poniedziałek, 28 października 2013

Druga podróż Henry'ego Gota



Jeśli wybierasz się w podróż niech będzie to podróż długa
wędrowanie pozornie bez celu błądzenie po omacku
żebyś nie tylko oczami ale także dotykiem poznał szorstkość ziemi
i abyś całą skórą zmierzył się ze światem
Zbigniew Herbert, Podróż

Winda zjeżdża na parter. Drzwi otwierają się z cichym szumem. Mężczyzna zaszczyca portiera krótkim spojrzeniem i lekkim skinięciem głową. Przemierza hol szybkim, sprężystym krokiem. Jego buty stukają po marmurowej posadzce, którą wyłożono podłogę. Przez drzwi obrotowe wychodzi na zewnątrz. Owiewa go, wciąż jeszcze zimne, ranne powietrze. Zatrzymuje się i wdycha je przez chwilę. Smakuje zapachy miasta, zapachy ludzi.
- Dzień dobry, panie Henryku.
Odwraca głowę i uśmiecha się. Starsza kobieta odpowiada uśmiechem.
- Dzień dobry, pani Wando.
Uwydatniają się zmarszczki wokół jej, wyblakłych już, szarych oczu. Mężczyzna wie, że wywiera na niej wrażenie. Od kilku lat mieszka sama w mieszkaniu obok. Lubią się. Nie przeszkadzają sobie nawzajem. On, mimo że młody, nie jest hałaśliwy. Nie sprowadza na noc kobiet, choć przecież mógłby. Co z tego, że trochę ekscentryczny, że w nocy pisze, bezustannie stuka w klawiaturę, a w dzień śpi. Ona często zaprasza przyjaciółki. Razem oglądają telewizję albo omawiają ostatnio przeczytany romans. Mężczyzna wie, słyszy każde słowo. A jednak, nigdy nie zdradziłby tajemnic statecznych starszych pań.
            Pies, którego kobieta trzyma na smyczy, warczy. Ma zjeżoną sierść i obnaża kły. Pani Wanda pociąga za smycz. Jest zmieszana. Nie potrafi nic poradzić na to, że pies reaguje tak za każdym razem, gdy spotykają pana Gota. Horacy wyraźnie go nie lubi. Mężczyzna rozumie dlaczego. Wie, że pies ma rację. Instynkt, szósty zmysł, którego tak bardzo brak ludziom. Sąsiadka wskazuje na walizkę, by przerwać niezręczne milczenie, wywołane zachowaniem jej pupila.
- Pan wyjeżdża, Henryku?
- A i owszem – odpowiada. – Dziś rano zdecydowałem, że pewne miejsca czekały na mnie już zbyt długo.
- Zatem planuje pan dłuższą nieobecność?
- A większą mi rozkoszą podróż niż przybycie![1] – śmieje się mężczyzna.
Kobieta macha ręką.
- Wy, młodzi… Na starość to człowiek już nie lubi się ruszać. Zatem przyjemności, panie Got. Przyjemności. Oby świat dobrze przyjął Mefistofelesa.
Pani Wanda wchodzi o budynku, ciągnąc za sobą psa. Mężczyzna patrzy mu w oczy. Zwierzę warczy i kładzie uszy po sobie. Ucieka z podkulonym ogonem.
            Czarne porsche właśnie wyjechało z garażu. Wysiada z niego pracownik apartamentu i podaje mu kluczyki. Młody mężczyzna zaszczyca go jedynie lekkim skinieniem głowy. Niewielką torbę wrzuca na tylne siedzenie. Zajmuje miejsce za kierownicą. Rusza z piskiem opon. Henryk Got wyrusza w podróż.


Dokumentacja poprzedniej edycji
Listopad, będący miesiącem Henry’ego Gota, zbliża się wielkimi krokami. Trzy lata temu, właśnie w listopadzie, ukazało się pierwsze wydanie „Milczących słów”. Rok później, również w listopadzie, wydawca poinformował mnie o zakończeniu prac redakcyjnych i przekazaniu powieści do druku. Z tej okazji postanowiłam powtórzyć akcję „Henry Got podróżuje”. Każdy, kto ma ochotę książkę przeczytać, może do niej przystąpić. Co należy zrobić:

1. Napisać do mnie maila na adres muzkar@op.pl, w których wyraża się chęć przystąpienia do akcji.
2. Podać w mailu następujące informacje:
Imię i nazwisko, adres zamieszkania oraz maila.
3. Przeczytać książkę w ciągu dwóch tygodni (mile widziane pozostawienie na kartach książki jakiegoś śladu po sobie – podpisu lub rysunku).
4. Po lekturze przesłać powieść (koniecznie listem poleconym!) następnej osobie, której adres przekażę Czytelnikowi mailem.  
  
Ja i bohaterowie „Milczących słów”, skądinąd bardzo sympatyczni, serdecznie zapraszamy do wzięcia udziału w drugiej podróży Henry’ego Gota.


1] Leopold Staff, Przybycie.

poniedziałek, 21 października 2013

Innego końca świata nie będzie


Film rozpoczyna ciąg obrazów – kobieta w sukni ślubnej, siedzący koń, chłopiec strużący patyk. Wreszcie: niebieska planeta uderzająca w Ziemię. Wszystko to pokazane w nieznośnie powolnym tempie i okraszone muzyką Wagnera, piękną, ale wzbudzającą strach i podenerwowanie. Wszystkie obrazy, pozornie niezwiązane, ułożą się niebawem w historię. Po kilku minutach filmu widz nie musi się już zastanawiać, znany jest finał opowieści. Dzięki temu nasza uwaga całkowicie koncentruje się na bohaterach i tym, co przeżywają. 
            Tytułowa Melancholia to planeta, która zbliża się do Ziemi. Obserwujemy, jak wpływa na zachowanie dwóch sióstr – Justine i Claire. Pierwszy rozdział - „Justine” - ukazuje nam świat z perspektywy młodszej z kobiet. Akcja zaczyna się w dniu jej ślubu. Dziewczyna ledwo trzyma się na nogach. Cierpi na depresję. Chorobę tę w dawnych czasach nazywano melancholią (co w nierozerwalny sposób łączy bohaterkę z planetą). Choć Justine stara się uśmiechać, bo tego wszyscy od niej oczekują, tak naprawdę jest przeraźliwie smutna. W tym momencie nie można nie wspomnieć, o rewelacyjnej grze Kirsten Dunst. Jej mimika jest niesamowita. Uśmiecha się, choć jednocześnie widz doskonale zdaje sobie sprawę, że to tylko pozór, maska nałożona na prawdziwe samopoczucie bohaterki. Mistrzowsko zagrane, być może nie bez znaczenia jest tu fakt, że Dunst sama chorowała na depresję.
Claire natomiast jest poukładana. Niemal obsesyjnie pilnuje, by całe wesele odbyło się zgodnie z planem. Dba o zachowanie pozorów, aby spod obrazka „szczęśliwej rodziny” nie przebiła się prawda. W części dotyczącej Justine, Melancholia jest tylko kropką na niebie. Ciekawą, ale niezbyt istotną. Istotniejsze jest natomiast to, co dzieje się między ludźmi. Lars von Trier skupia się na pokazaniu ludzkiej obłudy. Różnicy między prawdą i rzeczywistością, a grą pozorów i walką o to, by za wszelką cenę je utrzymać. Depresyjna Justine, choć próbuje wpasować się we wręcz obsesyjny ład zbudowany przez Claire, ponosi klęskę. Jej małżeństwo kończy się wraz z weselem. 
 Druga część, zatytułowana „Claire”, poświęcona zostaje starszej z sióstr i ukazuje wydarzenia z jej perspektywy. Melancholia nie jest już teraz nic nieznaczącą gwiazdą. Staje się realnym zagrożeniem. Choć akcja dzieje się wciąż w tym samym miejscu, zamku należącym do bohaterki i jej męża, tło znacznie się zmienia. Obserwujemy już nie zbiorowość weselników, a jedynie cztery osoby. Osoby, zamknięte w przestrzeni, której opuszczenie jest niemożliwe. Mostu nie da się przekroczyć, czego dowodzi zachowanie konia Justine, który za każdym razem staje dęba i cofa się ze strachem. Ucieczka przed Melancholią jest niemożliwa. Wraz z jej zbliżaniem się, widzimy także przemianę naszych bohaterek. Dotąd poukładana i spokojna Claire zaczyna odczuwać niepokój, czy wręcz irracjonalny strach. Justine natomiast, której depresja pogłębiła się na tyle, że nie jest już w stanie sama się wykąpać czy najeść, odżywa. Koniec świata przyjmuje jakby z ulgą. Koniec świata jest końcem jej szarpaniny z życiem. W obliczu śmierci, Justine odzyskuje równowagę. Jej zdaniem to życia trzeba się bać, nie śmierci. To właśnie ona, a nie Claire czy jej racjonalny i mocno osadzony w rzeczywistości mąż, staje się w tych ostatnich chwilach pocieszycielką i opoką dla synka siostry.

           Najbardziej zapadła mi jednak w pamięć scena, w której Claire i Justine zastanawiają się, w jaki sposób spędzić ostatni dzień swojego życia. Claire stwierdza, że chciałaby go spędzić „właściwie”, na tarasie, z siostrą i synem, popijając wino i słuchając muzyki. Justine wyśmiewa ją, zauważając, że to wszystko jedno, co zrobią. Koniec i tak nastąpi i będzie dla wszystkich jednakowy, obdarty z godności i wzniosłości. Justine, którą von Trier wyposaża w pewną wiedzę absolutną, wygłasza kluczowe dla „Melancholii” słowa: „Świat jest zły. Nie ma innego życia poza tym na Ziemi, jednak nie na długo. Nikt nie będzie po nas tęsknił". 
     O czym jest „Melancholia”? To film o zderzeniu z ostatecznością i nieistotności ludzkiego 
  życia. Von Trier neguje w nim wszystko – miłość, relacje rodzinne, międzyludzkie, przywiązanie do pieniędzy, wiarę w naukę czy rzeczywistość ukazywaną w telewizji. To wreszcie studium depresji, życia wbrew samemu sobie. Jakąkolwiek by jednak przyjąć postawę, ostatecznie wszyscy bohaterowie poniosą klęskę.
   Melancholia” to z całą pewnością nie jest film dla wszystkich. Jest nieznośnie powolny i niemal nic w nim się nie dzieje. A jednocześnie pozostaje niepokojący, niesamowicie dołujący i w pewien sposób drażniący. Zdecydowanie dla zdeterminowanych i wytrwałych. Ale warto.  





sobota, 19 października 2013

"Wyścig po szczęście", czyli nawet ja mam swoje granice



Wspomniałam wam już kiedyś, że o koniach przeczytałabym każdą książkę i obejrzała każdy film, nawet największy gniot. Dużo trzeba, by film o końskiej tematyce mi się nie spodobał. Korzystając więc ostatnio z faktu, że jestem chora, namówiłam T. na oglądanie „końskiego” filmu. T. kiepsko znosi kino familijne i filmy dla młodzieży. Mówi, że jest na nie za stary. Chyba duchem, bo ja na tego typu filmy za stara się nie czuję, trzeba tylko trochę przymknąć oko (albo oba). Tak więc byłam chora i było mi wolno więcej niż zazwyczaj („–Chipsów mi się chccccccce. – Dobrze, przejdę się”), namówiłam go bez litości (mimo, iż widziałam jego minę) na seans kina familijnego.
I powiem szczerze, że dostałam za swoje. Dawno nie widziałam tak kiepskiego rodzinnego filmu. Fabuła oczywiście prosta jak konstrukcja cepa. Dziewczynie umiera ojciec, dowiaduje się, że jej matka, którą miała za zmarłą, żyje (skomplikowana intryga - tatulek zakombinował i wyszło, iż poinformowano matkę, iż dziecko zmarło, seeeeerio?). Ta zgadza się wziąć ją pod opiekę. Zabiera córkę na wakacje do siebie. Dziewczyna ma pomagać na rancho sympatycznego cowboya, chłopaka matki. Na miejscu zaprzyjaźnia się z młodą klaczą imieniem Tęcza. Zaczyna ją trenować do wyścigów kłusaków. Osiągają pierwsze sukcesy. Jest też czarny charakter, który (a jakże) pragnie odebrać dziewczynie Tęczę. Resztę dośpiewajcie sobie sami.
Fabuła jest kiepska i kiepsko się też klei. Na tyle kiepsko, że aż trudno w nią uwierzyć. Film niby o koniach, ale przez całe półtorej godziny nikt konia nie dosiada. Niby pokazano wyścigi kłusaków, ale nie na to liczył tygrysek. Aktorstwo? Kto z was wiedział, że Julia Roberts ma brata? Właśnie, wszystko na temat. Dialogi, jak to w kinie familijnym. Napompowane do granic niemożliwości i górnolotne tak okropniaście, że aż uszy więdły.
W połowie „Wyścigu po szczęście” miałam już dość. Nigdy się jeszcze nie zdarzyło, bym miała problem z obejrzeniem do końca filmu o koniach. Nigdy, aż do teraz. Prosiłam T., żebyśmy dali spokój. Kto mieczem wojuje, od miecza ginie. „Nie, no coś ty, obejrzyjmy do końca”. Ja się umęczyłam, a T. miał ubaw. Słowem, dostałam za swoje.      

czwartek, 10 października 2013

Mój pierwszy raz

źródło
Co kto sobie pomyślał, po przeczytaniu tego tytułu, to jego. Podobno chwytliwy tytuł to połowa sukcesu, nawet jeśli nie oddaje rzeczywistego charakteru tekstu. Nadany przeze mnie tytuł z całą pewnością jednakże oddaje treść. Był bowiem (dawno, dawno temu) w telewizji pewien program zatytułowany właśnie tak - "Mój pierwszy raz". Polegał na tym, że celebryci robili w nim coś po raz pierwszy w życiu. Pewna pani dziennikarka na jego potrzeby przez jeden dzień stała się warszawskim... pucybutem. I ja przeżyłam ostatnio debiut w nowej roli. Mianowicie po raz pierwszy przeprowadziłam wywiad z pisarzem. Moja rozmowa z Agnieszką Pruską, autorką powieści "Literat", ukazała się w najnowszym, dwudziestym drugim, numerze "Qfantu". Do pobrania TUTAJ.

czwartek, 3 października 2013

Wszyscy tatusiowie kochają swoje córki


źródło

Do biblioteki przychodzą różni ludzie. Osoby starsze, dzieci z rodzicami, miłośnicy kryminałów, książek kucharskich, opracowań historycznych, osoby o sprecyzowanych gustach i te, które proszą, by im coś wybrać. Najczęściej najmłodszym towarzyszy ktoś z rodziny. Zwykle mama, rzadziej babcia. Ale nie ulegajmy stereotypom. Czasami zdarzy się, że przyjdzie i tata. Pewnego razu  towarzysząc swej córce, zjawił się w bibliotece młody ojciec i informuje mnie, iż chce ją zapisać. Daję mu więc do wypełnienia zobowiązanie, nadaję karcie dziewczynki numer. No, ale pojawia się problem.
- Tu trzeba wpisać pesel.
- Nie zna pan? Nie szkodzi. Możemy uzupełnić następnym razem.
-Data urodzenia…
- Tak, proszę wpisać.
- Kuuuu**a, pani, kiedy ona się urodziła?
Jakbym była najwłaściwszą osobą, by zadać to pytanie.  A przecież nie mam z tym faktem nic wspólnego. Jestem tego pewna. Skąd więc miałabym wiedzieć, kiedy urodziła się córką tego pana? Zatem pytanie było chyba retoryczne.
- Zaraz. Ona ma osiem lat. 2013, 2012…
- 2005 – podpowiadam.
- Ano, 2005, ale… Pani poczeka…
Pan wyciąga komórkę i dzwoni do żony, by się upewnić. Uzyskuje satysfakcjonującą go odpowiedź. Szczęśliwie dokonujemy rejestracji. Bardzo miła dziewczynka wybiera sobie kilka książek. Oboje z ojcem mówią mi „do zobaczenia”. Kiedy chwilę później opowiadam o tym koleżance, wzrusza ramionami:
- A co ty się dziwisz? Wydaje ci, że tylko on jeden? Takich jest dużo więcej.
Tylko dlaczego tak wielu mężczyzn ma problem z kalendarzem? A może nie z kalendarzem, a z pamięcią? Konkretnie z datą urodzin własnych dzieci. Może jest to związane z faktem, iż tychże nie rodzili, nie wypychali na świat w pocie czoła i w towarzystwie ogromnego, okropnego bólu? Może gdyby było inaczej, zapamiętali? Być może jestem w błędzie i ten mężczyzna jest doskonałym ojcem, który świetnie odróżnia Clifforda od Scooby Doo. Może, ale mam wrażenie, że kobiety rodzą dzieci dla siebie.  Rola mężczyzny sprowadza się do tego, że chce mieć dziecko i powołuje je na świat. W późniejszym etapie dobrze, jeśli jest. Niczego więcej nie należy oczekiwać.  A tym bardziej wymagać, od głowy i żywiciela rodziny, ciężko zmęczonego, zapracowanego. Bo przecież wszyscy tatusiowie tak bardzo kochają swoje córki.