poniedziałek, 12 maja 2014

Co się dzieje, gdy angielska dama spotyka Myszkę Mickey?



Pierwszy raz zetknęłam się z Mary Poppins, gdy musical na podstawie powieści P.L. Travels pojawił się w telewizji. Zakochałam się wtedy w niesamowitej angielskiej niani oraz… tak, tak mi się wydaje, ostatecznie straciłam głowę dla musicalu jako gatunku. „Mary Poppins” zrobiła na mnie tak duże wrażenie, że zaznajomiłam się nawet z książkowymi oryginałami, choć miejscowa biblioteka miała tylko i wyłącznie wydanie wyjątkowo stare i pachnące grzybem. Gdy w styczniu wszedł do kin film „Ratując pana Banksa”, opowiadający o przygotowaniach do ekranizacji tego kultowego musicalu, nie mogłam sobie odmówić, obejrzałam.
            Pamela Travels od dwudziestu lat odmawia Waltowi Disneyowi. Nie chce zgodzić się na ekranizację książki przez jego wytwórnię. Disney jednakże obiecał to swoim córkom, a obietnica rzecz święta. Więc, próbuje, rok w rok. Pani Travels kończą się pieniądze, a autor też człowiek, z czegoś żyć musi. Jej agent namawia ją, by pojechała do Stanów i sama nadzorowała pracę nad scenariuszem. „Ratując pana Banksa” to opowieść o dziecięcej radości, o tym, jak najmłodsze lata mogą zaważyć na dalszym życiu człowieka oraz o czerpaniu radości z… Myszki Mickey. Pamela Travels pod wpływem Disneya i jego wizji zmienia się z kostycznej, zgredowatej starszej pani, która uparła się, by w filmie nie było koloru czerwonego, bo od jakiegoś czasu go nie lubi, w kobietę, która przypomina sobie, jak to jest cieszyć się życiem. 

            W „Ratując pana Banksa” Tom Hanks (Disney) i Emma Thomson (P.L. Travels) dają wspaniały kunszt aktorstwa. Dodatkowym smaczkiem jest możliwość obejrzenia sobie od kuchni studia, w którym narodzili się Piotruś Pan, Kubuś Puchatek, Mulan, Bella i Timon oraz wiele innych kultowych kochanych przez nas postaci. Największą ozdobą filmu są jednakże nie aktorzy czy lokacje z Disneylandem na czele, ale muzyka. W filmie usłyszeć możemy nie tylko dobrze nam już znane piosenki z „Mary Poppins” („Dodaj łyżeczkę cukru, by smak lekarstwa znikł”, „Dym dymi tu”), ale też zupełnie nowe kompozycje Thomasa Newmana. Przepiękne (co mi przypomina, by wpisać płytę na listę tych do kupienia, bezwzględnie!).

            Istnieją różne szkoły. Jedni mówią, że dorosłym nie wypada już kupować sobie maskotek, bo to nie wypada, przecież można zachować w sobie dziecko i bez tej „otoczki”. Inni bez skrępowania chadzają do kina na filmy dla dzieci w wieku lat czterdziestu, twierdząc, że należy kultywować w sobie dziecko. Zatem, jeśli dorosłemu człowiekowi podoba się zabawka, niech ją sobie po prostu kupi. Przyznam, że odczuwam pewien opór przeciwko takiemu postrzeganiu sprawy. Jestem jednak z tych, którzy uważają, że duzi już nie kupują sobie zabawek…(co z drugiej strony nie przeszkadza mi traktować Ciasteczkowego Potwora jako mojego guru).
            Tak czy siak, do miłości wobec filmów Disneya przyznaję się zawsze chętnie i bez skrępowania. Z całego serca polecam „Ratując pana Banksa”. To ciepły film z optymistyczną wymową. A dla tych, którym podobał się musical „Mary Poppins” pozycja zdecydowanie obowiązkowa.

Swoją drogą, może ktoś wie i jest w stanie mnie uświadomić, czy piosenki do „Mary” zostały nagrane po polsku? Bo nie pamiętam, czy pojawiały się w filmie w oryginale z napisami, czy też istnieją polskie wersje. Byłabym bardzo wdzięczna za informację, jeśli ktoś wie :). 
 Najsłynniejsza piosenka z "Mary Poppins". T. stwierdził, że nauczy się wymawiać to słowo i nazwiemy tak kota. Biedne zwierzę. Chyba będę do niego wołać po prostu per Kocie.



 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz