środa, 1 kwietnia 2015

Chamstwo czy prawo?



Każdy, kto recenzuje książki na zlecenie wydawców, czy dla internetowych czasopism, spotkał się kiedyś ze stemplem „egzemplarz recenzencki”. Pal licho taką pieczątkę w egzemplarzach przedpremierowych, wydrukowanych na gorszym papierze, często bez okładki.  Ale co, kiedy pojawia się ona w pełnowartościowej powieści, takiej samej, jaką można dostać w księgarni? Gdybym chciała taką książkę sprzedać, jej cena ze znacznikiem drastycznie spada, o ile oczywiście ktoś zechce ją w ogóle kupić.
                Zapytacie o co mi chodzi. Przecież dostałam tę książkę. I to dostałam za darmo, nie musiałam jej kupić, tak, jak większość, w księgarni. Nie wydałam na nią pieniędzy i jeszcze bym chciała zarobić? W głowie mi się przewraca, prawda? Tyle, że recenzowanie książek wymaga czasu. Trzeba powieść przeczytać. Przemyśleć, co się chce napisać. Wreszcie siąść i stworzyć tekst, a potem jeszcze go poprawić. Nagrodą ma być książka, którą dostało się za darmo. Za darmo.
                Tyle, że gdy chodzi się do normalnej pracy, to nam za to płacą. I zapewniają miejsce oraz narzędzia pracy. W przypadku recenzowania książek, takim narzędziem pracy jest sama powieść, na temat której chcemy się wypowiedzieć. A co jest „wypłatą”? Czy to też sama książka? Czy narzędzie ma być jednocześnie „pensją” za wykonanie zadania? Powiedzmy, że pieniądze chcę sobie zapewnić sama. Ostatecznie narzędzie, które otrzymałam, ma jakąś wartość. Po przeczytaniu i zrecenzowaniu stwierdzam, że nigdy do danej powieści nie wrócę i nie chcę jej na swojej półce. Po co ma zabierać miejsce? Więc sprzedaję. Rzecz jasna, za połowę ceny, częściej nawet za mniej. W przypadku książki „egzemplarz recenzencki” jestem na straconej pozycji – muszę jeszcze bardziej obniżyć cenę. Wydawca żałuje mi nawet tych kilku złotych, które zarobiłabym na jego darmowym egzemplarzu. Gdybym książkę od niego kupiła, w porządku, mogę, jako niezadowolony klient, odsprzedać ją za połowę ceny. Jako recenzentowi odmawia mi się tego prawa.
                Nikogo nie okradam, więc dlaczego tak jestem traktowana? Bo tak rozumiem stempelek „egzemplarz recenzencki”. Naznaczenie, że tę książkę dostałam za darmo, w zasadzie za nic chyba ( bo napisanie recenzji to nic?), więc nie wolno mi jej pod żadnym pozorem spieniężyć. Jakbym naprawdę była w stanie zbić na tym kokosy… Ale skoro tak, skoro dają nam książki za nic, to dlaczego właściwie wciąż nam je dają?

5 komentarzy:

  1. Nikogo nie okradasz, ale jeżeli sprzedasz książkę - Ty na niej zarobisz, a nie wydawca, który zrezygnował z zarobku przesyłając ją do Ciebie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie zgodzę się, wydawca nie jest stratny, bo zrezygnował z zarobku. Dał mi książkę, ale ode mnie też otrzymał "produkt", w postaci recenzji. Gdyby musiał za nią zapłacić, przewyższałoby to znacznie cenę, którą ja uzyskam za książkę.

      Usuń
    2. Gdyby zapłacił za produkt, miałby prawo oczekiwać pozytywnej opinii, a nie recenzji.

      Usuń
  2. Nie, dlaczego tak uważasz, Doroto? Napisanie tekstu, czy to pochlebnego, czy negatywnego jest pracą - recenzent wkłada w to swój czas, umiejętności, wiedzę. W przypadku negatywnej, wydawca mógłby być niezadowolony, tylko, gdyby zapłacił nie za recenzję, a za reklamę. Choć recenzji w czasopismach inaczej niż reklamą nazwać nie można, a też bywają negatywne. Czy sądzisz, że za nie wydawcy nie płacą?

    OdpowiedzUsuń
  3. Podpisuję się pod tym wszystkim co napisałaś.

    OdpowiedzUsuń