sobota, 5 listopada 2011

Allison Nelson, czyli o tym, że wampirzyce też bywają kobietami z klasą


Zdecydowałam się na fragment z drugiego tomu trylogii o Henry’m Gocie i Zuzannie, pt. „Garderoba duszy”. Zaczniemy od ostatniego punktu z mojej czwartkowej listy – dlaczego Anita nie jest „czarnym charakterem”. W rzeczywistości nikt z nas nie jest dobry czy zły. W większości przesuwamy się, przybierając różne odcienie na skali szarości. Tak też staram się konstruować moich bohaterów. Przyznaję, wyimek, który wybrałam w większości opowiada o losach Marii Gerardi alias Mary Cromwell alias Anny Flaubert alias Samanthy Monroe alias Allison Nelson. Anita pojawia się tam jedynie epizodycznie, ale też można się o niej co nieco dowiedzieć, właśnie z przemyśleń Allison. Na temat postaci Ally słyszałam różne opinie. Zwykle czytelniczki definiują ją jako (tu cytaty) „wrednego babsztyla” lub „kawał nieobliczalnej cholery”. Sądzę, że to nie do końca prawda. Poza tym mam do niej pewien sentyment. A co tam, po prostu ją lubię! Może to źle o mnie świadczy. Z poprzednich wpisów wiecie już, kto zagrałby Allison, gdyby kręcono film na podstawie mojej książki. Czas abyście poznali ją osobiście. Zatem, Drodzy Państwo, przed Wami Allison Nelson.    


Allison Nelson obudziła się, przeciągnęła i wstała. Jedząc śniadanie, czytała poranną gazetę. Nie było dokąd się śpieszyć. Sesję miała zaplanowaną dopiero na osiemnastą. Podczas, kiedy Allison siedząc w swojej przestronnej kuchni, dobudzała się przepyszną kawą z ekspresu, za szklanymi szybami wielkich okien budził się również gwar przedmieścia Toronto. Odłożyła grzankę, krzywiąc się z niesmakiem. Strasznie trudno było pozbyć się niektórych ludzkich przyzwyczajeń. Brakowało jej przyjemności jedzenia. I choć cena ekspresu stanowiła gwarancję, że kawa, która piła z całą pewnością jest wyśmienita, Allison już od bardzo dawna nie czuła smaku czegokolwiek poza krwią. Westchnęła. Pomyślała, że gdyby po prostu wyrzuciła pieniądze, które zapłaciła za ekspres, w zasadzie wyszłoby na to samo.  
            Allison Nelson przyjęła swoją nową tożsamość zaledwie szesnaście lat wcześniej. Czym było szesnaście lat dla wampira – momentem tylko, zaledwie chwilką. W dziewięćdziesiątym pierwszym Samantha Monroe uznała, że stare imię i nazwisko bardzo jej już zbrzydły. Kilka tygodni trwało zanim zdecydowała się na nowe. Stwierdziła, że ostatnimi czasy najbardziej odpowiada jej imię Allison. Nazwisko Nelson postanowiła sobie pożyczyć od swojej ulubionej bohaterki książkowej tamtego okresu. Panna Nelson, Allison zachowała bowiem po przemianie wygląd dwudziestokilkulatki, była dobrze zarabiającym fotografikiem. Dwukrotnie trafiała jej się nawet sesja dla Vanity fair. To dzięki tym zleceniom mogła nareszcie opuścić mieszkanie w kamienicy i kupić sobie sporych rozmiarów komfortowy dom. Allison Nelson była fotografem, Samanta Monroe pracowała jako nauczycielka. Wampirzyca należała do tych, którym nauka nowych rzeczy przychodziła bez trudu, więc nie miała problemu z tworzeniem sobie wciąż nowych wcieleń.
Allison Nelson i Samanta Monroe były kiedyś jedną osobą. Maria Gerardi urodziła się w osiemnastym wieku, jako dziewiąte dziecko mieszkającego we Florencji krawca Giuseppe i jego nierozgarniętej i gburowatej żony Marii. Maria miała ośmioro rodzeństwa – sześciu braci i dwie siostry. Od dziecka patrzyła na wytworne panie, którym ojciec szył suknie. Obiecała sobie, że za wszelką cenę stanie się kiedyś jedną z nich. Wiedziała, że jest ładna. Ba, nawet bardzo ładna. Miała piękne rude włosy i piwne oczy ze złotymi plamkami. Szansa na odmianę losu Marii pojawiła się sama. Konkretnie weszła kiedyś do zakładu krawieckiego jej ojca. Maria podniosła na niego oczy zranionej sarny i już wiedziała, że to jest ten mężczyzna. Jej mężczyzna.
Okazał się bardzo tajemniczy. Życzył sobie spotkań tylko w nocy. To drobne dziwactwo nie przeszkadzało dziewczynie, póki płacił za spotkania, ubierał ją w najpiękniejsze suknie i zabierał do opery. Dziś, ponad sto lat później, taki układ wciąż był niemoralny, ale już nie oburzał aż tak bardzo. No i dziś stał się bardziej powszechny. W dwudziestym pierwszym wieku nazywa się takie relacje po prostu sponsoringiem. Oczywiście w domu odegnano ją od trzeci i wiary, wręcz przeklęto, ale Maria nigdy nie miała w zwyczaju przejmować się tym, co myślą o niej inni. Nawet jej biedna rodzina i nawet w tamtych czasach. Proszę bardzo, mogła być prostytutką (choć osobiście wolała raczej określenie dama do towarzystwa lub choćby utrzymanka), tak długo, jak długo przynosiło jej to korzyści. Przypuszczała, że dziwny mężczyzna ma na jej punkcie obsesję. Mówił, że jest Anglikiem. Przedstawiał się jako sir Richard Cromwell. Kiedy zaproponował jej nieśmiertelność, Maria nie uwierzyła. Nie od razu. Gdy zrozumiała, że nie kłamie, zgodziła się chętnie i bez oporów. Po pięćdziesięciu latach towarzystwo Richarda zaczęło jej doskwierać. Doskwierać? Stało się nie do zniesienia. Stwierdziła, że należy podjąć pewne kroki, by rozwiązać ten drobny problem. To ona go zakołkowała i spaliła. Rozważała czy nie wynająć do tego jakichś zbirów, ale uznała, że po pierwsze jest mu to winna a po drugie, brudy powinno się prać ze własnym domu.  Po dokonaniu egzekucji na Richardzie, który zaczynał być naprawdę uciążliwy i zaborczy (gdyby nie był, może żyłby do dziś), Maria uznała, że Włochy zrobiły się dla niej za ciasne. Spakowała walizkę i na zawsze pożegnała się z Marią Gerardi. W porównaniu do innych wampirów nie odczuwała przywiązania do pierwotnego imienia i nazwiska. Z jedną zaledwie walizką Mary Cromwell opuściła stary kontynent, by obejrzeć Amerykę. W samą porę. Jedynie o kilka lat minęła się z nadciągającą wojną. Fakt ten ucieszył ją niezmiernie. Choć nigdy nie miała w zwyczaju zbyt długo roztrząsać, iż urodziła się pod szczęśliwą gwiazdą.
            O Henrym Gocie usłyszała po raz pierwszy w Seattle, pod koniec lat trzydziestych dwudziestego wieku. Chyba podczas wojny. Może trochę wcześniej, nie pamiętała już dokładnie. Anitę poznała natomiast w latach pięćdziesiątych, gdy malarka Anna Flaubert zamieszkiwała najpiękniejsze miasto świata – Paryż.
            Pod koniec pierwszej dekady dwudziestego pierwszego wieku Allison Nelson, ceniony fotografik, siedziała w swojej pięknej i przestronnej kuchni, w domu na przedmieściach Toronto. Ze wszystkich miejsc, w których przyszło jej do tej pory mieszkać, najbardziej pokochała zimną Kanadę. Jako Włoszce o gorącej krwi nigdy nie bywało jej zimno, choć zapewne nie bez znaczenia był też jej wampiryzm, ale o tym, Allison wolała nie myśleć. Wiosna w Toronto miała czasem zwyczaj pojawiać się dopiero pod koniec maja, a na Wielkanoc bardzo często sypał jeszcze śnieg. Przywykła, a nawet polubiła te przedziwne anomalia pogodowe. Allison czuła się Kanadyjką i coraz częściej rozważała rozstanie się ze swoim kosmopolityzmem. Była z siebie dumna, daleko zaszła. Jej rodzice Giuseppe i Maria Gerardi nie umieli nawet dobrze czytać. Z rozmyślań wyrwał ją dźwięk telefonu.
- Tak?
- Allison Nelson?
Allison zmarszczyła brwi. Kłopoty. Poznawała wampiry po głosie. Znacznie bardziej wolała mieć do czynienia z ludźmi. Westchnęła, po raz drugi tego ranka.
- Tak, to ja. Kto mówi?
- To ja, Anita.
Zapadła cisza. Allison słyszała oczywiście, że Anita miała dość nieprzyjemne zajście z Gotem, w skutek którego spłonęła, potem została przywrócona do życia, a potem okrzyknięto ją przywódcą. O dziwo, nie tylko klanu. Przywódcą w ogóle. Allison przypuszczała, że wampirzyca i Got byli kochankami. Ba, Anita musiała awansować nad wszystkie poprzednie kochanki Gota, bo jaki inny byłby powód jej ekspresowej kariery? Ostatecznie, sypianie z samym diabłem przynosi niesamowite profity. Czego Anita mogła od niej chcieć? Nie widziały się prawie sześćdziesiąt lat.
- Tak, Anito?
- Nie jesteś bardzo wylewna, przyjaciółko – zaśmiała się perliście przywódczyni. – Zdjęcia dla Vanity fair były bardzo ładne.
- Po pierwsze: wybacz Anito, ale żadnych z moich zdjęć nie pasuje przymiotnik „ładne”, po drugie: radziłabym rozstać się już w tożsamością Anity, trąci myszką, wiesz? Po trzecie: nie cieszę się, bo spotkanie z tobą oznacza kłopoty. Poza tym nasza przyjaźń już się chyba przedawniła.
Anita westchnęła teatralnie.
- I tu masz rację, Sam… eee, Allison.
Panna Nelson przewróciła oczami.
- Anito, kawa na ławę. Czego chcesz?
Anita Marszałek, Polka z krwi i kości, znów się zaśmiała.
- Wspólnie zapolować, droga Allison, jak za dawnych czasów.
Allison ziewnęła. Nie lubiła gierek.
- A konkretnie?
- Pakuj się, lecimy do Rzymu. Do twojej rodzinnej, słonecznej Italii.
            Allison wolnym krokiem weszła po schodach na piętro. Przeszła korytarz, następnie sypialnię. Weszła do osobnego pokoju, który służył jej za garderobę. Rozsunęła wieszaki i z pomiędzy kolekcji czarnych sukienek od Chanel (mieszkało się swojego czasu w Paryżu i zna się klasę „małej czarnej”) wyciągnęła pokrowiec, w którym ukrywała pochwę z mieczem. Dawno go nie używała. Ostatnimi czasy była już grzeczna. Była grzeczną, miłą, piękną i zamożną panią fotograf Allison Nelson. Nie chciała się jeszcze z nią rozstawać. Dawno w żadnym wcieleniu nie czuła się tak dobrze, jak w masce panny Nelson. Cóż było robić? Polowanie. No dobrze. Ale czemu od razu, cholera, do Watykanu? Jakie sprawy mogły mieć w Watykanie do załatwienia dwie wampirzyce? Dwa, z punktu widzenia Kościoła, demony? Na razie wolała o tym nie myśleć. Z drugiego pokrowca wyciągnęła walizkę i zaczęła się pakować.
- Allison?
Panna Nelson szybkim ruchem wrzuciła miecz pomiędzy sukienki. Zdążyła w ostatniej chwili. Mężczyzna, który wszedł do pokoju miał jakieś trzydzieści dwa lata, duże niebieskie oczy i kręcone blond włosy, które upodabniały go do owieczki. Kiedy zobaczył, że pani fotograf siedzi na podłodze w garderobie, a przed nią leży otwarta pusta walizka, uniósł w zdziwieniu brwi.


7 komentarzy:

  1. Jak milo znowu wrócić do lektury...:)
    Pozdrawiam serdecznie!

    OdpowiedzUsuń
  2. Zdecydowanie żałuję, że przeczytałam fragment. Teraz mam ochotę na więcej i więcej...

    OdpowiedzUsuń
  3. Isadoro - lubię sprawiać Ci radość ;).

    Kalu - zatem zapraszam za tydzień na kolejny fragment :). Cieszę się, że Ci się spodobało.

    OdpowiedzUsuń
  4. Nie przeczytam tego fragmentu, bo czeka na mnie cała powieść, a nie mam zamiaru psuć sobie zaskoczeń. Cieszę się jednak, że zdecydowałaś aby publikować fragmenty tomu drugiego. Chęci rosną w miarę jedzenia,, jak to mówią, więc niech czytelnik ponapala się na część kolejną :D

    OdpowiedzUsuń
  5. Wrr...tylko sobie narobiłam apetytu ;).

    P.S. Chciałabym zgłosić małą sugestię. Czy jest możliwość, żebyś zmieniła kolor czcionki tesktu na ciemniejszy, ponieważ po lewej stronie gdzie tło jest ciemniejsze słabo widać litery, a to trochę utrudnia czytanie ;)?

    OdpowiedzUsuń
  6. Mayu - zatem zapraszam w piątek wieczorem lub sobotę na kolejny fragment. A z kolorem czcionki oczywiście postaram się pokombinować, by lepiej się czytało :).

    OdpowiedzUsuń
  7. Dzięki za uwzględnienie mojej sugestii :).
    Czekam na sobotę w takim razie :).

    OdpowiedzUsuń