czwartek, 24 listopada 2011

Jeden dzień zapisany w setkach różnych dat

Kiedy zobaczyłam w zapowiedziach na listopad film „Jeden dzień”, postanowiłam pójść na niego do kina. Nie wiedziałam nic o fabule, nie wiedziałam, że nakręcono go na podstawie książki. Widziałam plakat, który podobał mi się, ale też nie tak, jak potrafią zawładnąć mną niektóre plakaty filmowe – choćby ten do „Iluzjonisty” czy „Mostu do Terabithii” (przyjaciele wiedzą jak dziwaczne, zakręcone i… uciążliwe potrafi być to, że je kolekcjonuję; kobiety powinny kochać i kolekcjonować buty, ja kocham i kolekcjonuję plakaty filmowe). Wiedziałam jedno. Anne Hathaway. Żona Szekspira. Znak jakości jakich mało. Uznałam, że m-u-s-z-ę zobaczyć ten film.
I nagle, jedenastego listopada konsternacja, jak to nie ma? W Cinema City nie ma? W Multikinie nie ma? A gdzie jest? Kinepolis? Mamże ja drałować półtorej godziny na drugi koniec miasta? To byłaby ciężka próba dla mej miłości. Uratowało mnie Rialto, niewielkie kino studyjne. Tanie czwartki z biletami po dwanaście złotych. Jeden seans co kilka dni. I znów konsternacja: czy to może być aż tak niszowy film? Naprawdę? Serio, serio, jak by powiedział klasyk? No nic, postanowiłam zaryzykować. Uzbrojona w portfel, nadzieję, że się nie zawiodę i przyjaciółkę, która zgodziła się mi towarzyszyć, wyruszyłam na poszukiwanie Rialto…
Oto jestem. Kupiłyśmy bilety. Czekamy. Widzę nagle kosze z plakatami i odzywają się dla mnie wszystkie chóry anielskie. Patrzę na prawo, patrzę na lewo… i rzucam się na zdobycz. Mam, mam plakat z Żoną Szekspira, już uznaję wyprawę za udaną. Jak przewodnik stada uświadamiam reszcie zebranych w pomieszczeniu, że do kosza można podejść, pogrzebać i wciąć sobie plakat. Na szczęście miałam już swój, gdy zakotłowało się w kąciku z plakatami.
Kurtyna w górę, przed nami ekran (w Rialto naprawdę jest kurtyna). Film. Emma i Dexter. Dwadzieścia lat. Jeden dzień. Obserwujemy życie tych dwojga przez dwadzieścia lat, za każdym razem 15 lipca. I choć nie rozumiałam, jakim cudem tak fajna, inteligentna dziewczyna jak Emma mogła się zakochać w takim bawidamku jak Dex, polubiłam ją. Dowcipna, ironiczna, niespełniona pisarka, jak nie pokochać? („Kelner-dziennikarz, kelner-komik, kelner-aktor, a ty, co masz po myślniku, Emmo?”; uwielbiam to zdanie). Stwierdzenia Emmy Morley sprawiały, że po widowni raz po raz przetaczały się salwy śmiechu. Uważam, że Em i Dex kompletnie do siebie nie pasowali, jak połówka jabłka do połówki pomarańczy. A jednak, gdy się w końcu zeszli, byli przecież szczęśliwi.  Żona Szekspira mnie nie zawiodła. Była świetna w roli Emmy. Choć, tu znowu, zdecydowanie wolę długowłosą Anne Hathaway. I wreszcie to zakończenie. Kiedy kamera w wąskiej uliczce powoli oddala się od Emmy. Masz kilka sekund, by zrozumieć, by sobie to uświadomić. I myślisz sobie z niedowierzaniem, jeszcze zanim to się dzieje: „No nie, naprawdę?”. Właśnie wtedy przez widownię przetacza się fala silnych emocji. Kto był w kinie i to poczuł, wie o czym mówię. Odczułam wewnętrzny sprzeciw. Tak silny, jakiego nie czułam od momentu „Nostalgii anioła”, czyli już jakieś dwa lata.   
Watro zobaczyć „Jeden dzień”. Warto dla cudownej (niestety krótkowłosej, tak, wiem, nie zgadzasz się ze mną) Anne Hathaway. I dla kilku naprawdę dobrych, malowniczych kadrów. Ten film niewątpliwie wzbudza emocje. Przez chwilę, ale za to silne. Może nawet jest odrobinę kiczowaty. A jednak nie żałuję, że wybrałam się na niego do kina. No i mam plakat, uwierzycie?! A książka, myli się ten, kto sądzi, że jej nie kupię. Może nawet przeczytam w najbliższym czasie. Biorąc pod uwagę, jak wysoki mam stos na stoliku (już się chwieje, ciekawe, kiedy przewróci się na bok jak Titanic) to byłby ewenement…

6 komentarzy:

  1. Ach, czytając Twój wpis, przypomniałam sobie te emocje, które towarzyszyły mi podczas oglądania filmu.
    Nie lubię historii miłosnych, zazwyczaj mnie od nich mdli i nie da się ich ze mną oglądać, bo jestem cyniczna, ale "Jeden dzień" mnie zaczarował. W trakcie seansu nic nie powiedziałam, ba! ja nie mogłam zaburzyć tej nostalgii żadnym słowem nawet w kilkanaście minut po seansie.
    Też byłam z koleżanką i po wyjściu z sali obie tylko patrzyłyśmy na siebie z ukrywanymi nieudolnie łzami w oczach i wiedziałyśmy, że nie możemy nic powiedzieć, żeby tego uczucia nie spłoszyć. Bez słów wiedziałyśmy co ta druga czuje.

    Zaczarowany i taki zwiewny ten film.
    Książkę mam na półce już dawno, więc też planuję w najbliższym czasie przeczytać.
    Na szczęście w Warszawie w Cinema City grali i miałam blisko do kina ;).

    OdpowiedzUsuń
  2. Bardzo lubię tę aktorkę :) Jest bardzo ładna, zdolna i sympatyczna.

    OdpowiedzUsuń
  3. Przekonałaś mnie do obejrzenia, chociaż pewnie i tak bym się skusiła ze względu na Anne Hathaway. Plakatów nie kolekcjonuję, ale to sympatyczne hobby ;)

    OdpowiedzUsuń
  4. Mayu - miło wiedzieć, że ktoś ma podobne odczucia ;). Dzięki za wyczerpującą relację. Zawsze się cieszę z tak obszernego odzewu na mój tekst.

    Aneto - ja również przepadam za Anne Hathaway, to jedna z mich ulubionych aktorek. A w tym filmie dała popis swoich umiejętności.

    niedopisanie - miło mi, że siła mojej perswazji jeszcze się czasami szczątkowo ujawnia. Myślę, że "Jeden dzień" będzie Ci się podobał. Jest daleki od obrazu miłości proponowanego przez komedie romantyczne. Choć, jak wnioskuję z naszych rozmów, Dex nie jest typem, w którym mogłaby się zakochać którakolwiek z nas ;).

    OdpowiedzUsuń
  5. Polecam film "Miłość i inne używki", jeśli jeszcze nie widziałaś, a "Jeden dzień" pewnie zobaczę w wolnej chwili.

    OdpowiedzUsuń
  6. Tym bardziej jestem ciekawa :) No i ufam Twojemu gustowi, również dlatego, że jest tak bliski mojemu w wielu kwestiach :)

    OdpowiedzUsuń