sobota, 10 maja 2014

Motocyklowy song, czyli "Piotruś Pan" w wersji a la Ćwiek

Podobnie jak Jakub Ćwiek przeczytałam „Piotrusia Pana” Barry’ego dopiero po ukazaniu się „Marzyciela”, w którym w rolę pisarza wcielił się niesamowity Johnny Depp.  Jak dowiadujemy się z posłowia, w oparciu o swoją dziecięcą fascynację opowieścią o chłopcu, który nie chciał dorosnąć, Ćwiek napisał „Chłopców”.
            Książka Jakuba Ćwieka to opowieść o tym, co stało się z chłopcami z bandy Piotrusia Pana po tym, jak opuścili Nibylandię i przenieśli się do naszego świata, by zadomowić się w opuszczonym lunaparku na zabitym dechami odludziu gdzieś w nieokreślonej Polsce. Chłopcy z bandy Piotrusia Pana dorośli, ale nie dojrzeli. Chędożą co popadnie, gdzie popadnie i notorycznie ładują się w kłopoty. A do tego założyli gang motocyklowy.  
            W zasadzie z początku byłam bardzo na „nie”. Nie podobało mi się. Bo jestem przywiązana do klasycznego „Piotrusia Pana”, bo nie przepadam za opowiadaniami, a takim właśnie cyklem luźno powiązanych ze sobą opowiadań są właśnie „Chłopcy”. Ale potem wsiąkłam w ten świat. Polubiłam bohaterów, dzieci z bidula, księdza Jana. Nawet Dzwoneczka, choć do niej odczuwam chyba największą antypatię. Kłopot w tym, że w „Chłopcach” niewiele się dzieje. Pomysł niby dobry, ale fabuła… Jaka fabuła? Fabuła tam praktycznie nie istnieje.
            „Chłopcy” w niczym nie różnią się od tego, do czego przyzwyczaił nas Ćwiek i za co najbardziej lubię i cenię jego książki (nie, zaraz, nie za co najbardziej, właściwie jeśli za cokolwiek lubię jego książki, to właśnie za to). Tak, jak i w poprzednich tekstach autora, pełno tu nawiązań popkulturowych. Nie tylko do „Piotrusia Pana”, ale także do innych tekstów kultury masowej. Kto zna, ten wie, ten się połapie, a ci, co się nie połapią, nic nie stracą. Lubię tę grę „pisarz-czytelnik”, to dyskretne puszczanie oczka. Wszystko fajnie, tylko kurcze, każdy kto trochę lepiej zna się na popkulturze jest w stanie zgrabnie zacytować piosenkę, gdzieniegdzie nawiązać do filmu czy innej książki. Też tak potrafię. Wystarczy przeczytać/obejrzeć/ wysłuchać odpowiednią liczbę książek/filmów/piosenek.
            Przeczytałam „Chłopców” i niestety, nie będą mi potrzebne łzy wróżki, by zapomnieć ten tekst. Na dodatek chyba dość szybko. Bo te historie tak naprawdę ani ziębią, ani grzeją. A szkoda. Zwłaszcza, że Ćwieka uznaje się za jednego z najlepszych. „Chłopcy” to już druga jego książka, po „ Dreszczu”, która mnie rozczarowała. Biorąc pod uwagę ostatnie lektury – Ćwieka, Jadowską, Kisiel – stawiałabym zdecydowanie na tę ostatnią. Jest najlepsza. Jakuba Ćwieka natomiast wolę na żywo, w wydaniu konwentowym. Wtedy jest genialny. Tego Ćwieka uwielbiam! Natomiast z jego książek wyłania się Ćwiek nieciekawy, mało interesujący.       

1 komentarz:

  1. Miałam do czynienia i z Ćwiekiem w wydaniu konwetowym i z Ćwiekiem w wydaniu książkowym i hm... cóż mogę rzec. Jeśli chodzi konkretnie o "Chłopców" to ta lektura jest taka, że "jednym uchem wpada, drugim wypada", jednak mnie wciagnęły obie części i fajnie umiliły trochę czasu. Lubię takie odmóżdżacze, po prostu ;) A co do autora na żywo - moim zdaniem gada z jednej strony mądrze, z drugiej jednak nie zawsze się z nim zgadzam ;) choć jak najbardziej darzę sympatią!

    OdpowiedzUsuń