środa, 22 kwietnia 2015

Między książkami - moje życie bez internetu

Tak właśnie, laptop, po odsłużeniu ośmiu lat, wiernie i z klasą (wytrzymał wożenie w tę i we w tę na trasie dom-studia, pisanie prac zaliczeniowych semestralnych i rocznych, pracy licencjackiej, magisterskiej, kilku powieści niewydanych, jednej wydanej, nałogowe oglądanie filmów, słuchanie muzyki, jednokrotne zalanie wodą spod kół przejeżdżającej obok ciężarówki, służenie podczas lekcji bibliotecznych dla przedszkola i gimnazjum), poddał się i odmówił posłuszeństwa. Nie było laptopa, nie było internetu. Teraz internet już mam, nowego laptopa jeszcze nie, ale wracam z recenzjami. Gdy nie było internetu ani komputera, okazało się, że jest więcej czasu na czytanie. Wybaczcie przedłużającą się nieobecność. 




Sporo istnieje książek o miłości do… książek. Wystarczy chociażby wymienić „Złodziejkę książek” Marcusa Zusaka, „Miasto śniących książek” Waltera Moersa oraz kontynuację tegoż, czyli „Labirynt śniących książek”, „Atramentowe serce” Kornelii Funke, „Klub miłośników Jane Austen” Fowler. Po wymienieniu tych tytułów listy nie można uznać nawet za otwartą, a cóż tu mówić o zgłębieniu tematu. Wystarczy jednak, by stwierdzić, że kochamy czytać o książkach – o czytaniu, pisaniu, rozmawianiu o książkach. Ostatnio do grona pisarzy tworzących książki o książkach dołączyła Gabrielle Zevin, znana polskim czytelnikom jako autorka „Zapomniałam, że cię kocham”, ze swoją powieścią „Między książkami”.
                Amelia jest przedstawicielem handlowym, Ayay natomiast właścicielem księgarni. Pewnego dnia los zetknął ich ze sobą. Dodajmy do tego jeszcze małą, osierocona dziewczynkę i zagadkę kryminalną, a otrzymamy, z grubsza, „Miedzy książkami”.
                Mam problem z tą powieścią. Z jednej strony jest przyjemnie napisana, z humorem, dbałością o słowo i wyraźnym znawstwem tematu – Ajay i Amelia są specjalistami w swojej dziedzinie i to widać. Zevin przytacza w „Między książkami” mnogość tytułów, czyni literackie wycieczki i aluzje, nie kryje swoich sympatii ani antypatii. A przy okazji jest przy tym tak sugestywna, że jeśli się danych pozycji wcześniej nie czytało, ma się ochotę natychmiast to zrobić. Z drugiej strony jednak, książka jest chudziutka, ale przeładowana. Mamy tu nie tylko opowieść obyczajową o prowadzeniu księgarni, nie tylko wątek romansowy, ale i kryminał, dramat porzuconej dziewczynki, opowieść o konflikcie na linii matka-syn. Dodatkowo jest to powieść o radzeniu sobie z chorobą i odchodzeniem ukochanej osoby. Przez to, że wszystkiego jest tak dużo, a „Między książkami”  krótkie, Zevin w zasadzie śliska się po powierzchni każdego z tematów, z żadnego z nich nie wydobywając tak naprawdę nic poza ogólniki.
                „Miedzy książkami” to przyjemne czytadełko na jedno, dwa popołudnia. Przeczytać, zrelaksować się, zapomnieć.
 

   

środa, 1 kwietnia 2015

Chamstwo czy prawo?



Każdy, kto recenzuje książki na zlecenie wydawców, czy dla internetowych czasopism, spotkał się kiedyś ze stemplem „egzemplarz recenzencki”. Pal licho taką pieczątkę w egzemplarzach przedpremierowych, wydrukowanych na gorszym papierze, często bez okładki.  Ale co, kiedy pojawia się ona w pełnowartościowej powieści, takiej samej, jaką można dostać w księgarni? Gdybym chciała taką książkę sprzedać, jej cena ze znacznikiem drastycznie spada, o ile oczywiście ktoś zechce ją w ogóle kupić.
                Zapytacie o co mi chodzi. Przecież dostałam tę książkę. I to dostałam za darmo, nie musiałam jej kupić, tak, jak większość, w księgarni. Nie wydałam na nią pieniędzy i jeszcze bym chciała zarobić? W głowie mi się przewraca, prawda? Tyle, że recenzowanie książek wymaga czasu. Trzeba powieść przeczytać. Przemyśleć, co się chce napisać. Wreszcie siąść i stworzyć tekst, a potem jeszcze go poprawić. Nagrodą ma być książka, którą dostało się za darmo. Za darmo.
                Tyle, że gdy chodzi się do normalnej pracy, to nam za to płacą. I zapewniają miejsce oraz narzędzia pracy. W przypadku recenzowania książek, takim narzędziem pracy jest sama powieść, na temat której chcemy się wypowiedzieć. A co jest „wypłatą”? Czy to też sama książka? Czy narzędzie ma być jednocześnie „pensją” za wykonanie zadania? Powiedzmy, że pieniądze chcę sobie zapewnić sama. Ostatecznie narzędzie, które otrzymałam, ma jakąś wartość. Po przeczytaniu i zrecenzowaniu stwierdzam, że nigdy do danej powieści nie wrócę i nie chcę jej na swojej półce. Po co ma zabierać miejsce? Więc sprzedaję. Rzecz jasna, za połowę ceny, częściej nawet za mniej. W przypadku książki „egzemplarz recenzencki” jestem na straconej pozycji – muszę jeszcze bardziej obniżyć cenę. Wydawca żałuje mi nawet tych kilku złotych, które zarobiłabym na jego darmowym egzemplarzu. Gdybym książkę od niego kupiła, w porządku, mogę, jako niezadowolony klient, odsprzedać ją za połowę ceny. Jako recenzentowi odmawia mi się tego prawa.
                Nikogo nie okradam, więc dlaczego tak jestem traktowana? Bo tak rozumiem stempelek „egzemplarz recenzencki”. Naznaczenie, że tę książkę dostałam za darmo, w zasadzie za nic chyba ( bo napisanie recenzji to nic?), więc nie wolno mi jej pod żadnym pozorem spieniężyć. Jakbym naprawdę była w stanie zbić na tym kokosy… Ale skoro tak, skoro dają nam książki za nic, to dlaczego właściwie wciąż nam je dają?