środa, 25 marca 2015

Kasa, kasa, kasa... czyli o pensjach bibliotekarzy

"Kasa, kasa, kasa! Pierwsza klasa! Dla bogatych świat. Kasa, kasa, kasa, żadnych zasad. Dla bogatych świat. Tak bym chciała i ja... To pogoda dla bogaczy, mają w rękach świat!"
 
W najnowszych "Faktach i mitach" znalazł się artykuł o pensjach bibliotekarzy. Mamy się podobno całkiem nieźle, zarabiając około 3 tysięcy złotych miesięcznie (pewnie, skoro do pensji średniej wchodzą wynagrodzenia dyrektorów, wicedyrektorów i księgowych, to jak może być inaczej?). W artykule pojawia się stwierdzenie, że nasz zawód to misja, a wynagrodzenia bibliotekarzy są głodowe. Pojawia się stwierdzenie, że samorządy od wielu lat mają w tyle kulturę i najchętniej pozamykałyby biblioteki. Bo po co komu one? Kultura w końcu i oświata są najgorzej opłacanym sektorem w budżecie (tak, dorzućmy jeszcze nauczycielom, przecież tacy są biedni, niech strajkują, może wywalczą sobie czternastą pensję albo kolejny miesiąc urlopu, albo 5000 brutto, a lepiej to na rękę, w końcu tacy są biedni)
 
Bibliotekarz to chyba zawód godny pogardy. Ach ta kultura! Kultura to bzdura! 
 
Pozdrowienia dla znajomych Bibliotekarek (i tych, które "tylko" mnie czytają). Z myślą o Was poniższa piosenka :). 



poniedziałek, 23 marca 2015

Zakonnica i wichry historii



„Dźwięki muzyki” to musical z 1965 roku, napisany przez  Richarda Rodgersa i Oscara Hammersteina II. Podstawą do jego stworzenia stały się wspomnienia arystokratki Marii von Trapp. W wersji filmowej w rolę tytułową wciela się Julie Andrews.
            Maria jest nowicjuszką w zakonie. Jednak nie do końca zdaje się tam pasować. To spóźni się na mszę, bo chodzi po górach, to zapomni o swoich obowiązkach, bo woli śpiewać. Dlatego matka przełożona odsyła ją do domu rodziny von Trapp, by tam zaopiekowała się dziećmi właśnie owdowiałego kapitana, a przy okazji zastanowiła nad tym, czego naprawdę w życiu pragnie. Od samego początku Marii nie podoba się, w jaki sposób kapitan przy pomocy gwizdka i żelaznej dyscypliny wychowuje swoje dzieci, więc postanawia zaprowadzić własne porządki.
            Mam z „Dźwiękami muzyki” pewien kłopot. Z jednej strony nie mogę powiedzieć, że mi się nie podobały, z drugiej jednak… No właśnie, skupmy się na drugiej stronie. Po pierwsze: temat. Jeden jest oczywisty i odwieczny. Schemat: ojciec-dzieci-guwernantka. Wiadomo, że w lwiej części przypadków guwernantka poprzez serca dzieci(a czasem nawet z ich pominięciem) trafia do serca ojca. I mamy ślub. Musical  Rodgersa i Hammersteina nie jest od tego wolny. Z drugiej, pojawia się temat znacznie poważniejszy – rodzi się nazizm, a kapitan ostentacyjnie przeciwstawia się przyłączeniu Austrii do Rzeszy, przez co staje się wrogiem publicznym i Trappowie zaczynają być prześladowani politycznie. W sumie ciekawa historia, do której dołączona zostaje opowieść o młodzieńczej miłości najstarszej córki von Trappa i przemianie jej ukochanego w gorliwego sługę systemu, ale potraktowana jakoś tak pobieżnie. Jakoś nie mogę się pozbyć wrażenia, że „Dźwięki muzyki” nie udźwignęły tematu. 

            I jeszcze jedna kwestia. Piosenki, wszak to musical. Dla mnie „Dźwięki muzyki” to dowód na to, że są musicale i Musicale. Dla mnie Musicalami są choćby „Deszczowa piosenka” (bo któż nie znałby frazy „Ja śpiewam, tańczę, co tam deszcz!” lub „Dzień, dobry, dzień dobry, bo dobry to dzień”), „Nędznicy” („Usłysz, kiedy śpiewa lud”; „Jeszcze dzień, jutrzejszy dzień przyniesie nowy los”), „Skrzypek na dachu” („Gdybym był bogaczem!”). „Dźwięki muzyki” są, niestety, musicalem przez małe „m”. Nie ma w tym filmie ani jednej piosenki, która by mnie porwała. Utwory niby komentują akcję, ale wszystkie są trochę o niczym, niestety.
            Czy poleciłabym „Dźwięki muzyki”? I tak, i nie. Z jednej strony naprawdę nie rozumiem, skąd tak wysoka ocena tego filmu (Oscar dla najlepszego filmu), z drugiej nie mogę zaprzeczyć, że naprawdę przyjemnie się to ogląda. Jako musical, który pretenduje do bycia historią o czymś więcej, moim zdaniem się nie sprawdza. Jako historia o losach rodziny von Trapp, a więc sympatyczna opowieść o owdowiałym bogaczu i zagubionej guwernantce, do pooglądania. Piosenki? Naprawdę bez rewelacji.       

wtorek, 17 marca 2015

Mistrzowskie pisarstwo



Cornelia Funke, moim zdaniem niezaprzeczalnie jedna z najlepszych współczesnych pisarek dziecięco-młodzieżowych. Niemka mieszkająca w Ameryce. Autorka cyklu „Dzikie Kury”, świetnych „Króla złodziei” i „Smoczego jeźdźca” oraz bestsellerowej „Atramentowej trylogii”. Tym razem powraca powieścią „Reckless. Kamienne ciało”.
                Jakub Reckless przechodzi przez lustro w pokoju swojego ojca do magicznego świata, gdzie staje się łowcą czarodziejskich przedmiotów. A to podkradnie gdzieś smoczą łuskę, a to samonakrywający się stoliczek. Kłopoty zaczynają się, gdy za Jakubem do magicznego świata podąża jego brat. Zaatakowany przez wrogich ludziom goyli, sam powoli zaczyna przemieniać się w jednego z nich.
                To prawda, „Kamiennemu ciału” zdecydowanie brakuje rozmachu „Atramentowej trylogii”. Az prosi się, by niektóre zdarzenia zostały nieco dokładniej opisane. Mimo to powieść podarowuje nam to, co najlepsze w pisarstwie Funke – magiczny świat, pełen cudowności, ale i niebezpieczeństw. Tym razem w centrum zainteresowania pisarki znalazł się świat baśni. Zastanawialiście się kiedyś, co stałoby się ze Śpiącą Królewną, gdyby książę się nie zjawił? Albo gdyby pocałunek nie okazał się wyrazem prawdziwej miłości? Funke bawi się oczywistościami z baśni i przerabia je na własną modłę. Dodać trzeba, że przerabia wspaniale, z prawdziwą wirtuozerią.
                Na uwagę zasługuje także stworzona przez pisarkę rasa goylów – kamiennych stworzeń toczących wojnę z ludźmi i pragnących opanować ich świat. Goyle mieszkają pod ziemią i tam w stalaktytach i stalagmitach drążą swoje miasta. Jednak panowanie nad podziemnym kamiennym światem nie wystarcza ich przywódcy, co prowadzi do otwartego konfliktu z ludzką cesarzową.
                Wspomniałam już, że nie obraziłabym się, gdyby Funke nieco bardziej rozbudowała tę książkę, dorzuciła opisów, kilka wydarzeń. Aż prosi się o rozszerzenie wątek cesarzowej, czy księżniczki Amalii. Również miasta w świecie za lustrem pozostają jedynie zarysowane, a ich próba odzwierciedlania prawdziwego świata też przecież daje pole do popisu. Jednak niewielkie, jak na powieść fantasy, rozmiary „Kamiennego ciała” sprawiają, że akcja toczy się wartko i w zasadzie nie występują dłużyzny.
                W przypadku Funke nie można nie wspomnieć o ilustracjach do powieści. Te, jak na ilustratorkę przystało, bo to w tym zawodzie Niemka zaczynała swoją przygodę z książką, stanowią integralną część powieści. Są do tego przepiękne, wręcz magiczne, cieszą oko. Jest ich też znacznie więcej, niż to miało miejsce w przypadku „Atramentowej trylogii” czy „Króla złodziei”.  
Kamienne stwory to ciekawy, oryginalny pomysł pisarki, a wmieszanie w powieść typowo baśniowych motywów – wybrańca i przepowiedni o przemianie świata, a także zazdrosnych nimf, chciwych karłów i doprawienie wszystkiego szczyptą polityki, sprawia, że „Kamienne ciało” to kolejna świetna pozycja w dorobku autorki. A samo nazwisko bohatera – „Reckless”  ( z angielskiego, „lekkomyślny”) – sprawia, iż należy się domyślać, że możemy spodziewać się więcej.

czwartek, 12 marca 2015

Zapomniana Sara Grimke



Sara Grimke, czy ktoś z Was kiedykolwiek słyszał to nazwisko? Ja też nie. Kiedy zabierałam się za lekturę „Czarnych skrzydeł” Sue Monk Kidd nie wiedziałam nawet, że nie jest to postać fikcyjna. Dowiedziałam się dopiero z posłowia.
            Sara Grimke jest córką sędziego i zarazem plantatora należącego do elity Charstonu. Na swoje jedenaste urodziny otrzymuje niewolnicę, Szelmę. Między biała panią i czarną niewolnicą nawiązuje się nić sympatii. Obserwujemy ich relację na przestrzeni lat, od chwili, gdy obie są dziewczynkami do momentu, gdy osiągają podeszły wiek i każda ma pokaźny bagaż doświadczeń.
            Bardzo podobała mi się postać Sary. Lubię kobiety, które walczą o to, w co wierzą, walczą o siebie. Swoje prawo do głosu, wyrażania opinii, do bycia sobą. Sara Grimke miała wybór. Mogła wyjść za mąż, ale wiedziała, że wiązałoby się to z porzuceniem swoich przekonań. Dlatego wolała pozostać niezamężna i podróżować po kraju z odczytami o abolicjonizmie. Co więcej połączyła walkę o wolność niewolników z walką o prawa kobiet.  Wiedziała, że można albo pozostać sobą, albo być żoną.
            Sarę autorka zestawia z Szelmą, niewolnicą. Szelma wraz z matką dokładają wszelkich starań, by się wyzwolić. Starają się wykupić, uciec, wziąć udział w powstaniu niewolników. Niewolnica to równie ciekawa postać. Harda, mądra i wolna duchem, choć według prawa jej właścicielem był sędzia Grimke.
            To właśnie na zestawieniu tych dwóch światów polega siła tej książki. Dopiero ono daje nam bowiem pełen ogląd sytuacji. Mamy tu bowiem pokazaną i perspektywę właścicielki i niewolnicy. Która z nich jest naprawdę wolna?
            „Czarne skrzydła” to ciekawa powieść obyczajowa. Oczywiście nie można jej traktować jak studium historycznego czy zbeletryzowanej biografii Sary Grimke.  Autorka bowiem sama przyznaje, że część wydarzeń wymyśliła, by urozmaicić opowieść. Książka pozostaje jednak dobrze skomponowana, przemyślana i napisana pięknym językiem.  Fakt, że dotyczy autentycznych postaci (w powieści występuje także szereg innych osób zapisanych na kartach historii, z którymi stykała się bohaterka) sprawia, że patrzy się na nią nieco inaczej. Gdy po lekturze dowiedziałam się, że Sara Grimke nie jest tylko wymysłem Sue Monk Kidd, zaczęłam zupełnie inaczej patrzeć na tę powieść. Stała się dla mnie jeszcze cenniejsza, gdyż próbuje przywrócić z niebytu prawie już zapomnianą wspaniałą kobietę. Kobietę, o której niemal nikt nie słyszał, mimo że to jej pisma stały się inspiracją dla autorki „Chaty wuja Toma”.
            Serdecznie polecam Wam lekturę „Czarnych skrzydeł”. To naprawdę wartościowa książka, a poza tym fascynująca historia silnych, niezależnych kobiet.


wtorek, 10 marca 2015

Pisarze i czytelnicy według Sowy



W zasadzie rzadko czytam powieści obyczajowe. Do przeczytania „Części intymnych” Izabeli Sowy skłoniła mnie entuzjastyczna recenzja na blogu Subiektywnie o książkach. W notatce o powieści przeczytałam, że bohaterem jest pisarz, a fabuła opowiada o środowisku pisarsko-wydawniczo-czytelniczym. Nigdy wcześnie Sowy nie czytałam, pomyślałam sobie, że można spróbować.
            Bohaterem „Części intymnych” jest Janusz, pisarz, któremu średnio się wiedzie. Przez przypadek (zakład z kolegą z pracy) napisał jeden bestseller, na dodatek okrzyknięty przez krytyków rewelacyjną powieścią. Bohater od tamtej pory stara się napisać coś równie dobrego, ale nie bardzo mu wychodzi. By podreperować finanse czasem udzieli bzdurnego wywiadu dla czasopisma, innym razem wybierze się w podróż po Polsce, odbywając spotkania autorskie.
            „Części intymne” przedstawiają ironiczno-zabawny obraz autorów, czytelników i bibliotekarzy. Janusz  podróżuje od wioski do wioski. Spotyka różnych ludzi – bibliotekarki, dyrektorki wiejskich domów kultury, czytelników, uczniów.
            Mam kłopot z tą książką. Z jednej strony czyta się ją przyjemnie. Jest taka słodko-gorzka, jak migdały. Janusz od czasu do czasu rzuci jakąś mądrością życiową w stylu Paulo Coelho, ale świetnie zdaje sobie z tego sprawę i sam z siebie żartuje, co ewentualnemu krytykowi wytrąca broń z ręki. Jest też (boleśnie?) prawdziwa – choćby opis fiokowania się starszych pań, uczestniczek Dyskusyjnych Klubów Książki, na spotkanie z „panem autorem”. Z drugiej strony strasznie to wszystko stereotypowe – czytelniczki są zahukane albo wulgarne (jeśli to uczennice), bibliotekarki głupie, a autorzy uwielbiają się rozpijać. Jeśli liczycie na pogłębioną opowieść o rynku wydawniczym w Polsce, tu jej nie znajdziecie i poczujecie się, jak ja, rozczarowani.
            Czy poleciłabym „Części intymne” Izabeli Sowy? Jeśli ktoś szuka niezobowiązującej powieści obyczajowej, owszem. Jeśli liczylibyście, tak, jak i ja liczyłam, na wniknięcie w układ autor-wydawnictwo-czytelnik i poznanie tego świata od kuchni, zawiedziecie się. W tej kwestii powieść właściwie ślizga się po powierzchni tematu. Tako rzeczę Wam ja, Pani z biblioteki