sobota, 26 listopada 2011

"Jest nas tu wielu/ którzy czują, że życie to tylko żart/ Lecz ty i ja już przez to przeszliśmy/ i nie jest to nasz los"


Ostatnia sobota listopada, zatem ostatnie spotkanie z Henry’m Gotem. Tym razem wybrałam dwa fragmenty z tomu trzeciego – „Melancholia światła”. Wydaje mi się, że pokazują Henryka w dość ciekawym świetle. Bo mimo, że nie jest to oswojony lew, można go też kochać. A jako dodatek do lektury przecudowna piosenka Boba Dylana „All along the Watchtower”. Zatem nie przedłużając, pozostawiam Was z Henry’m Gotem. Miłej lektury!



Alicja wstała, założyła swoje ulubione bamboszki z wymalowanymi pieskami (nawet pogromca wampirów musi mieć prawo do odrobiny ekstrawagancji) i człapiąc, noga na nogą, ruszyła na poszukiwania swojego ulubionego smakołyku. Schodząc po schodach, czuła każdy mięsień i przeklinała, ze Wartownia musi się mieścić w starym klasztorze, a nie w jakimś nowoczesnym budynku z windą. Szła po omacku, tak bardzo była zmęczona. Nie potrafiła zapanować nad klejącymi się oczami. No, wreszcie postawiła stopę na podłodze głównej sali.
- Dzień dobry, Alicjo.
Ala odskoczyła i wrzasnęła ze strachu. W mroku dostrzegła jedynie niewyraźny zarys sylwetki siedzącej na kapanie, nieco mroczniejszy niż ciemność, która ją otaczała. Nici z ciastek. To miałaby być moja ostatnia przedśmiertna myśl?, przeszło jej przez głowę. Ciemna sylwetka wstała. Alicja przezornie zrobiła krok w tył. Usłyszała poruszenie na górze. Ktoś zapalił światło. Korzystając z harmidru wywołanego jej krzykiem, chwyciła miecz pozostawiony poprzedniego wieczoru na stole.
            Ciemna sylwetka okazała się mężczyzną w wieku około trzydziestu lat. Był wysoki i bardzo przystojny. Miał przepiękne, błyszczące czarne oczy. Kasztanowe loki, opadały delikatnie na ramiona. Uśmiechnął się do niej. A ten uśmiech był tak ujmujący, iż poczuła, że jej serce topnieje.
- Nie zrobię ci krzywdy, Alicjo – ten głos był jak muzyka.
Usłyszała kroki na schodach. Dopiero teraz zdołała oderwać od niego oczy. Był tak piękny, że patrzenie na niego sprawiało fizyczny ból. Żaden człowiek nie może być tak piękny, przebiegło jej nagle przez myśl. Koło niej stanęła właśnie Inturei. Zdziwiona przyglądała się przybyszowi. Pogromczyni i nieznajomy mierzyli się wzrokiem. Wreszcie mężczyzna pochylił głowę z uznaniem i głęboko się ukłonił.
- Chwała na wysokości Bogu, a na ziemi pokój ludziom dobrej woli.
- I ty mówisz o Bogu? – zapytała pogromczyni. Alicja nie mogła nie zauważyć, że ustawiła się między nią i mężczyzną, tak aby ją zasłonić.
- Pan wie, co było i co jest, a także zna wszystkie możliwe i nieprawdopodobne rozwinięcia przyszłych wydarzeń. A zatem wszystkie decyzje podejmowane przy pomocy wolnej woli przez ludzi i aniołów dzieją się tak naprawdę za zgodą i z woli Boga. Wszystko jest cząstką wielkiego boskiego planu, który ma swój cel, choć my nigdy nie będziemy w stanie go pojąć…
Pogromczyni widocznie nie miała ochoty wdawać się w teologiczne dysputy. Przewróciła niecierpliwe oczami. Mężczyzna uśmiechnął się i zmienił temat:
- Masz głos wampira, Elizjon. Mówił ci to ktoś? – patrzył na nią chwilę, machnął ręką, jakby się zreflektował. – Wybacz, stare przyzwyczajenia. Zresztą głos to nie wszystko… Głos masz wspaniały, wyśmienity, ale nie, żaden byłby z cienie członek rodziny żyjących po śmierci…
Oliwer, mimo powagi sytuacji, czyli obcego faceta, najprawdopodobniej wampira, spacerującego po salonie Wartowni o czwartej w nocy (albo nad ranem, jak kto woli), parsknął śmiechem. Elizjon spiorunowała go wzrokiem, a wampir kontynuował:
- Wybacz, młoda damo, ale żaden byłby z ciebie krwiopijca. Nie masz, jakby to rzecz, charakteru wampira. A jeśli miałabyś być takim wampirem kaleką jak ci wegetarianie, to lepiej już umrzyj człowiekiem…
Elizjon przyrzekła:
- Masz moje słowo.
Uśmiechnęli się do siebie.
- Co ty tu robisz? – zapytała, korzystając z możliwości zmiany tematu. – Jak w ogóle wszedłeś?
Zaśmiał się.
- Myślałaś, że będę kłopotał się kupowaniem biletu na samolot? Po prostu otworzyłem sobie portal.
W holu zebrali się pozostali. Franek przecierał oczy, Wanda miała dziwnie potargane włosy, a Jeremi był w jednym klapku. Julia dopiero teraz przewiązywała się szlafrokiem.
- Co do odpowiedzi na pierwsze pytanie, przybyłem, bo uznałem, że potrzebujesz mojej pomocy. Czyż nie tak czynią przyjaciele, Elizjon?
Rozejrzał się z zaciekawieniem po pomieszczeniu. Potem spojrzał na nich. Uśmiechnął się. Alicja zauważyła, że mężczyzna traktuje pogromczynię z niezwykłym szacunkiem.
- Zatem to jest Lux.  Masz zaprawdę niezwykłych przyjaciół, Elizjon Keller.
- To prawda – odpowiedziała, uśmiechając się.
- Wiem, co chcesz zrobić i nie podoba mi się to.
- On zabija ludzi – odpowiedziała hardo, prostując się.
Mężczyzna pokiwał ze zrozumieniem głową. Chwilę patrzył jej w oczy, a potem się uśmiechnął.
- Zapomniałem jaka potrafisz być uparta, Elizjon. Zuzanna była wybawicielką, tylko ona mogła podźwignąć z upadku pierwotnego…
- Kochała cię, Henry Gocie, to wszystko.
- Ale ty, Elizjon… Ty jesteś inna. Oddałabyś życie nawet za osobę nieznajomą. Chcesz dawać ludziom to, czego pragną, zupełnie nie pamiętając o tym, czego sama chcesz. I zupełnie nie znasz w tym umiaru. Cholerna z ciebie altruistka, młoda damo.
Pokręciła głową.
- Ale to nie jest powód, dla którego tu jesteś – nie dawała za wygraną.
Wampir puścił tę uwagę mimo uszu i kontynuował:
- Ty i ja jesteśmy podobni. Choć trudno ci to zaakceptować, łączy nas coś bardzo silnego, Inturei, Pogromczyni Spoglądająca w Siebie.
- Przecież nie umiłowanie prawdy – zakpiła. 
- Nie, Elizjon, bunt. Masz odwagę za wszelką cenę bronić tego, w co wierzysz. Odeszłaś, choć wiedziałaś, że możesz zapłacić za to najwyższą cenę, głowę, ten bezcenny kapitel ciała. A jednak zrobiłaś to, bo wydało ci się, że tak trzeba, że to słuszne. Potrafiłaś znaleźć w sobie tyle siły, by się sprzeciwić. Wiem, nie widzisz w tym nic niezwykłego, ale niewielu ludzi na to stać… To właśnie ludzie podobni tobie, mający siłę, by wyrazić sprzeciw, zmieniają świat.
Elizjon zagryzła wargi. Mogła żyć w spokoju, nieścigana przez łowców, nie nienawidzona przez wszystkie wampiry w promieniu tysiąca kilometrów. A jednak zamieniła spokojne życie laboratoryjnej szczurzycy na wyrok śmierci od obu stron i przywództwo tajnego stowarzyszenia, do którego należały w zasadzie… dzieci. Oto była jej niezgoda na otaczający ją świat. I już nie wiedziała czy to bardziej śmieszne, czy bardziej tragiczne. Wyraziła sprzeciw, ale czy coś tak naprawdę udało jej się tym gestem zmienić?  Może nie dane nam jest być nikim więcej, niż naprawdę jesteśmy? Zauważyła, że wampir jej się przygląda. Uśmiechnęła się do niego. Pomyślała, że w jakiś dziwny, tylko jej wiadomy i zrozumiały sposób, brakowało jej go. Nie chciała kontynuować przerwanej dyskusji. Wiedziała, że Parszywa Siódemka bacznie się przysłuchuje, odkąd usłyszeli słowo „śmierć”. Byli na nie ostatnio wyczuleni.
Machnął ręką, przechadzając się po pokoju.
- Nie powiedziałem, że nie wolno ci go zabić, Elizjon – stwierdził, wyrywając ją z zamyślenia. -  Musisz to uczynić, ale nie dasz rady sama…
- Nie jestem sama.
Znów rzucił im przelotne spojrzenie.
- Taaak… Wydaje ci się, że już nic nie mogę, prawda? Może nie jestem już superszybki, nie mam nadnaturalnej siły ani słuchu, ale wciąż potrafię to… - jego oczy w jednej chwili pociemniały. Czerń całkowicie przysłoniła białka.
I nagle w swych głowach usłyszeli. Miecze w dłoń. Elizjon zobaczyła, jak jej własna ręka wysuwa się po broń. Dlaczego mam robić, co on mi każe…odezwał się jakiś głos w jej głowie. Nie! Zmusiła się, by nie wykonać polecenia. Zamrugała i zobaczyła, że inni trzymają miecze w dłoniach. Wampir uśmiechnął się do niej.
- Wycelujcie je ostrzem w swoją stronę i przyłóżcie do piersi.
Wszyscy wykonali polecenie. I nagle, podobnie jak ona zamrugali. Wampir ich puścił.
- Miałaś próbkę jak szybko skończy się ta walka, Elizjon. Niewielu spotkałem ludzi o woli taki silnej jak twoja i jeśli mam rację, żadnego już nie spotkam…
- Co twoim zdaniem powinnam zrobić? – zapytała.
- Wszystko po kolei –wampir podszedł i spojrzał w oczy pogromczyni. – Odpowiedz mi najpierw na jedno pytanie. Ufasz im, Elizjon?
Pogromczyni skinęła głową.
- Ufam... Przeważnie… Od czasu do czasu… W tej chwili tak.
Młody mężczyzna pokiwał poważnie głową.
- Zatem siadajcie.
Członkowie Lux pozostali sceptyczni.
- Słyszeliście, siadajcie.
Poodkładali swoje miecze i patrząc na przybyłego nieco wilkiem, zajęli swoje stałe miejsca. Elizjon dostawiła sobie krzesło. Wampir wstał. 
- Wybacz, Elizjon. Jestem jednak dzieckiem poprzednich epok. Przedstaw mnie.
Pogromczyni dokonała prezentacji.
- Lux: Dublerze, Niezłomna, Błystko, Mąciwodo, Złodziejko Myśli, Błędny Ogniku, Pędziwietrze przedstawiam wam Henry’ego Gota – spojrzała karcąco na Bartka. – Wstrzymaj się z prośbą o podpisanie książki, bo cię zabiję.
Wampir zaśmiał się szczerze.
- Będzie i czas po temu, mam nadzieję. Ile oni wiedzą, Elizjon?
- Mniej więcej tyle, ile napisane jest w książkach, Henry.
Wampir zmarszczył brwi.
- Czyli niewiele – spojrzał na nich. – Nazywam się Henry Got. Henry Got wampir, tak mówią o mnie niektórzy – przedstawił się, a potem zwrócił ponownie do pogromczyni. - Przepraszam, Elizjon.
- Za co?
- Za to, co właśnie teraz zrobię.
Wstańcie! Usłyszeli w myślach władczy głos. Posłusznie wstali, nie mogąc się sprzeciwić. Miecze w dłoń. Ich dłonie po raz kolejny wyciągnęły się po broń i mocno zacisnęły na rękojeści. Gdy policzę do trzech przebijecie się nimi… Raz…Dwa… I wtedy w ich myśli wdarło się światło. Usłyszeli głos pogromczyni: Dość! Mrugali zdziwieni, próbując zrozumieć, co się stało. Blada Intueri, oddychała ciężko. Przytrzymywała się stołu i drżała lekko.
- Dlaczego? – zapytała wampira.
- Nigdy nie spotkałem człowieka, który miałby tak silną wolę jak ty, a jednocześnie odczuwał przemożną potrzebę chronienia innych ludzi, Elizjon.  Nie pozwolisz, by komukolwiek z tej siódemki stała się krzywda.
- I żeby to sprawdzić wystawiłeś mnie na próbę, Henry?! – wrzasnęła na niego. – To chore!
Wampir delikatnie poklepał ją po ramieniu.
- Może i chore, ale udowodniłem, co chciałem.
Pogromczyni opadła na krzesło i ukryła twarz w dłoniach

Henry zapukał do drzwi pokoju pogromczyni. Odczekał chwilę, zdziwił się, gdy nie usłyszał odpowiedzi. Delikatnie nacisnął klamkę i wszedł do środka. Elizjon leżała na łóżku, przykryta pledem. Ciemne włosy rozsypały się wokół poduszki. Była tak drobna i delikatna, iż bardziej przypominała dziecko niż młoda kobietę. A jednak, gdy ją dziś zobaczył, nie mógł nie zauważyć, że w oczach miała ból i smutek. Były zbyt głębokie i poważne jak na oczy młodej osoby. Twarz miała poszarzałą i zmęczoną. Elizjon wiedziała, że śmierć już blisko, a mimo to nie zamierzała się poddać. Wciąż uciekała. Nie przed wampirami, ani nawet nie przed Biegunami. Elizjon, Łowczyni, Która Rozważała Siebie, uciekała przed pustką jałowego życia. Utraciła przyjaźń i utraciła miłość. Wydawało się, że nie ma już nic do stracenia. Elizjon, kobieta o imieniu przywodzącym na myśl krainę, do której odchodzą dusze ludzi dobrych, uciekała przed czymś najstraszniejszym. Przed pustką jałowego życia. Najbardziej bała się właśnie… pustki. Dręczył ją horror vacui.
 Delikatnie pochylił się i dotknął jej ramienia. Otworzyła oczy, spojrzała na niego i uśmiechnęła się. Usiadła, przecierając twarz wierzchem dłoni. Wyciągnęła z uszu słuchawki odtwarzacza mp3. Przysiadł na łóżku koło niej i spojrzał w duże, ciemne oczy Elizjon. Oczy sarenki.
- Wiem, co chcesz zrobić i nie podoba mi się to – powtórzył z uporem. – Wiem, że nie masz zamiaru pozwolić im walczyć. Postanowiłaś samotnie zapolować na pierwotnego i dać mu się zabić.
Elizjon otuliła się pledem. Sięgnęła do stolika nocnego po plastikowe serduszko i przełamała je.
- Myślę, że to najlepsze wyjście.
- Dać się zabić?
- To być może kwestia godzin, zanim pogromcy wyślą po mnie egzekutora. Dostałam już ostrzeżenie. Jestem pewna, że matka wyznaczy to zadanie Amonowi. On odmówi i zostanie uznany za zdrajcę. A karą za zdradę jest śmierć.
- Więc chcesz się podłożyć pierwotnemu, by Amon nie musiał cię zabić?
Elizjon potrząsnęła przecząco głową.
- Nie. Ponieważ to ja nie chcę oglądać jego śmierci. Straciłam wszystkich, których kochałam. Nie chcę już utracić nikogo więcej – stwierdziła z uporem.
Henry Got pokiwał ze zrozumieniem głową.
- Nikt jeszcze, przez wszystkie moje żywota, nie spotkałem człowieka tak niezwykłego jak ty, Elizjon Keller. Jesteś gotowa poświęcić wszystko dla sprawy, w którą wierzysz, a jednocześnie…
- Powtarzasz się – zauważyła, a jednak spojrzała na niego zaciekawiona.
Henry chwycił ją za rękę i uścisnął. Jego dłoń była ciepła, jej zimna niczym lód. Uśmiechnęła się. To zabawne, przecież powinno być na odwrót.
- Powołał cię Pan na bunt, Elizjon – poklepał ją po dłoni. – Nie zapominaj o tym. Powołał cię Pan na bunt. 
- Powiedziałeś, że ludzie tacy jak ja zmieniają świat. Ale ja nie czuję, by coś się zmieniło… Nie czuję, bym ja coś zmieniła. Świat jest, jaki był.
Henry Got zapatrzył się w przestrzeń.
- Słyszałaś kiedyś o Bobie Dylanie?
Odsunęła się nieco i popatrzyła na niego zdezorientowana.
- Tym piosenkarzu?
- Wolę o nim myśleć jako o niespełnionym poecie…
- Hmm… Ale co on ma wspólnego… - szukała właściwego określenia -… z tematem naszej rozmowy?
- Co ma wspólnego z tobą? Pozornie nic, a jednak. W tysiąc dziewięćset sześćdziesiątym siódmym roku, po ciężkim wypadku motocyklowym, napisał piosenkę bardzo różniącą się od dotychczasowych, „All Along the Watchtower”.
- „Wciąż wokół strażnicy”?
- Dokładnie. Jej słowa brzmiały tak: There must be some way out of here,/ said the joker to the thief,/ There's too much confusion,/ I can't get no relief./ No reason to get excited,/the thief, he kindly spoke,/ There are many here among us/ who feel that life is but a joke./ But you and I, we've been through that,/ and this is not our fate.[1]
Elizjon uśmiechnęła się. Przez sekundę znów była tamtą wesołą, skorą do żartów optymistką o dużych, świecących oczach. Taką pamiętał ją z początków znajomości z Zuzanną. Wtedy wydawało się, że nic nie może jej zmienić, że nic nie może zachwiać jej wiary. Gdy z nim zamieszkała, była już kimś zupełnie innym. Tamta gdzieś zniknęła, pozostała tylko ta surowa i zasadnicza. A może nie zniknęła, może nigdy nie istniała, a tylko jego pisarski umysł, skory do ubarwiania świata, wymyślił ją sobie taką. Ale nie. Ślad tamtej minął w twarzy Elizjon. Mignął i znikł. Dobrze wiedzieć, że wciąż jeszcze potrafiła odnaleźć w sobie tamtą…
Spojrzała mu w oczy i stwierdziła:
- Zaszczytem było cię poznać, Henry Gocie.
Oparł czoło o jej czoło. Przyszło mu do głowy, że stał się niezwykle ludzki w  bardzo krótkim czasie.
- Nawet tym, którzy popełnili wielkie błędy, może zostać wybaczone. Jestem na to żywym przykładem. Zatem nie żegnaj się ze mną, Elizjon. Spotkamy się jeszcze… Nie ma znaczenia czy po tej, czy już po tamtej stronie. Wiesz doskonale… Życie, śmierć to tylko słowa. Lecz ty i ja już przez to przeszliśmy i nie jest to nasz los…
Dziewczyna, nic nie mówiąc, oparła mu głowę na ramieniu. Westchnęła cicho. Oboje przypuszczali, ze niebawem zapłaci cenę za swój bunt. Ktoś, wampir lub łowca, sprawi, że głowa, bezcenny kapitel ciała, na zawsze odłączy się od tułowia. Dekapitacja. Taki miał być niehonorowy koniec życia Elizjon Keller. Wampir delikatnie otoczył ją ramieniem.
- . Zmieniłaś go… choć być może już nie dla siebie.
Elizjon zapatrzyła w przestrzeń niewidzącym wzrokiem.
- Dwóch konnych jeźdźców widać i wiatr zaczyna wyć…



[1]"There must be some way out of here," said the joker to the thief,
"There's too much confusion, I can't get no relief.
Businessmen, they drink my wine, plowmen dig my earth,
None of them along the line know what any of it is worth."

"No reason to get excited," the thief, he kindly spoke,
"There are many here among us who feel that life is but a joke.
But you and I, we've been through that, and this is not our fate,
So let us not talk falsely now, the hour is getting late."

All along the watchtower, princes kept the view
While all the women came and went, barefoot servants, too.

Outside in the distance a wildcat did growl,
Two riders were approaching, the wind began to howl.
Musi być stąd jakieś wyjście,/ powiedział błazen do złodzieja,/ Tym miejscem rządzi chaos/
I końca trosk nie widać/ Nie ma się co unosić,/ powiedział uprzejmie złodziej,/ Jest nas tu wielu/ którzy czują, że życie to tylko żart/ Lecz ty i ja, już przez to przeszliśmy/ i nie jest to nasz los

1 komentarz:

  1. Oby i Melancholia swiatła doczekała się wydania :) Ja w każdym razie nie mogę się doczekać :)

    OdpowiedzUsuń