czwartek, 29 grudnia 2011

„Cóż, śmierć to cholernie traumatyczne przeżycie, nie sądzisz?”

Witajcie, przepraszam za przedłużająca się nieobecność. Recenzji do publikowania mi nie brakuje, ale po świętach dopadło mnie straszne przeziębienie i na nic nie miałam siły. Mam nadzieję, że Wy „bez szwanku” przetrwaliście święta. Dziś postanowiłam podzielić się z Wami ostatnią w tym roku recenzją – „Pomiędzy światami”- KLIK. W Sylwestra, jeśli znajdziecie czas między przygotowaniami do imprez, zapraszam na wręczenie grudniowego Kopytka oraz Kopytka dla najlepszej książki roku.

Przypominam też o wciąż trwającym konkursie na książkę z autografem. Szczegóły tutaj.  

Jest też pewien poważny powód do radości. W sieci od jakiegoś czasu krąży trailer "Hobbita". Galadriela to, jak mawiał Pumba od Timona, jedna z moich najulubieńszych postaci literackich (w końcu Królowa Elfów). Kate Blanchet w roli Pani Złotego Lasu była fenomenalna. Cieszę się, że będę miała możliwość ponownie ujrzeć ją w tej roli. Minęło dziesięć lat(!), a ona nic się nie zmieniła. A Wy, widzieliście już, zwiastun "Hobbita"? Co sądzicie?  


piątek, 23 grudnia 2011

„Nie powiem źle o nikim, a będę mówił wszystko dobre, co wiem o każdym.”

Święta, święta. To magiczny czas, gdy nagle zaczyna nam się podobać to, co kiczowate (i czego przez pozostałą część roku byśmy nie zaakceptowali). Wzięcie ma wszystko, co: świecące, srebrne, złote, fioletowe, zielone, czerwone. Kupujemy prezenty. Często niezwykle… nietrafione. Ubieramy choinkę, przygotowujemy wigilię. Nierzadko mamy problem, z którą rodziną ją spędzimy. Problem urasta do rozmiaru małej tragedii (względnie kontrolowanego chaosu), a mimo iż w rozwiązanie angażujemy logikę, strategię, matematykę, odkrywamy, zgrzytając zębami, że właściwie nie ma dobrego. Innym razem zastanawiamy się, czy ciocia/wujek/babcia nie zapyta, jak co roku: „Kiedy… (w miejsce kropek wstawiamy odpowiedni rzeczownik, np. chłopak, dziewczyna, dziecko, ślub) lub też powie nam, że dobrze wyglądamy, co w jego/jej przypadku oznacza: „Ale przytyłaś”. Często zastanawiamy się z kim w tym roku pokłócimy się podczas przygotowań. Niektórzy z nas nie są przecież Borejkami i z Rodziną wychodzą dobrze tylko na zdjęciach lub też swoich Krewnych naprawdę bardzo kochają, ale niekoniecznie lubią. Części z nas podczas przygotowań w ogóle nie przyjdzie do głowy, dlaczego myjemy okna, sprzątamy, pieczemy karpia i na potęgę wycinamy w grudniu choinki. Zapewne są tacy, którzy z radością czekają na Wigilię, przekonani, że ponad dwa tysiące lat temu naprawdę urodził się Bóg. Inni nie wierzą, a mimo to dostosowują się do pozostałych, bo tradycja wymaga żeby praktykować pewne zachowania. Jeszcze inni nie myślą, po prostu to robią. Kolorowe, kiczowate światełka i anielskie włosie mają przecież w sobie coś słodkiego.
Trochę nawet lubię ten świąteczny kicz. Trochę. Mimo, że za samymi Świętami nie przepadam. I nie wierzę w Świętego Mikołaja. Dawno już (och, jak dawno!) przestał przynosić to, o co proszę. Nie mam złudzeń. Wiem, ze kolacja wigilijna może być katastrofą, że ktoś ją musi przygotować, a po pozmywać. Wiem, że w czasie Świąt jesteśmy dla siebie mili, by gdy atmosfera ostygnie, znów wrócić do rzeczywistości i naszych normalnych zachowań. Bo tylko kilka dni w roku skłonni jesteśmy tolerować „Last Christmas”.  Święta to… tylko święta. Jeszcze nie znalazłam w sobie tyle odwagi, by nie ubierać choinki. Owszem, jest w nich magia. Ale to taka magia, jak w przypadku zdmuchiwania świeczek na torcie urodzinowym. Wszyscy to robią, ale kto naprawdę wierzy, że… stanie się już? W każdym razie byłam dobra w tym roku. Słyszysz, Święty Mikołaju? Nawet jeśli Cię nie ma, jeśli nie istniejesz, nie zwalnia Cię to z umowy, Ty Czerwony Wytworze Firmy Coca Cola. Słyszysz? Byłam dobra. I jest tylko jedna rzecz, której chcę w tym roku. Jak co roku.

A Wam, moi Drodzy, bez względu na to, co myślicie o Świętach i jak je spędzacie, bez względu na to, kim jesteście, życzę, by spełniły się wszystkie Wasze życzenia i marzenia. Życzę wszystkiego, co najlepsze, najmilsze, najpiękniejsze, najwartościowsze i najprawdziwsze. Oby od następnego roku wszyscy zachowywali wobec Was cudowną zasadę Beniamina Franklina: „Nie powiem źle o nikim, a będę mówił wszystko dobre, co wiem o każdym.” Bo, czy w to wierzycie, czy nie, naprawdę dobrze Wam życzę. A ja? Też mam swoje życzenie dla siebie samej. Takie, które pewnie się nie spełni. Takie, które zachowam w tajemnicy, bo inaczej się nie spełni. A w przyszłym roku? Będę robiła to, co robiłam do tej pory – będę mówiła „do wszystkich/ którzy mnie nie czytają/ nie słuchają nie znają/ nie potrzebują/ Oni mnie nie potrzebują/ ale ja ich potrzebuję.”    

środa, 21 grudnia 2011

Nie wszstko złoto, co się świeci

Biorąc się za lekturę "Magii krwi", spodziewałam się czegoś innego. Skusiła mnie okładka. Okazało się, że treść już taka czarowna nie jest. Dla zainteresowanych link do recenzji - KLIK.

poniedziałek, 19 grudnia 2011

I co z tym kotem?


„Klucze do nowej tajemnicy. Tak zatytułuję swoją powieść, jeśli kiedyś zdecyduję się ją napisać. Może nawet nie byłby to taki zły pomysł. Mógłbym sobie na przykład zaplanować, że wszystko zawsze dobrze się skończy i wpuszczać swoich bohaterów w sytuacje bez wyjścia, uzbrajając ich w nieprzeciętną inteligencję, a gdyby zaszła potrzeba, w nadludzkie umiejętności. Zarobiłbym tysiące funtów i nie musiałbym się martwić o jutro, o kolejne zlecenia, o przyszłość Chucka.”[1] Gdyby ktoś zaproponował teraz zupełnie kontrastujący cytat, trafiłby w sedno. „Kot Syjonu” Jerzego A. Wlazło to kryminał opowiadający o zwyczajnych ludziach, trochę dobrych, trochę złych, a wydarzenia są tak dziwne, że aż warte uwagi.
            Bohaterem „Kota Syjonu” jest detektyw Konrad Bialas. Bialas nie jest najlepszym prywatnym detektywem - zleceń ma mało, długów dużo, ostro popija, pali jak smok, mieszka w parszywej dzielnicy, a na dodatek ciągnie się za nim brzydka przeszłość. Mimo to (a może właśnie dlatego) kontaktuje się z nim tajemnicza hrabina Chattearstone i zleca mu znalezienie jej kota. Nie zaginionego ulubionego futrzaka, lecz kota, którego jeszcze nie było. Kota wyjątkowego, właśnie dla niej, pasującego do jej osobowości.
            Początkowo zlecenie śmieszy Bialasa. Co tu kryć, śmieszy też czytelnika. Ale z każdą stroną historia zaczyna zataczać coraz szersze kręgi. Detektyw przyjmuje kolejne, zdawałoby się niepowiązane ze sobą, sprawy. Na prośbę chińskiego małżeństwa próbuje odnaleźć pewnego ogrodnika, innym razem zahacza o ciekawy wątek architekta powiązanego z Zakonem Syjonu i legendą o templariuszach, jeszcze innym ładuje się w aferę dotyczącą domu starców lub próbuje pomóc ośmioletniemu chłopcu, którego ojciec jest kryminalistą. I wydawałoby się, że to wszystko nie ma nic wspólnego z kotem pani hrabiny. A jednak, wszystko wciąż kręci się wokół kota.
            Wielki plus „Kota Syjonu” polega na tym, że nie wiemy, czy jesteśmy „wkręcani”, a autor ponad tekstem dyskretnie puszcza do nas oko, czy też bawi się, nie z nami, lecz nami, traktując całą historię zupełnie na serio. Powieść Jerzego A. Wlazło igra schematem kina gangsterskiego lat czterdziestych i pięćdziesiątych. Bawi się gatunkiem noir. Nasz detektyw jest postacią niejednoznaczną, hrabina, typowa femme farale, to pojawia się to znika, a gdy już się pojawia to w sytuacjach tak groteskowych, iż trudno w nie uwierzyć. Jest i dziewczyna, którą wyraźnie coś łączy z głównym bohaterem. Jest walka z przeznaczeniem, z którym jak się ostatecznie okaże, wygrać nigdy nie można.
            Powieść pacha do przodu także świetny język – sarkastyczny, dowcipny, ironiczny. Spostrzeżenia czynione przez Bialasa w toku śledztwa (śledztw?) oraz niezwykła metaforyka, którą stosuje, bywają tak zabawne, że momentami należy uważać, na czym się siedzi, by podczas spadania nie było zbyt daleko do ziemi. Przykładowo: „-Idziesz? A co niby miałem robić. Stać tam i świecić, jak zapomniana latarnia morska na środku pustyni? Pewnie, że idę.” (str. 28) lub „Miałem kilka spraw do załatwienia, zanim zostanę na przykład zabity. Bardzo zły przykład. (…) i pojechałem do domu, zobaczyć, co słychać u bardzo samotnej butelki. Było nas już troje: butelka, pies i ja. I tylko pies gdzieś zaginął”(str. 30) albo  „moja dniówka leżała spokojnie na dnie morza i czekała na kolejny sztorm.” (str. 70).  
            Mam nadzieję, że prywatnemu detektywowi, Konradowi Bialasowi przyjdzie prowadzić jeszcze niejedną nietypową sprawę. Przyznam szczerze, że bardzo na to liczę.  A lekturę „Kota Syjonu” serdecznie polecam miłośnikom kryminałów i dobrego humoru. 

 
Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu



[1] Jerzy A. Wlazło, „Kot Syjonu”, Wydawnictwo Bullet Books, Warszawa 2011, s. 242.

piątek, 16 grudnia 2011

Inrueri dostaje i rozdaje prezenty(konkurs)


Moje kwiatowe Dwie Wieże. Tylko zdjęcia w kiepskiej jakości, bo bateria w aparacie była na wyczerpaniu :/. Na jednym z kwiatków widać rybkę w kapeluszu. Jest to rybka na czas wolny, rybka relaksacyjna, przypominająca o wakacjach, w myśl zasady – „rybka lubi pływać, dopóki jest żywa” (Dori jest genialna!). Dostałam ją kiedyś, dawno, dawno temu i tak sobie jest, czasem nawet spojrzenie na nią poprawia mi humor. W tle za storczykami fragment mojego ukochanego plakatu filmowego (ach, ten Redford!). Po 10 latach od premiery filmu, wyszperała go dla mnie w konińskim kinie dawna Przyjaciółka. Dzisiaj dwa stosiki. Pierwszy to stos recenzyjny. Od dołu:
 


1. William R. Forstchen, „Sekundę za późno” – od wydawnictwa Bullet Books,
2. Jerzy A. Wlazło, „Kot Syjonu” – j.w. (właśnie czytam),
3. Maggie Steifvater, „Niepokój” – od „Qfantu” (recenzja TUTAJ),
4. Jessica Warman, „Pomiędzy światami” – od „Qfantu” (recenzja napisana, jeszcze nie opublikowana)
5. Anthony Husso, „Magia krwi” – od „Qfantu” (recenzja napisana, jeszcze niepublikowana, przykład na to jak w pięknej okładce mieści się… treść)

Drugi stos, mniej okazały, ale bliższy sercu jest stosem „prywatnym”. Wraz z końcem listopada zaczęły przychodzić prezenty. Pierwszy, zupełnie niespodziewany, nadszedł od Sarabi. Byłam pewna, że zapomniała mnie już dawno, a tymczasem ona przysłała mi przemiły list i pozycję numer 1 w stosiku – S. King „Jak pisać. Poradnik rzemieślnika”. Cudowna, przemiła niespodzianka. Dziękuję serdecznie. Druga przesyłka nadeszła kilka dni temu, od mojej kochanej Margerytki. Przysłała mi „Bezduszną”, która jej się nie spodobała i postanowiła mi ją dobrowolnie oddać (czyli „Protektorat Parasola” może się nie podobać, no zobaczymy, zobaczymy) i prezent gwiazdkowy w postaci powieści „Jeden dzień”. Ach, mam już teraz swoją i nikomu nie oddam! (oglądałam ostatnio krótki program o kręceniu filmu „Jeden dzień”, rozmawiano z odtwórcami głównych ról i… nikt z nich nie czytał książki. Ładnie to tak?)


I na koniec ostatnie zdjęcie. O stos moich prezentów jest oparty prezent dla kogoś z Was. Porcelanowy Aniołek wdzięcznie się wygina, by zaprezentować moją debiutancką powieść. Mam ochotę rozstać się z jednym z egzemplarzy autorskich na rzecz kogoś z Was. Na życzenie dedykacja lub autograf (ostrzegam, brzydko piszę!). Zgłoszenia przyjmuję do północy 31 grudnia. 1 stycznia wyłonię zwycięzcę, a nagrodę wyślę natychmiast, gdy otrzymam egzemplarze autorskie. 

środa, 14 grudnia 2011

Kocham pana, panie Dresden, czyli Intueri zupełnie poważnie o miłości niepoważnej


Jakiś czas temu przyjaciółka poleciła mi, bym obejrzała serial „Akta Dresdena”. Wzięłam poprawkę na to, że raczej mamy dość odmienne gusta (i sposoby na życie) podzieliłam jej zachwyt przez dwa i dałam sobie spokój. Nie spokój permanentny, jak na „świętego Nigdy”, ale spokój przejściowy, przynajmniej na jakiś czas. Potem przez zupełny przypadek („Aż się zdziwiłam, że nikt sobie tego nie zażyczył, mówiłaś, że nie masz co czytać, chcesz?” „A o czym?” – kota w worku brać? „ Już ci czytam… Harry Dresden…” „Czekaj, ten od akt Dresdena?” „A bo ja wiem?” „Tak, chcę”) dano mi książkę do zrecenzowania. I tak zaczęła się moja przygoda z panem Dresdenem.
            Książka mi się podobała. Nie jest wybitna, ale reprezentuje dokładnie ten typ humoru (ach, ta ironia, ten cięty dowcip), który kocham i który jest mi najbliższy. Powieść zachwiała moim postanowieniem „nie oglądać Dresdena” na tyle mocno, że zdecydowałam się zapoznać z serialem. I wpadłam. Po same uszy. Jest w Harry’m Dresdenie coś, co sprawia, że gdybym dziś spotkała takiego mężczyznę, jutro mogłabym wychodzić za mąż. Przyznam szczerze, mnie samą to dziwi, wolę raczej typ „miły chłopak z sąsiedztwa”. Taki Janek, Mikołaj, Jimmy Olsen. A tu nagle Harry Dresden. Jest jednak w nim coś… te podawane kobietom chusteczki, przepuszczanie w drzwiach, staroświecka szarmanckość, bezinteresownie, a czasami nawet samobójczo niesiona  pomoc („-Dlaczego pan to robi? -Bo tylko ja mogę”).[1] Bezinteresownie, a więc w większości przypadków, za darmo, co sprawia, że Dresden cały czas boryka się z kłopotami finansowymi, czy raczej, nazywając rzeczy po imieniu, wiecznie jest pod kreską. Dobry człowiek, po prostu. No i ten dowcip: „Czyli wiedźmy, wilkołaki, trole, wampiry istnieją? – Po kolei. Tak, tak, głupie, ale tak, niestety tak.”[2] I jak tu się nie zakochać?
A sam serial? Bardzo w stylu Harry’ego Dresdena. Z wygłaszanymi z offu komentarzami maga, perfekcyjnie (moim zdaniem) dobranym głównym bohaterem, dziwnymi „popaprańcami” przychodzącymi do niego po pomoc (pełen serwis, dla każdego coś miłego – wampiry, wilkołaki, złodzieje skór, plemię kruków, handlarze narkotyków z domieszką czarów, demony, w tym zakochane(!) demony). I wreszcie magia, bardzo Butcherowska, mająca swoje zasady, prawa, konsekwencje, nie biorąca się z niczego i przepysznie oryginalna. Epizod z wilkołaczycą (istnieje określenie na żeńską wersję wilkołaka?), nieco może kiczowaty, ale mój ulubiony, mistrzowski. Kapelusze z głów. Jedyne, czego nie jestem w stanie rozgryźć, to relacje Harry’ego z Murphy. Początkowo wydawało mi się, że Murphy ma Dresdena za maga-naciągacza, niby prosiła go o konsultacje w sprawach morderstw, ale nie wierzyła w nadnaturalne rozwiązania. Potem pani policjant przytrafia się bliskie spotkanie z duchem, zaczyna odczuwać, że wokół Dresdena dzieją się rzeczy co najmniej dziwne. Ale czy Murphy przedefiniowała znaczenie słowa „niemożliwe” w swoim umyśle? Tego nie wiem, a przyznam, że wielce mnie tak kwestia interesuje. Bo właśnie to jedno słowo – „niemożliwe” – jest głównym problemem większości moich bohaterów – Zuzanna, Elizjon, Niezwykli, Allison, Anita, długo mogłabym wymieniać. Wiem, że ludzie są różni. Ich reakcje bywają skrajnie odmienne. Jednym redefinicja przychodzi zadziwiająco łatwo, inni widzą, ale nie wierzą. A przecież są na niebie i ziemi rzeczy, o których nie śniło się filozofom. A Marphy? Nie umiem jej rozgryźć. Nie wiem, jak się określa wobec „niemożliwego”.  

Opowiedziałam o wszystkim przyjaciółce, myśląc, że ucieszy się z faktu, że od czasu do czasu jednak podobają nam się te same rzeczy. Popatrzyła na mnie, pokiwała z niedowierzaniem głową i stwierdziła: „Naprawdę? Ale on jest takim trochę menelem i niechlujem, nie uważasz? Ja wolę nieco inny typ…”. Ba, coś mi się na ten temat kołacze po głowie. W myślach dołożyła sobie jeszcze coś w stylu: „A ty pedantką, wszystko wkurzająco pod linijkę, nie do wytrzymania”. Tak sobie pewnie właśnie pomyślała, jestem tego niemal pewna. Wiem, nie, błąd, nie mogę wiedzieć, ale przypuszczam, że za taką mnie uważają. Cóż, uwaga o menelstwie Harry’ego Dresdena zakończyła naszą nawet nierozpoczętą dyskusję.       
              Wniosek końcowy, może nie wart już pisania: nieoczekiwanie, a nieodwracalnie zakochałam się w Harry’m Dresdenie. Choć równie daleko mu do Jimmy’ego Olsena, co do Henry’ego Gota. A może właśnie dlatego? 


[1] Akta Dresdena, 1x05.
[2] Akta Dresdena, 1x01

poniedziałek, 12 grudnia 2011

Czas niepokoju


Po wampirach (tradycyjnie?) przyszedł czas na wilkołaki. Po kliknięciu na link przeniesiecie się na stronę „Qfantu”, gdzie ostatnio ukazała się recenzja „Niepokoju” mojego autorstwa – KLIK. Powiem tylko, że trylogia o wilkołakach z Mercy Falls wyjątkowo mi się spodobała i niecierpliwie czekam na ostatnią część, by dowiedzieć się, jak będzie zakończenie tej historii.

czwartek, 8 grudnia 2011

Kiedy zmierzcha tuż przed świtem

Postanowiłam trochę zmienić szatę graficzną. A co ma być nudno i monotonnie. Generalnie nie jestem zwolenniczką wieszania lampek i bombek pierwszego listopada. Uważam, że wtedy zbyt łatwo opatrzyć się ze wszystkim i zapomnieć o tym, o co naprawdę chodzi… tym, którzy wierzą i tym, którzy nie. Bo wbrew pozorom jednym i drugim jednak powinno o coś chodzić. Ale gdybym zaserwowała Wam i sobie szablon około świąteczny 23 grudnia byłoby to tak jakoś krótko, powierzchownie… sama nie wiem. Może blogosfera rządzi się innymi prawami? Pomyślałam, że może po mikołajkach będzie już dobry czas na taką zmianę. Zatem nowy szablon. Tego typu latarnie zawsze kojarzyły mi się z Narnią. A ja kocham Narnię.   


Mamy z D. pewną tradycję. Zawsze w okolicach jej i moich urodzin chodzimy do kina. W zasadzie spotykamy się tylko dwa razy w roku. Urodziny D. przypadają w listopadzie. Uzgodniłyśmy, że idziemy na „Przed świtem”. Przeczekałyśmy, aż w pierwszym tygodniu wyświetlania filmu „przewali się” przez kino cały tabun nastolatek (mniej lub bardziej… hmm… no właśnie dopowiedzcie sobie co) i zamówiłyśmy bilety. Nie ma to jak się pośmiać wieczorną porą. I wiecie co? Pełne zaskoczenie…
Mam wrażenie, że tworząc „Przed świtem” epika przypomniała sobie, że pani Mayer miała na celu napisać horror. Oglądałam, oglądałam i zrozumiałam, dlaczego początkowo planowano dać filmowi kategorię „od 18 lat”. Fabuły nie ma co opisywać, wszyscy znają, nawet, ci którzy nie czytali (to swoją drogą zadziwiające!). W skrócie - Bella wychodzi za Edzia za mąż, miesiąc miodowy spędzają na wyspie Esme, noc poślubna ze sceną łamania łóżka, ciąża, poród, wpojenie Jacoba i przemiana Belli. Tyle w części pierwszej, nie ostatniej. Z tym, że w wydaniu twórców „Przed świtem” wyglądało to nieco inaczej – otóż (odtąd, lojalnie ostrzegam, zaczynają się same spojlery) ślub państwa Cullen tonie we krwi, dosłownie, Bella i Edward stoją na stosie trupów, ręce, nogi, ciała dookoła, a biała sukienka ciężka od krwi. Noc poślubna była – jeden raz, drugi i tak przez dwadzieścia minut z przerwami na grę w szachy (nawiązanie do okładki powieści tak subtelne, że widownia zamiast „zajarzyć” pękała ze śmiechu, a może pękała, mimo iż „zajarzyła”, tego już nie jestem w stanie stwierdzić). Łamanie łóżka i pierze dookoła owszem było, a jakże. Idźmy dalej – Bella zachodzi w ciążę. ( Gdzieś w połowie filmu doskonale słyszalny komentarz z sali: „Bosh, nieeeech się zacznie w końcu coś dziać”. Ja już też powoli osuwam się na foteliku, „Nic dodać, nic ująć”, myślę sobie, słysząc to stwierdzenie.) 

Bella ma w brzuchu to „coś”. I tu sobie twórcy konwencji brzydoty i horroru nie poskąpili, pokazują Bellę brzydką, wyniszczoną, chudą, jakby ją właśnie wypuścili z jakiegoś obozu pracy przymusowej. Poród… tak, dużo krwi i Edward wgryzający się w macicę Belli. Znów krew i oto mamy na świecie Renesme. Edward z trupem Belli w ramionach. Edward z zawołaniem na ustach „Nic się nie martw, wyjdziesz z tego!” Oj tak, bez komentarza. Ugryzienie i tu, i tam. Dochodzimy do końca. A właściwie nie dochodzimy, a już się turlamy, czołgamy, już dosłownie wszyscy nie możemy… również sami za siebie, frustracja zbiorowa. Ciało Belli zaczyna się odnawiać. Otwiera czerwone oczy. Napisy, a potem jeszcze scena z Volturi. Tak, tak, nie wychodźcie, po napisach jeszcze coś jest!
Zatem w „Przed świtem” konwencja się nieco zmienia. Jest mroczniej, „straszniej”,  bardziej obrzydliwie, jest krew i „prawdziwy” wampiryzm. Ale jest też to, co nigdy się nie zmienia –  Bella „ Mina Cierpiętnica” i Edward „Jestem drewno”, z tą różnicą, że w tej części oboje już nazywają się Cullen.
Gdyby mnie ktoś pytał – „Saga Zmierzch: Przed świtem” to połączenie „Obcego 3” z „Love story” tylko, że tym razem naprawdę z przewagą pierwszego z wymienionych elementów. Ale pośmiać można się nadal. I to zwłaszcza w tych momentach, które w zamierzeniach twórców miały być wzruszające lub poruszające (czytaj: wzbudzające napięcie). Generalnie, obejrzeć można, na własne ryzyko.          

poniedziałek, 5 grudnia 2011

Narzędzie zbrodni: śmiech, wyrok: dożywocie

Od jakiegoś czasu wszyscy zachwalają książkę Marty Kisiel, "Dożywocie". Cóż, skoro wszyscy się zachwycają, pragnę zachwycać się i ja, pomyślałam i poprosiłam Redakcję o egzemplarz powieści. Wszyscy mają... mam i ja. A oto, jaki był efekt lektury - KLIK

piątek, 2 grudnia 2011

Listopadowe Kopytko


Listopad, zdominowany przez Henryka Gota i moje użeranie się z tym niewdzięcznikiem, dobiegł końca. Przeczytałam pięć powieści, wszystkie zrecenzowałam, ale tylko cztery z pięciu tekstów udało mi się opublikować (wszystko to Twoja wina, Got!). Zatem w listopadzie do Nagrody imienia Edgara Kopytko nominowani zostali:

·        Jim Butcher, „Akta Harry’egp Dresdena: Front burzowy”,
·        Michael J. Sullivan, “Królewska krew. Wieża elfów”,
·        Josh Mc Dowell, “Świadek”,
·        Carolyn Jess-Cooke, “Zawsze przy mnie stój”.

I choć cała moja natura buntuje się przeciwko wyborowi, którego muszę dokonać, bo szczerze i nieodwracalnie pokochałam Harry’ego Dresdena, ogłaszam, iż zdobywcą listopadowego Kopytka jest:

Carollyn Jess-Cooke za powieść „Zawsze przy mnie stój”.

środa, 30 listopada 2011

Henry Got szturmuje empik.com















W poniedziałek otrzymałam od wydawnictwa egzemplarz sygnalny mojej powieści. Muszę przyznać, że wygląda lepiej, niż się spodziewałam. Ku mojemu zdziwieniu okazało się, że książka trafiła już także na stronę Empiku

Premiera „Milczących słów” zaplanowana jest na 14 grudnia 2011. Powieść będzie więc najprawdopodobniej dostępna przed Świętami Bożego Narodzenia i może stanowić prezent gwiazdkowy dla miłośników literatury fantasy i nie tylko. A skoro idą Święta i wszyscy proszą o prezenty i cuda, to ja też mam życzenie. Chciałabym, by to wydarzenie stało się pierwszym dniem tej lepszej reszty mojego życia. I kto wie, może właśnie to dostanę? Bo jak mówią słowa piosenki bożonarodzeniowej: „trzeba mieć marzenia, by doczekać ich spełnienia”. Jednym słowem, Henryku Gocie, jeśli mnie zawiedziesz, oświadczam, zabiję!

poniedziałek, 28 listopada 2011

Obserwuj. Chroń. Rejestruj. Kochaj.

Dziś będzie krótko, co w moim wykonaniu jest raczej rzadkością. Budowanie zdań pojedynczych nie jest moją domeną. Oto recenzja "Zawsze przy mniej stój" Carolyn Jess-Cooke - KLIK. A dla Mayi szczególne pozdrowienia i zyczenia przyjemności podczas czynności zapoznawania się z pewnymi bajowymi postaciami. O, tyle. Skończyłam.

sobota, 26 listopada 2011

"Jest nas tu wielu/ którzy czują, że życie to tylko żart/ Lecz ty i ja już przez to przeszliśmy/ i nie jest to nasz los"


Ostatnia sobota listopada, zatem ostatnie spotkanie z Henry’m Gotem. Tym razem wybrałam dwa fragmenty z tomu trzeciego – „Melancholia światła”. Wydaje mi się, że pokazują Henryka w dość ciekawym świetle. Bo mimo, że nie jest to oswojony lew, można go też kochać. A jako dodatek do lektury przecudowna piosenka Boba Dylana „All along the Watchtower”. Zatem nie przedłużając, pozostawiam Was z Henry’m Gotem. Miłej lektury!



Alicja wstała, założyła swoje ulubione bamboszki z wymalowanymi pieskami (nawet pogromca wampirów musi mieć prawo do odrobiny ekstrawagancji) i człapiąc, noga na nogą, ruszyła na poszukiwania swojego ulubionego smakołyku. Schodząc po schodach, czuła każdy mięsień i przeklinała, ze Wartownia musi się mieścić w starym klasztorze, a nie w jakimś nowoczesnym budynku z windą. Szła po omacku, tak bardzo była zmęczona. Nie potrafiła zapanować nad klejącymi się oczami. No, wreszcie postawiła stopę na podłodze głównej sali.
- Dzień dobry, Alicjo.
Ala odskoczyła i wrzasnęła ze strachu. W mroku dostrzegła jedynie niewyraźny zarys sylwetki siedzącej na kapanie, nieco mroczniejszy niż ciemność, która ją otaczała. Nici z ciastek. To miałaby być moja ostatnia przedśmiertna myśl?, przeszło jej przez głowę. Ciemna sylwetka wstała. Alicja przezornie zrobiła krok w tył. Usłyszała poruszenie na górze. Ktoś zapalił światło. Korzystając z harmidru wywołanego jej krzykiem, chwyciła miecz pozostawiony poprzedniego wieczoru na stole.
            Ciemna sylwetka okazała się mężczyzną w wieku około trzydziestu lat. Był wysoki i bardzo przystojny. Miał przepiękne, błyszczące czarne oczy. Kasztanowe loki, opadały delikatnie na ramiona. Uśmiechnął się do niej. A ten uśmiech był tak ujmujący, iż poczuła, że jej serce topnieje.
- Nie zrobię ci krzywdy, Alicjo – ten głos był jak muzyka.
Usłyszała kroki na schodach. Dopiero teraz zdołała oderwać od niego oczy. Był tak piękny, że patrzenie na niego sprawiało fizyczny ból. Żaden człowiek nie może być tak piękny, przebiegło jej nagle przez myśl. Koło niej stanęła właśnie Inturei. Zdziwiona przyglądała się przybyszowi. Pogromczyni i nieznajomy mierzyli się wzrokiem. Wreszcie mężczyzna pochylił głowę z uznaniem i głęboko się ukłonił.
- Chwała na wysokości Bogu, a na ziemi pokój ludziom dobrej woli.
- I ty mówisz o Bogu? – zapytała pogromczyni. Alicja nie mogła nie zauważyć, że ustawiła się między nią i mężczyzną, tak aby ją zasłonić.
- Pan wie, co było i co jest, a także zna wszystkie możliwe i nieprawdopodobne rozwinięcia przyszłych wydarzeń. A zatem wszystkie decyzje podejmowane przy pomocy wolnej woli przez ludzi i aniołów dzieją się tak naprawdę za zgodą i z woli Boga. Wszystko jest cząstką wielkiego boskiego planu, który ma swój cel, choć my nigdy nie będziemy w stanie go pojąć…
Pogromczyni widocznie nie miała ochoty wdawać się w teologiczne dysputy. Przewróciła niecierpliwe oczami. Mężczyzna uśmiechnął się i zmienił temat:
- Masz głos wampira, Elizjon. Mówił ci to ktoś? – patrzył na nią chwilę, machnął ręką, jakby się zreflektował. – Wybacz, stare przyzwyczajenia. Zresztą głos to nie wszystko… Głos masz wspaniały, wyśmienity, ale nie, żaden byłby z cienie członek rodziny żyjących po śmierci…
Oliwer, mimo powagi sytuacji, czyli obcego faceta, najprawdopodobniej wampira, spacerującego po salonie Wartowni o czwartej w nocy (albo nad ranem, jak kto woli), parsknął śmiechem. Elizjon spiorunowała go wzrokiem, a wampir kontynuował:
- Wybacz, młoda damo, ale żaden byłby z ciebie krwiopijca. Nie masz, jakby to rzecz, charakteru wampira. A jeśli miałabyś być takim wampirem kaleką jak ci wegetarianie, to lepiej już umrzyj człowiekiem…
Elizjon przyrzekła:
- Masz moje słowo.
Uśmiechnęli się do siebie.
- Co ty tu robisz? – zapytała, korzystając z możliwości zmiany tematu. – Jak w ogóle wszedłeś?
Zaśmiał się.
- Myślałaś, że będę kłopotał się kupowaniem biletu na samolot? Po prostu otworzyłem sobie portal.
W holu zebrali się pozostali. Franek przecierał oczy, Wanda miała dziwnie potargane włosy, a Jeremi był w jednym klapku. Julia dopiero teraz przewiązywała się szlafrokiem.
- Co do odpowiedzi na pierwsze pytanie, przybyłem, bo uznałem, że potrzebujesz mojej pomocy. Czyż nie tak czynią przyjaciele, Elizjon?
Rozejrzał się z zaciekawieniem po pomieszczeniu. Potem spojrzał na nich. Uśmiechnął się. Alicja zauważyła, że mężczyzna traktuje pogromczynię z niezwykłym szacunkiem.
- Zatem to jest Lux.  Masz zaprawdę niezwykłych przyjaciół, Elizjon Keller.
- To prawda – odpowiedziała, uśmiechając się.
- Wiem, co chcesz zrobić i nie podoba mi się to.
- On zabija ludzi – odpowiedziała hardo, prostując się.
Mężczyzna pokiwał ze zrozumieniem głową. Chwilę patrzył jej w oczy, a potem się uśmiechnął.
- Zapomniałem jaka potrafisz być uparta, Elizjon. Zuzanna była wybawicielką, tylko ona mogła podźwignąć z upadku pierwotnego…
- Kochała cię, Henry Gocie, to wszystko.
- Ale ty, Elizjon… Ty jesteś inna. Oddałabyś życie nawet za osobę nieznajomą. Chcesz dawać ludziom to, czego pragną, zupełnie nie pamiętając o tym, czego sama chcesz. I zupełnie nie znasz w tym umiaru. Cholerna z ciebie altruistka, młoda damo.
Pokręciła głową.
- Ale to nie jest powód, dla którego tu jesteś – nie dawała za wygraną.
Wampir puścił tę uwagę mimo uszu i kontynuował:
- Ty i ja jesteśmy podobni. Choć trudno ci to zaakceptować, łączy nas coś bardzo silnego, Inturei, Pogromczyni Spoglądająca w Siebie.
- Przecież nie umiłowanie prawdy – zakpiła. 
- Nie, Elizjon, bunt. Masz odwagę za wszelką cenę bronić tego, w co wierzysz. Odeszłaś, choć wiedziałaś, że możesz zapłacić za to najwyższą cenę, głowę, ten bezcenny kapitel ciała. A jednak zrobiłaś to, bo wydało ci się, że tak trzeba, że to słuszne. Potrafiłaś znaleźć w sobie tyle siły, by się sprzeciwić. Wiem, nie widzisz w tym nic niezwykłego, ale niewielu ludzi na to stać… To właśnie ludzie podobni tobie, mający siłę, by wyrazić sprzeciw, zmieniają świat.
Elizjon zagryzła wargi. Mogła żyć w spokoju, nieścigana przez łowców, nie nienawidzona przez wszystkie wampiry w promieniu tysiąca kilometrów. A jednak zamieniła spokojne życie laboratoryjnej szczurzycy na wyrok śmierci od obu stron i przywództwo tajnego stowarzyszenia, do którego należały w zasadzie… dzieci. Oto była jej niezgoda na otaczający ją świat. I już nie wiedziała czy to bardziej śmieszne, czy bardziej tragiczne. Wyraziła sprzeciw, ale czy coś tak naprawdę udało jej się tym gestem zmienić?  Może nie dane nam jest być nikim więcej, niż naprawdę jesteśmy? Zauważyła, że wampir jej się przygląda. Uśmiechnęła się do niego. Pomyślała, że w jakiś dziwny, tylko jej wiadomy i zrozumiały sposób, brakowało jej go. Nie chciała kontynuować przerwanej dyskusji. Wiedziała, że Parszywa Siódemka bacznie się przysłuchuje, odkąd usłyszeli słowo „śmierć”. Byli na nie ostatnio wyczuleni.
Machnął ręką, przechadzając się po pokoju.
- Nie powiedziałem, że nie wolno ci go zabić, Elizjon – stwierdził, wyrywając ją z zamyślenia. -  Musisz to uczynić, ale nie dasz rady sama…
- Nie jestem sama.
Znów rzucił im przelotne spojrzenie.
- Taaak… Wydaje ci się, że już nic nie mogę, prawda? Może nie jestem już superszybki, nie mam nadnaturalnej siły ani słuchu, ale wciąż potrafię to… - jego oczy w jednej chwili pociemniały. Czerń całkowicie przysłoniła białka.
I nagle w swych głowach usłyszeli. Miecze w dłoń. Elizjon zobaczyła, jak jej własna ręka wysuwa się po broń. Dlaczego mam robić, co on mi każe…odezwał się jakiś głos w jej głowie. Nie! Zmusiła się, by nie wykonać polecenia. Zamrugała i zobaczyła, że inni trzymają miecze w dłoniach. Wampir uśmiechnął się do niej.
- Wycelujcie je ostrzem w swoją stronę i przyłóżcie do piersi.
Wszyscy wykonali polecenie. I nagle, podobnie jak ona zamrugali. Wampir ich puścił.
- Miałaś próbkę jak szybko skończy się ta walka, Elizjon. Niewielu spotkałem ludzi o woli taki silnej jak twoja i jeśli mam rację, żadnego już nie spotkam…
- Co twoim zdaniem powinnam zrobić? – zapytała.
- Wszystko po kolei –wampir podszedł i spojrzał w oczy pogromczyni. – Odpowiedz mi najpierw na jedno pytanie. Ufasz im, Elizjon?
Pogromczyni skinęła głową.
- Ufam... Przeważnie… Od czasu do czasu… W tej chwili tak.
Młody mężczyzna pokiwał poważnie głową.
- Zatem siadajcie.
Członkowie Lux pozostali sceptyczni.
- Słyszeliście, siadajcie.
Poodkładali swoje miecze i patrząc na przybyłego nieco wilkiem, zajęli swoje stałe miejsca. Elizjon dostawiła sobie krzesło. Wampir wstał. 
- Wybacz, Elizjon. Jestem jednak dzieckiem poprzednich epok. Przedstaw mnie.
Pogromczyni dokonała prezentacji.
- Lux: Dublerze, Niezłomna, Błystko, Mąciwodo, Złodziejko Myśli, Błędny Ogniku, Pędziwietrze przedstawiam wam Henry’ego Gota – spojrzała karcąco na Bartka. – Wstrzymaj się z prośbą o podpisanie książki, bo cię zabiję.
Wampir zaśmiał się szczerze.
- Będzie i czas po temu, mam nadzieję. Ile oni wiedzą, Elizjon?
- Mniej więcej tyle, ile napisane jest w książkach, Henry.
Wampir zmarszczył brwi.
- Czyli niewiele – spojrzał na nich. – Nazywam się Henry Got. Henry Got wampir, tak mówią o mnie niektórzy – przedstawił się, a potem zwrócił ponownie do pogromczyni. - Przepraszam, Elizjon.
- Za co?
- Za to, co właśnie teraz zrobię.
Wstańcie! Usłyszeli w myślach władczy głos. Posłusznie wstali, nie mogąc się sprzeciwić. Miecze w dłoń. Ich dłonie po raz kolejny wyciągnęły się po broń i mocno zacisnęły na rękojeści. Gdy policzę do trzech przebijecie się nimi… Raz…Dwa… I wtedy w ich myśli wdarło się światło. Usłyszeli głos pogromczyni: Dość! Mrugali zdziwieni, próbując zrozumieć, co się stało. Blada Intueri, oddychała ciężko. Przytrzymywała się stołu i drżała lekko.
- Dlaczego? – zapytała wampira.
- Nigdy nie spotkałem człowieka, który miałby tak silną wolę jak ty, a jednocześnie odczuwał przemożną potrzebę chronienia innych ludzi, Elizjon.  Nie pozwolisz, by komukolwiek z tej siódemki stała się krzywda.
- I żeby to sprawdzić wystawiłeś mnie na próbę, Henry?! – wrzasnęła na niego. – To chore!
Wampir delikatnie poklepał ją po ramieniu.
- Może i chore, ale udowodniłem, co chciałem.
Pogromczyni opadła na krzesło i ukryła twarz w dłoniach

Henry zapukał do drzwi pokoju pogromczyni. Odczekał chwilę, zdziwił się, gdy nie usłyszał odpowiedzi. Delikatnie nacisnął klamkę i wszedł do środka. Elizjon leżała na łóżku, przykryta pledem. Ciemne włosy rozsypały się wokół poduszki. Była tak drobna i delikatna, iż bardziej przypominała dziecko niż młoda kobietę. A jednak, gdy ją dziś zobaczył, nie mógł nie zauważyć, że w oczach miała ból i smutek. Były zbyt głębokie i poważne jak na oczy młodej osoby. Twarz miała poszarzałą i zmęczoną. Elizjon wiedziała, że śmierć już blisko, a mimo to nie zamierzała się poddać. Wciąż uciekała. Nie przed wampirami, ani nawet nie przed Biegunami. Elizjon, Łowczyni, Która Rozważała Siebie, uciekała przed pustką jałowego życia. Utraciła przyjaźń i utraciła miłość. Wydawało się, że nie ma już nic do stracenia. Elizjon, kobieta o imieniu przywodzącym na myśl krainę, do której odchodzą dusze ludzi dobrych, uciekała przed czymś najstraszniejszym. Przed pustką jałowego życia. Najbardziej bała się właśnie… pustki. Dręczył ją horror vacui.
 Delikatnie pochylił się i dotknął jej ramienia. Otworzyła oczy, spojrzała na niego i uśmiechnęła się. Usiadła, przecierając twarz wierzchem dłoni. Wyciągnęła z uszu słuchawki odtwarzacza mp3. Przysiadł na łóżku koło niej i spojrzał w duże, ciemne oczy Elizjon. Oczy sarenki.
- Wiem, co chcesz zrobić i nie podoba mi się to – powtórzył z uporem. – Wiem, że nie masz zamiaru pozwolić im walczyć. Postanowiłaś samotnie zapolować na pierwotnego i dać mu się zabić.
Elizjon otuliła się pledem. Sięgnęła do stolika nocnego po plastikowe serduszko i przełamała je.
- Myślę, że to najlepsze wyjście.
- Dać się zabić?
- To być może kwestia godzin, zanim pogromcy wyślą po mnie egzekutora. Dostałam już ostrzeżenie. Jestem pewna, że matka wyznaczy to zadanie Amonowi. On odmówi i zostanie uznany za zdrajcę. A karą za zdradę jest śmierć.
- Więc chcesz się podłożyć pierwotnemu, by Amon nie musiał cię zabić?
Elizjon potrząsnęła przecząco głową.
- Nie. Ponieważ to ja nie chcę oglądać jego śmierci. Straciłam wszystkich, których kochałam. Nie chcę już utracić nikogo więcej – stwierdziła z uporem.
Henry Got pokiwał ze zrozumieniem głową.
- Nikt jeszcze, przez wszystkie moje żywota, nie spotkałem człowieka tak niezwykłego jak ty, Elizjon Keller. Jesteś gotowa poświęcić wszystko dla sprawy, w którą wierzysz, a jednocześnie…
- Powtarzasz się – zauważyła, a jednak spojrzała na niego zaciekawiona.
Henry chwycił ją za rękę i uścisnął. Jego dłoń była ciepła, jej zimna niczym lód. Uśmiechnęła się. To zabawne, przecież powinno być na odwrót.
- Powołał cię Pan na bunt, Elizjon – poklepał ją po dłoni. – Nie zapominaj o tym. Powołał cię Pan na bunt. 
- Powiedziałeś, że ludzie tacy jak ja zmieniają świat. Ale ja nie czuję, by coś się zmieniło… Nie czuję, bym ja coś zmieniła. Świat jest, jaki był.
Henry Got zapatrzył się w przestrzeń.
- Słyszałaś kiedyś o Bobie Dylanie?
Odsunęła się nieco i popatrzyła na niego zdezorientowana.
- Tym piosenkarzu?
- Wolę o nim myśleć jako o niespełnionym poecie…
- Hmm… Ale co on ma wspólnego… - szukała właściwego określenia -… z tematem naszej rozmowy?
- Co ma wspólnego z tobą? Pozornie nic, a jednak. W tysiąc dziewięćset sześćdziesiątym siódmym roku, po ciężkim wypadku motocyklowym, napisał piosenkę bardzo różniącą się od dotychczasowych, „All Along the Watchtower”.
- „Wciąż wokół strażnicy”?
- Dokładnie. Jej słowa brzmiały tak: There must be some way out of here,/ said the joker to the thief,/ There's too much confusion,/ I can't get no relief./ No reason to get excited,/the thief, he kindly spoke,/ There are many here among us/ who feel that life is but a joke./ But you and I, we've been through that,/ and this is not our fate.[1]
Elizjon uśmiechnęła się. Przez sekundę znów była tamtą wesołą, skorą do żartów optymistką o dużych, świecących oczach. Taką pamiętał ją z początków znajomości z Zuzanną. Wtedy wydawało się, że nic nie może jej zmienić, że nic nie może zachwiać jej wiary. Gdy z nim zamieszkała, była już kimś zupełnie innym. Tamta gdzieś zniknęła, pozostała tylko ta surowa i zasadnicza. A może nie zniknęła, może nigdy nie istniała, a tylko jego pisarski umysł, skory do ubarwiania świata, wymyślił ją sobie taką. Ale nie. Ślad tamtej minął w twarzy Elizjon. Mignął i znikł. Dobrze wiedzieć, że wciąż jeszcze potrafiła odnaleźć w sobie tamtą…
Spojrzała mu w oczy i stwierdziła:
- Zaszczytem było cię poznać, Henry Gocie.
Oparł czoło o jej czoło. Przyszło mu do głowy, że stał się niezwykle ludzki w  bardzo krótkim czasie.
- Nawet tym, którzy popełnili wielkie błędy, może zostać wybaczone. Jestem na to żywym przykładem. Zatem nie żegnaj się ze mną, Elizjon. Spotkamy się jeszcze… Nie ma znaczenia czy po tej, czy już po tamtej stronie. Wiesz doskonale… Życie, śmierć to tylko słowa. Lecz ty i ja już przez to przeszliśmy i nie jest to nasz los…
Dziewczyna, nic nie mówiąc, oparła mu głowę na ramieniu. Westchnęła cicho. Oboje przypuszczali, ze niebawem zapłaci cenę za swój bunt. Ktoś, wampir lub łowca, sprawi, że głowa, bezcenny kapitel ciała, na zawsze odłączy się od tułowia. Dekapitacja. Taki miał być niehonorowy koniec życia Elizjon Keller. Wampir delikatnie otoczył ją ramieniem.
- . Zmieniłaś go… choć być może już nie dla siebie.
Elizjon zapatrzyła w przestrzeń niewidzącym wzrokiem.
- Dwóch konnych jeźdźców widać i wiatr zaczyna wyć…



[1]"There must be some way out of here," said the joker to the thief,
"There's too much confusion, I can't get no relief.
Businessmen, they drink my wine, plowmen dig my earth,
None of them along the line know what any of it is worth."

"No reason to get excited," the thief, he kindly spoke,
"There are many here among us who feel that life is but a joke.
But you and I, we've been through that, and this is not our fate,
So let us not talk falsely now, the hour is getting late."

All along the watchtower, princes kept the view
While all the women came and went, barefoot servants, too.

Outside in the distance a wildcat did growl,
Two riders were approaching, the wind began to howl.
Musi być stąd jakieś wyjście,/ powiedział błazen do złodzieja,/ Tym miejscem rządzi chaos/
I końca trosk nie widać/ Nie ma się co unosić,/ powiedział uprzejmie złodziej,/ Jest nas tu wielu/ którzy czują, że życie to tylko żart/ Lecz ty i ja, już przez to przeszliśmy/ i nie jest to nasz los

czwartek, 24 listopada 2011

Jeden dzień zapisany w setkach różnych dat

Kiedy zobaczyłam w zapowiedziach na listopad film „Jeden dzień”, postanowiłam pójść na niego do kina. Nie wiedziałam nic o fabule, nie wiedziałam, że nakręcono go na podstawie książki. Widziałam plakat, który podobał mi się, ale też nie tak, jak potrafią zawładnąć mną niektóre plakaty filmowe – choćby ten do „Iluzjonisty” czy „Mostu do Terabithii” (przyjaciele wiedzą jak dziwaczne, zakręcone i… uciążliwe potrafi być to, że je kolekcjonuję; kobiety powinny kochać i kolekcjonować buty, ja kocham i kolekcjonuję plakaty filmowe). Wiedziałam jedno. Anne Hathaway. Żona Szekspira. Znak jakości jakich mało. Uznałam, że m-u-s-z-ę zobaczyć ten film.
I nagle, jedenastego listopada konsternacja, jak to nie ma? W Cinema City nie ma? W Multikinie nie ma? A gdzie jest? Kinepolis? Mamże ja drałować półtorej godziny na drugi koniec miasta? To byłaby ciężka próba dla mej miłości. Uratowało mnie Rialto, niewielkie kino studyjne. Tanie czwartki z biletami po dwanaście złotych. Jeden seans co kilka dni. I znów konsternacja: czy to może być aż tak niszowy film? Naprawdę? Serio, serio, jak by powiedział klasyk? No nic, postanowiłam zaryzykować. Uzbrojona w portfel, nadzieję, że się nie zawiodę i przyjaciółkę, która zgodziła się mi towarzyszyć, wyruszyłam na poszukiwanie Rialto…
Oto jestem. Kupiłyśmy bilety. Czekamy. Widzę nagle kosze z plakatami i odzywają się dla mnie wszystkie chóry anielskie. Patrzę na prawo, patrzę na lewo… i rzucam się na zdobycz. Mam, mam plakat z Żoną Szekspira, już uznaję wyprawę za udaną. Jak przewodnik stada uświadamiam reszcie zebranych w pomieszczeniu, że do kosza można podejść, pogrzebać i wciąć sobie plakat. Na szczęście miałam już swój, gdy zakotłowało się w kąciku z plakatami.
Kurtyna w górę, przed nami ekran (w Rialto naprawdę jest kurtyna). Film. Emma i Dexter. Dwadzieścia lat. Jeden dzień. Obserwujemy życie tych dwojga przez dwadzieścia lat, za każdym razem 15 lipca. I choć nie rozumiałam, jakim cudem tak fajna, inteligentna dziewczyna jak Emma mogła się zakochać w takim bawidamku jak Dex, polubiłam ją. Dowcipna, ironiczna, niespełniona pisarka, jak nie pokochać? („Kelner-dziennikarz, kelner-komik, kelner-aktor, a ty, co masz po myślniku, Emmo?”; uwielbiam to zdanie). Stwierdzenia Emmy Morley sprawiały, że po widowni raz po raz przetaczały się salwy śmiechu. Uważam, że Em i Dex kompletnie do siebie nie pasowali, jak połówka jabłka do połówki pomarańczy. A jednak, gdy się w końcu zeszli, byli przecież szczęśliwi.  Żona Szekspira mnie nie zawiodła. Była świetna w roli Emmy. Choć, tu znowu, zdecydowanie wolę długowłosą Anne Hathaway. I wreszcie to zakończenie. Kiedy kamera w wąskiej uliczce powoli oddala się od Emmy. Masz kilka sekund, by zrozumieć, by sobie to uświadomić. I myślisz sobie z niedowierzaniem, jeszcze zanim to się dzieje: „No nie, naprawdę?”. Właśnie wtedy przez widownię przetacza się fala silnych emocji. Kto był w kinie i to poczuł, wie o czym mówię. Odczułam wewnętrzny sprzeciw. Tak silny, jakiego nie czułam od momentu „Nostalgii anioła”, czyli już jakieś dwa lata.   
Watro zobaczyć „Jeden dzień”. Warto dla cudownej (niestety krótkowłosej, tak, wiem, nie zgadzasz się ze mną) Anne Hathaway. I dla kilku naprawdę dobrych, malowniczych kadrów. Ten film niewątpliwie wzbudza emocje. Przez chwilę, ale za to silne. Może nawet jest odrobinę kiczowaty. A jednak nie żałuję, że wybrałam się na niego do kina. No i mam plakat, uwierzycie?! A książka, myli się ten, kto sądzi, że jej nie kupię. Może nawet przeczytam w najbliższym czasie. Biorąc pod uwagę, jak wysoki mam stos na stoliku (już się chwieje, ciekawe, kiedy przewróci się na bok jak Titanic) to byłby ewenement…

wtorek, 22 listopada 2011

Świadek


Marrwan Accad jest współwłaścicielem firmy ochraniającej bogaczy. Zostaje wynajęty, by odnaleźć uprowadzoną przez porywaczy żonę Bliskowschodniego potentata. Ten jednakże niebawem zostaje zamordowany. Zamachowiec próbuje także pozbyć się Accada. Mężczyzna zmuszony jest uciekać przed nieznajomym wrogiem. Musi uniknąć pogoni, a jednocześnie dowieść swojej niewinności. Po piętach depcze mu bowiem zawzięty inspektor francuskiej policji, przekonany, że Accad zabił zleceniodawcę.  
W „Świadku” Josha McDowella, bo o tej powieści mowa, sprawnie przeplatają się elementy powieści sensacyjnej i rozważania religijne. Akcja rozgrywa się ponadto na Bliskim Wschodzie. Jak zauważa jeden z bohaterów, są to te miejsca, w których dzieje się Biblia. Jednym z nich jest choćby przepiękne, wykute w kamieniu starożytne miasto Petra.
Przepiękna Petra
Główny bohater często zastanawia się, co to znaczy być dobrym człowiekiem, czy możliwe jest, aby ktoś taki jak on, trafił do nieba. I choć nieoczekiwane nawrócenie Marrwana Accada oraz jedno nagła chęć poznania Boga i radykalnej zmiany swojego życia, wydają mi się nieco naciągane, same rozmowy o Jezusie – prowadzone przez Marrwana i pastora Nour – są niezwykle ciekawe i prowokujące do myślenia. Podczas lektury wyczuwa się, że autor jest znawcą tematu i doskonale orientuje się w kwestiach problematyki religijnej. Choć przyznać muszę, że ja również pozostaję wśród sceptyków, jeśli chodzi o problem datowania Nowego Testamentu, z tym większą ciekawością prześledziłam argumenty pastora Nour. Niektóre z nich zupełnie mnie nie przekonywały –  pastor dowodzi, że Ewangelie są naocznym świadectwem ludzi, którzy stykali się z Chrystusem, jednakże zupełnie pomija fakt, że to Kościół wybrał akurat te, a nie inne teksty i że istniała cała masa innych przekazów.
Pomimo wątpliwości i sceptycyzmu, z którymi podchodzę do niektórych tez pastora, nie żałuję czasu poświęconego lekturze „Świadka”. O religii warto rozmawiać, warto pisać. A jeśli jest to jeszcze przy okazji zajmująca powieść sensacyjna to należy choćby dać jej szansę. 

Za egzemplarz recenzencki serdecznie dziękuję Wydawnictwu:

piątek, 18 listopada 2011

Dziewczyna, której buty być może miały duszę...

Okazuje się, że pojawił się jeszcze jeden powód, by nazwać listopad miesiącem Gota. Wczoraj znalazłam „Milczące słowa” w zapowiedziach na stronie księgarni wydawnictwa Novae Res. W zeszłym tygodniu obiecałam zainteresowanym, że będą mieli możliwość poznać Elizjon, dziewczynę której podeszwy butów mają duszę. Poniższy wyimek to opis jednego z jej pierwszych spotkań z łowcą Amonem. On miał ją za snobkę, ona na każdym kroku robiła sobie z niego żarty. Nie znosili się? Cóż, niekiedy właśnie ci, którzy się nie znoszą, zakochują się najmocniej.



Instrukcja obsługi tekstu:
1) Zamykamy oczy i wyobrażamy sobie długie kamienne pomieszczenie, oświetlone jarzeniówkami. Ściany białe. Jedna cała zapełniona szklanymi akwariami i klatkami z białymi myszkami. Pod drugą ścianą biurko, na nim włączony laptop. Już? Oto jesteście w piwnicy, królestwie Elizjon.
2) Włączamy sobie poniższą piosenkę.

3) Czytamy tekst. Miłej zabawy!


Elizjon lubiła piątkowe wieczory, kiedy zostawała w laboratorium zupełnie sama. Była najmłodszą stażem szczurzycą, dlatego to właśnie do jej obowiązków należało karmienie białych myszek i sprzątanie ich akwariów. Robiła to raz w tygodniu. Właśnie w piątek wieczorem, kiedy laboratorium pustoszało. Czyszczenie klatek nie wydawało jej się niemiłym zajęciem. Przeciwnie, w pewien sposób nawet to lubiła. Jeśli człowiek nie ma na coś wpływu, dobrze jeśli to zaakceptuje, po co niepotrzebnie się gryźć? Stres skraca życie. Napełniła duży srebrny zlew wodą z płynem. Odwróciła się do ściany. W równych, poprzedzielanych od siebie, wnękach stały akwaria z myszami. Wzięła się pod boki.
- To co, czego dziś posłuchamy? – Myszy nie zareagowały na jej pytanie. – Zapomniałam, dzieci, ryby i białe laboratoryjne myszki głosu nie mają.
Podeszła do swojego laptopa i puściła muzykę. Niezbyt głośno. Wiedziała, że myszy nie lubią głośnej muzyki. Zresztą ona też niezbyt za nią przepadała. Wyjęła z szafy stojącej pod ścianą czyste akwarium, napełniła je trocinami. Z półki wyciągnęła akwarium z Kartezjuszem, postawiła je na podłodze obok czystego. Mysz przełożyła, czyste akwarium odstawiła na półkę. Z brudnego wyrzuciła trociny. Zaniosła je do zlewu, umyła, przełożyła do sąsiedniego zlewu, opłukała czystą wodą i odstawiła do góry dnem, by wyschło. Piątkowe wieczory były dobrą okazją do swobodnej wędrówki myśli. Elizjon myła, czyściła, jej stopy bezwiednie wystukiwały rytm piosenki, a myśli błądziły daleko poza murami tego okropnego, gotyckiego zamczyska.
Znów szafka. Po raz kolejny postawiła na podłodze czyste akwarium i wymościła ściółką. Mysz chwyciła za ogon. Uniosła ją do oczu.
- No Imannuelu, twoja kolej. Znów będziesz próbował uciekać?
Odłożyła mysz, napełniła pojnik i karmnik. Potem odstawiła akwarium na półkę. Wyrzuciła trociny i zaniosła brudne szkło do zlewu. Muzyka z głośników sączyła się cicho. Elizjon lubiła tę piosenkę. Podobała jej się wizja butów o zdartych podeszwach, które mają duszę. Było w tym coś zabawnego. Ciekawe czy dusza buta też miałaby dwadzieścia jeden gramów? Przyjrzała się swoim czarnym baletkom, ozdobionym zabawną, przekrzywioną kokardką z koralików, które dziwnie kontrastowały z białym, wykrochmalonym i sztywnym kitlem.
- To historia o dziewczynie, która wypłakała rzekę i zatopiła cały świat. I podczas, gdy wygląda tak smutno na zdjęciach, całkowicie kocham ją…[1] - przetłumaczył piosenkę, słowo po słowie.
Odwróciła się. Stał niedbale oparty o framugę i przyglądał jej się, bezczelnie się uśmiechając. Miał jasne, pszeniczne włosy, duże jasnobłękitne oczy i bezczelny uśmiech łotrzyka.
- Proszę, proszę, pan erudyta. Długo już tu stoisz?
- Wystarczająco. Przyjemnie, kiedy widoki ładne… - uśmiechnął się.
Zdenerwowany Kartezjusz zapiszczał. Elizjon drgnęła, szczęśliwa, że może skorzystać z okazji, by się odwrócić. Zignorowała słowa chłopaka.
- Myślałam, że to najlepiej strzeżone miejsce na świecie. A jednak się tu dostałeś.
Usłyszała, jak zachodzi ją od tyłu. Stanął przy drugim zlewie. Wyciągnął z niego suche już akwarium.
- Na podłogę – machnęła ręką, by wskazać mu, gdzie ma je odstawić.
- Od razu przechodzisz do rzeczy, co?
Przewróciła oczami. W odpowiedzi opryskała go pianą. Spojrzała na swoje dzieło i wybuchnęła śmiechem. Otarł pianę z czubka nosa i stwierdził naburmuszony:
- Bardzo zabawne – nabrał pełną garść piany i cisnął wprost w nią. Oboje zaśmiali się.
Otarła twarz rękawem, podczas gdy łowca odstawił akwarium na wskazane miejsce. Potem wrócił i bez słowa chwycił za prysznic. Wzięła się pod boki i obserwowała go. Uśmiechnął się:
- No co, czyżby i taka pomoc była ci niemiła?
- Na poważnie. Jak się tu dostałeś?
- Jestem najlepszy.
- I bardzo skromny.
- Miło, że zauważyłaś.
- Której z dziewczyn buchnąłeś przepustkę? – nie ustępowała.
- Ach tam, zaraz buchnąłeś.
- Pożyczyłeś, jak zwał, tak zwał.
- Nic od nikogo nie pożyczałem. Zaczekałem aż wyjdzie ostatnia i wślizgnąłem się zanim drzwi się zamknęły. Najsłabszym ogniwem super zabezpieczeń są ludzie – stwierdził, puszczając do niej oko.
Podrygując w takt kolejnej piosenki podeszła do półek, uklękła na podłodze i napełniła trocinami akwarium, które wcześniej tam ustawił. Potem zawiesiła karmnik i pojnik, by na koniec przełożyć kolejną mysz. Chwyciła ją za ogon, uniosła i przyglądając jej się, zapytała:
- Jak się dziś miewasz, staruszku? – mysz zapiszczała i wykonała szybki ruch. Dziewczyna odsunęła twarz na bezpieczną odległość i natychmiast odłożyła ją do klatki. – Nerwus z ciebie, Achillesie.
- Dużo ich jeszcze?
- Już ci się znudziło? – odpowiedziała pytaniem na pytanie.
- Twoje towarzystwo nigdy nie mogłoby mi się znudzić. Przecież jesteś dziewczyną, która wypłakała rzekę i zatopiła cały świat. Ale nie sposób nie zakochać się w tobie, gdy się uśmiechasz.
- Kretyn – stwierdziła, kręcąc głową z niedowierzaniem. – I do tego bajerant.
- Komplementy z ust pięknej kobiety również nigdy mi się nie znudzą.
- Wyhamuj, donżuanie. Nawet nie wiesz, jak mam na imię.
- Nie przeszkadza mi to, ale rzeczywiście – otarł ręce w sweter i podszedł do niej z wyciągniętą dłonią. – Amon.
- Niezainteresowana.
Przewrócił oczami.
- Zaraz usłyszę ten frazes…
- Jaki znów frazes?! – Boże, jak on ją denerwował. Gdyby jeszcze wiedziała, dlaczego.
- Że nie umawiasz się z łowcami.
- Bo się nie umawiam.
- Niech zgadnę. Twój chłopak miałby coś przeciwko?
- Kiepskie podejście. Nie tędy droga. I nie twoja sprawa, czy mam chłopaka, czy nie.
- Zatem nie masz. W takim razie, co ci przeszkadza? Nie odpowiadam ci intelektualnie?
Elizjon zrobiła zdziwioną minę. Tego by się po nim nie spodziewała. Roześmiała się.
- Co cię śmieszy? – zirytował się.
- Nic, nic… Po prostu nie umawiam się z komediantami.
- Snobka.
- Cóż poradzić. Nie chciałeś dostać kosza od szczurzycy, trzeba było nie proponować jej, by postawiła ci zaległą kawę. Żałujesz inwestycji? Oddam ci dwa złote.
Wyraźnie poczerwieniał. Zacisnął pięści.
- Kpisz ze mnie.
- Cały czas – uśmiechnęła się promiennie. – Jeszcze dwa.
- Słucham?
- Dwa akwaria. Zdążymy przed dwunastą, jeśli nie będziesz się tak entuzjazmował, Amonie.  



[1] Nine Days, Story of a girl.