środa, 28 maja 2014

Dostałam kota od Eliota



Recenzując „Deszczową piosenkę” obiecałam, że będę powracać do musicali. Spełniam zatem dane słowo i dziś przedstawiam Wam „Koty”.
Andrew Lloyd Webber stworzył „Koty”  na podstawie wierszy T.S. Eliota. Musical ten powstał na początku lat osiemdziesiątych i był, obok „Nędzników”, jednym z najdłużej wystawianych przedstawień. Grano go nieprzerwanie przez dwadzieścia jeden lat. W Polsce „Koty” miały premierę w styczniu 2004 roku w Teatrze Muzycznym Roma. W 1998 roku Webber zdecydował się sfilmować swój musical. To właśnie z tą wersją miałam szansę się zapoznać.
            „Koty” to opowieść o trwającym całą noc balu dachowców. Pod koniec zgromadzenia ma zostać wybrany kot, który dostąpi zaszczytu stania się nieśmiertelnym. Podczas balu prezentują się poszczególne postaci. Poznajemy sędziwego Kota Nestora (to on ma dokonać wyboru dachowca obdarowanego nieśmiertelnością), Grizabellę, kotkę używającą życia, teraz wyliniałą, starą i odrzuconą przez resztę (pierwotnie miała ją zagrać Judi Dench, ale niestety naciągnęła ścięgno i nie dała rady), Mefistofeliksa – kota czarodzieja, Makiawela oraz Pumpernikla. 

            „Koty” nie posiadają rozbudowanej fabuły. W zasadzie piosenki to opowieści o kolejnych bohaterach. Z całą pewnością zwracają na siebie uwagę kostiumy, imitujące kocie futra oraz ruchy aktorów, którzy bardzo obrazowo oddają zachowanie i sposób łaszenia się dachowców.  Jest to jednak musical bardzo taneczny. Jeśli nie lubicie baletu i przeszkadzają wam długie partie taneczne, to „Koty” nie są przedstawieniem dla Was. Wtedy lepiej, jeśli posłuchacie po prostu utworów z płyty, wśród których znajdują się takie cudeńka, jak „Dachowy song”, „Mefistofeliks – Kot czarodziej” oraz „Pamięć”. W innym przypadku można się zniechęcić. Nie radzę też wybierać „Kotów” do pierwszego kontaktu z musicalem, jako gatunkiem.
            Spotkanie z „Kotami” oceniam jednak bardzo pozytywnie. Podobały mi się. Z całą pewnością regularnie będę wracać do utworów w nim zaproponowanych. Polecam, choć tak jak zauważyłam wcześniej, z pewnymi zastrzeżeniami.  

poniedziałek, 26 maja 2014

Bestseller, czyli piękna grafomania



„Polski Rok w Prowansji. Bestsellerowa powieść” – tak kilka lat temu zachwalał książkę Małgorzaty Kalicińskiej wydawca. Trzeba przyznać, że dziś „Domu nad rozlewiskiem” zachwalać nie trzeba. Powieść zrobiła oszałamiająca karierę, sprzedała się w rekordowej, jak na polskie warunki, ilości egzemplarzy, na jej podstawie powstał także serial telewizyjny.
                „Dom nad rozlewiskiem” to historia Małgorzaty, pani po czterdziestce, warszawianki zwolnionej z pracy w agencji reklamowej. Kobieta popada w depresję. Za namową teściowej postanawia odszukać matkę, której nie widziała od wielu lat. Tak trafia nad rozlewisko na Mazurach, gdzie odnajduje siebie na nowo. Oczywiście w towarzystwie matki, kilku mężczyzn, którym jakoś nie przeszkadza, że delikwentka zmienia rozmiar ubrań na coraz większy i większy, przyrody oraz malowniczego domu, przerabianego przez nią naprędce na pensjonat.
                Powieść Małgorzaty Kalicińskiej pozostaje dla mnie niezrozumiałym fenomenem. Ani to książka mądra, ani dobrze napisana. To grafomaństwo czystej wody, w którym absurd goni absurd w akompaniamencie przepisów na jedzenie. Bohaterka co chwilę gratuluje sobie, jaki to świetny kontakt ma z córką i jak wspaniale ją wychowała, mimo że na jednej z pierwszych stron powieści stwierdza, iż córkę właściwie wychowała teściowa, bo ona nigdy nie miała czasu, zbyt zajęta robieniem kariery. Idźmy dalej. Zdaniem głównej bohaterki, a jednocześnie narratorki całej historii, letnicy to zawsze mili ludzie, których sobie można wybrać, koniecznie bezdzietni, a jeśli już mają dzieci, to one nie biegają, w ogóle zachowują się, jakby ich nie było.  Goście pensjonatu Małgorzaty nie marzą po prostu o niczym innym, jak tylko o tym,  by zawekować gospodyni przetwory (no cudnie, jadę na wakacje po to, by mieszać w garach obcej osobie?!) i na własne imieniny kupić jej pianino! Ale to jeszcze nie wszystko. Autorka dalej radośnie brnie w absurd. Małgorzata jest tak skupioną na sobie egoistką, że wręcz nie sposób ją polubić. Z przyjemnością wyzywa inne kobiety od „cipć”, gdy moralność jej samej jest wysoce podejrzana. Krzyczy na przyjaciółkę córki, że poderwała żonatego mężczyznę, gdy sama nie robi nic innego, jak tylko daje się zaliczać wszystkim facetom, którzy tylko mają na to ochotę. Poza tym, gdy ludzie z jej otoczenia mają kłopoty, natychmiast oburza się, że „ona jest taka biedna, zestresowana, ma swoje problemy i co ci ludzie w ogóle od niej chcą, niech ją zostawią w spokoju, sami się sobą zajmą”, bo przecież „ona jest najważniejsza”!  
W magicznym świecie Małgorzaty (Kalicińskiej) drażniło mnie, iż wszystko jest tak strasznie infantylne. Wręcz bezproblemowe. Można założyć pensjonat, nie pracując już od roku. W tym celu trzeba jedynie przebudować garaż z funduszy otrzymanych w spadku po teściowej(!), następnie umeblować go i wykończyć za pieniądze pochodzące z pisania streszczeń książek oraz poprawiania prac magisterskich. Skoro będąca niespełna rozumu Kasia musi już być członkiem idealnej rodziny, to podczas równie idealnej wigilii trzeba usunąć ją z pola widzenia. Byle nikt jej nie zobaczył, byle się nią nie chwalić. Autorka zgrabnie eliminuje ze sceny „głupią” Kaśkę, każąc jej zachorować na anginę akurat w wigilię. Idealna rodzina spożywa zatem posiłek, podczas gdy Kaśka jest gdzieś tam, poza sceną.
Język książki także woła o pomstę do nieba. Małgorzata wciąż gratuluje sobie bycia inteligentną i wykształconą, gdy tymczasem w kółko rzuca mięsem i wspomnianymi już „cipciami”. Za wszelką cenę chce być „cool’ i „trendy”, a tymczasem wypada żałośnie.
„Dom nad rozlewiskiem” Małgorzaty Kalicińskiej jest typowo bestsellerową powieścią – trochę przepisów kulinarnych, trochę fabuły pustej jak wydmuszka i infantylny język na poziomie blogaska nastolatki. Aż tracę apetyt, więc przepisów tak skrzętnie kolekcjonowanych przez Małgorzatę z pewnością nie wypróbuję. Jeszcze bym wrzodów dostała.

wtorek, 20 maja 2014

Niesamowita Alda

Zdecydowanie najlepszy zeszyt cyklu. Powtórzę się po raz kolejny (na szczęście!) - Hermann trzyma poziom. Zachęcam do przeczytania mojej recenzji piątego tomu "Wież Bois-Maury" na stronie magazynu "Qfant".

środa, 14 maja 2014

Czy jeśli widziało się jeden film, widziało się już wszystkie?



Odkąd wróciłam z Poznania wciąż myślę o występie Teatru Roma. To pewnie dlatego zdecydowałam się obejrzeć „Deszczową piosenkę”. Film powstał 62 lata temu. Został wtedy dość ciepło przyjęty, ale w zasadzie nie wzbudził większej sensacji, zapewne dlatego, że opowiadał o wcześniejszej epoce w historii kina, mianowicie o schyłku kina niemego i wprowadzeniu na szeroką skalę dźwięku. Paradoksalnie znaczenie „Deszczowej piosenki” z czasem rosło, a scenę tańca w deszczu i piosenkę tytułową oraz utwór „Good morning” uznaje się dziś za kultowe. Film przetrwał próbę czasu. Dziś niemal nie odczuwa się, iż mamy do czynienia z tak wiekowym kinem. 

Film opowiada o losach Dona Lockwooda i Liny Lamont, aktorów grających w niemych filmach. Gdy do kina zostaje na szeroką skalę wprowadzony dźwięk, bohaterowie zaczynają borykać się z nielichym problemem – Lina ma bowiem głos jak żaba i kompletnie nie wie, co to dykcja. Aktorkę dubbingować ma bez jej wiedzy (i co gorsza zgody) zaprzyjaźniona z Donem Kathy Selden.
„Deszczowa piosenka” jest wspaniała. To chyba najbardziej optymistyczny film, jaki w życiu widziałam. Scena tańca do piosenki „Good morning” w wykonaniu trójki przyjaciół (wiwat Cosmo!) podoba mi się wyjątkowo. Jest pełna pozytywnej energii. Debbie Reynolds wprost tryska w niej humorem, choć podobno po nagraniu znoszono ją z planu filmowego, bo nie była w stanie ustać, tak krwawiły jej stopy. Cóż, magia kina. 

Piękny film. Dziś już się takich nie robi. Obejrzyjcie koniecznie. To jeden z tych filmów, które chciałabym mieć możliwość drugi raz obejrzeć po raz pierwszy. Co więcej, obala tezę Kathy. To nieprawda, że gdy obejrzy się jeden film, to jakby się widziało wszystkie, bo są takie same. Ten jest jedyny w swoim rodzaju. Wyjątkowy.
 Recenzją tą rozpoczynam mój cykl z musicalami. Za mną przygoda z „Deszczową piosenką”. Co teraz? „Koty”? „Taniec wampirów”? Może. Zobaczymy.

poniedziałek, 12 maja 2014

Co się dzieje, gdy angielska dama spotyka Myszkę Mickey?



Pierwszy raz zetknęłam się z Mary Poppins, gdy musical na podstawie powieści P.L. Travels pojawił się w telewizji. Zakochałam się wtedy w niesamowitej angielskiej niani oraz… tak, tak mi się wydaje, ostatecznie straciłam głowę dla musicalu jako gatunku. „Mary Poppins” zrobiła na mnie tak duże wrażenie, że zaznajomiłam się nawet z książkowymi oryginałami, choć miejscowa biblioteka miała tylko i wyłącznie wydanie wyjątkowo stare i pachnące grzybem. Gdy w styczniu wszedł do kin film „Ratując pana Banksa”, opowiadający o przygotowaniach do ekranizacji tego kultowego musicalu, nie mogłam sobie odmówić, obejrzałam.
            Pamela Travels od dwudziestu lat odmawia Waltowi Disneyowi. Nie chce zgodzić się na ekranizację książki przez jego wytwórnię. Disney jednakże obiecał to swoim córkom, a obietnica rzecz święta. Więc, próbuje, rok w rok. Pani Travels kończą się pieniądze, a autor też człowiek, z czegoś żyć musi. Jej agent namawia ją, by pojechała do Stanów i sama nadzorowała pracę nad scenariuszem. „Ratując pana Banksa” to opowieść o dziecięcej radości, o tym, jak najmłodsze lata mogą zaważyć na dalszym życiu człowieka oraz o czerpaniu radości z… Myszki Mickey. Pamela Travels pod wpływem Disneya i jego wizji zmienia się z kostycznej, zgredowatej starszej pani, która uparła się, by w filmie nie było koloru czerwonego, bo od jakiegoś czasu go nie lubi, w kobietę, która przypomina sobie, jak to jest cieszyć się życiem. 

            W „Ratując pana Banksa” Tom Hanks (Disney) i Emma Thomson (P.L. Travels) dają wspaniały kunszt aktorstwa. Dodatkowym smaczkiem jest możliwość obejrzenia sobie od kuchni studia, w którym narodzili się Piotruś Pan, Kubuś Puchatek, Mulan, Bella i Timon oraz wiele innych kultowych kochanych przez nas postaci. Największą ozdobą filmu są jednakże nie aktorzy czy lokacje z Disneylandem na czele, ale muzyka. W filmie usłyszeć możemy nie tylko dobrze nam już znane piosenki z „Mary Poppins” („Dodaj łyżeczkę cukru, by smak lekarstwa znikł”, „Dym dymi tu”), ale też zupełnie nowe kompozycje Thomasa Newmana. Przepiękne (co mi przypomina, by wpisać płytę na listę tych do kupienia, bezwzględnie!).

            Istnieją różne szkoły. Jedni mówią, że dorosłym nie wypada już kupować sobie maskotek, bo to nie wypada, przecież można zachować w sobie dziecko i bez tej „otoczki”. Inni bez skrępowania chadzają do kina na filmy dla dzieci w wieku lat czterdziestu, twierdząc, że należy kultywować w sobie dziecko. Zatem, jeśli dorosłemu człowiekowi podoba się zabawka, niech ją sobie po prostu kupi. Przyznam, że odczuwam pewien opór przeciwko takiemu postrzeganiu sprawy. Jestem jednak z tych, którzy uważają, że duzi już nie kupują sobie zabawek…(co z drugiej strony nie przeszkadza mi traktować Ciasteczkowego Potwora jako mojego guru).
            Tak czy siak, do miłości wobec filmów Disneya przyznaję się zawsze chętnie i bez skrępowania. Z całego serca polecam „Ratując pana Banksa”. To ciepły film z optymistyczną wymową. A dla tych, którym podobał się musical „Mary Poppins” pozycja zdecydowanie obowiązkowa.

Swoją drogą, może ktoś wie i jest w stanie mnie uświadomić, czy piosenki do „Mary” zostały nagrane po polsku? Bo nie pamiętam, czy pojawiały się w filmie w oryginale z napisami, czy też istnieją polskie wersje. Byłabym bardzo wdzięczna za informację, jeśli ktoś wie :). 
 Najsłynniejsza piosenka z "Mary Poppins". T. stwierdził, że nauczy się wymawiać to słowo i nazwiemy tak kota. Biedne zwierzę. Chyba będę do niego wołać po prostu per Kocie.



 

sobota, 10 maja 2014

Motocyklowy song, czyli "Piotruś Pan" w wersji a la Ćwiek

Podobnie jak Jakub Ćwiek przeczytałam „Piotrusia Pana” Barry’ego dopiero po ukazaniu się „Marzyciela”, w którym w rolę pisarza wcielił się niesamowity Johnny Depp.  Jak dowiadujemy się z posłowia, w oparciu o swoją dziecięcą fascynację opowieścią o chłopcu, który nie chciał dorosnąć, Ćwiek napisał „Chłopców”.
            Książka Jakuba Ćwieka to opowieść o tym, co stało się z chłopcami z bandy Piotrusia Pana po tym, jak opuścili Nibylandię i przenieśli się do naszego świata, by zadomowić się w opuszczonym lunaparku na zabitym dechami odludziu gdzieś w nieokreślonej Polsce. Chłopcy z bandy Piotrusia Pana dorośli, ale nie dojrzeli. Chędożą co popadnie, gdzie popadnie i notorycznie ładują się w kłopoty. A do tego założyli gang motocyklowy.  
            W zasadzie z początku byłam bardzo na „nie”. Nie podobało mi się. Bo jestem przywiązana do klasycznego „Piotrusia Pana”, bo nie przepadam za opowiadaniami, a takim właśnie cyklem luźno powiązanych ze sobą opowiadań są właśnie „Chłopcy”. Ale potem wsiąkłam w ten świat. Polubiłam bohaterów, dzieci z bidula, księdza Jana. Nawet Dzwoneczka, choć do niej odczuwam chyba największą antypatię. Kłopot w tym, że w „Chłopcach” niewiele się dzieje. Pomysł niby dobry, ale fabuła… Jaka fabuła? Fabuła tam praktycznie nie istnieje.
            „Chłopcy” w niczym nie różnią się od tego, do czego przyzwyczaił nas Ćwiek i za co najbardziej lubię i cenię jego książki (nie, zaraz, nie za co najbardziej, właściwie jeśli za cokolwiek lubię jego książki, to właśnie za to). Tak, jak i w poprzednich tekstach autora, pełno tu nawiązań popkulturowych. Nie tylko do „Piotrusia Pana”, ale także do innych tekstów kultury masowej. Kto zna, ten wie, ten się połapie, a ci, co się nie połapią, nic nie stracą. Lubię tę grę „pisarz-czytelnik”, to dyskretne puszczanie oczka. Wszystko fajnie, tylko kurcze, każdy kto trochę lepiej zna się na popkulturze jest w stanie zgrabnie zacytować piosenkę, gdzieniegdzie nawiązać do filmu czy innej książki. Też tak potrafię. Wystarczy przeczytać/obejrzeć/ wysłuchać odpowiednią liczbę książek/filmów/piosenek.
            Przeczytałam „Chłopców” i niestety, nie będą mi potrzebne łzy wróżki, by zapomnieć ten tekst. Na dodatek chyba dość szybko. Bo te historie tak naprawdę ani ziębią, ani grzeją. A szkoda. Zwłaszcza, że Ćwieka uznaje się za jednego z najlepszych. „Chłopcy” to już druga jego książka, po „ Dreszczu”, która mnie rozczarowała. Biorąc pod uwagę ostatnie lektury – Ćwieka, Jadowską, Kisiel – stawiałabym zdecydowanie na tę ostatnią. Jest najlepsza. Jakuba Ćwieka natomiast wolę na żywo, w wydaniu konwentowym. Wtedy jest genialny. Tego Ćwieka uwielbiam! Natomiast z jego książek wyłania się Ćwiek nieciekawy, mało interesujący.       

czwartek, 8 maja 2014

Najlepsze życzenia z okazji Dnia Bibliotekarza

W tym szczególnym dla nas dniu, wszystkim Bibliotekarzom składam najserdeczniejsze życzenia. Życzę dużej ilości wypożyczeń (co pozwoli zachować pracę, bo podobno za parę lat przestaniemy być potrzebni), sympatycznych i wiernych czytelników, pensji innych niż te, które jedynie pozwalają przeżyć do "1" (albo nawet i na tyle nie pozwalają), chęci do pracy i kreatywnych pomysłów, w realizacji których nie będzie przeszkadzał brak funduszy i nieprzychylna nieprzychylność wszelakich nieprzychylnych Ktosiów. Życzę, by doceniano Państwa nie tylko od święta, ale i na co dzień (także finansowo).



środa, 7 maja 2014

Ale musicale!



            „Koty”. „Nędznicy”. „Deszczowa piosenka”. „Taniec wampirów”. „Król lew”.  Uwielbiam musicale. To moja wielka miłość. Gdy facebook poinformował mnie, że Teatr Muzyczny Roma odwiedzi Poznań, uznałam, że nie może mnie tam zabraknąć. Nabyliśmy z T. bilety (po raz pierwszy w życiu, niemal bez zastanowienia – zastaw się, a postaw się - trzeci rząd!) i cztery miesiące później, 24 kwietnia, wraz z innymi zasiedliśmy na widowni, by podziwiać przedstawienie „Ale musicale”. Było na co czekać, oj było.
            „Koty” były cudowne. Fantastyczne kostiumy, niesamowite ruchy aktorów. No i te piosenki. Jezus też dał czadu. By opisać „Taniec wampirów” aż słów nie mogę znaleźć. Upiór… cóż, gdzież ten upiór? Chwilę trwało, zanim zrozumieliśmy, że zmierza ku nam z końca sali. Nie zawiodła orkiestra ani rekwizyty. Ale nade wszystko brawa należą się aktorom Teatru Roma. Nie rozczarowują. Nie potraktowali też Poznania, jak biednej prowincji, gdzie występ należy „odbębnić”. Dali z siebie maksimum, a nawet więcej. Na dodatek przed spektaklem oraz po mieliśmy możliwość sfotografowania się z bohaterami musicali. Mnie udało się zrobić sobie zdjęcie z Panem Kleksem oraz bohaterkami „Tańca wampirów”.  A na deser piosenka z musicalu „Mamma Mia!”, do którego próby jeszcze trwają.
            Było niesamowicie. Wróciłam do domu szczęśliwa, pełna pozytywnej energii i zachwycona, z płytą z piosenkami z musicalu „Deszczowa piosenka” i mocnym postanowieniem, że wizyta w Warszawie jest tylko kwestią czasu.  Zatem, „dzień dobry, dzień dobry, bo dobry to dzień”! 






poniedziałek, 5 maja 2014

Nocna zamieć, jak udręczona kobieca dusza



„Nocna zamieć” wchodzi w skład powieści olandzkich Johana Theorina. Autor otrzymał za nią Szklany Klucz, nagrodę przyznawaną przez członków Stowarzyszenia Twórców Kryminałów pisarzom z krajów nordyckich. Powieść została także nominowana do tytułu Najlepszy Szwedzki Kryminał 2008 roku.
            Powieść Johana Theorina jest opowieścią o rodzinie Westinów. Katrine i Joakim wraz z dziećmi przeprowadzają się ze Sztokholmu na Olandię. Zakupili tam stare gospodarstwo, które pragną odremontować. Dom, którego historia ściśle związana jest z zamieszkującymi go niegdyś latarnikami i ich rodzinami, kryje w sobie wiele mrocznych tajemnic. Wkrótce po przeprowadzce żona Joakima ginie w tajemniczych okolicznościach.
            Theorin jest mistrzem realizmu magicznego. W jego powieści świat realny i duchowy przenikają się ze sobą tak bardzo, iż czytelnik niemal gotowy jest uwierzyć, że duchy dawnych mieszkańców mają realny wpływ na życie obecnych mieszkańców Aludden. Co więcej, w „Nocnej zamieci” historia Joakima i jego rodziny przeplata się z opowieściami o życiu dawnych mieszkańców Aludden, co pozwala nam poznać niezwykłe i tajemnicze dzieje domu oraz wzniesionych nieopodal niego latarni od połowy XIX wieku aż po czasy współczesne. 
            Mocną stroną książki są postaci. Każda z nich nakreślona została wyrazistą kreską, co więcej są niezwykle różnorodne. Zarówno Joakim i Katrine Westinowie, policjantka Tilda Davidsson, staruszek Gerlof, ekscentryczna malarka Mirja Rambe oraz włamywacz Henrik wnoszą do opowieści swoje niepowtarzalne historie, które splatają się z życiem pozostałych w niezwykłą mozaikę. Wielowątkowość powieści Theorina przyprawić może o zawrót głowy. Znalazło się w niej miejsce dla opowieści o życiu niewielkiej nadmorskiej społeczności, morderstwa, historii o bandzie rzezimieszków oraz wiatru, który przynieść może zarówno szaleństwo, jak i śmierć.
            Niezaprzeczalnym plusem powieści jest także jej piękny, plastyczny język, który coraz rzadziej spotkać możemy w powieściach popularnych. Na uwagę zasługują zwłaszcza notatki Mirji Rambre, jak choćby ta, w której malarka porównuje nocną zamieć do duszy kobiety – „ Tak nocą wygląda fak. Ale można też na to spojrzeć symbolicznie. Przedstawia nocną zamieć, ale może równocześnie odzwierciedlać duszę… udręczoną duszę kobiety”. 
            „Nocna zamieć” to niewątpliwie powieść godna polecenia i uwagi. Serdecznie zachęcam do zapoznania się z twórczością Johana Theorina.   

czwartek, 1 maja 2014

Jak Dora Wilk po Toruniu za psychopatą ganiała



Całym sercem popieram polską literaturę. Dlatego, gdy przychodzi do biblioteki czytelnik tak zwany niezdecydowany, typ „Nie-Wiem-Czego-Chcę” i prosi, bym mu coś poleciła, zwykle wybieram polską autorkę lub autora. Nierzadko zdarza się wtedy, że słyszę, iż czytelnik owy nie chce wziąć książki, bo polskiej prozy nie czyta. Staram się z całych sił z tym krzywdzącym stereotypem walczyć. Również z tego powodu, gdy czytelniczki wznoszą peany na cześć pewnej polskiej pisarki, którą uważam za grafomankę, gryzę się w język i nic nie mówię. O gustach się wszak nie dyskutuje. Sama również staram się czytać Polaków. W ramach tego mocnego postanowienia przeczytałam ostatnio bardzo zachwalaną książkę Anety Jadowskiej „Złodziej dusz”. Jest to już druga edycja powieści, która za pierwszym razem przeszła bez większego echa. Przy drugim wydaniu Fabryka Słów postawiła na promocję. W pewnym momencie miałam już wrażenie, że otworzę lodówkę, a z niej wyskoczy pani Jadowska.
            Teodora Wilk jest policjantką, ale także wiedźmą. Zamieszkuje w Toruniu, a noce spędza w Szatańskim Pierwiosnku, barze w Thornie, ukrytej magicznej dzielnicy miasta. Wiedźma zostaje wynajęta przez Starszyznę Thornu, by odnalazła tajemniczego maga, który atakuje swoich pobratymców i odbiera im moc. Równolegle Dora prowadzi też sprawę zabójstwa w realnym świecie.
            Bardzo podobała mi się wizja magicznej części Torunia. W ogóle lubię czytać o magicznej Polsce. To miłe uświadomić sobie, że Polak potrafi. Wszak Anglicy mają przejście do Hogwartu i Narnia, a Amerykanie Panem. Wierzę, że nas stać na równie spektakularną obecność na magicznej mapie świata. Podobało mi się też pomieszanie systemu wszystkich wierzeń. U Jadowskiej znajdziemy zarówno diabły, anioły, wiedźmy, jak i amerykańskich szamanów i słowiańskich bogów. Istoty wszystkich systemów koegzystują ze sobą i wyszło to świetnie. Brawa, dla pani Jadowskiej.
            I, niestety, to wszystko, co mi się w „Złodzieju dusz” podobało. Dora mnie denerwowała. To w zasadzie taka nieudolna kopia Meredith Gentry. Bardzo nieudolna. Inspiracja Laurell Hamilton śmierci na kilometr. Ale Laurell Hamilton to Laurell Hamilton. Ma lepsze i gorsze książki. Można jej jednak wiele wybaczyć, tu lub tam przymrużyć oko. Natomiast Dora… Dziewczyna chce być super. I taką też się opisuje (jest narratorką opowieści). W końcu jest piękną wiedźmą płodności. Na dodatek świetnie walczy. I wszyscy, absolutnie wszyscy, faceci na nią lecą. No normalnie „och”, „ach”, że aż strach! Autorka kreuje ją na przesadnie niegrzeczną dziewczynkę. Dora wciąż sili się na wyrażanie swojego buntu i niezgody wobec zasad, czym bardziej przypomina rozwydrzoną nastolatkę, niż dorosłą i pewną siebie kobietę. To typ „na złość babci odmrożę sobie uszy”. Postawa panny Wilk raczej bawi, bo na pewno nie zachwyca. Do Meredith Gentry to jej jednak dużo brakuje. Na dodatek magiczne imię bohaterki brzmi Jada. Od Jady już tylko krok do Jadowskiej. Równie rudej, jak jej bohaterka.
            Jak wspomniałam autorka wprowadza w swojej książce dwie zagadki kryminalne. Obie jednak rozwiązuje w najprostsze w możliwych sposobów. Dora w zasadzie nie szuka rozwiązań. Rozwiązania same ją znajdują. Pragnęliście złożonej intrygi? Nie ten adres. A to sprawia, że „Złodziej dusz” jest chwilami po prostu nudny. Okropnie nudny.
            I wreszcie język. Od książki fantasy nie oczekuję wyszukanego języka, to oczywiste. Ale chciałabym, żeby książka była choć przyzwoicie, poprawie napisana. Aneta Jadowska wciąż serwuje nam te same porównania – „stawiam orzechy w zamian za dolary, że…”. I ten „żelazisty” smak krwi.  Preferowałabym odmianę „żelazny”, nie żebym się czepiała.
            Czy dam jeszcze szansę Dorze Wilk? Owszem, choćby z ciekawości, jak potoczą się dalsze losy czołowej (?) polskiej wiedźmy. Również dlatego, że uważam, iż należy wspierać polską fantastykę. Choć wolałabym, aby jej kondycja nie była określana na podstawie powieści Anety Jadowskiej, bo moim zdaniem dużo im brakuje.