Trzecią część powieści stanowią wydarzenia mające miejsce po spotkaniu Edyty i Jacka. Wraz z nimi martwimy się o to, jak krewni zareagują na związek dwojga niepełnosprawnych. Jesteśmy świadkami dyskryminacji i zniewag, których doświadczają. Jest wreszcie i część czwarta, ale jej zawartości nie zdradzę, by nie zepsuć przyjemności tym, którzy zdecydują się sięgnąć po powieść.
            Paweł Pollak w swojej książce nie owija w bawełnę. Kreśli szczery i bolesny obraz tego, jak na co dzień odnosimy się do osób niepełnosprawnych. Autor nie szczędzi Polakom bolesnej krytyki. Pokazuje jak nietolerancyjnym narodem jesteśmy. I choć słowa nagany, które wypowiada ustami swoich bohaterów, bolą, nie można nie przyznać im racji.     
            Niezaprzeczalnym plusem książki jest nieoczekiwane zakończenie. Z jednej strony, czytając miałam wrażenie, że taki rozwój wypadków możliwy jest tylko w powieści. Z drugiej czułam, że życie pisze najdziwniejsze scenariusze, więc, kto wie? W każdym razie, konia z rzędem temu, kto domyśliłby się, jak ta historia się kończy!
            Czytając, odczuwa się, iż autor książki jest erudytą. Pollak jest oczytany, to z całą pewnością świadomy konsument kultury. I to paradoksalnie wydaje mi się przyczyną pewnej powieściowej nieścisłości. Jacek jest z zawodu informatykiem, Edyta natomiast studiowała wychowanie fizyczne. Mimo to oboje myślą, jak typowi humaniści. Nie chcę być wobec nikogo niesprawiedliwa, ale wydaje mi się, że absolwentki wychowania fizycznego nie wiedzą, czym jest podmiot domyślny.
            Serdecznie polecam „Niepełnych”. Nie tylko tym, którzy lubią książki nieco bardziej wymagające, ale też miłośnikom literatury „do poczytania”, bo „Niepełni” to także dobrze napisana literatura obyczajowa.   

niedziela, 11 września 2011

Madame Intueri i uczniowie

Intueri jest dziwna. Zdarza jej się myśleć, a co gorsza nawet pisać o sobie w… trzeciej osobie. W liceum omawia się Mickiewicza. Poznaje się go boleśnie dogłębnie. Przechodzi się z nim przez wszystkie etapy życia i twórczości, wskrzeszając i nie pozwalając skonać raz, ale porządnie, na dobre. Wielki wieszcz ożywa zatem na nowo z każdym rokiem szkolnym. Intueri jest szalona. Tylko ona mogła wpaść na to, by wykładać Mickiewicza przy pomocy… wampirów.
Madame Intueri w czterdzieści pięć minut przedstawia uczniom historię rozwoju wampira. Rozpoczyna od fragmentu filmu „Zmierzch”. Pokazuje moment, gdy Bella domyśla się, że Edward jest wampirem. Z ekranu pada pytanie krwiopijcy: „Boisz się?”. Madame wyjaśnia, że odpowiedź udzielona przez Bellę jest nieprawidłowa. Oczywiście, że powinna brzmieć „tak”. Szybki bieg przez stulecie wampirów. Od wieku XIX (istota dwu-sercowa i dwu-duszna) i powieść gotycką („Dracula”), poprzez początek wieku XX i kino niemieckie („Nosferatu: symfonia grozy”) oraz amerykańskie („Dracula” z 31 i 92 roku). Madame wyjaśnia, dlaczego „Kroniki wampirów” stanowiły przełom w pisaniu o krwiopijcach („Wyobraźcie sobie, melancholijny, ludzki wampir”). Kończy wampirami „posedwardiańskimi”(„Kto pamięta, czy Edward ma kły?” Cisza. „No, to nie jest podchwytliwe pytanie. Czy Edward ma kły?”. „Ma, dwa, jak każdy”. „Słusznie, ale czy Edward ma dwa wampirze kły?”. Cisza na sali. „Otóż mnie! Meyer pozbawia wampiry kłów”)
Intueri jest ironiczna. Madame przedstawia uczniom Henry’ego Gota. Rozdaje im fragment „Garderoby duszy”:

   Henry Got siedział w skórzanym fotelu i z kryształowego kieliszka popijał coś, co wyglądało na krew. Na kolanach trzymał książkę w czerwonej okładce. Imię i nazwisko autora, podobnie jak tytuł dzieła, wypisano złotymi literami. Pieśń ma była już w grobie, już chłodna/ Krew poczuła, spod ziemi wygląda/ I jak upiór powstaje krwi głodna/ Tak! Zemsta, zemsta, zemsta na wroga/ Z Bogiem i choćby mimo Boga/ I Pieśń mówi: ja pójdę wieczorem/ Naprzód braci rodaków gryźć muszę/ Komu tylko zapuszczę kły w duszę/ Ten jak ja musi zostać upiorem. Tak, zemsta, zemsta, zemsta na wroga/ Z Bogiem i choćby mimo Boga/ Potem pójdziem, krew wroga wypijem/ Ciało jego rozrąbiem toporem/ Ręce nogi gwoździami przybijem/ By nie powstał i nie był upiorem. Henry Got obojętnie przerzucił kilka kart książki. Spojrzał w górę. Ktoś, kto przyglądałby mu się z boku, sądziłby zapewne, że uparcie wypatruje czegoś na suficie. Ale Got i Ten, którego bezgłośnie wzywał, doskonale wiedzieli, na co tak naprawdę patrzy. Nie spuszczając wzroku z sufitu, wyszeptał:
- Taka pieśń jest siła, dzielność,
Taka pieśń jest nieśmiertelność!
Ja czuję nieśmiertelność, nieśmiertelność tworzę
Cóż Ty większego mogłeś zrobić – Boże?


Wróciła do pokoju i rozłożyła łóżko. Potem uszykowała jeszcze notatki i teksty potrzebne jej następnego dnia na zajęciach. To właśnie wtedy natrafiła na ksero od Mikołaja. Teczka zawierała dwa krótkie  artykuły „Gryźć muszę” i „Któż ten mąż?”. Zuzanna zmarszczyła brwi. Bez większego zainteresowana przerzuciła kilka kartek. Wtedy natrafiła na podkreślenia poczynione przez Mikołaja. Westchnęła, najwidoczniej chciał mieć pewność, że przynajmniej przejrzy materiały, które jej podrzucił. Wsunęła się do łóżka, otuliła kołdrą i przysunęła sobie lampę. Zaczęła czytać. Pocałowaniem wszczepiłem w duszę/ Jad co was będzie pożerać. Dwukrotnie przebiegła wzrokiem podkreślony dwuwers i nagle stwierdziła, że wcale nie chce się nad nim zatrzymywać. Nie chce wiedzieć, co Mikołaj próbuje jej przekazać. Mimo to, słowa dźwięczały dziewczynie w uszach. Szybko przerzuciła kartki. Kolejny cytat Lecz wprzód zostaniesz na ziemi upiorem/ I trup twój z ziemi wyłażąc wieczorem/ Pójdzie nawiedzać krainę rodzinną/ Powinowatych spijać krew niewinną/ Tam, na rodzeństwo własne zajuszony/ Wyssiesz krew swojej siostry, córki, żony; Ścierw twój zasilisz cudzym życia zdrojem/ Chciwie pić będziesz brzydząc się napojem. Zuzka zamknęła oczy i natychmiast je otworzyła. Nie chciała wiedzieć, co podsunie jej pod powieki usłużna wyobraźnia, jeśli tylko pozostawi je zamknięte. Może obraz makabry, a może wręcz przeciwnie, coś zupełnie odmiennego?
J. Wochlik, Garderoba duszy.

„Co w tych tekstach napisano o wampirach?” Cisza na sali „Słuchajcie, to nie było podchwytliwe pytanie. Czasami polonista pyta po prostu o to, co jest napisane na kartce, którą wam podał chwilę wcześniej. Więc jak?” „Że wampir jest zły i chce zemsty?” „No, no i co jeszcze?” „Że zabiłby bez litości swoją rodzinę.” „A jak myślicie, któż ten mąż, którego czytają bohaterowie?” „No, ten Wochlik, nie?” Madame zamurowało, ale ma twarz kamienną, pełen spokój. „Wochlik jest autorem <<Garderoby duszy>>, w której cytuje…” Cisza. „Pieśń zemsty z <<Dziadów>>. Te słowa o ręce, nodze, mózgu na ścianie napisał Mickiewicz.” Niedowierzanie. Jeszcze większe, gdy czytają kartki: „Dokonaj interpretacji porównawczej <<Pieśni zemsty>> i fragmentu <<Chrztu ognia>> Andrzeja Sapkowskiego”. Szmery, szumy, konsternacja. Pracują, pracują dzielnie. Zbliża się dzwonek. Madame uśmiechając się do ucznia, mówi: „Ten Wochlik jest kobietą. Ale to dobrze, że pomyliłeś ją z mężczyzną, gdyż mężczyźni piszący fantasy lepiej się sprzedają. Wochlik jednak jest kobietą. A ta kobietą jestem ja”. Patrzą i nie wierzą. Rzucają sobie zdziwione spojrzenia. Madame czuje się tak, jakby właśnie wyrosły jej czułki. Jakby nagle była obcym, ósmym pasażerem Nostromo.
            Intueri wie, że bywa pomysłowa. Ma nadzieję, że udało jej się przekazać uczniom, iż kultura nie wisi w próżni, że jedni twórcy odwołują się do innych – polemizując z nimi lub bezmyślnie kopiując. Bo pisarze, jak wszyscy ludzie, dzielą się na tych, którzy wiedzą, co robią i na tych, którzy nie wiedzą, co robią. Intueri próbowała zasiać ziarno świadomego konsumowania kultury. Próbowała… 

 

czwartek, 8 września 2011

Dziewięć żywotów Chloe King


Chloe King. Zwyczajna nastolatka, jakich wiele. Chodzi do szkoły, ma swoją paczkę, pracuje w ciuchlandzie. Jej jedynym problemem są zbliżające się szesnaste urodziny i fakt, że jeszcze nie przeżyła pierwszego pocałunku. Niestety, wszystko się komplikuje, gdy Chloe zaczyna przechodzić przemianę. Nieoczekiwanie dla samej siebie, staje się szybka, zwinna, zaczyna widzieć w ciemnościach i ma pazurki, których nie powstydziłby się nawet Edward Nożycoręki. A na dodatek w pierwszych dwóch minutach pierwszego odcinka… traci życie. Ale, bez paniki, przecież ma jeszcze osiem, jak na szanującego się kota przystało.
            Mamy tu wszystko, co powinien w sobie zawierać dobry serial dla nastolatków. Wyrazista bohaterka. Chloe jest urodziwa, ma poczucie humoru. W pewnym momencie życia dowiaduje się, iż należy do rasy Majów (Majan?, królestwo za dobre tłumaczenie) obdarzonych swojego rodzaju supermocami. Mamy też paczkę najlepszych przyjaciół – Amy niezbyt dobrze radzącą sobie z sekretami przyjaciółki ( i z tego, co zrozumiałam, jej ojcami jest para gejów) oraz Paula, któremu przemiana Chloe bardzo się podoba, bowiem jak na fana komiksów przystało, zwęszył możliwość zostania pomocnikiem superbohatera. 

Jest odpowiednia dawka humoru, zapewniana nam nie tylko przez przyjaciół Chloe, ale także przez jej relacje z matką. W ogóle zaprezentowany w serialu układ matka-córka uważam za jeden z jego lepszych aspektów. Wreszcie twórcy nie proponują nam zbuntowanej, niezrozumianej przez cały świat, nastolatki. Matka ukazana w „Dziewięciu żywotach” jest przyjaciółką, nie przestając być rodzicem. Owszem, Chloe nie mówi jej wszystkiego (bo jak tu się przyznać do bycia mutantem?), stanowią jednak dobry zespół. Najbardziej jednak, oczywiście nastolatkom płci żeńskiej, a sądzę, że właśnie do nich serial jest przede wszystkim kierowany, musiał przypaść do gustu trójkąt miłosny Brian – Chloe – Alek. Brian to z pozoru zwyczajny, miły student. Dlaczego z pozoru? Gdyż wziął urlop dziekański, by rozwikłać zagadkę zabójstwa matki. Alek natomiast to swojego rodzaju „ochroniarz”, Maj, który został wydelegowany przez przywódcę kotowatych, by chronić Chloe. Spięcia między tą trójką należą do dość zabawnych. Nie ma powodów do nudy, mimo że dziewczyna rozdarta między dwoma miłościami to schemat stary jak świat.
            Nie jest więc źle. Wyrazista bohaterka, trochę sensacji, trochę komedii, dorzućmy jeszcze szczyptę scen walki. Scenariusz też niczego sobie. Scenarzyści zafundowali nam bowiem kilka tajemnic – co się stało z matką Briana, czy nieobecny w domu od dziesięciu lat ojciec Chloe żyje? Odpowiedzi na te pytania pozostaną w zawieszeniu aż do odcinka dziesiątego. Finał jest… mocny, wyrazisty, nasycony akcją. Takie po prostu „kill all” w sensie dosłownym.
            Jedną rzecz mam jednak za złe twórcom „Dziewięciu żywotów Chloe King”. Skoro scenarzyści sami czynią aluzje do superbohaterów i komiksów, powinni zafundować widzom nieco więcej mitologii Majów. A wiadomo o nich bardzo niewiele. Wywodzą się gdzieś z Ukrainy (przecież Ukraina to też Rosja, a jak mutanty to tylko stamtąd, z Europy Wschodniej :D), dzielą na klany. Kiedyś żyli w przyjaźni z ludźmi, doradzali im (teraz już wiecie, dlaczego Egipcjanie czcili koty…). Teraz ukrywają się, żyją w odosobnieniu, gdyż poluje na nich tajemnicze Bractwo. Chloe natomiast, jako jedyna, ma dziewięć żyć i pełni funkcję Łącznika, którego zadanie polega na… no właśnie, chyba nie wiadomo do końca na czym polega. Halo, czy scenarzyści już to wiedzą? Bo wszyscy ciągle mówią, jaka Chloe jest ważna, ale skoro każdy kotowaty naraża dla niej swoje „pojedyncze” życie, to wolałabym wiedzieć dlaczego. Dla mnie, rozkochanej w superbohaterach, będącej fanką Pita „Spidermana” Parkera i Chloe „Strażnicy” Sullivan, odpowiedź „bo tak” to jednak nieco za mało.
            Pomijając jednak moje superbohaterskie skrzywienie i narzekania odnośnie tego aspektu serialu, „Dziewięć żywotów Chloe King” prezentuje się nieźle. Niezaprzeczalnie świadczy o tym fakt, że od dawien dawna to jedyny serial, który oglądałam, nie używając podczas tej czynności klawisza pozwalającego przeskakiwać 10 sekund do przodu, w skutek czego po 20 minutach miałam za sobą 43 minutowy odcinek serialu. Będę niepocieszona, jeśli stacja telewizyjna produkująca „Dziewięć żywotów Chloe King”, zdecyduje o anulowaniu go i nigdy nie poznam odpowiedzi na postawione przez scenarzystów pytania. 

poniedziałek, 5 września 2011

Podróż do wnętrza Oli


Rzadko trafiają się książki, o których zupełnie nie wiem, co powinnam pomyśleć. A skoro nie bardzo wiem, co powinnam o nich myśleć, jak mam wiedzieć, co napisać? Jak ubrać w słowa myśli, które mają kłopot, by się ukształtować? To dość trudne. Taką właśnie książką, wobec której nie do końca umiem się określić, jest powieść Anetty Kołodziejczyk - Rieger „Jestem tu, przy Tobie”.
            „Jestem tu, przy Tobie” to historia młodej kobiety, Oli. Bohaterka powieści jest osobą niesamowicie wrażliwą. Wyjątkowo przeżywa każde wydarzenie w swoim życiu, ale także te, które dotykają zupełnie nieznane jej osoby. Jest niezwykle czuła na krzywdę i niesprawiedliwość. Jako młoda dziewczyna, potrafiła walczyć o swe przekonania. Była odważna i śmiała. Wraz z okresem dorastania pojawia się nieśmiałość i niepewność. Ola zaczyna mieć problem z ubieraniem myśli w słowa. Zagubionej, delikatnej dziewczynie przychodzi z pomocą piękna Alicja, którą Ola sobie wymyśla. Niebawem studentka zakochuje się w przystojnym Marku.
            Tych kilka zdań streszczenia brzmi znajomo, składa się z elementów, które znałam już z innych powieści. A jednak mam pewien problem z tą książką. Nie wiem, o czym jest. Czy o cierpieniu, które zewsząd dociera do Oli? Nie, chyba jednak nie. W każdym razie nie do końca. Bohaterka bowiem w toku akcji kilkakrotnie przechodzi przemianę. A jednak „Jestem tu, przy Tobie” z całą pewnością nie należy do lektur łatwych i przyjemnych. Nie tylko dlatego, że cierpienie stanowi jeden z głównych tematów powieści. Autorka zdecydowała się zastosować zabieg podobny do strumienia świadomości. Choć tu znów, nie nazwałabym go czystym strumieniem świadomości, jaki znamy chociażby z „Pani Dalloway” Wirginii Woolf. Rzeczywistość otaczająca Olę, zostaje nam ukazana przez pryzmat odczuć i przemyśleń bohaterki i… tylko w ten sposób. Niewiele jest zatem w powieści dialogów. Czasami nie spotkamy ich przez kilkanaście stron. Trzeba przyznać, że to zabieg nietypowy i nieczęsto spotykany w polskiej literaturze. Nie jest on jednak łatwy w odbiorze. Czytelnik, który lubi szybkie tempo akcji i dominację dialogów, może poczuć się rozczarowany. W „Jestem tu, przy Tobie” przeważa ton refleksyjno-emocjonalny. Na plan pierwszy wysuwają się odczucia Oli.
            Dodatkowo książka podejmuje tematy bardzo smutne i trudne. Jak już wspomniałam, Ola jest świadkiem cierpienia, nierzadko sama bezpośrednio go doświadcza. Obserwuje nieszczęścia, spadające na jej najbliższych, ale także te, których doświadczają zupełnie obce osoby. Wszystkie je głęboko przeżywa, a wraz z nią, obcujący z tokiem myślenia bohaterki czytelnik.  
            „Jestem tu, przy Tobie” Anetty Kołodziejczyk – Rieger to z całą pewnością pozycja inna od tych, jakie czytacie na co dzień. Każdy jednak musi sam zdecydować, czy ten typ prowadzenia narracji mu odpowiada. A o tym nie można przekonać się inaczej, jak poprzez lekturę tekstu. 

Za możliwość przeczytania książki dziękuję wydawnictwu Novae Res
 

sobota, 3 września 2011

Anioł Stróż pilnujący stosu 2, wrześniowego


Trzeci plan to mój laptop o wdzięcznym imieniu Jane Austen. Tak, nazywam (wybrane) przedmioty. I ponownie, tak, nazwałam laptop na cześć królowej powieści obyczajowej (jak mówią niektórzy romansów, po prostu). W końcu to najlepsza patronka dla kogoś, kto (jak twierdzą) pisuje romanse paranormalne. Osobiście natomiast uważam, że gatunek jakim jest romans paranormalny to niezbyt trafna (a na pewno nie wyczerpująca) klasyfikacja dla mojej powieści. Na monitorze Jane Austen niezastąpiony i wspaniały youtube, a konkretnie kadr z teledysku Gavina De Graw „We belong together”, w którym występuje Sophia Myles. Gdyby kiedyś kręcono film na podstawie „Słów”, zażyczyłabym ją sobie do roli Białej Królowej Ramajanti. Szkoda, że chyba przestała grać w filmach.

Plan drugi. Stosik książek:

1. Bernard Cornwell, „Nieprzyjaciel Boga” – od Instytutu Wydawniczego Erica,
2. Cecylia Randall, „Hyperversum” – od Wydawnictwa Esprit,
3. John Michael Greer, „Tajemnice Zaginionego Symbolu” – od Wydawnictwa Illuminatio,
4. John Mardsen, „Jutro” – od Wydawnictwa Znak,
5. Przemysław Słowiński, „Fałszerz” – od Wydawnictwa Videograf II,
6. Piotr Schmandt, „Fotografia” – od Zbrodni w Bibliotece.

Plan pierwszy. Anioł Stróż… książek. A. podarowała mi go, by dobrze pisało mi się recenzje. Aniołek okazał się nadgorliwy, bo tego samego dnia, w którym go dostałam, przyszły aż trzy przesyłki. Załamana, zastanawiając się, kiedy ja to wszystko przeczytam, napisałam wiadomość do A. z zapytaniem, jak wytłumaczyć Aniołkowi, że nie musi się aż tak starać. Byłam wtedy na etapie uczenia się do egzaminu z metodologii, więc zapytałam, czy wystarczy, jeśli wyrażę to literalnie, czy mam także uruchomić pozostałe sensy dzieła literackiego. A. odpowiedziała (kochana A.!): „Można i po chińsku, ale radzę prosto, od serca, to anioł, zrozumie”. Więc wytłumaczyłam, prosto, od serca, chyba zrozumiał. Obecnie stoi oparty o biblioteczkę. Choć na zdjęciu ilustrował akurat plan czytelniczy na ten miesiąc.   


czwartek, 1 września 2011

Sierpniowe Kopytko


Dziś będzie krótko, zwięźle i na temat. Nie żeby zwykle było nie na temat, ale już krótko i zwięźle raczej nie jest moją domeną. Wiem, wiem. Obiecałam Wam stosik. I relację z konwentu też. Ale póki jedynym sposobem na to, by nie bolała mnie głowa jest zamknąć oczy i dalej cierpieć przeziębienie, zamierzam to robić.

Minął sierpień. Czas na przyznanie Nagrody im. Edgara Kopytko. W tym miesiącu przeczytałam i zrecenzowałam siedem książek. Zatem do nagrody nominowani zostali:
·        J. R. Ward „Anioł zemsty”,
·        Taavi Soininvaara, „Wirus Ebola w Helsinkach”,
·        Rafał Kosowski, „Perła”,
·        Christina Bjork, „Przygody Astrid”,
·        Małgorzata Cichalewska, „Lato Joanny”,
·        Małgorzata Przygońska, „Dotyk serca”,
·        Auke Kok i Dido Michielsen, “Córki z Chin”.

Bezapelacyjnym zwycięzcą i sierpniowym zdobywcą Nagrody im. Edgara Kopytko są:

Auke Kok i Dido Michielsen za „Córki z Chin”!